|
Author of 14 Stories |
IV Wojna postu z karnawałem
„Praca stała się zabawą, a zabawa - pracą:
Toczą się po ziemi kości, z kart się sypią wióry,
Nic nie znaczy, ten co nie gra, ci co grają - tracą
Ale nie odróżnić w ciżbie, który z nich jest który.”
(J. Kaczmarski)
„Ja twardy lód zimnem głaszczę twoją dłoń
Ja tak prosto w twarz kłamię cię każdego dnia
Ale ty, ty mnie dobrze znasz, wszystko o mnie wiesz
Wiem, wybaczasz mi, że wszystko przeze mnie
Ja jeden z was uśmiech skrada się przez twarz
Ja namiętnie gram, wiesz inaczej nie mam szans
Ty, ty mnie dobrze znasz, wszystko o mnie wiesz
Wiem, wybaczasz mi, że wszystko przeze mnie”
(Myslovitz)
Tworzenie iluzji snu nie było takie proste, gdy w głowie myśli pędziły na oślep, potrącając jedna drugą, a na końcu ich drogi stał jeden wielki znak zapytania. Bulma przypuszczała, że to, co przedstawił jej Gohan nie było raczej tak bliskie prawdy, jak chciała, choć i ta prawda przysporzyłaby jej ból, nie radość. Jej niemal niezawodna w takich sytuacjach intuicja nie pozwalała obalić kłamstwa snu i rozpocząć zadawania pytań. Jakichkolwiek
Mężczyzna, którego sylwetka odbijała się w oglądanym przez nią lustrze siedział niewzruszenie na szerokim parapecie, spoglądał chwilami na nią czujnie, by zaraz potem przywrócić pełnię spojrzenia czemuś, co zdawał się widzieć za oknem.
Kobieta wbiła wzrok w zabandażowaną dłoń, jakby właśnie w niej, albo zaraz za nią znajdowały się odpowiedzi na setki pytań, w tym na to, jakim cudem pół-Saiyan bez wykształcenia medycznego poradził sobie z okaleczeniami, których opatrzenie wybiegało daleko poza zasięg znaczeniowy „pierwszej pomocy”?
Nie było jej dane szukać wyjaśnienia, gdyż lustro błysnęło ruchem.
Gohan niemal bezszelestnie zsunął się z parapetu. Idąc przez pokój rzucił jeszcze okiem na nieruchomą figurę leżącą w łóżku i zamknął za sobą drzwi na klucz. Nieobecność Videl nie pozwalała mu zebrać myśli. Nie mając jednak czasu na żadne odchylenia od obranego toku myślowego, za jedyne słuszne wytłumaczenie uznał to, że najprawdopodobniej udała się do ojca. Przecież nie szukałaby centrum walki, której prawdę powiedziawszy nigdy nie było.
Zszedł do gabinetu i włączył komputer. Skupił się i rozpoczął przeszukiwanie archiwów Capsule Corporation, do których włamał się chwilę wcześniej. Po kilku godzinach sporządzania notatek opuścił stanowisko pracy, a przed powrotem do sypialni zabrał jeszcze kilka pozycji ze swojego księgozbioru.
Bulmie udało się zapaść w płytki sen, ale i ta ułuda izolacji skończyła się, gdy szczęknięcie w zamku przywróciło ją realnemu światu. Nie otworzyła jednak oczu, była pewna, ze Son będzie chciał jeszcze sprawdzić, czy spała. Bez powodu by do niej nie wracał.
Mężczyzna nie spuszczał z przyjaciółki wzroku usadawiając się z powrotem na parapecie. Upewniwszy się, ze wszystko było w porządku, zmrużył oczy i zamknął się we wnętrzu własnego umysłu, by uporządkować dopiero co zdobytą wiedzę.
Po kilkudziesięciu minutach obserwowania bezczynności Gohana, kobieta usnęła przykrym, niepokojącym snem, w którym z toni ciemności wyłaniały się pasma światła, wijące się jak małe, jadowite węże. Promienie światła, które ją przerażało.
On zaś w międzyczasie z kamienną twarzą po raz drugi opuścił sypialnię, w której płynął jedynie dźwięk niespokojnego oddechu śpiącej Bulmy, oplatający ściany pokoju jak potwór z czarnej satyny, połyskującej łzami. Czując nastrój rozpaczy równie realnie, jakby była ona muskaniem materiału z pełnym zdecydowaniem zamknął za sobą drzwi, by odciąć się od jej zasięgu, a po drodze chwycił z kąta korytarza plecak, który zostawił kilka godzin wcześniej, jego zawartość szczękała złowieszczo, gdy młody wdowiec schodził po schodach, obleczony własnym chłodem.
Vegeta siedział na jednym z krzeseł znajdujących się w sterowni i wsłuchiwał się w szum elektrycznego czajnika. Czerwona dioda migała złowieszczo, co chwilę oblewając szkarłatem twarz księcia , zmrożoną w grymasie nieskończonej złości. Chociaż na ogół wierzył w przypadki, to to, czego przyszło mu doświadczać dzisiaj, uznał za czystą złośliwość losu, i krwią własną byłby gotów podpisać się pod tym stwierdzeniem. Niegdyś był mordercą w którego umyśle geniusz mieszał się z szaleństwem pod komendą -jak się okazało-ofiary własnych dążeń.
Teraz szaleniec żądny krwi bawił się jego nicią życia, jak dentystyczną, do czego doprowadził go cel, przed którym został postawiony.
Po raz kolejny przyszło mu schylić głowę i poddać się rozkazom po to, by odbudować swój Dom, który okazał się być w miejscu, które tak bardzo pragnął lata temu zniszczyć, a piramida hierarchii wywróciła się do góry dnem, jej czubek, którym był on sam wbijał mu się w serce, a dno i zarazem podstawa –głupek, który byłby kiedyś niewiele więcej wart, niż niewolnik, przytłaczał go swoim ogromem i zabierał tlen.
Czy to po to pokonał Frezera? Żeby mógł zająć jego miejsce i jako śmieć wyniesiony na piedestał śmiać mu się w twarz?
Nie mógł nic z tym zrobić, a nawet jego część, spora część, wcale tego nie pragnęła. To dawna cząstka niego zdawała się oscylować wokół granicy zdrady i sprzeciwiania się Woli Bożej…
Książę planety Vegeta. Tytuł pozostały po czymś, co od dawna nie istniało, a na dodatek było tylko ułudą i zniewoleniem.
-A więc kim jestem według ciebie jestem? –zapytał Boga, ale czuł, że odpowiedź jest zbyt blisko niego, by sam Stwórca miał jej udzielić.
Nie odpowiedział nawet wściekle niebieski czajnik, który najwidoczniej obruszywszy się za takie absurdalne pytanie zgasł i zostawił Saiyana samego w ciemnościach, oparach gorącej wody i kawy, którą trzeba było zalać. A Kakarotta wciąż nie było, za to jego tajemnicze torby błysnęły, gdy Vegeta mieszał napój łyżeczką.
Kawa najwidoczniej oszukała go, gdyż wycieńczony absurdem przeżytego dnia i związanymi z tym wrażeniami spał płytko, zastygnąwszy w pozycji niemal nie różniącej się od tej, w której czuwał, tylko jego głowa całkowicie ukryła się w szczupłych dłoniach i spoczywała na blacie, tuż obok brudnej szklanki. Spokój nie trwał jednak długo, a na dodatek okazał się tylko ciszą przed burzą. Warkot silnika i inne odgłosy przywodzące na myśl naprawdę niefrasobliwego kierowcę wyrwał Vegetę z otchłani nieskończonych ciemności, wypełnionych jakże błogą ciszą. Odwrócił się na swoim krześle i spojrzał zrezygnowany na sunącą w dół platformę, na której moment później stanął jego młodszy towarzysz, ukazujący się powoli, ale nieodwołalnie, jak najgorsze z istniejących nieszczęść. Za które zresztą Vegeta go uważał.
Kakarotto nie poświęcił osobie księcia ani grama uwagi, tylko zapalił światło i ruszył z tajemniczą miną przez sterownię z ogromnym kawałkiem szarej blachy w rękach, z których skapywała niewinnie szkarłatna ciecz-ta sama, której ślady widniały na podłodze w postaci śladów butów.
-Czy to krew? –spytał zirytowany książę, gdy tamten był już w połowie drogi do drabiny.
-Może-odpowiedział Son, nie odwracając się nawet w stronę rozmówcy, o zwolnieniu kroku nawet nie wspominając. Pochwycenie w zęby reklamówek z wcześniejszych „zakupów” zdawało się być warte o wiele większej uwagi.
Saiyan zmarszczył czoło ze zdziwienia pomieszanego ze złością, czas złych przeczuć minął, teraz miał przed sobą połyskujące w zimnym świetle jarzeniówki potwierdzenia własnych przypuszczeń, którym starał się zaprzeczać przez cały okres samotnego przebywania na pokładzie statku.
Siedział w bezruchu wyraźnie skonsternowany, zaś sam sprawca jego wewnętrznego zamieszania nie wracał już przez dłuższą chwilę. Vegeta nie widział jednak sensu w podążaniu trasą kompana, wystarczająco dobrze przyjrzał się jego twarzy by stwierdzić, że przy tym poziomie podniecenia, nie było innej możliwości: cokolwiek zrobił wcześniej i cokolwiek robił w tej chwili –pewnym było, że zaraz wróci tutaj do niego, tak, jak morderca powraca na miejsce zbrodni, by go dobić, czyli podzielić się z nim swoją absolutną radością i wolał nie zastanawiać się nad tym, czym jeszcze mógłby zechcieć się podzielić.
W końcu burza gęstych, czarnych włosów wyłoniła się zza otworu, jeszcze nie tak dawno temu zamykanego klapą, a rozweselona z jakiegoś nieznanego powodu głowa przemówiła do księcia:
-Ej, chodź na górę. Muszę…
-Nie. Ty schodzisz na dół. W tej chwili, Batmanie.
-Batma…?
-A ja się bawię w wampira, nietoperza, czy innego krwiorozlewcę?!
Goku westchnął ciężko i zeskoczył z wyższego poziomu, odsłaniając się w całej okazałości.
-Jasna cholera…-wypalił z trudem Vegeta, któremu na widok zależnie od gustu odrzucającego lub też urokliwego stroju głos na chwilę uwiązł w gardle, jakby próbował uciec jak najdalej od tego zdecydowanie osobliwego zjawiska.
-No? –zachęcił młodszy Saiyan i powędrował w stronę wolnego krzesła.
Coś na wzór mdło –różowej koszuli wykańczanej złotem mignęło przed Vegetą, przybliżając go tym samym o kolejny krok bliżej do granicy wytrzymałości. Jednak gorszy od tego elementu był zupełny brak innych części garderoby, delikatnie opalone, muskularne uda wydawały się być niezniszczalne-Saiyan za nic nie był w stanie pozbyć się ich widoku sprzed oczu.
Son doskonale o tym wiedział, z radości w jego oczach płonął ogień, podsycany pożądaniem mieszającym się z niemal seksualną satysfakcją, rosnącą z każdą chwilą, jakby ktoś rozlał wokół benzynę, którą za chwilę miały polizać języki płomieni.
-To jest jeszcze bardziej oczojebne, niż ty sam z siebie.
Młodszy mężczyzna wzruszył ramionami i odwrócił wzrok od okna, po czym rzucił, jakby chcąc rozeznać się w sytuacji:
-Mogę to zaraz zdjąć, a wtedy sobie porównasz, czy rzeczywiście jestem taki oczojebny, jakbyś tego sobie życzył, mój książę asceto.
Vegeta wypuścił powietrze z płuc, odwrócił się i wskazał na wszechobecne plamy krwi, ciągnące się przez cały poziom.
-Porozmawiam z nią-prychnął –to w jakim języku, idioto, z nią i rozmawiałeś /i ? Kamień-papier ścierny-elektryczny nóż do mięsa?!
-Nie jestem pewien, czy chcę o tym w tej chwili rozmawiać-odparł Son, a jego spojrzenie powróciło na granatowe niebo za zakurzonym oknem.
-To, czy chcesz rozmawiać, to w tym momencie raczej twój najmniejszy problem, Kakarotto!
Ciemność za szybą nadal była bardziej interesująca od marudzenia Vegety. Po dłuższej chwili milczenia, Kakarotto postanowił udzielić wreszcie normalnej audiencji.
-Taak –jęknął przeciągle-z pewnością znalazłbym cudowne, radosno-szczęśliwe, a nawet satysfakcjonujące wytłumaczenie, dlaczego wybrałem rendez vous z tobą i oddałem się rozkoszy okradania sklepu, który sobie upolowałeś, zamiast oddania się walce ze złem, a już na pewno zdołałbym wymyślić taką bajkę w pół minuty, dodatkowo kłócąc się z tobą, bo masz problemy natury emocjonalnej. Dodam jeszcze, że potem wróciłby Gohan i wystrzeliłby z kolejną dobranocką dla sfrustrowanych seksualnie dziewczynek, takich, jaką była Videl. Rzeczywiście popełniłem niewybaczalny błąd zabijając kogo trzeba. Pozwól więc, że teraz ku twojej czci i w geście pokuty znajdę sobie jakąś kosiarkę i zamienię się w kastrata. –ziewnął i spojrzał znacząco na księcia, wzrokiem pełnym nieznośnej kpiny.
I choć starszy Saiyan naprawdę chciał zignorować ten niewybaczalny afront, to zdzielił młodszego w czerep szybciej, niż zdołał o tym pomyśleć. Tamten zacisnął zęby i rozmasował głowę, i choć się niebezpiecznie wściekł, przywdział na twarz uśmiech rażący okrutnym poczuciem satysfakcji, by móc wyszczerzyć zęby i śmiać się wrednie, mówiąc:
-Ciekawy argument, Vegeta, następnym razem wezmę to pod uwagę razem ze spostrzeżeniem, że atawizm ci zaszkodził. Powiedz, dużo twoich krewniaków padło trupem, gdy miało jakieś pięć-sześć lat?
