Help
Home Just In Communities Forums Beta Readers Dictionary Search
: B s . A A A    : full 3/4 1/2   : E E   : Light Dark Anime/Manga » Dragon Ball Z » Romanticide

The Cursed One
Author of 14 Stories

Rated: T - English - Romance/Horror - Goku & Vegeta - Published: 12-29-07 - Complete - id:3976995

Romanticide

Wiatr wiał delikatnie, ale z przeszywającym chłodem, nawet pomimo świecącego intensywnie słońca, zupełnie, jakby nie chciał wadzić, jednak wyraźnie miał na celu zaznaczyć swoją obecność. Obecność nie do obejścia, nie do zaprzeczenia. Tak samo, jak jawiła się sytuacja, w której znalazł się ten, co tego powiewu doświadczał.

Jakby wiatr miał pragnienia.

Wiatr nie ma, ale on miał pragnienie: pragnął oddalić się od chwili, i z tego, co ona ze sobą niosła, toteż wpatrywał się z całych sił w żółtawą kulę na nieboskłonie, i prawie już ślepł od jej światła.

Ale ucieczka nie mogła trwać wiecznie.

-Wiesz…-usłyszał i w tej samej myśli doświadczył pocieszającego muśnięcia, tak słabego, jak wspomnienie o zeszłorocznym śniegu-koty, one mruczą nawet wtedy, kiedy umierają…-głos umilkł na chwilę.-Rozumiesz mnie?

Mężczyzna, wpatrujący się w niebo trwał w milczeniu.

-Spójrz na mnie, Vegeta -ponowił głos, wciąż delikatny, ale teraz stanowczy, pomimo tego, że z każdą nutą stawał się coraz słabszy.

Tamten zareagował na swoje imię jak na dźwięk drapania paznokciem po ścianie, ale w końcu odwrócił się, może po to, by tego imienia już nie słyszeć.

Odwrócił się i spojrzał w dół, a raczej wbił spojrzenie w jeden punkt zakrwawionej piersi, by widzieć tylko ten punkt, coraz bardziej zamazany i nic poza tym.

I nigdy nie spojrzeć mu w oczy.

-Patrzysz na krew-zauważył leżący i uśmiechnął się, jak wyrozumiały nauczyciel do niesfornego wychowanka-miałeś spojrzeć na mnie.

Człowiek nazwany Vegetą niepewnie przeniósł spojrzenie na twarz, ileż młodszego od niego mężczyzny, jakże bladą, niemal już przezroczystą, a na niej malował się uśmiech, który zwykle koił wszystkich wokół, a jego, teraz, wyprowadzał poza granice szaleństwa.

Jego trzęsąca się dłoń przejechała bezwiednie po ciele skąpanym w odcieniach czerwieni, jednak powoli hamowała swą podróż, gdy zbliżała się do największej z ran.

Czarnowłosy młodzian, widząc jeszcze, choć już mniej wyraźnie, lęk wydostający się poprzez dłoń Saiyana, cofnął ją, a swoją z trudem uniósł ku jego obliczu zaczął gładzić smukły policzek. Zarejestrował jeszcze, jak twarz mężczyzny oblana delikatnym szkarłatem krwi zwija się w złożony grymas żalu, złości i zaprzeczenia.

-Bądź tutaj ze mną, póki jeszcze możesz. Moim następnym kochankiem będzie Tanatos, ja już słyszę jego kroki. Ty posłuchaj więc mnie. Chcę, żebyś zrozumiał.

Vegeta próbował skupić się na czerni spojrzenia drugiego Saiyana. Kiwnął też głową w geście zrozumienia, i sam nie wiedząc czemu-przemówił:

-Jestem więc. Słyszę cię i słucham.

Palce dłoni gładzącej twarz mężczyzny zamarły, a ona sama osunęła się w dół, by skończyć u boku właściciela.

