Help
Home Just In Communities Forums Beta Readers Search
B s . A A A   full 3/4 1/2   E E   Light Dark
Books » Sherlock Holmes » Sekretne dzienniki doktora Watsona
Ad Absurdum
Author of 37 Stories
Rated: K+ - Polish - Humor - Reviews: 6 - Updated: 09-23-08 - Published: 08-09-05 - id:2526172

1 maja 1882

Dzisiaj zdarzyło się coś wielce szczególnego: Holmes był w nastroju do rozmowy.

Przez ostatnie kilka dni chodził po naszym mieszkaniu naburmuszony i mamrotał coś pod nosem. Nie udało mi się usłyszeć, co dokładnie mamrotał, ale podejrzewam, że były to niezbyt pochlebne słowa. Zapytałem o co chodzi, ale Holmes raczył mi tylko odpowiedzieć, że Gregson doprowadził go do białej gorączki. Kiedy zapytałem kim jest ów Gregson, Holmes machnął tylko ręką, po czym rzucił się na fotel i tkwił tam nadąsany przez resztę dnia. Uznałem za stosowne nie poruszać więcej tego tematu.

Dzisiaj jednak, kiedy pani Hudson przyniosła nam śniadanie, Holmes wydawał się być w trochę lepszym nastroju. Kiedy zaś zasiadł już do posiłku, humor zdecydowanie mu się poprawił. Być może spowodowane to było znakomitą owsianką, wykwintnie podanym śledziem (na sałacie, udekorowany krążkami gotowanej marchewki) lub też zupełnie czym innym – z Holmesem nigdy nie było wiadomo. W każdym razie, mój współlokator sam, z własnej woli, odezwał się.

- Watsonie, winien ci jestem pewne wytłumaczenie.

Byłem tak zaskoczony, że na moment odjęło mi mowę. Nie tylko tym, że Holmes w ogóle zaczął rozmowę, ale także – a może przede wszystkim – tym, co powiedział.

- Nonsens – wykrztusiłem wreszcie, przełknąwszy kawałek grzanki z marmoladą. – Nie musisz mi się z niczego tłumaczyć.

- A jednak. – Holmes dziobnął widelcem swojego śledzia i podniósł wzrok. – Jeśli mamy mieszkać razem przez resztę życia, uważam, że powinieneś znać prawdę.

W tym momencie struchlałem. Naprawdę nie wiedziałem co gorsze: to, że Holmes był święcie przekonany, że już zawsze będziemy mieszkać razem, czy też owa "prawda", którą zamierzał mi wyznać.

Moja rozgorączkowana wyobraźnia zaczęła podsuwać mi koszmarne wizje, z których każda kolejna była bardziej przerażająca od poprzedniej. Może Holmes był złodziejem, albo psychopatycznym mordercą, zwabiającym swoje ofiary obietnicą mieszkania i płacenia połowy czynszu? A może człowiek, z którym właśnie siedziałem przy stole nie był wcale tym, za kogo się podawał? może nie był dżentelmenem tylko prostym parobkiem, kobietą w przebraniu mężczyzny, lub – o zgrozo – cudzoziemcem?

Po tej ostatniej myśli zrobiło mi się słabo, ale uznałem, że omdlenie w tym momencie może mi przynieść więcej szkody niż pożytku. Opanowałem więc wzburzone nerwy, wyprostowałem się na krześle i spojrzałem przeznaczeniu w twarz. Albo raczej Holmesowi na nos. Nie było w nim nic szczególnego, ale uznałem, że spojrzenie Sherlockowi Holmesowi w oczy byłoby nierozważne – lepiej nie kusić licha i nie drażnić mordercy ani złodzieja (tu kwestia, jak czytelnikowi wiadomo, była jeszcze nierozstrzygnięta).

Ten przyglądał mi się jeszcze przez krótką chwilę, podczas której ja starałem się nie spocić za bardzo.

- Nie masz już zamiaru zemdleć? – zapytał w końcu, lekko rozczarowany, jak mi się wydało.

- Nie – stwierdziłem krótko i po męsku. Musiałem uświadomić Holmesowi, że ma do czynienia z człowiekiem, który mimo czyhających nań niebezpieczeństw, nie będzie chował głowy w piasek niczym trusia, albo zgoła inny drób.

- Hm, no dobrze.

Usiłowałem nie wiercić się na krześle, pod badawczym spojrzeniem mojego współlokatora, który być może miał mi zaraz wyjawić, że w rzeczywistości jest poszukiwaną przez prawo, niemiecką złodziejką.