-Zabawne, bo ja wziąłem pod uwagę –której ty nigdy nie potrafisz skupić- to, że gdy już przywrócą Videl do życia, to z pewnością wszystkim z radością opowie, kto był tym Jezusem-inaczej, co ją zbawił na odwrót, i jestem przekonany, że cała reszta zacznie śpiewać: „Jezu, jestem z tobą, dotknij mnie, dotknij, Jezu! Jezu, jestem po twojej stronie, pocałuj mnie, pocałuj, Jezu!” –krzyknął machając wściekle rękoma, parodiując wiernego, przeżywającego religijną ekstazę.
-A wtedy odpowiem: „by pokonać Śmierć, trzeba jedynie umrzeć” –mruknął bardziej sam do siebie, by dodać sobie otuchy, niż do rozmówcy, który wyglądał tak, jakby był w trakcie odliczania do początku poważnego załamania nerwowego.
-Co? –sarknął Vegeta.
-Nie ożywią jej. Musieliby mieć kule. A nie mają i nie dostaną. Zniszczyłem je.
Niski brunet westchnął i uderzył dłonią w czoło.
-Ty durniu. Latałeś sobie wokół całej Ziemi, żeby się ich pozbyć myśląc, że nikt cię nie namierzył?!
-W zasadzie udałem się tylko w jedno miejsce, ale ryzyko było raczej warte radochy. Wiesz, że żeby odebrać moc kulom wystarczy zabić tego, kto je stworzył? Ciekawa zależność, osobiście bardzo mi się spodobała –ziewnął –czy teraz możemy iść spać? Coś mi mówi, że młody będzie chciał nas odwiedzić…
-Skasowałeś Wszechmogącego? –charknął książę. Czuł, że ciśnienie niebezpiecznie mu się podnosiło, nawet zaczął się zastanawiać, czy dużo irytacji i jadu zostało do przekroczenia dawki śmiertelnej.
Son uśmiechnął się szeroko ujrzawszy jego minę, będącą szczękościskiem idealnie zmieszanym z kumulacją przyszłego tiku nerwowego.
-Nie możesz wyjść z podziwu, hm?
-Jakoś wolałem wyjść sam z siebie –syknął.
-I co, zgubiłeś się? Moje kochające ramiona są zaraz naprzeciw ciebie…-na oblicze Goku wpełzł podły, perwersyjny uśmieszek.
-Stanąłem obok i zaczaiłem się na ciebie z nożami dłuższymi, niż byłaby twoja kretyńska samoocena położona pionowo na podłodze, ale chyba nie powinienem ci tego mówić, jesteś tak absolutnie genialny, że pewnie wiedziałeś już o tym, gdy mając pół roku obrzygałeś się mlekiem z butelki? Chyba stare to mleko było, nie?! Skojarzyło się zielone i zabiłeś Wszechmogącego, którego zdaje się sam wybrałeś?! –wykrzyknął wściekle jednym tchem.
-Miło, że podjąłeś ten wątek, szybciej dojdziemy do porozumienia. Ja wybrałem-ja odwołałem. Nie ma się nad czym rozwodzić, my stoimy wyżej w hierarchii, Dende był gdzieś na obrzeżach Paxontorum, jeśli nie nawet poza nim, co oznacza mniej więcej tyle, że jeśli Pan powiedział „umieraj”, to znaczy, że trzeba mu było umrzeć, a jeśli był to ktoś praktycznie nie powiązany z Organizacją Inferven, to chyba był ostatnią osobą, która mogła mieć jakieś żale, ‘ale’ i inne pretensje, nie uważasz?
-Przypomnę ci więc tylko, że ta wojna dotyczy jedynie samego szczytu, po co mieszać w to ludzi, których tak zajadle broniłeś przez ponad dwadzieścia długich lat? Rodzinę, do jasnej cholery! Nikt na tej planecie nie decydował za siebie, przez kogo miał zostać stworzony…Chyba, że po prostu zniżanie się do poziomu tamtego skrzydlatego ścierwa i ich szefa sprawia ci taką satysfakcję? Jakaś nowa odmiana transwestytyzmu? Walczymy po to, żeby było lepiej, nie po prostu dlatego, żeby było na odwrót tam na górze, zapamiętaj to, jeśli nie chcesz, bym poszedł kiedyś nocą do twojej sypialni i wycharatał ci tę prostą prawdę na czole, a może nawet na czaszce…-syknął wściekle.
Słowa „twojej sypialni” wydały się Goku niezmiernie zabawne, zastanawiał się, czy Vegeta będzie niedługo równie rozbawiony, czy też będzie to coś skrajnie innego, również zaczynające się na „roz-” , ale nie dał tego po sobie okazać. Podszedł do Saiyana i iście anielskim wyrazem twarzy i zanucił nieporadnie:
-„Spróbuj się nie martwić, spróbuj nie unosić punktem, co cię drażni…Nie wiesz, że wszystko w porządku jest, tak, jak być miało…Chcemy tylko, byś dziś dobrze spał, dziś bez ciebie niech się kręci świat, przejdziemy, jeśli spróbujemy, zapomnij o nas w tę noc…”
Vegeta wstał tak energicznie, że wyrwał z podłoża krzesło, które było do niego przytwierdzone na stałe, niemal wtopione w powierzchnię, i ruszył w kierunku drabiny bez słowa, ociekający zimną furią.
Kakarotto nie bawił się tak dobrze od bardzo dawna, toteż śpiewał dalej, zaciekawiony, ile jego towarzysz, będący w kropce z pewnych względów potrafił znieść:
-„Śpij, a ukoję, uspokoję i na-”
-Zamknij pysk, bo będziesz srał własnymi zębami!
Goku roześmiał się, jakby usłyszał najlepszy dowcip w życiu, ba, nawet, jakby sam ten dowcip wymyślił, i rzeczywiście, nie zauważył nawet, gdy Vegeta zawrócił, a chwilę później kopnął go kolanem w szczękę od spodu.
-Przegiąłeś, dupku –warknął książę.
Son cofnął się lekko w głąb sterowni, by utrzymać równowagę, a gdy tego dokonał, otarł strużkę krwi cieknącej z ust i rzucił, siląc się na próbę normalnego mówienia, choć nie było to łatwe:
-Ja przegiąłem? To ty mi właśnie zamieniłeś gębę w plac budowy i nazwałeś dupkiem, dupku! Wiesz chociaż może, gdzie od dzisiaj śpisz, co?
-Nie, ale zaraz nadrobię brak wiedzy, bo idę spać, a we śnie, to ja ci mogę zrobić nawet Oklahoma City na pysku!
-Stąd ten spokój-parsknął śmiechem Saiyan –pokażę ci pokój, chodź.
Sonowi jakoś przeszła chęć na odwlekanie momentu prezentacji w nieskończoność, gdy już znaleźli się na drugim poziomie. Bez żadnych ceregieli otworzył drzwi znajdujące się na samym końcu korytarza, a oczom Vegety ukazało się zalane poszarzałą bielą pomieszczenie o wymiarach około dwóch i pół na trzy metry kwadratowe, o dokładnie dwuosobowej powierzchni sypialnej, mężczyzna odkrył też przy okazji rozglądania się przeznaczenie tajemniczego, metalowego obiektu. Był jednak jeden spory problem, zdecydowanie niemożliwy do obejścia: w pokoju stało tylko jedno łóżko. Potężne, szerokie, dwuosobowe, ale wciąż jedno.
-To jak, wolisz spać od okna, czy od ściany? –spytał niewinnym głosem Kakarotto. -Idę na dół.
-Co?
-Biorąc pod uwagę alternatywy, czyli ciebie lub cokolwiek innego, to chętnie zrobiłbym nawet orła w gnoju. Naprawdę. A ze świadomością, że jestem dalej, niż bliżej ciebie, może nawet zaliczyłbym orgazm. Tak więc, jakbyś jeszcze nie zrozumiał-
-Nie będziesz spał na tamtych śmieciach, kategorycznie ci tego zabraniam, pod groźbą śmierci wręcz –warknął młodszy mężczyzna.
-Cudownie, to jazda na parter spać, krzyż ci nawet w dupę, mam nadzieję, że się więcej nie obudzisz –prychnął Vegeta.
-Nie zamierzam tam spać, nawet sobie nie myśl.
-To masz problem –odpowiedział Saiyan, po czym wszedł do pokoju i próbował zatrzasnąć za sobą drzwi, które w połowie drogi zatrzymał Goku. Jego spojrzenie było do tego stopnia przepełnione dezaprobatą , że aż cała jego twarz by nią ociekała, gdyby tylko mogła przybrać fizyczną formę. Westchnął. Znów czuł się jak nauczyciel z dwudziestoletnim stażem, po raz kolejny ustanowiony opiekunem klasy pełnej upartych idiotów. Stwierdził, że gdyby miał porównać, to Vegeta starczyłby mu za piętnastu głupków skrzyżowanych z osłami, i do tego była to tendencja wzrostowa.
-Słuchaj, stary, jesteśmy dwoma dorosłymi mężczyznami, i-zaczął zrezygnowany, ale nie było mu dane dokończyć, gdyż wciął się jego nieszczęśliwy sublokator:
-I tego się właśnie obawiam, sieroto losu!
Korzystając z chwili nieuwagi Sona, zamknął za sobą drzwi i stopił kluczyk w dłoni.
„Błąd. Trzydzieści-dwie krzyżówki, chyba zacznę sam ze sobą obstawiać zakłady” –pomyślał Kakarotto, wyciągnął dodatkowy klucz z wewnętrznej kieszeni osobliwej koszuli i otworzył drzwi, a za nimi ujrzał Vegetę opatulonego chyba wszystkimi kawałkami materiałów, jakie znajdowały się w sypialni tak ciasno, że bezpośrednie odczucie przez niego jakiegokolwiek bodźca dotykowego było praktycznie niemożliwe. Młodemu Saiyanowi dosłownie opadły ręce. Położył się na przeciwległym brzegu łóżka, którego oparcie przyozdobione było szarą, blaszaną tablicą, miejscami ubrudzoną krwią, z ręcznie wyrytym napisem „Depuis toujours ton” i symbolem będącym kombinacją trzech kręgów –jeden wewnątrz drugiego, i oddzielnego małego kręgu, jedynie przylegającego do największego z pierwszych trzech, krzyżem zwanym „rękami Boga” w centrum, z których środka rozchodziły się linie pentagramu, a całość okalał zarys ryby.
Obaj mężczyźni obdarzali ten symbol czcią. Kakarotto z radością i szczerym uwielbieniem, zaś Vegeta powodowany był strachem.
Goku spojrzał po raz wtóry na przyjaciela i powiedział, w zasadzie bez konkretnego powodu:
-Nie baw się w kokon, tylko ja jestem zdolny przemienić cię w motyla.
-Chciałbym, żeby zjadły mnie pająki, zanim byś się do tego zabrał –mruknął Vegeta, zapadając powoli w sen.
Otworzyła niepewnie oczy i obrazy z poprzedniego wieczoru spłynęły z powrotem do jej świadomości ze zdwojoną siłą, jakby odreagowując zesłanie ich poza percepcję, nie wspominając o akceptacji. Smutny i zrezygnowany głos Gohana zmieszany z jej własnym krzykiem odtwarzał się w kółko i mierził jak przeklęta taśma z horroru, którego tytułu nie mogła, a nawet nie chciała sobie teraz przypominać. Zwlekłszy się z łóżka po dłuższej chwili wahania, ruszyła niepewnie w stronę drzwi i odkryła, że zostały otwarte.
Co miały oznaczać te wszystkie pozory?
Ruszyła na dół powoli, niepewna każdego kroku, jakby bała się tego, co mogło ją spotkać piętro niżej, pokonawszy ostatni stopień minęła pusty, zimny salon z okaleczonym stołem i plamami krwi wsiąkniętymi w dywan, zwróciła cień uwagi na ścienny zegar, tykający tak samo, jak wczoraj, jakby nic się nie zmieniło… Spróbowała zmienić tok myślenia i skupić się na aktualnej godzinie. Dochodziła dziewiąta. W tym samym momencie doszły ją odgłosy brzęku talerzy, dochodzące z kuchni, toteż tam się skierowała, jeszcze bardziej zestresowana i przelękniona brakiem pewności, kto mógł tę kuchnię okupować.
Stanęła cicho w progu, poprawiła pożyczoną, pasiastą koszulę, w której się położyła i obserwowała, jak Gohan krzątał się w kuchni. On jednak już wcześniej słyszał, jak nadchodziła i bez cienia zaskoczenia odwrócił się twarzą do niej i w milczeniu wskazał ręką na krzesełko barowe, stojące tuż obok niego. Bulma doznała osłupienia, nigdy wcześniej nie widziała jego twarzy w tak przerażającym stanie. Oczy Gohana przyozdobione były głębokim cieniem, a bezpośrednio obok kącików oczu, światło porannego słońca pozwoliło jej dojrzeć delikatne bruzdy, powieki miał do połowy opadłe, jakby ciążyły tak bardzo, że nie był w stanie ich unieść ze zmęczenia, choć czarne oczy bez przerwy zachowywały czujność, a dodatkiem do jego spojrzenia był smutek, zaś cała facjata mężczyzny oblana była bielą przywodzącą na myśl wyblakłą ścianę, wyglądał zupełnie tak, jakby przez całą noc nie robił nic, poza obserwowaniem martwego punktu za oknem, i jednocześnie żył w niewyobrażalnym stresie.