-Koty mruczą, gdy kochają, gdy są radosne, ale i gdy cierpią i gdy umierają…nikt tego dotąd nie wyjaśnił, ale ja wiem. Wiem, że to są mantry. To są te same słowa, one dają siłę, i nie są to zwykłe słowa-Oddychał coraz ciężej, oddech mu się urywał, a w płucach świszczało na przemian i charczało przeraźliwie. –Ja nigdy nie potrzebowałem wielu słów. Ty zawsze wystarczyłeś, zawsze byłeś moją siłą. Nawet wtedy, gdy mi ją zabierałeś, nawet wtedy, gdy teraz, udowadniałeś swoją wyższość na każdy możliwy sposób. Nie mam ci za złe. Dałeś mi nawet powód, by umrzeć, śmierć dajesz mi piękną, bo jesteś tu ze mną, a ja jeszcze czuję ciebie wszędzie w sobie-mężczyzna zamilkł i zmrużył oczy, powieki ciążyły już za bardzo.

-Chryste, Kakarotto…! –wykrzyknął Saiyan, zacisnął pięść na swych włosach i zaczął kręcić głową, może robił to, by zagłuszyć wciąż i wciąż powracające słowa. I już nie miało znaczenia, że swym ciałem wciąż oplatał ofiarę. Bez znaczenia były i słońce i rzeka i krew z pęcherzykami wydostająca się z rany.-Cholera! Ja nie… -krzyczał dalej i nieświadomie kołysał się w przód i w tył, a Kakarotto doświadczał na ten widok wspomnień ostatniej godziny.

Gdyby tylko mógł wydać dźwięk.

Co by to było?

Milczał przez chwilę, by zebrać resztkę sił i słowami wypowiedzieć się jeszcze.

-Jesteś niemożliwy –mówił-zawsze pragnąłeś ze mną wygrać, a teraz żałujesz.

-Dlaczego więc ty-! –Vegeta rzucił swe słowa prosto w twarz umierającego.

-Chciałem dla ciebie zawsze jak najlepiej-widząc jego niedowierzanie dodał jeszcze-jeśli odważysz się pocałować mnie jeszcze raz, poczujesz, co mam na myśli…

-A czy to nie ojczystą ziemię, swoich zawsze miałeś zadowalać?! –syknął tamten, rozpaczliwie próbując zamienić swoją winę w jego.

Kakarotto spróbował westchnąć, ale mu się nie udało. Miast tego zaczął dusić się bolesnym kaszlem i z każdą chwilą z jego ust uciekała i krew i resztki życia.

Musiał jednak odpowiedzieć:

-To dlatego, że w końcu zrozumiałem…Ty jesteś moją ojczyzną, więc się tobie oddałem. Ja jestem wspomnieniem ziemi twoich ojców, i musiałeś poczuć mój smak tak bardzo, jak to tylko możliwe. Nie oszukujmy się, dobrze wiesz, że woń krwi przyjemnie pobudza nas obu.

Chciał jeszcze uchwycić jego spojrzenie, jakie by ono nie było, ale śmierć odmówiła mu tej ostatniej rozkoszy. Ponownie zatracił się w kaszlu, jeszcze bardziej przerażającym, w pewnym momencie nie ruszył się już i Vegeta wiedział, co się stało, zanim dotarła do niego cisza jego ki. Patrzył tępo na rozchylone lekko usta swojej zdobyczy, i jedyne, co było wokół niego, to odczucie, a raczej świadomość, że ostatnie tchnienie Kakarotta brzmiało tak samo, jak jego ostatni orgazm.

Saiyan nie miał siły oddalić się od ciała, do którego jeszcze lata temu się przywiązał. Spoglądał to na rzekę, która wciąż żyła swoim życiem, to na martwą twarz mężczyzny.

I jedno wtedy przyszło mu do głowy: że istnieje na świecie taka miłość, która pomimo swej potęgi nie jest przeznaczona do konsumpcji.



Return to Top