- O czym to ja mówiłem? – Holmes podrapał się w podbródek. – Aha, no więc należą ci się wyjaśnienia. Parę dni temu pytałeś mnie kto to jest Gregson. Więc Gregson jest inspektorem w Scotland Yardzie.

Aha, wiedziałem! Holmes miał na pieńku z prawem.

Zacząłem się zastanawiać, czy by jakoś dyskretnie nie sięgnąć po mój stary rewolwer, który dostałem w spadku po służbie w Armii Jej Królewskiej Mości. Rewolwer leżał w szufladzie szafki nocnej w moim pokoju, który był piętro wyżej. Stwierdziłem, że z obecnej pozycji dyskretnie sięgnąć po niego się nie da, więc chwilowo dałem sobie spokój i słuchałem dalej Holmesa.

- Na pewno widziałeś też drugiego, podobnego Gregsonowi, typa, który równie często tu przychodzi. To Lestrade, też inspektor. Równie zdolny jak Gregson jeśli chodzi o rozwiązywanie spraw kryminalnych, to znaczy wcale. Obaj przychodzą tu po to, bym ja im wskazywał morderców, złodziei i inny element, a potem płacą mi ze swoich premii od złapanych przestępców.

Hm, to się jakby nie zgadzało z moją teorią.

- Bo widzisz, Watsonie, – Holmes zawiesił głos i przybrał uduchowiony wyraz twarzy. – Jestem prywatnym detektywem. Jedynym w Londynie.

Nie mogłem w to uwierzyć.

- Nie mogę w to uwierzyć – dałem wyraz swoim myślom.

Holmes wyglądał na urażonego.

- Dlaczego nie? Przecież nie raz dawałem ci dowody moich niezwykłych umiejętności dedukcyjnych, a to właśnie one stanowią największy atut każdego prywatnego detektywa. Policjanci w Scotland Yardzie są za tępi, żeby to zrozumieć – stwierdził, nieco arogancko, moim zdaniem, ale nie miałem zamiaru się z nim kłócić, - ale ja dzięki temu mam zarobek.

A więc nie był złodziejem – jeden kamień z serca, jak to się zwykło mówić.

- No a ci inni, którzy też tu przychodzą? – odezwałem się po przetrawieniu tej porcji informacji.

- Och, chcą żebym odnajdywał ich zaginionych krewnych, odzyskiwał skradzione kosztowności i ogólnie niósł sprawiedliwość gdziekolwiek się pojawię – powiedział Holmes nonszalancko, machając niezobowiązująco widelcem.

- Aha. – Nic więcej nie przyszło mi do głowy.

- A dlaczego byłeś tak zagniewany na Gregsona? – zapytałem jeszcze. Pomyślałem, że należy maksymalnie wykorzystać czas, kiedy Holmes był skory do rozmowy.

- Bo po ostatniej kradzieży papierów wartościowych z pcimskiego oddziału banku Cox & Co., aresztował jakiegoś, Bogu ducha winnego, draba z kaprawym okiem i posturą kulturysty, zamiast tej babci spod numeru trzeciego na Needle Street.

Miałem wrażenie, że coś tu było nie tak.

- Dlaczego miał aresztować jakąś babcię? – zapytałem w końcu.

- Nie jakąś, Watsonie, tylko konkretnie , – Holmes spojrzał na mnie z niesmakiem. – I dlatego, że to właśnie one stała za kradzieżą. Ona i jej kot, Puszek, chociaż przyznaję, że udział kota możemy pominąć.

Sherlock Holmes rozsiadł się wygodnie na krześle i raźno zabrał do jajek na miękko, przegryzając je wędzonym śledziem i uznając widocznie ten temat za wyczerpany.

Ja osobiście stwierdziłem, że na razie rozsądniej będzie nie sprzeciwiać się Holmesowi i również powróciłem do śniadania. Może skoro tak zawzięcie twierdził, że był detektywem to faktycznie nim był? To by również wyjaśniało jego zaciekłą niechęć do Dupina i Lecoq; żaden zarozumialec nie może ścierpieć konkurencji, a akurat ta profesja obfitowała, jak mi się wydawało, w zarozumiałe indywidua. Profesjonalna ciekawość kazała mi zadać sobie pytanie "dlaczego?".

Co prawda trochę szkoda było mi rozstawać się z teorią Holmesa jako psychopatycznego mordercy, albo kobiety w szczególnie udanym przebraniu, ale mówi się trudno.

Review this Chapter
Share


Return to Top