Nie wiedziała, co powiedzieć, była na niego wściekła, wszystkie jej podejrzenia skierowane były na jego osobę, a wyglądało na to, że śmierć ojca przytłoczyła i zgasiła go nie mniej, niż ją śmierć męża. Milcząc, usiadła na wskazanym stołku, Gohan przysunął w jej stronę filiżankę świeżej, pachnącej kawy, napił się swojej i po chwili zastanowienia, jakby nie wiedząc, czy miał prawo do zabrania głosu, czy nie, odezwał się stosunkowo neutralnym głosem, w którym jednak dało się wyczuć nutę szczerej troski:
-Jak się czujesz?
Ze wszystkich możliwych głupich i nieadekwatnych pytań zadał właśnie to, ale nie miała pretensji, sama nie wiedziałaby na jego miejscu jak zacząć rozmowę, po takim intymnym wybuchu emocji, jakiego doświadczyli wczoraj.
-Jakby ktoś dla mnie ważny odkręcił z mojego serca korek i wylał całą jego zawartość do sedesu, a potem spłukał muszlę.
Gohan pokiwał głową i westchnął:
-Też miałem ciężką noc. Najgorzej miał chyba Goten.
-Przegapiłam coś?
-Mhm -mruknął, wbił wzrok w otchłań kawy i ponownie się napił, po czym kontynuował myśl-Matka, gdy odzyskała przytomność nad ranem, przeżyła wszystko jeszcze raz, ale bardziej boleśnie, z mniejszym niedowierzaniem, kilkanaście minut później do domu dotarł Goten i ją znalazł. Miała zapaść –dodał ze smutkiem i spojrzał na blat stołu, desperacko próbując pohamować emocje, dopiero po chwili był gotów przenieść pełną, należną uwagę na zdjętą strachem twarz Bulmy –Bogu dzięki, że poszedł do nas, nie do siebie –szepnął bardziej do siebie, niż do rozmówczyni.
Kobieta zamrugała kilkukrotnie, jakby miała problem z przyswojeniem wiadomości.
-Co z nią? –spytała walcząc w tym samym momencie z napływającymi łzami, czując jednocześnie taką blokadę w gardle, że mówienie sprawiało jej fizyczny ból.
-Młody dzwonił kilka godzin ze szpitala, nadal zresztą tam siedzi, mówił, że skończyło się jak dotąd zawałem, niedotlenieniem mózgu i śpiączką, że lekarze nie są w stanie stwierdzić, jaki obszar mózgu i w jakim stopniu został uszkodzony, a co za tym idzie –nie możemy stwierdzić kiedy, i czy w ogóle z tego wyjdzie…
Oboje milczeli przez kilka minut. Minut, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność.
-A ty? Dlaczego nie pojechałeś? –spytała w końcu.
-Nie mogłem zostawić ciebie i dzieci samych. Nie wiesz może, dokąd wybrała się Videl?
-Nie była zbyt rozmowna, ale przebąkiwała coś o szukaniu waszej ekipy. Jak na mój gust siedzi u ojca i zwija się ze złości, że nie mogła walczyć.
-Pewnie tak –odparł, będąc myślami coraz dalej. Czarne wizje znów się aktywowały i opary przypuszczalnie możliwej tragedii zalały jego umysł, wypełniły naczynia krwionośne i z ogromną prędkością pędziły ku sercu.
Bulma zauważyła, że zbladł jeszcze bardziej.
-Słuchaj, mogę popilnować dzieci, a ty odwiedzisz matkę…
-Nie sprawi ci to problemu, Bulmo?
-Raczej nie mam do kogo i po co wracać –wzruszyła ramionami i skupiła spojrzenie na własnych stopach, które w tym momencie zdawały się absorbować jej uwagę w całości.
-Teraz wszyscy musimy żyć dla siebie nawzajem, żebyśmy mogli żyć w ogóle –stwierdził i ruszył w stronę wyjścia.
-Gohan? –zawołała jeszcze kobieta, gdy ten stał w progu kuchennych drzwi.
-Tak? –odpowiedział i spojrzał na nią zaintrygowany.
-A gdzie ty byłeś, kiedy oni wszyscy ginęli?
Son mimowolnie przypomniał sobie o wszystkich tych chwilach przepełnionych groźbą śmierci, w których ojciec zabronił mu się wtrącać do walki i zarządził uciec, lub szukać pomocy gdzieś indziej i wzdrygnął się, a w ustach poczuł nieprzyjemną gorycz.
-Ojciec kazał mi pójść do Północnego Kaio po pomoc dla najsłabszych z nas, którzy już wtedy byli u kresu sił…-odpowiedział kilka sekund później –nie zniosłabyś jego wzroku –dodał zupełnie szczerze.
Bulma skinęła głową na znak akceptacji podanej wersji zdarzeń i zagłębiła się w wir własnych myśli.
-Rozumiem –odparła, gdyż czuła, że Gohan mimo wszystko potrzebował werbalnego zapewnienia.
-Idę do szpitala, po drodze zabiorę Videl, trochę może mi to zająć –rzucił i opuścił dom zdecydowanym krokiem. W kieszeni pobrzękiwała mu kapsułka pomniejszająca, będąca na dłuższą metę o wiele lepsza, niż jakikolwiek plecak.
Czuł, że pierwszym, jeśli nie jedynym człowiekiem, którego musiał tego dnia odwiedzić był jego ojciec, będący dla Gohana w tym momencie jedynie archiwum odpowiedzi na najbardziej nurtujące i złowróżbne pytania.
Nie widząc w pobliżu żadnego pojazdu zawołał kinto i odleciał w stronę, z której już nocą wyczuwał chwilami tłumione ki ojca i Vegety, nie zwróciwszy żadnej uwagi na spalone linie rdzy, wtopionego w podłoże metalu i szkła na parkingach, będące konturami wraków samochodów i samolotów, które już zostały uprzątnięte.
Kakarotto powoli otworzył oczy, ziewnął i mimowolnie skierował wzrok w stronę okna, co było zupełnie niepotrzebnym pretekstem, gdyż reszta łóżka ziała pustką, niemal nienaruszona od zeszłego wieczoru, zupełnie jakby Vegeta wcale nie zmienił pozycji podczas snu, może ze złości, a może ze strachu, Son nie wiedział.
Okno i tak było przeżarte brudem.
Wstał, zabrał z torby parę ubrań i zdecydowanym krokiem ruszył do łazienki. Z każdym oddechem czuł się coraz bardziej rozbudzony, żywy, choć paradoksalnie-oficjalnie był martwy.
„Zimny. Oziębły. Rozpalony. Zimny. Skurwiel.” –przemknęło mu przez głowę, gdy o tym myślał, ale by zachować pełnię zmysłów, pomimo przeżerających się jeszcze nawzajem skutków przemiany, zainicjowanej zeszłego popołudnia.
Bomba z opóźnionym zapłonem.
„Chcę…”
-Cholera –szepnął sam na siebie wściekły i rzucił się pędem pod prysznic. Odkręcił do samego końca kran z zimną wodą, nie będąc do końca pewnym, które z antagonistycznych uczuć chciał zagłuszyć.
Mimo wszystko ciepło było przyjemniejsze, a nawet najdrobniejszy pomruk mógłby mu dać to, czego pragnął. Ba, sam mógłby wziąć sobie rozkosz, gdyby zechciał. Ostatecznie wyrzuty sumienia zamarzły pod wpływem wody, a chęci i zamiary jedynie wycofały się w głąb, jednak pewne swojego triumfu.
Zeskoczył do sterowni, gdzie siedział już Vegeta, wpatrujący się bez cienia emocji na twarzy w ekran monitora, najwyraźniej rozeznawał się w systemie operacyjnym statku. Gdy Saiyan kątem oka dostrzegł Sona, uśmiechnął się, co odbiorcę tegoż uśmiechu wprawiło w zakłopotanie –rzadko widział, by Vegeta tak po prostu uśmiechał się na jego widok.
-Dzień dobry…-rzucił wesoło, choć z wyraźną ostrożnością, z powodu której ubolewał, gdyż na usta cisnęło mu się co najmniej „Dobry, kotku”.
-Twój syn już tu leci. On cię zabije. Wiesz o tym, i jeszcze mówisz „dzień dobry”. Godne podziwu –uśmiechnął się i sięgnął po notatnik, choć nie spuścił Kakarotta z oczu nawet na moment. Dla zachowania spokoju tak długo, jak się dało, czyli przez najbliższe kilka minut pozostałe do przybycia Gohana, nie skomentował ubioru towarzysza, o stokroć spokojniejszego od tego zaprezentowanego nocą, choć wciąż niepokojąco różniącego się od stylu Sona, jakiego znał wcześniej.
-Miód mi lejesz na serce, ale w geście podziękowania muszę cię rozczarować –jemu nie wolno mnie zabić, to podstawa.
-Oczywiście –rzucił tonem pełnym zakłamanego zrozumienia i zwiększył uśmiech –tylko, że u chłopaka przed trzydziestką, a konkretnie Gohana likwidującego wszystko pod wpływem wściekłości priorytety mogą się zmienić, gdy dowie się, że zabiłeś kobietę jego życia, matkę jego córki i tak dalej. Bez względu na to, jak delikatnie i bezboleśnie byś jej nie uśmiercił.
Goku syknął, jakby ktoś go ukuł w tyłek, i próbując się usprawiedliwić, rzucił:
-Miała lepszą śmierć, niż całe życie. Królowa Baforea umieści ją w najlepszej części Nieba. Odprawiłem wszystkie możliwe rytuały.
Vegeta skrzywił się mimowolnie i przeszły go ciarki. Któryś z jego przodków był rozgrzeszany przedśmiertnie, wrażenia były niezapomniane. Dobry humor zaczął się ulatniać.
-Strzępy –stwierdził tylko.
-Słucham?
-Na strzępy ją rozerwałeś, prawda?
Kakarotto potraktował Saiyana chłodnym spojrzeniem.
-Rozmowa o tym niczego nie cofnie, a nawet, gdyby cofnęła, to samo by się stało.
Starszy z mężczyzn prawdę powiedziawszy spodziewał się głownie początku pyskówki, względnie irytującego monologu, ale nigdy prostego zdania z delikatnym niezadowoleniem zapieczętowanym w środku.
-Och, czyżby ciebie coś tknęło? -zdziwił się.
Goku wzruszył obojętnie ramionami.
-Nie zabiję się, nie zapiję się, nie potnę, nie przepasę ramki czarną wstążką, nie zapalę świeczki, nie zorganizuję imprezy ani z tego powodu, ale na tę okazję też nie. Kwestia rozpoczęła się wczoraj i wczoraj została rozwiązana. Koniec, nie ma.
-Mówię poważnie, dzieciak z jaj zrobi ci sos do sałatek, z mózgu dodatek dekoracyjny, a bazą będzie całe świństwo, które się na ciebie składa. Dopiero potem pomyśli o tym, że zmielą mu rewers, gdy się tam na górze dowiedzą –powątpiewał w swoje słowa, toteż przyodział na twarz cień uśmiechu.
-Czujesz się jakoś specjalnie dowartościowany wiedząc, że będzie z ciebie kompocik do sałatki? Twoja bezczynność chyba się młodemu nie spodoba –odwzajemnił uśmiech.
Obaj poszli do kuchni, porzuciwszy zagadnienie zbrodni i kary. Przejmowanie się takimi rzeczami jak czyjaś rozpacz, czy żałoba nie było cechą właściwą nieboszczykom.
Burza złotych włosów rozlała się po blacie szarego biurka, gdy Baforea ostatecznie nie zdołała obronić się przed nadejściem snu i osunęła się lekko w dół, będąc już w zupełnie innym świecie. Jej organizm miał nietypową właściwość, której często zazdrościli jej pozostali –bez względu na to, jak bardzo sytuacja była napięta, i jaki stres ją ogarniał, odpowiednio zmęczona potrafiła zapaść w sen. Reszta Aniołów nie potrafiła złamać się i zaprzestać czuwania. Baforea nienawidziła tego w sobie z całych sił. Świadomość, że mogłaby przegapić coś istotnego, lub tego nie zrobić, sprawiała, że nóż otwierał jej się w kieszeni i trząsł ze złości, pragnąc doskoczyć do wszystkich możliwych gardeł, w tym jej własnego. Toteż wzdychając, Morris nie bez przyczyny pomyślał, że nie będzie wesoło, gdy już się zbudzi. Wycieńczony, czy nie, przywrócił uwagę kopiom dokumentacji dotyczącej Przebudzonych, ktoś w końcu musiał pracować. Jasku od kilkunastu minut nie przewracał strony w swoich kartach, najwidoczniej pochłonęły go własne myśli. Takie blokady bywały u niego dość częste, Eftin nauczył się nie winić go za to.
Pierwsze promienie porannej, zniszczonej i stosunkowo bliskiej samounicestwieniu gwiazdy przetoczyły się powoli, choć zdecydowanie po ścianach szarego i brudnego gmachu Inferven, rozciągającego się mogłoby się rzec-w nieskończoność. Światło nie oszczędziło również okien i tą drogą zaatakowało Baforeę –jedyną nieświadomą nadejścia świtu.
Kobieta otworzyła oczy i jednocześnie cofnęła się jak oparzona od mebla, jakby to właśnie biurko zdradziło jej niezłomność i skusiło snem, z czego zdała sobie sprawę niemal w pierwszej chwili, gdy spostrzegła, że odklejona etykieta wina, służąca za zakładkę tkwiła na tej samej stronie wydruku, na której zostawiła ją kilka godzin wcześniej, a jej dłoń wciąż ściskała agresywnie i nienawistnie przepalone resztki komputerowej myszy, którą najwidoczniej z wściekłości przed snem musiała posłać w niebyt wraz z monitorem, z którego ziała spora dziura. O dziwo sam komputer został nietknięty, Wtedy zaczęła sobie przypominać: złom nie chciał działać, a ona potrzebowała danych, co poskutkowało słownym, a potem manualnym wyrażeniem jej niechęci, podsyconej nieco spożytym wcześniej alkoholem. Zachowała na tyle rozsądku, by obdarzyć łaską serce zestawu, ze względu na pliki. Chociaż może to był rozsądek Jasku, nie jej. Nie pamiętała.
Rozejrzała się po pokoju, pod ścianą przebiegł jakiś szczur i wpełzł do jednej z dziur, by przemierzyć gabinet należący do kogoś innego. Zignorowała to i rozejrzała się po własnym miejscu pracy i z większą wesołością odkryła, że pozostali nie próżnowali. Uśmiechnęła się do obserwującego ją ukradkiem rudego współpracownika, a ten odwzajemnił gest. Jego twarz przywiodła w tym momencie Baforei na myśl rozpromienioną buzię małego dziecka, gotowego do rozpoczęcia kolejnego dnia z taką radością, jakby był on świętem. Dziecka z ADHD, należało dodać. Zastanawiała się tylko, czy dwójka zapalonych czytelników nie obudziła jej w geście przyjaźni, czy też w trosce o własne bezpieczeństwo. Postawiła jednak na tę pierwszą opcję zważywszy, że Morrisowi zdarzało się okrutnie wyrywać ją z objęć snu. O uczeniu się na błędach nie mogło być mowy, Aniołowi zdarzało się to zdecydowanie częściej, niż rzadziej. Wyglądało na to, że ich sytuacja naprawdę się zmieniła, i wtedy dotarła do niej brutalna, oczywista prawda, którą przeganiała wydawaniem poleceń i nieustającą lekturą: już nigdy nic nie miało być takie samo, jakim było wcześniej.
„Kolejny wschód, kolejny kąt padania, kolejny kąt patrzenia, kolejne tej samej skały ukazuje się oblicze” –pomyślała, sama nie wiedząc czemu zdecydowała się na cytowanie Księgi Sioh.
-Jasku, chciałabym wiedzieć, gdzie teraz jesteś i o czym teraz myślisz…-westchnęła spostrzegłszy w końcu, że jej przyjaciel nieco oddalił się od pomieszczenia, którym siedział, odkąd wkroczył doń z winem w ręku i ekscytacją na ustach.
-Najgorsze jest to, że i tak nigdy nam nie mówi, bo zapomina. Nie sądzę, żeby kłamał, nie jest do tego zdolny, co nie?
-Biedactwo, gdyby umiał, jego życie byłoby łatwiejsze. Długo tak ma?
-Odkąd pamiętam –odpowiedział Eftin, nieco zbity z tropu tak nonsensownym pytaniem.
-Mam na myśli tę „sesję”.
-Przestałem mierzyć czas, trochę to już trwa. Sam nie wiem, czy powinienem się niepokoić-rzucił, odsunął papiery, wstał i przeciągnął się-swoją drogą jestem ciekaw, co go zatrzymało-skierował się w stronę kopii Jasku i zajrzał mu przez ramię, sztywne, nieobecne, jakby sztuczne.
-Co znalazłeś?
-762. Strona kończy się w miejscu, w którym Kakarotto mówi, żeby zostawić Vegetę, bo to sam musi go wykończyć.
-Rzeczywiście powiedział coś takiego? To mi bardziej na odwrót pasuje…
-Bo ja wiem, w zasadzie sparafrazowałem monolog i coś takiego mi wyszło.
-Hm…-Baforea zagłębiła się w opisywany moment, wracając w myślach do tego, co już wcześniej zdążyła przeczytać.
-Baf, nie dywaguj o tym za bardzo, nie ma czego rozwałkowywać, równie dobrze w głowie Jasku może się teraz jawić kompletna abstrakcja –jęknął Anioł, ale i tak próbował przeszyć wzrokiem papier, jakby był wizualizacją Jaskowych myśli.
Baforea wzięła z niego przykład.
Mężczyzna zdecydowanym, acz kulturalnym ruchem otworzył drzwi. To co ujrzał tak go zbiło z tropu, że pilnował się, by nie zacząć zwijać się śmiechu. Nie chodziło nawet o to, że Cherubinka i dwoje szarych, niewidocznych aniołów, chłopców w porównaniu z nim kuliło się blisko siebie jak opuszczone szczenięta, z niewiadomego powodu wpatrzone w jeden punkt na stercie dokumentów.
Biorąc pod uwagę, kogo wybrała sobie na asystentów, szykował się okropny ubaw…
-Rozczulające –rzucił na przywitanie sztucznie przymilnym głosem –w czym problem, dzieci?
Kobieta uniosła głowę, bardziej po to, by najpierw zabić, a potem zidentyfikować sprawcę zniewagi, ale szczęśliwie dla niej i dwójki jej najbliższych, powstrzymała odblask mordu w oczach w ostatniej chwili, by wstać i ukłonić się, ku rozczarowaniu gościa –nie specjalnie nisko.
Morris ukłonił się odpowiednio niżej, choć wciąż z zauważalną niedbałością w ruchach.
Zaraz potem usiadł tuż przed Jasku, który z przyczyn oczywistych dla pozostałych Stróżów zarówno w ogóle jak i w tej chwili niedyspozycji, nie uraczył przybysza żadnym gestem.
-Wybacz, Chaszmodaj, jak widzisz, już wybrałam Współstróży.
-Kochana, czy ty kiedykolwiek nauczysz się zaczynać rozmowę od powitania? Dzień dobry, Baforeo -uśmiechnął się przymilnie.
Pomyślała, że rozmowę z nim najchętniej zaczęłaby i skończyła na pożegnaniu zwieńczonym kopniakiem. Ale nie mogła tego zrobić, wobec czego wydukała jedynie:
-Dzień dobry.
-Od razu się przyjemna atmosfera zrobiła. Ale wracając do nieszczęsnego początku naszej –mam nadzieję-przyjemnej konwersacji –nie kłopocz się tym, wyciągam jedynie pomocną dłoń, przed chwilą do centrali przyszło zamówienie na komputer. I oto jestem, z komputerem –rzucił wesoło, zdjął z ramienia bordową torbę i wyjął z niej laptopa i położył go na biurku Baforei, uprzednio zrzucając z niego wszystko, co się na nim znajdowało, w tym dokumenty.
Napis „hell” na czarnej powierzchni podarowanego sprzętu błyskał równie obłudnie i niewinnie jak wściekle karmazynowe usta Serafa, rozpływające się w fałszywym uśmieszku.
Czarne pudło kpiło z jej nędzy, z jej pokory, z jej niższej pozycji, to było gorsze, niż melodyjny, głośny śmiech prosto w zrezygnowaną twarz.
Morris przekręcił się niespokojnie, limit jego cierpliwości właśnie się wyczerpał.
-Teraz rozumiem, dlaczego Serafini są tacy zajęci…Bez przerwy odpowiadają na prośby wszystkich innych urzędników i robią prezenty….Zawsze myślałem, że od tego jest obsługa z dna Mide, ale jeśli zajmuje się tym Pierwszy Archanioł, to rzeczywiście nic dziwnego, że wpada raz na setki tysięcy lat z wizytą…Cóż, szacunek za działalność charytatywną…-powiedział Morris z wyczuwalnym obrzydzeniem w głosie.
O dziwo, Madewa nawet nie drgnął, zupełnie, jakby ten afront go nie dotyczył.
-Nie ukrywam, że z dzisiejszej wizyty i drobnej usługi czerpię osobistą przyjemność, rzeczywiście mam w tym pewien biznes, ale chyba nie zabronicie mi rzetelnego wykonywania powierzonej pracy, a już na pewno nie ty, Mor..Mor...Morris, dobrze pamiętam?
Twarz młodego Anioła zbielała jak kreda, by chwilę potem zalać się czerwienią, porównywalną jedynie z czerwienią krwi, której w tym momencie tak bardzo chciał boleśnie utoczyć Chaszmodajowi.
-Madewa, mam pod opieką Antychrysta, będącego dokładnym przeciwieństwem zagadnień należących do ciebie. Gdzie znalazłeś sobie pole do pracy, a tym bardziej, skąd ci się wzięło osobiste zaangażowanie? –Baforea hamowała krzyk, ale jej głos i tak był przesiąknięty jadem. Nad tym nie była już w stanie zapanować.
Prychnięcie Archanioła przeistoczyło się w perlisty, lekko drwiący śmiech, w którym trwał kilka sekund, zanim raczył odpowiedzieć na zarzuty.
Choć nie musiał, ale czekał na tę chwilę od samego początku.
-Kojarzysz ten dowcip, co to tam według jego treści spłodziłbym nawet marchewkę.
-Wyjątkowo idiotyczne i niesmaczne jak na dowcip, który skądinąd znam.
-Jak na dowcip, rzeczywiście idiotyczne. Tylko to jest –niestety-anegdota. Masz już połowę odpowiedzi, czy potrzebujesz jeszcze trochę czasu na objawienie konkluzji?
-O jedną niejasność w rejestrze mniej –stwierdziła tylko obojętnie, zgrabnie ukrywając chęć zwymiotowania i bliższego, dotkliwego spotkania z biurkiem, w kolejności w zasadzie dowolnej.
-A druga część sprawy, to naturalnie Miłość, do której mam wrodzone-że tak powiem-upodobanie.
Baforea prychnęła, ale zrezygnowała z powiedzenia w tym temacie czegokolwiek, gdy zauważyła, że usta Jasku zaczynają się poruszać, co sugerowało początek wybudzania się.
-Ko-tek. Typowe –fuknął Anioł, nie do końca jeszcze obecny w gabinecie.
Wreszcie poczuł dotyk na swoim ramieniu i odwrócił się w kierunku jego źródła.
Zauważył, że delikatnie błękitne oczy Morrisa spoglądały na niego z przerażeniem, co w nim samym wzbudziło niepokój. Co złego musiało się zdarzyć, że nieustraszony Eftin drżał?
-No nareszcie, śpiąca królewno, już się bałem, że się nie spotkamy –Anioł dostał odpowiedź na swoje pytanie.
Jasku wzdrygnął się, stanął na nogach tak, szybko, jak mógł, nieco się cofnął i zatrzymał, podjąwszy nieszczęsną walkę z pragnieniem wycofania się, co jednoznacznie byłoby triumfem Madewy. Nie mógł pozwalać sobie na to całą wieczność.
Aparycja Archanioła uległa od ich ostatniego spotkania znacznej zmianie –pamiętał go jako niebieskookiego blondyna z delikatną, grzecznie ułożoną fryzurą, grzywką i pejsami opadającymi lekko na młodzieńczą twarz. Teraz stał przed nim w pełnej chwale mężczyzna, wyglądem zbliżający się do trzydziestki, z wiśniowymi włosami zaczesanymi do góry, sięgającymi niektórymi kosmykami do ramion, krzykliwą śliwką wpadającą w bordo na ustach atakujących grymasem dezaprobaty zmieszanej z kpiną, z oczami, wciąż tymi samymi, pełnymi zblazowania, rozbestwienia i błękitu, wokół których wylana była cienka fosa czerni. Właśnie te oczy, te wydatne kości policzkowe i chude ciało, obleczone mięśniami, jakby nie było w nim grama tłuszczu, nieustannie obnażone bardziej, niż połowicznie, bo zakryte dopiero u dolnej granicy bioder, sprawiały, że Jasku poznałby go wszędzie, bez względu na to, jaką postać Madewa by przybrał.
-A cieszysz się, bo…? Wydaje mi się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Dawno temu –syknął młodszy mężczyzna.
-Złość piękności szkodzi, ileż można, dziecko, chować urazę?
-Możesz mi wierzyć, że jej nie chowam.
-W takim razie to okaż, rzuć się na mnie z krzykiem, i –o, mam świetną sugestię-zrewanżuj mi się tym samym, co ty na to? Och, zapomniałem, że to bez różnicy, i tak niczego nie możesz mi zrobić… Ale, co tu się rozczulać, Wola Boża i już! –Madewa ryknął okrutnym śmiechem, ledwie widząc sztywniejącego z furii Jasku przez zaciśnięte od rechotu oczy.
-Najgłupsze psy najgłośniej szczekają –stwierdził niby od niechcenia niebiesko-włosy Anioł.
Chaszmodaj zamilknął nagle, jakby właśnie został kopnięty w roześmianą gębę, i zamrugał, jakby zdziwił się tak bardzo po raz pierwszy w życiu. Okazało się to, nieszczęśliwie dla niego, dopiero początkiem zdziwienia, gdyż Baforea w końcu zabrała głos w sporze:
-Ale żeby od razu psy obrażać…?
-Baforeo, jak możesz!
-Przecież ja absolutnie niczego o tobie nie powiedziałam. Uważam tylko, że psy w ogóle nie są głupie –odpowiedziała z niewinnym wyrazem twarzy.
-A ja uważam, że po tak długim istnieniu powinieneś wreszcie zrozumieć, że znajdują się jeszcze tacy, co gówno wolą omijać z daleka –skwitował Jasku.
-Jak to dobrze się składa, że niedługo będę pisał raport-syknął Archanioł.
-Madewa, nie możesz w raporcie zasugerować kary za to, że on nie chciał cię dotknąć, napisanie czegokolwiek innego byłoby matactwem-stwierdziła Cherubina.
-Baf, spróbuj zrozumieć, jego problem od samego początku polegał na tym, że nie chciałem go tknąć, w zamian wytykając mu jego własne błędy –rzucił Jasku, zanosząc się śmiechem.
-Mam jedynie nadzieję-w trosce was, oczywiście-, że zdajecie sobie sprawę z tego, że wasz immunitet jako Stróży nie jest wieczny…-powiedział powoli, dokładnie, tonem ociekającym śmiertelną groźbą, odwrócił się na pięcie i wyszedł.
-A twój jest wieczny? –rzucił jeszcze Morris, zanim za Serafem ostatecznie zatrzasnęły się drzwi.
-Wygląda na to, że nas pozamiatają, jak już po wszystkim przyjdzie ustanawiać nowy porządek rzeczy –westchnął Jasku-nie, żebym miał coś przeciwko, oczywiście –dodał po chwili.
-Rany, właśnie spaprałeś mi taki piękny dzień tym stwierdzeniem –Eftin widocznie podchwycił myśl towarzysza.
Tylko Baforea zdawała się absolutnie nie przejmować nadchodzącym impasem. Włączyła podarowany laptop, choć gdyby miała wybór, wolałaby dać się potrącić asteroidzie, i czekając na start systemu, rzuciła:
-Jeszcze można ten dzień naprawić-przerwała czekając, aż pozostali okażą zainteresowanie, co w końcu zrobili-wyobraźcie sobie, że kazałam Solange wysłać zawiadomienie o laptop jakieś pięć-sześć godzin temu….
-Krew! –zawył Jasku.
-Krew! –zawtórował Morris.
-O, cholera, już nie śpią -wybiła ich z rytmu Anielica wpatrzona w ekran.
Son zeskoczył z obłoku i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku wejścia na statek. Zanim zaczął zastanawiać się, jak dostać się do środka, platforma przymocowana do dna obiektu oddzieliła się z syknięciem od reszty. Mężczyzna nieco się zdziwił, nie spodziewał się takiej kontroli wobec jego osoby, jaką była nieprzerwana rejestracja jego ki, i to z taką dokładnością. Intuicja mówiła mu, że to akurat stanowiło jeden z mniejszych problemów, jeśli miało figurować jako problem w ogóle. Jednak nie zawahał się stanąć na platformie, mimo pewności, że pakował się w paszczę lwa.
Z wrażenia cofnął się o parę kroków, gdy ujrzał swój komitet powitalny w całej okazałości, bo choć wiele w życiu widział, to widoku własnego ojca ubranego w czarny, połyskujący bezrękawnik z nadrukowanym pająkiem, w czarne, wąskie jeansy, a już na pewno noszącego oddzielne różowo-szare rękawy jeszcze nigdy dotąd nie doświadczył.
Całości nowoodkrytego koszmaru dopełniał jego uśmiech, szczery, ale z jakiegoś powodu wywołujący nieprzyjemne dreszcze. Normalni ludzie się tak nie uśmiechali.
-Cześć, jak nocka minęła? Ja tam się niestety zbytnio nie rozerwałem –rzucił Goku na przywitanie.
Gohan uniósł brew, mógłby przysiąc, że słysząc słowo „rozerwałem”, zarejestrował również nieprzyjemne huknięcie na piętrze wyżej.
-Przyda mi się po niej kolejna kawa. Wam może też coś przygotuję-odpowiedział w końcu.
Patrzył ze zdziwieniem, jak jego ojciec wybuchnął nerwowym śmiechem, by chwilę potem zmienionym głosem powiedzieć:
-Dziecko, ty chcesz się zabić? I tak ci się zaraz ciśnienie podniesie…No, tośmy się w końcu przywitali, więc teraz jazda na górę.
Moment później Kakarotto zniknął na drugim poziomie. Gohan chcąc, nie chcąc, podążył jego śladem.
Znalazłszy się w kuchni łączonej z jadalnią, pół-Saiyan spostrzegł, że Vegeta, zajmujący już miejsce przy stole był wyjątkowo blady, a na dodatek niespokojny, na co wskazywało jego nerwowe stukanie palcami o blat i furiackie spojrzenie wbite w jego ojca, opierającego się od niechcenia o jedną z kolumn. On sam zaś, nim zasiadł na wskazane przez protoplastę miejsce, rozładował swój sprzęt w części kuchennej, wstawił czajnik na kuchenkę i położył na środku stołu talerz wypełniony ciastkami.
-Niedługo będzie herbata –rzucił usadowiwszy się wreszcie.
-Niedługo będzie nieprzyjemnie -rzekł Goku, również zasiadłszy w końcu przy stole.
-Co będzie?
-Masz jakieś środki uspokajające? –spytał Vegeta.
-Skoro tak pogrywacie, to może teraz ja zadam pytanie: Gdzie jest moja żona!
-Fajnie, to gdzie zawarłeś to pytanie, bo-
-Po prostu, jeśli masz jakieś świństwo przy sobie, to je weź. Przyjacielska rada –zagłuszył towarzysza Vegeta, z ledwością wyrzucając z siebie ostatnie zdanie.
-Skąd pomysł, że noszę takie rzeczy przy sobie. Nie mam problemów emocjonalnych-fuknął Gohan, ale mimo wszystko poszedł do kuchni.
-Cóż, startujesz do nas z podejrzeniami, nawet z zarzutami, czyli chyba przygotowywałeś się na coś złego.
-Zaraz się przekonamy-uśmiechnął się Goku.
-O czym znowu-westchnął drugi z Saiyan.
-Czy ma problemy emocjonalne-odpowiedział tamten z nutą ciekawości w głosie. Prychnięcie Gohana dało się usłyszeć z kuchni -Gohan, twoja żona miała nieszczęśliwy wypadek-zawołał Kakarotto w sposób, w jaki mógłby wołać co najwyżej kota do miski w taniej reklamie.
W kuchni cichy trzask, zakończony bezruchem wypełnionym oczekiwaniem.
-Nieszczęśliwy wypadek?! Tak się teraz nazywasz?! –wybuchnął Vegeta.
Odgłos tłuczonego szkła.
-To nie było specjalnie-obruszył się Goku.
-No, jeśli to nie było specjalnie, to ja nie chcę wiedzieć, jak premedytacja w twoim wykonaniu wygląda!
-To masz pecha, bo się przekonasz!
Lustro. Tamto lustro. A on je zignorował. Zignorował początek agonii, więc teraz miał ciąg dalszy. Odgłosy kłótni dochodziły do niego tak słabo, jakby znajdował się pod wodą. I rzeczywiście, czuł się jakby tonął. Świadomość, że sprawcy cierpienia nie mógł pociągnąć na dno wraz z wrakiem siebie sprawiła, że zaprzestał prób wydostania się na powierzchnię. Woda, woda, wszędzie woda –płakał. Gdy łzy piekły go już zbyt mocno, monitor wiszący nad jadalnią implodował.
-Jeśli to już wszystko, to w zasadzie jestem rozczarowany –dobiegł go pełen sarkazmu głos ojca.
Trzask stawianej z impetem tacy i krople gorącej herbaty rozpryskujące się na skórze, przywróciły Saiyan rzeczywistości. Goku spojrzał w zapuchnięte oczy syna. Czuł pewien dyskomfort, może nawet zalążek wstydu, który zaraz potem zgasił poczuciem obowiązku. Popatrzył na swoje ręce i wyobraził sobie, że wyparowuje z nich cała wina i zasnuwa mgłą poczucie krzywdy Gohana, nic niewarte poczucie krzywdy w obliczu tak wielkiej Sprawy. Nałożył na twarz maskę cynizmu, przyrastającą do niego powoli, niemal niezauważalnie. Rozpłynął się w sarkastycznym uśmiechu, jego skóra tak jak zeszłego wieczoru oddychała już tylko kpiną.
„ Kpina
Była JEST
Lepsza
Od
Tlenu.
Son. Uduś się.
BŁOGOŚCIĄ.
SON był Ja
NIE MA sona. JESTEM.”
Już zawsze miał wdychać własne szyderstwa, by zatruwać wszystko wokół swoim pragnieniem. Cudowne uczucie.
-Młody, nie przesadzaj, w co ty się bawisz? Czy ja ci dałem na imię Rozryczane Miłosierdzie?
-Będąc ‘Rozryczanym Miłosierdziem’, zrobiłem bardzo wiele dobrego! A ty, ojcze, co zrobiłeś? Nie jestem nawet pewien, czy chcę o wszystkim wiedzieć!
-Jakbyś miał wybór. Ja go nie miałem, ty też się nie łudź, a teraz racz usiąść-fuknął Vegeta.
-Tak, kochanie, rozumiem rozpierającą cię hm…obywatelską satysfakcję spełnienia, ale, dziecko, z czego się tak kiełczysz, jak żeś pół życia harował na złe konto, hm?
-Ani mi się waż –uciął najstarszy z całej trójki, nim Gohan zdążył zadać pytanie, na które Kakarotto miał nie ważyć się odpowiadać.
-Konto? Co to za brednie!
-Lepsze i gorsze konto. Nasze, czyli moje, a potem, to już jest z górki. Do szamba, czyli-
-Ostrzegałem cię! –warknął Vegeta i złapał Saiyana za kołnierz bluzki- Zdecyduj się, popaprańcu! Albo grasz złego geniusza, albo bawisz się w pieprzenie głupot! I jeśli wybierasz drugą opcję, to nie jesteś mi potrzebny żywy!
-Sam mówiłeś, że nie ma wyboru. Niech się dowie –rzucił Son –a ty masz szczęście w moim nieszczęściu, że miałbym teraz świadka…-syknął tak cicho, że tylko adresat groźby ją słyszał.
-O faktach ma się dowiedzieć, o faktach! Na cholerę jemu twoje abstrakcyjne dywagacje!
-Może jest bystrzejszy od ciebie, i znajdę w nim jakiegoś sensownego sojusznika!
„Sojusznika! Jego zaraz szlag trafi, a on wsparcia szuka!” –jęknął w myślach Saiyan, po czym stwierdził:
-Masz wolną rękę. Przekonaj się.
-To prawdę mówiąc bardzo prosta rzecz. Po co-pytam się- mamy pomagać, chronić kogoś, kto w ostatecznym rozrachunku i tak zostanie sprzątnięty, bo jest śmieciem?
-Gratuluję błyskotliwości. Mógłbyś już zdechnąć, albo chociaż przestać pieprzyć od rzeczy, skoro już wyjawiłeś nam w pełni swoją genialną filozofię?
-Rasista –syknął Gohan. Nie był w stanie wydusić więcej.
-Rasista? –Kakarotto wskazał palcem na sufit-Jemu też powiesz, że jest rasistą? Ja tylko wykonuję powierzone zadanie, i wy powinniście robić to samo.
-Jak na razie, to mamy za zadanie osłabić, zniszczyć główne siły wroga –skonkretyzował Vegeta.
-A ja co robię niby?
-Sam chciałbym wiedzieć. Na razie to wygląda tak, jakbyś się bawił w Jihad -mruknął młody Son.
-Zaraz się dowiesz, jak to wygląda teraz –szepnął do pół-Saiyana najniższy z dyskutujących.
-Bo to jest Święta Wojna! –krzyczał syn Bardocka, ale nikt go nie słuchał.
Gohan dowiedział się od Vegety o poszukiwaniach samochodu, niefartownym spotkaniu, rytuale towarzyszącym udzieleniu ostatecznego rozgrzeszenia, gdzie w trakcie wysłuchiwania o koniecznej kilkudziesięciominutowej agonii, będącej elementem odprawianych modłów i dosłownością pochodzącego z nich „oczyszczającego bólu”, ziemia zatrzęsła się kilkukrotnie w posadach, także o śmierci Dende i końcu istnienia Kul. Pozostałą część wieczoru Saiyan przemilczał. To było tylko jego upokorzenie, nikt inny nie miał prawa o nim wiedzieć.
Ojciec młodego wdowca zainteresował się w końcu własnym napojem i wyciągnął dłoń ku stojącym obok wypiekom, ale wstrzymał rękę wpół drogi, napotkawszy przepełnione żądzą mordu spojrzenie potomka.
-Ty nie dostaniesz ciastek do herbaty-warknął.
Vegeta z satysfakcją odsunął od niego ciastka.
-Oj, przestań, o ciastka będziesz się kłócił? Bardzo cię boli, Gohanku? Wrócisz później do mamusi i będzie okej, nie? Nie pyskuj bez sensu.
Tego było za wiele.
-Nienawidzę cię! –krzyknął mężczyzna i wyjął z kieszeni spodni uprzednio przygotowaną w kuchni strzykawkę.
Saiyańskiemu prześmiewcy mina niezauważalnie zrzedła na widok igły.
-Jak się z tym wszystkim czujesz, Gohan? –spytał nagle.
-Jakbyś mi serce wylał do kibla! –wyrzucił z siebie wreszcie, osiągając tym samym taki poziom decybeli, że pękł wyświetlacz w kuchence mikrofalowej.
-Ciekawa metafora, nie ma co-stwierdził Vegeta i skosztował herbatę,
-Umarłbyś z radości, gdybyś wiedział, kto ją wymyślił! –sarknął.
-Młody. Synu. Jeśli naprawdę masz z tym duży problem, z którym nie potrafisz sobie sam poradzić, to zawsze możemy o tym porozmawiać.
-Naprawdę? –w tonie głosu pół-Saiyana dominowało niedowierzanie, ale nie brakowało też furii.
-Nie –skwitował Kakarotto zajadle i uśmiechnął się podle.
Saiyan wychylił się nieco, by na złość synowi zjeść jedno z ciastek. Vegeta miał dość tego absurdalnego konfliktu, i nim Kakarotto zdążył mrugnąć, zmiażdżył pięścią całą zawartość talerza. Okruszki i pyłek rozpłynęły się po stole.
-Trochę szacunku, jeszcze wczoraj piekła je Videl –jęknął Gohan.
Saiyana poraziło poczucie niedorzeczności rzeczywistego powodu sporu. Zanosiło się na to, że musiał postawić do pionu obu mężczyzn, w końcu czasy, w których żyli, wymagały zachowywania się tak, jak przystało ludziom dorosłym, wreszcie-wojownikom. Przynajmniej mniej-więcej.
-Przepraszam więc, może jeszcze w takim razie zapakuję szanownemu panu relikwie do urny, jako substytut zwłok?! –obruszył się-opamiętajcie się w końcu!
Pół Saiyan furiacko próbował wyszukać żyłę na swoim przedramieniu i gdy już ją wreszcie znalazł, agresywnie wbił w nią igłę, by wstrzyknąć sobie zastanawiająco sporą dawkę niezidentyfikowanego płynu, po czym lekko osunął się w dół krzesła wyraźnie zgaszony.
-Urocze-skomentował Kakarotto- czemu miało to służyć?
-To tymczasowa gwarancja bezpieczeństwa waszych parszywych zadków. Albo uspokajam siebie, albo uspokajam was, i to tak skutecznie, żebym już nigdy więcej nie musiał uspokajać siebie- mruknął młody mężczyzna.
-Kiedyś było tato, a teraz jestem parszywym zadkiem, tak?! –zdenerwował się Saiyan.
-Przecież nie jestem twoim synem, tylko Rozryczanym Miłosierdziem –syknął drugi w odpowiedzi.
-Dorośnijcie, kretyni, mamy ważniejsze sprawy na głowie! Pijcie tę herbatę i skupcie się w końcu na rzeczy!
Młody Son przekręcił się niespokojnie na krześle, okazując tym samym wyraźne niezadowolenie. Jego ojciec zaś ledwie drgnął, jakby zamierzając wstać powstrzymał się o ułamek sekundy za późno.
-Do piątku chciałbym zorganizować pogrzeb. Videl i wasz, więc-
-Nie ‘nasz’, tylko mój i jego –fuknął Vegeta.
-Przez wzgląd na twoją biedną małżonkę, nie będę złośliwy i nie zrobię wam wspólnego, choć nie powiem –życie pozagrobowe i waszą pamięć chętnie bym sponiewierał.
-To twoja matka –moja żona nie ma żadnych względów?
-Ojcze, uważaj, bo się przekręcisz szybciej niż myślisz-syknął- jak już mówiłem, konieczna jest ceremonia, potrzebuję Videl…jej…zwłok –wymawiając ostatnie zdanie czuł taką boleść, obrzydzenie i strach, jakby za chwilę wypluć ćwierć litra krwi.
Pozostali mężczyźni milczeli. Vegeta nie miał zbyt wiele do powiedzenia, informacje, jakimi dysponował, tudzież pamięć przodków, którą to objął w posiadanie, mimo wszystko znając, a dokładniej nie znając już Kakarotta –stwierdzenie, że wiedza ta była oględna, byłoby niedopowiedzeniem.
Natomiast obiekt analiz i niechybnie pogardy dwójki Saiyan milczał, gdyż uznał, że jakakolwiek bliska prawdzie tylko pogorszyłaby sytuację; wobec czego zajął się wreszcie napojem.
-Myślę, że te ciastka wyglądałyby estetyczniej. Ale. Ulica Północna –wydusił w końcu, jakby nieobecny i za jednym zamachem wypił całą herbatę, by mieć ja z głowy, tak jakby to ona wpatrywała się w niego z odrazą, a nie jego własny syn.
A Kakarotto wyobrażał sobie, że nie miał syna, by w spokoju nienaruszonym biec myślami ku szkarłatnej rzece co raz to mniej wymuszanej radości; by móc wpatrywać się w stawonoga na koszulce jak małe dziecko w matrioszkę.
Pająk w pająku.
Maszkaron wprasowany w materiał zamazał się, zmieszał z tłem, które nagle zaczęło zamieniać się w jednolitą maź, przywodzącą na myśl zimno w fizycznej formie.
Lodowate otoczenie otuliło Saiyana wszechogarniającym znieczuleniem i porwało w zupełnie niezamierzony sen.
Vegeta nieco skonfundowany obserwował, jak zaraz po wypiciu herbaty jego towarzysz poległ na blacie stołu nieprzytomny lub martwy. Stawiał jednak na to pierwsze.
-Twoja jest absolutnie w porządku –mruknął średnio zrozumiale Gohan, któremu albo nie chciało się mówić, albo dały się we znaki wstrzyknięte bezlitośnie anksjolityki. Wyraz twarzy Saiyana sugerował jednak brak zrozumienia, wobec czego z pewnym trudem postanowił rzucić na swój trucicielski akt trochę więcej światła-jest coś, co trzeba szybko załatwić, a nawet bez faszerowania się tym skroplonym ustrojstwem nie miałbym siły na walkę z wami oboma. Chodzi o tę broń, którą miałem załatwić. Twoją specjalnością są bezpośrednie ataki z użyciem ki, więc pomyślałem o czymś takim-wyjął z kieszeni spodni kapsułę, którą zaraz potem rzucił gdzieś w kąt, by oczom dwójki mężczyzn ukazała się średniej wielkości sterta żelastwa, która wyglądała jak nieprzeciętny arsenał broni palnej.
Ale Vegeta wiedział, że to nie mogło nią być, sam pomysł stanowił taką głupotę, której nie warto byłoby brać pod uwagę.
-Powiedz mi może, co to, cholera, jest.
-Broń. Na ki-Vegeta prychnął, nim Gohan zdążył rozwinąć myśl-ale daj mi skończyć i nie zaczynaj z tekstami typu, że od ki to ty masz ręce, bo owszem, masz, ale przy użyciu rąk tę ki można bardzo dobrze wyczuć, zlokalizować. Te blaszane zabawki posiadają zainstalowane teleportery i magazyny na energię. Innymi słowy-to, co zamierzałbyś wydobyć z siebie koncentrowałoby się gdzieś indziej, cholernie daleko od ciebie i byłoby wyczuwalne w momencie wystrzału, nieco później nawet, co w obu przypadkach dla ofiary znaczyłoby „za późno”, a poza tym, mógłbyś sobie sukcesywnie odkładać sobie coś tam, jakieś tam wyciągania z innych istot żywych i wiążąca się z tym strata czasu byłaby przeszłością…-starszy mężczyzna wyglądał na o wiele bardziej przekonanego, jednak nie było to wszystko, co Gohan miał w tej kwestii do powiedzenia- ale głównie na decyzji zaważyło to, że jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak zajebiście strzelał-uśmiechnął się mimo woli.
Zaś na decyzji Saiyana zaważyły ostatnie słowa kończące definitywnie kwestię broni palnej.
-A on? -Vegeta wskazał niedbałym skinięciem głową na nieprzytomnego Saiyana.
-Ojciec-młody Son wymówił to słowo z bólem-sprawdza się w bezpośrednich starciach i walce wręcz. Pomyślałem o broni białej. Do wyboru, do koloru. Wszystko leży w kuchni, jak chcesz, to idź obejrzeć, nie chce mi się nosić-wzruszył ramionami.
Najstarszy z całej trójki postanowił szukać plusów w całej tej groteskowej sytuacji. Groteskowej, bo konieczność posługiwania się narzędziami podczas, gdy był jednym z najpotężniejszych wojowników we wszechświecie, uważał za kiepski i nierzeczywisty dowcip już momencie rozpoczęcia jakiejkolwiek analizy biegu wydarzeń, o głębszych rozmyślaniach nie wspominając. Nie mógł sobie pozwolić na taki luksus, uprzedziłby się wtedy do powierzonej misji, co po prostu nie mogło mieć miejsca. Całokształt sam z siebie prezentował się tak, jakby składał się nie z plusów, a z krzyży. Jedna z tajemnic istnienia została właśnie rozwiązana: bez względu na to, czy szklanka jest do połowy pusta, czy też pełna, i tak została wcześniej napełniona kwasem o wysokim stężeniu, który kiedyś przyjdzie wypić i zdechnąć, a na dodatek podły z natury los od samego początku czynił cuda, by przeklęta ciecz nie przeżarła szklanki. Konkluzja była niezwykle jasna i krótka-Vegeta nie mógł pozwolić sobie już na żaden luksus. Bo czy istniała jakaś dobra kategoria, w której mieściło się życie z Kakarottem? Kakarottem w ogóle, gdyż ‘to’, co leżało zatrute nieopodal, raczej nie było Son Goku.
Wściekł się w duchu na własną upartość. Mówił „Kakarotto”. „Kakarotto”- mówił. Krzyczał, prychał, poprawiał, rozkazywał, przechrzcił na swoje. I dostał, nieco ponad dwadzieścia lat później „piękne za nadobne”.
Oto był Kakarotto. Saiyan. Boski śmieć z namaszczeniem.
On zaś, był boskim śmieciem porażonym przez szlag, który go wreszcie trafił. Saiyanem, który, gdy już pogodził się z tym, że nie chciał zabijać-musiał do tego wrócić, ponieważ ten, co go przez lata sprowadzał na „dobrą drogę” znalazł „jeszcze lepszą” i oczywiście, nie miał zamiaru kroczyć po niej sam, tylko był żądny jego towarzystwa, jakby był namacalnym, fizycznym, śmierdzącym rozdwojeniem jaźni, a w jego żyłach nie płynęła zwykła krew, jakby ktoś zamienił w niej osocze na jad. Wciąż i wciąż przepływała w nim ciekła śmierć. Śmierć, którą najwidoczniej bardzo pragnął dzielić się ze wszystkimi wokół siebie., może w nadziei, że przeżywszy jego chorą miłość, staliby się podobni do niego. To dopiero miało się okazać, gdyż Kakarotto był teraz gdzieś w nieuchwytnej oddali, i cierpiał katusze, których nie był nawet w tej chwili w stanie oddać własnym ciałem, chociaż nie zdychał, czego pragnęliby ci, którzy patrzyli teraz na niego z wewnętrznym rozbiciem wymalowanym na bladych twarzach.
A dla reszty świata stał się martwy już wcześniej. Może rzeczywiście pewien sposób nie istniał.
Son Goku umarł?
Matrioszka dusz –wojna w Wojnie: prześmiardły niszczyciel, gorszy od najdzikszego urojenia, przeciwko jemu-księciu więzienia, któremu asystował –żyjący lub nie-Son Goku i resztki jego sumienia.
Vegeta przeklął się duchu, znowu za dużo myślał, znowu myślał w złym kierunku.
-Co mu podałeś? –spytał wreszcie.
-Herbatkę z bieluniów. To atropina tak fajnie działa. I przy okazji, to moja specjalność –chemia, biologia, medycyna.
-Co rozumiesz przez „fajnie”?
-Zobaczysz. W każdym razie, zostawiam ci trochę środków, stoją obok umywalki.
-I co mam z tym zrobić, do cholery!
-Umiesz czytać ulotki? Jeśli masz z tym problem, to posil się potęgą swojej barwnej wyobraźni i pobaw się w doktora –syknął.-I tak przecież przez to nie zejdzie.
-Debil jesteś. Jakbym miał za mało problemów!
-Rzeczywiście, nie masz ich „mało”, w porównaniu ze mną, to nie masz ich wcale! To na moich barkach spoczywają losy dwójki dzieci, w tym jednego twojego, brata, matki, będącej praktycznie wszystkim w grobie, twojej żony, która przez ciebie prawie się wczoraj zabiła, oraz organizacja od trzech do pięciu pogrzebów w tym tygodniu! Ale nie, to ty jesteś w bolączce, bo ostatni prócz ciebie Saiyan działa ci na nerwy! –wykrzyczał.-spróbujcie sobie zrobić dzieci na zgodę-fuknął i skierował się na niższy poziom.
-Wdałeś się w starego, cholerny kretynie. Nic nie robisz, tylko komplikujesz co się da! –krzyknął za odchodzącym pół-Saiyanem.
Gohan zatrzymał się i odwrócił w miejscu.
-I jeszcze jedno, Vegeta: w piątek, lepiej, żebyście trzymali się jak najdalej od mojego domu. Obaj trzymajcie się z dala od mojej rodziny do usłanych gnojem śmierci. Tak, mówię również o Bulmie i jej dzieciach. Nie należą już do ciebie, zdechłeś –warknął i znikł z pola widzenia Saiyana, gdy zeskoczył na dół.
„Żony, która przez ciebie prawie się wczoraj zabiła”…
Vegeta poczuł się tak, jakby to nie on by martwy, tylko Ona.
Jak gdyby to Ona odeszła ze świata żywych bez żadnego powodu, bez szansy na zbawienie.
To było tak, jakby Bulma umarła śmiercią gorszą, niż Videl, której śmierć miała być lepsza od całego jej żywota.
Jakby jej krew po prostu wżarła się w ziemię i nie dostała odzewu.
Teraz, gdy już odczuwał być może namiastkę jedynie tego, co przeżywał Gohan, i czuł się jak ostatni sukinsyn na świecie, młody przepadł w nieznane, pożegnawszy się śmiertelną groźbą. A Kakarotto coś tam.
Gdzie stały te pieprzone antidota?!
Kto w końcu tak naprawdę zabijał, kto tak naprawdę przegrał konfrontację z losem?
Już słyszał, już sobie wyobrażał, jak ten nieskończenie skończony idiota śmiał się bezczelnie i mówił: „ora et labora”. Bo tak zapewne będzie wyglądał najbliższy wieczór, najbliższa przyszłość i dalsza również, dopóki całe to szaleństwo nie miało się skończyć.
Odczynniki postawił w kuchni. Tak, w kuchni.
Przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by Wojnę zakończyć jak najszybciej.
Wszystko jedno jak, przecież już nic więcej nie miał do stracenia.
Obok umywalki. Stały obok umywalki.
Poszedł po nie.
Korytarz rozmazany odcieniami żółci i szarości zdawał się znajdować poza istniejącą rzeczywistością. Wyglądał tak, jakby omijał podstawowe prawa fizyki z racji swego powołania. Postacie w białych kitlach przepływały niespokojnie wśród ścian, jakby wodzeni głosami płynącymi przez światłowody, czy też dochodzącymi z pomieszczeń rozłożonych na całej długości holu, a pozostali ludzie-chorzy i zmarnowani, wtapiali się w ściany, w ich brzydotę, szarość, bardziej pełzając, niźli sunąc przez przejście, jak glisty wewnątrz zniszczonego organizmu, pożeranego przez nieznaną –zdawałoby się-przypadłość.
Pożeranego przez koszta i cięcia w budżecie. Szpital na obrzeżach Satan City, oddział opieki paliatywnej, przez który maszerował Gohan, czujący pewną delikatną niepoprawność swej sytuacji-on, pełen życia, wśród całego tego obrzydliwego misterium powolnego umierania. Szukał matki, raczej jedynie tego, co z niej zostało; szukał brata, któremu przyszło przez kilka godzin doglądać żywego obrazu emocjonalnego gruzowiska, pozostałego po całej metro-lub raczej-nekropolii bolesnych doznań, zamkniętych w ciele kobiety, za którą oddychały zimne, martwe maszyny.
Son pomyślał, że ojciec urządził sobie makabryczną zabawę-tańczył sobie wesoło wśród porcelanowego domina, na które składało się ogół tego, co istniało, chuchał delikatnie na losową kostkę i patrzył z radością małego odkrywcy, jak wszystko w pobliżu popadało w ruinę, obserwował z piekielnie podniecającą świadomością, że przedstawienie skończy się tuż za nim, jemu samemu nie czyniąc żadnej krzywdy.
Gohan zastanawiał się w głębi duszy, jak odległym od epicentrum elementem przeklętej mozaiki przyszło mu być, i niechybnie upaść, a do tego nieszczęśliwie potrącając kogoś jeszcze. Czuł, że tragedie z zeszłej nocy, zapoczątkowane jego kłamstwem, nie były nawet zefirkiem poprzedzającym prawdziwe uderzenie.
Przekroczywszy wreszcie próg właściwej Sali, zastał Gotena nieświeżym już i nieadekwatnym zresztą stroju imprezowicza, wpatrującego się nie tyle w nieprzytomną figurę, rażącą swą martwotą ze szpitalnego łóżka, co w zdewastowane linoleum gdzieś obok, jakby było adresatem modłów chłopaka.
Starszy Son przysunął sobie kulawe krzesło i podał bratu kubek kawy z automatu. Goten przechwycił napój i postawił go na szpitalnej szafce.
-Zdążyłem się już opić-stwierdził.
-Myślę, że powinieneś wrócić już do domu. Wyglądasz fatalnie-rzekł Gohan, przyjrzawszy się dokładniej bladej facjacie brata. –Ja cię zastąpię.
-Ty też wyglądasz jak nieszczęście. Spałeś coś dzisiaj?
-Nie.
-A wczoraj? Tamto wczoraj.
-Nie wracajmy do tego, ok.? –uciął. Nie miał ochoty na wspominanie imienin zmarłej żony. –Idź do domu, proszę cię…
-Do czyjego domu? Sam mam siedzieć? Wszyscy nie żyją…! Gohan, twój dom jest pełen, nie dopuść do sytuacji, w której mógłbyś to wszystko stracić. Ja jestem pierdołą moich rodziców, muszę tu zostać. Nie potrafiłem stworzyć sobie czegokolwiek poza tym przez dwadzieścia lat, to siedzę.
-Goten! -Sonowi załamał się głos-Nie jesteś pierdołą! -młodszy z braci uniósł brew w geście niedowierzania-To ja nią jestem! To, o czym mówiłeś, się stało, mój dom nie jest już domem, to ściany!
-Gohan, o czym ty-?
-Videl nie żyje-jęknął.
-Jak to nie żyje?! Przecież mówiłeś wczoraj, że nie było jej z nami! Gohan?
-W domu też jej nie było. Pojechała nas szukać. Mnie. Któreś z tych przekręconych istot od monstrum musiało ją dopaść.
-Jak..jak wyglądała?
-Jeszcze jej nie widziałem, to Kaio mi powiedział. Ale zajmę się tym. Za nie długo. Na razie ktoś musi cię zmienić tutaj.
-Gohan, wiesz, że cię kocham, szanuję i cenię, ale-na Boga-nie zasłaniaj strachu mną, to jest twoja kobieta, musisz skonfrontować się z jej śmiercią, oddaj jej te ostatnie wyrazy miłości i nie pozwól tak po prostu…zgnić. W nieznajomym miejscu.
-Cholera, zostaw ten rozkład w spokoju, błagam.
-Przyzwyczaisz się jeszcze. Przyzwyczaimy-rzucił- Wszyscy martwi…-dodał.
-Wszyscy martwi-westchnął Gohan, i próbował pojąć słowa, które właśnie wypowiedział, jakby właśnie powtórzył przed chwilą przysięgę w obcym języku.
-Gdzieś w pobliżu obiektu…-zaczął chłopak- jest zakład, który handluje tymi zajebistymi trumnami, tymi wiesz -Gohan wiedział-, co to je podobno Bulma wymyśliła –że to nie było „podobno”-. Idź tam, załatw wszystko, potem możesz mnie zmienić-powiedział. –Tak, przekażę pozostałym-dodał, widząc wyraz twarzy brata.
-Ja nie mam pieniędzy na to… -zaczął Gohan, nie pozwolił mu jednak dokończyć rosnący ładunek bolesnych łez, o pozwoleniu Gotena nawet nie wspominając.
-Ale ja mam-uciął i pogrzebał w kieszeni, z której wyjął portfel, a z niego zaś-kartę. –Na tej karcie nieco się zebrało, tu jest cała suma, którą dostałem na osiemnastkę, oraz reszta moich oszczędności. Wierzę, że wystarczy. Chciałbym chociaż raz w życiu zrobić z czegoś dobry użytek-powiedział z trudem, próbując pozbyć się czegoś, co ością stanęło mu w gardle.
-Goten…Miałeś odkładać na własne mieszkanie…
-Nie widzisz tego? -charknął -Już je mam! Już mieszkam sam! –wyrzucił z siebie słowa przepełnione gorzką prawdą, a wraz z nią uwolnił wcale nie słodsze łzy.
Gohan objął brata, obaj trwali w uścisku przez zauważalną chwilę, aż wreszcie młodszy pół-Saiyan powiedział:
-Boże, Gohan, nie przeciągaj, musisz zrobić swoje.
I Son poszedł, a w momencie zamknięcia za sobą drzwi, w jego umyśle otworzyły się słowa:
„Na Boga.
Boże.
Co za ironia.”
Kakarotto obudził się już w środku tej samej nocy, co zdecydowanie nie byłoby powodem do radości dla kogokolwiek, a już na pewno nie dla Vegety, któremu drobna radość z okazji ciszy spokoju i spania samemu, musiała ustąpić mętnym, acz niezwykle ekspresyjnie przedstawianym opowiastkom o tym, co odurzony Saiyan widział wokoło i co o swojej nadrzeczywistości myślał, przerywanych jedynie odgłosami uderzeń o ściany i inne sprzęty, wymiotami, i co najgorsze-śpiewem. Śpiewem niezrozumiałym, ale w samym wykonawcy budzącym tyleż emocji, jakby za bełkotem jego ciągnął się jeszcze jakiś podły, misterny plan, co to nie wiadomo, jaką satysfakcję miałby mu przynieść.
W związku z czym, nawet fakt, że Saiyan spędzał więcej czasu w toalecie, niż jakimkolwiek pobliżu sypialni, miernym był pocieszeniem, gdyż nieszczęsny niewolnik duchowego przebudzenia, nawet o fizycznym śnie mógł sobie tylko marzyć. Podkład dźwiękowy i wizualny tej nocy, ciągnący się zresztą, choć z malejącym nasileniem, aż do późnej środy, nie pozwalał nawet na myślenie o spokoju. Pozostały tylko najgorsze możliwe złorzeczenia pod adresem wszystkiego, co mogło przyjść do głowy, które i tak zdawały się odbijać od ściany i rykoszetem trafiać z powrotem z Saiyana.
Wszyscy martwi, a jednak w futurystycznej trumnie spoczywało tylko jedno ciało, i to tylko dlatego, żeby pozostałe dwa mogły wciąż istnieć, teraz przez nic, co ludzkie już nie związane, żeby mogły dwa imiona widnieć czernią na bieli na cmentarnej tablicy. Ciągnęły się dni, naznaczone bladym światłem na pustych połowach trzech łóżek i krzeseł, dla Gohana wypełnione już po wsze czasy czernią spodni-symbolu jego postu, i rękawiczkami białymi na dłoniach, które nie tyle bronić miały przed jego własną bronią, co skrywać ostatnią świętość-dwie ślubne obrączki na jednym palcu, obok siebie, by mógł z nią być tak bardzo razem, jak tylko się dała. I chociaż przed fałszywym Bogiem przysięgał, i chociaż śmierć miała prawo rozłączyć, od jego miłości nie było już odwrotu. Obrączkę sam zdjął z jej dłoni, a teraz patrzył na nią po raz drugi, po raz ostatni, stojąc w trzewiach wycałowanej przez zniszczenie kaplicy. I widział zimne usta ojca, jego na nich grymas, widział, odtwarzał, linie, którymi płynęła jego precyzja zmieszana z obłędem, linie zarysowujące na nowo ciało, jako dzieło matematycznego być może fetyszu. Bo jak miał to nazwać-ani jednej przypadkowej rany, bruzdy z dokładnością leżały co do milimetra, by choć jak najmniej ich stworzyć, możliwie najbardziej bolesnymi były, jednak każda z osobna niegroźna na tyle, by mogła śmierć zadać. I tylko w jednym miejscu jawił się rozmach w tym, co być może miało być artyzmem, pośród całej zaistniałej za życia jeszcze deformacji ciała, potężna linia sino-czerwona przecinała zwłoki po skosie od tętnicy szyjnej po okolice serca, teraz już okiełznana i zszyta, gdy on ją znalazł, to była dziura przepastna, ziejąca rozkładem, ogromem krwi, rana zrobiona z taką siłą, że niemal całe jej ciało rozszarpane było wokół, zmiażdżone nawet. Dla krwi, dla wybawienia.
Za nim zaś stał ten, którego sam wpuścił do domu, ten który go przebudził, i przez któremu kłamać musiał i zainicjować lawinę nieprzewidzianych zdarzeń. Archanioł Raszmael spoglądał tam, gdzie on- na chłodną twarz, okrytą snem, koszmarem niespokojnym, i trzymał starczą dłoń na jego ramieniu, pragnąc pocieszyć. Bez słów, gdyż obie pary oczu, gdy się wreszcie spotkały, samym spojrzeniem powiedziały wszystko.
I Gohan wiedział, że ona tam była, w podobno najlepszym ze światów.
I Gohan wiedział, że nie powiedzieli jej nic ponad opiekunowie –z jaką wiedzą przestąpiła próg raju, z taką teraz w nim trwała.
I Gohan chciałby, żeby wiedziała.
Gohan chciałby, żeby go znienawidziła.
Bo ciało to nie mniej, nie więcej, jak dwie połowy, a byli oni jednym ciałem, na wpół martwym teraz, i gdyby nienawidziła go ona, mógłby niezachwianie nienawidzić sam siebie.
Odchodząc zabierz mnie…
Chociaż rozsądek mówił mu, że tam, gdzie była, było jej dobrze, nie chciał jej tego powiedzieć, gdyby mógł. Mógł? Nie wiedział, ale chciał powiedzieć, że chciałby być tam, bardziej niż z nią, zamiast niej. Ona kochała życie i lepiej byłoby jej wśród żywych nawet, jeśli świat był tylko i wyłącznie gnojem. Jemu było wszystko jedno, choć nie mogło. Miejsce nie robiło żadnej różnicy, on również nie żył. Był trupem bardziej, niż jego ojciec i Vegeta razem wzięci ze swoimi pomnikami wiecznych bohaterów i rodzinami opłakującymi ich chwalebne zejście. Bardziej zimny, uległy, nieistotny i efemeryczny jak śnieg, który niewiadomo dlaczego, padał w środku lata od samego rana.
Elektroniczny zegarek pisnął złośliwie, przypominając o zbliżającej się chwili rozpoczęcia ceremonii. Wyszedł, nie spoglądając ponownie na Archanioła, który powoli i dość apatycznie podążył jego śladem, by w postaci nieistotnego, bezimiennego wróbla ukazać się reszcie żałobników, wśród których jako dalszy przyjaciel rodziny spacerował w kierunku grobów Chaszmodaj z fantazyjnie upiętymi wiśniowymi włosami, schowanymi pod kapturem długiego, czarnego płaszcza. Rozglądał się wokoło i podziwiał geniusz własnego pomysłu, bo przecież, bez względu na porę roku, śnieg tworzył całkiem przyjemny, romantyczny klimat.
Gohan, ignorując zarówno symboliczne pomniki postawione pozostałym dwóm Saiyanem, jak i całą uroczystość, modlitwy poświęcane intencji zmarłych i biorących w nich udział pozostałych członków rodziny oraz znajomych, przemaszerował w milczeniu do kopca, poświęconego własnej żonie, powoli zaczynającego zapełniać się kwiatami, zniczami i tłumem żałobników, na których nie zwrócił najmniejszej uwagi, i gdy już stanął „twarzą w twarz” z tabliczką imienną, pad na kolana i wbił dłonie w zmarzniętą ziemię, by z bezsilnej złości tworzyć w niej głębokie bruzdy. Pozostali odsunęli się od niego. Może się bali, a może przypuszczali, że rozumieją, i że jemu, jako wdowcowi taka chwila w samotności się należała. Nie gdybał, nie miał tego nawet w poważaniu, po prostu cała reszta świata dla Gohana już nie istniała.
Mokry, zimny śnieg. Brudna, martwa ziemia. Patrzył na to i chciał powiedzieć powierzchni, którą maltretował: „patrz, tu jest mój umysł, głęboko tam, już się nie unosi”.
I może nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że próbował dokopać się nie tyle do własnego umysłu, co do zwłok kobiety, którą kochał ponad wszystko
Wobec nieszczęścia, wobec brudu, wobec nienawiści-zimne zwłoki mogłyby dać ciepło.
Więcej ciepła, niż dostał od świata, w którym pozostał. W którym pozostał sam.
Goten usilnie próbował odwrócić swoją siostrzenicę, by nie patrzyła już ojca wylewającego łzy i frustrację nad grobem matki. Ale ona nie potrafiła się odwrócić, głos uwiązł jej w gardle, mięśnie odmówiły posłuszeństwa, oczy nie chciały się zamknąć, choć tak bardzo pragnęła tego wszystkiego nie widzieć.
Jak wygląda śmierć?
Nie zauważyła nawet, jak zrezygnowany wuj uniósł ją na ręce i spróbował zasłonić jej pole widzenia własną piersią. Zesztywniała ze strachu wpatrywała się pustym wzrokiem w czerń marynarki młodego mężczyzny. I nie rejestrując nic poza wonią jego taniej, ostrej wody toaletowej i ledwie słyszalnego jęku ziemi, rozszarpywanej garściami przez jej ojca, oddalała się zarówno fizycznie, jak i duchowo od otoczenia, w którym się tego dnia znalazła.
Gdy już się zmęczył na tyle, by spróbować się opanować zauważył, ze wokół nie było już nikogo, poza chudym mężczyzną w czarnym płaszczu, stojącym pod pobliskim drzewem. Facet wyglądał tak, jakby chciał porównać płatki śniegu, podziwiając każdy z osobna. Gohan mrugnął, przez chwilę odniósł wrażenie, jakby od nieznajomego biła dziwnie znajoma aura. Po chwili zignorował to osobliwe wrażenie, i poddał się powiewowi lodowatego wiatru, jakby licząc na otrzeźwienie. Odwróciwszy twarz w jego kierunku oniemiał, gdyż ujrzał, ze pod wpływem podmuchu śnieg układał się w konkretny kształt. Zjawa przywodziła na myśl kobietę, przypominała Videl. Trwało to ułamek sekundy. I było to niemożliwe. Śnieg rozproszył się ponownie i kierowany zefirem spłynął po jego twarzy, mieszając się z łzami, jakby miały być pośrednim między pieszczotą, a gumką wymazującą wspomnienia. Ale to był tylko śnieg, a on najwyraźniej postradał zmysły. A gdy tak przerażał się i bolał nad własnym szaleństwem, usłyszał kroki na śniegu, niechybnie kierujące się w jego stronę i uderzyła go wyciszona, ale jak dobrze znana ki. Wciąż klęcząc na sztywnych już, częściowo z zimna, a częściowo odrętwiałych kolanach, uniósł głowę i od razu tego pożałował. Pożałował tak, jak jeszcze w życiu bardzo rzadko żałował. Rozglądając się dość niepewnie wokoło, choć zdecydowanym krokiem, szedł jego ojciec, odziany w grafitowy, gładki garnitur, którego wrażenie stonowania i spokoju definitywnie niszczył wściekle zielony, filcowy szal w czarną kratę, którym Kakarotto opatulił szyję. Saiyan był jak na siebie niezwykle blady, a jego ruchy zdradzały pewną mizerność, Gohan od razu przypomniał sobie o niemal śmiertelnej dawce narkotyku. Młody Son odruchowo sprawdził, czy czasem nie miał czegokolwiek odpowiedniego przy sobie, ale jak na złość, zaopatrzył się tylko w podstawowe środki przeciwbólowe dla siebie i przeciwwymiotne dla córki, o której nagle sobie przypomniał i spanikował, gdyż nie wiedział, gdzie teraz była. Ale nawet i ten strach przyćmiło poczucie skandalu, gnieżdżące się głęboko w jego sercu i w postaci ojca najwyraźniej marnotrawnego stojącego już tuż przed nim. W milczeniu.
Kakarotto omiótł wzrokiem pomniki i zatrzymał na dłużej spojrzenie na tabliczce poświęconej Videl.
-Co, po dłuższym namyśle przyszedłeś zakopać się pod własnym nazwiskiem? -syknął Gohan.
-Gohan, jesteś bezczelny-odparł Saiyan takim tonem, jakim zazwyczaj z fałszywą skromnością odpowiada się na komplementy, mówiąc „och, tylko tak mówisz”.
-Ty jesteś bezczelny poprzez samo przychodzenie tutaj. To miejsce jest dla mnie święte.
-Gdyby nie ja, nigdy by świętym nie zostało.
-I właśnie na tym polega twój problem ze mną, ojcze.
-Zachowujesz się tak, jakby było odwrotnie.
-Ale nie jest. Tobie przeszkadza to, że jesteś dla mnie nikim, nie mnie.
-Jestem lżejszy od fotografii, z których będziesz mnie teraz wycinać-stwierdził melancholijnie po chwili Kakarotto, zadziwiająco melodyjnym głosem.
Gohan westchnął ciężko i zacisnął dłonie w pięści.
-Po co tu przyszedłeś-warknął.
Saiyan przeniósł wreszcie wzrok na syna, siląc się nawet na to, by spojrzeć mu prosto w oczy.
-Chciałem zobaczyć, jak się trzymasz –powiedział powoli.-Może mógłbym…może mógłbym coś zrobić-wzruszył ramionami, nie będąc pewnym, co powiedzieć w takiej sytuacji.
-Mógłbyś-odparł po dłuższej chwili ciszy.-Sobie darować! -dodał krzycząc i zamachnął wreszcie pięścią na ojca, który nie zdążywszy się uchylić, lekko okaleczył sobie twarz, po konfrontacji z dwoma obrączkami na dłoni Gohana, ukrytymi pod mokrą, brudną rękawiczką.
Zdziwiony mężczyzna, nawet się nie odsuwając, oddał się odczuwaniu łaskotania zimnej krwi spływającej po policzku różowawą smugą.
-Uściślij, co masz na myśli, a postaram się zastosować-westchnął na wpół sarkastycznie, na wpół poważnie.
-Powiedziałem już Vegecie, jeśli nie przekazał, to powiem i tobie: Nie zbliżaj się do tych, których zdradziłeś….-syknął.
-Hipokryta-skontrował Kakarotto obruszony określeniem go zdrajcą.
-Nikogo nie zabiłem, ani nie zdradziłem, i nie zamierzam tego robić. Kłamstwa były twoje!
-A lekarze SS też tylko wykonywali rozkazy.
-Odpuść sobie te aluzje! –wściekł się jeszcze bardziej młody mężczyzna.
- Albo obaj jesteśmy winni, albo żaden z nas nie zawinił, i obstawałbym przy tym drugim. To by było wprost.
-Naprawdę, ojcze, odejdź stąd, póki mówię, że nie zamierzam zabijać. Umrzyj przynajmniej dla tego miejsca. Tak, jak sam kazałeś mi powiedzieć.
Antychryst skierował głowę ku ziemi i odwrócił się w kierunku, z którego przybył. Zanim uczynił krok ku zapomnieniu dla świata, rzucił przez ramię:
-Napisz, kiedy wreszcie zrozumiesz, nie tylko mnie, ale i to kim, i dlaczego w ogóle jesteś.
-Nie umiałbyś przeczytać- prychnął Gohan.
-Zdziwiłbyś się-odparł Saiyan i ostatecznie oddalił się w głąb cmentarnych błoni, by chwilę później stać się tylko drobnym, zielonym punktem, rażącym z daleka.
Vegeta stał przed statkiem kosmicznym i spoglądał w ciemne, zimne, czyste niebo, uraczone miejscami światłem odległych gwiazd i cieniem niewidocznego prawie Księżyca. Nieopodal szumiały na wietrze zmarznięte liście ośnieżonego drzewa, którego srebrno-biała puchowa pokrywa rozpościerała się na dziesiątki, jeśli nie setki kilometrów wokoło i pobłyskiwała niepokojąco. Przez tyle lat życia na Ziemi, Saiyan nie spotkał się z takim pogodowym odstępstwem. Przez całe swoje życie nie miał wyprawionego pogrzebu, a gdy już się go dorobił-nie mógł nawet na nim gościć. Za to nie wiedzieć czemu-Kakarotto uparł się nań jechać. I choć w tę niewątpliwie radosną podróż udał się jeszcze przed południem, czyli w zasadzie jeszcze wczoraj, to Vegeta nie niepokoił się zbytnio. Sam styl jazdy jego kompana sugerował spore opóźnienia. Mógł wrócić zaraz, ale równie dobrze mógł zjawić się dopiero nad ranem. Niepokojące wydawało się to, w jakim stanie zawita do swojego nowego domu. I cokolwiek by to nie było, Vegecie już się nie podobało. Ale wszechogarniające poczucie rezygnacji, kazało mu w miarę możliwości-zbytnio nie oponować. I to poczucie też mu się nie podobało. Jednak wyłaniający się powoli z oddali zielony samochód był w tym momencie szczytem jego niezadowolenia. Może minutę później zabytkowy samochód zaparkował z pewnym trudem nieopodal drzewa, i wysiadł z niego jego wspaniały kierowca. Wysiadł powoli, wręcz leniwie i oparł się o pojazd o dach pojazdu, podobnie, jak zrobił to niecały tydzień wcześniej na moment przed uśmierceniem synowej. Spoglądał w milczeniu z drobnym, ale zauważalnym zainteresowaniem na Saiyana, który obserwował jego poczytania ze zdziwieniem zmieszanym z irytacją.
-Bije od ciebie tak ogromne ciepło przywitania, jakim cię uraczono, że aż płyn mózgowo-rdzeniowy mi przymarza –przywitał go wreszcie Vegeta.
Lekkie prychnięcie Kakarotta ewoluowało w krótki śmiech, wspomożony wzruszeniem ramionami.
-Niektórzy ludzie po prostu nie potrafią odpowiednio celebrować śmierci-stwierdził, nieco się rozjaśniając.
-To jak wygląda poprawna celebracja? -Vegeta uniósł brew, przy okazji przyglądając się, jak jego współlokator próbował oswobodzić się z objęć szala.
-Wierzysz w jedynego prawdziwego Boga? –spytał wreszcie tamten, gdy już pozbył się zbędnego elementu garderoby.
-Tak-odpowiedział Vegeta, nie bardzo mając inne wyjście.
-Wierzysz w Jego miłość?
-Tak-odparł z tego samego powodu.
-Wierzysz, że Śmierć jest wyzwoleniem połączonym z odrodzeniem?
-Wierzę-rzekł, choć w tej kwestii naprawdę mógłby polemizować.
-Widzisz-zaczął Kakarotto i uchylił drzwi samochodu, by dostać się do zamontowanego w środku odtwarzacza. Z wnętrza wypłynęła muzyka zbliżona do tango vals. –powinieneś mieć odpowiedź na swoje pytanie –ostatecznie zamilknął, a na jego oblicze wrócił wyraz twarzy i penetrujące spojrzenie sprzed momentu, jednak bardziej bezpośrednie.
Vegeta wiedział, że jeśli tej nocy odwróciłby głowę, bardzo długo nie zaznałby spokoju. Wiedział również, że był to komuś winien, chyba nawet sobie bardzo bolesną karę, w ramach której ta nieszczęsna celebracja nadawałaby się idealnie.
W milczeniu ruszył w kierunku Kakarotto, na co tamten podszedł do niego i skinął głową z uśmiechem. W geście podziękowania być może. Sekundę później jego twarz znowu była bez wyrazu, a jego dłonie zdecydowanie, choć ciepło chwyciły partnera i ku jego niezadowoleniu przyciągnęły do własnego ciała.
Przejmujące spojrzenie jednej pary czarnych oczu w drugą, ciała drżące z zimna, wirujące po podwórzu jak śnieg na wietrze drażniący ich twarze. Ruchy ich wtopione w rytm muzyki, ich myśli w myśl słów piosenki. Prowadzące ręce były jakby wygłodniałe, ale wciąż grzecznie szły na smyczy wedle rozkazu ich pana o nieprzeniknionej ludzkim poznaniem facjacie, której rysy nagle się wyostrzyły. Przylegały dłonie jego do koszuli, jakby była prawie ciałem, manewrowały momentami nieznacznie, wciąż balansując idealnie na cienkiej granicy między dobrym smakiem, a zaczątkiem głębokiej dewiacji. Kolejna ewolucja, para z zimna wokół szyi, zaraz potem nawiedzał ją cieplejszy, bliższy oddech, usta przepłynęły nie tknąwszy niczego, jak zjawa, jakby je od skóry dzieliło szkło cienkie, i tylko ich zarys się odciskał w przestrzeni. Dłoń zamknęła się w dłoni, zlepiła się z bawełną bawełna, dwie pary oczu błyskały na siebie nawzajem, pełne antagonistycznych emocji. I myśleli oboje jeden bardziej z ciekawością, drugi z przerażeniem: jak gruba i wytrzymała jest linia między podnietą, a odrazą?
O ile Kakarotto zaprzysiągł sobie sprawdzić to empirycznie, tyle Vegeta skupił się na widoku ich splecionych dłoni –ręce spranej przez krew niewinnych, trzymanej mocno przez rękę dopiero co krwią splamione. Wcierały się powierzchnie, wcierał się chłód, pot, śnieg stopniały i krew przelana.
Teraz obaj byli mordercami.
Obaj byli tacy sami.
A krew jednego należała już do drugiego.
I tańczyli obaj nieustanne tango ze swoimi sumieniami, z tym, co z nich pozostało, z miłości dawnych, sentymentów, pragnień dawnych.
Zastanawiał się starszy z tancerzy: a co, kiedy już orkiestra grać przestanie?
I przypomniał sobie nagle słowa, które dotąd nic nie znaczyły: „ by pokonać Śmierć, trzeba jedynie umrzeć”.