
Po 4. tomie, z Inkwizycją w tle. Nocnemu Patrolowi znów zagraża pojawienie się Zwierciadła i nawet stojący po stronie Ciemnych Igor, wzmocniony Fuaranem, to za mało, by przywrócić równowagę. A gdyby-... gdyby tak ktoś z Nocnego Patrolu zmienił stronę?
Rated: Fiction T - Polish - Drama/Supernatural - Chapters: 10 - Words: 13,750 - Published: 05-04-10 - Status: Complete - id: 5945851
|
|
A+ A- |
Epilog
Pomimo upału, nad jeziorem Leman było rześko. Patrzyłem na góry. Lozanna zupełnie nie przypominała domu, chociaż od niedawna to ona była moim domem.
Szedłem powoli wzdłuż bulwaru, przypominając sobie, jak to jest cieszyć się takimi rzeczami jak cień pod drzewem i fale na jeziorze.
Zamyśliłem się tak, że prawie wpadłem na jakąś kobietę.
- Najmocniej panią przepraszam...
- Anton Gorodecki? – zapytała znienacka.
Dopiero wtedy ją rozpoznałem.
- Astrid?
Zaśmiała się.
- Wielkie nieba, co pan tutaj robi?
- Anton – poprawiłem. Przyglądałem się jej; niewiele się zmieniła przez te dwadzieścia lat, tylko nie wyglądała już na młodziutką dziewczynę. – Pracuję. Ale co ty tutaj robisz?
- Jestem na urlopie.
- Przyjechałaś na dłużej czy tylko na chwilę?
- Przyjechałam się pożegnać z domem.
- Zostajesz w Moskwie na stałe?
- Tego nie powiedziałam. Mieszkasz w Lozannie czy tylko przejazdem?
- Nie na stałe, ale mieszkam. Przenosimy biuro, od przyszłego roku.
- Przerwa w pracy? – spojrzała na moją szarą koszulę i lniane spodnie, też szare.
- Tak.
- Jesteś zmęczony?
- Trochę.
- Weź.
Dopiero po chwili zrozumiałem, że miała na myśli Siłę. Nie, to nie tak, Jaśni tak nie robią.
- Mam dług, którego i tak nigdy nie spłacę – uśmiechnęła się, dziwnie wyglądał ten dorosły uśmiech przy jej wielkich oczach dziecka. - Weź, Jasny.
Nie chciałem, ale nie mogłem odmówić. Wziąłem. Siła była inna niż poprzednio, bardziej dojrzała, mocniejsza.
Teraz już rozumiałem, co dawało jej taką Siłę. Astrid była zakochana.
- Nadal ten sam?
Nie zdziwiła się nawet, że wiem.
- Nadal.
- Powiedziałaś mu?
Zaśmiała się cicho.
- Och, Jasny, Jasny… On ma żonę i dziecko. Ty byś powiedział?
- Ale ja nie-…
Machnęła ręką, nadal się śmiejąc.
- Bo ja jestem Ciemną, tak? To nie znaczy, że nie mam ludzkich uczuć. Wiesz, on ich bardzo kocha.
- Wybacz, to było głupie.
- Było. Ale nie ma o czym mówić. Masz jakieś plany na dzisiaj?
- Właściwie to nie.
Wzięła mnie pod ramię, tak zwyczajnie. Jaśni, Ciemni, Inkwizycja, to nie było ważne, czasem każdy Inny może być po prostu człowiekiem, który spotkał się ze starym znajomym. Albo znajomą.
- Pospacerujmy. Spójrz na jezioro, piękne, prawda? – zerknęła na zegarek. – Może uda nam się zdążyć na rejs do Evian, jeśli masz ochotę.
Czasem nawet Inkwizytor potrzebuje krótkiego urlopu. Może zwłaszcza Inkwizytor.
- Mam.
…
- Czas na mnie – wstała. Wiatr zdmuchnął jej kapelusz, ale pozwoliła mu odlecieć.
- Już?
- Już późno. Wieczór.
Zachowywała się dziwnie.
- Odprowadzić cię?
- Nie, nie trzeba. Jeszcze chwilkę zostanę. – Przyjrzała mi się uważnie. – Wiem, że na razie nie potrzebujesz, ale… weź. Ostatni raz, Jasny.
Wziąłem. Jeśli to był dla niej sposób na spłacenie długu, który uważała, że zaciągnęła u mnie, proszę bardzo. Ostatni raz.
To była dobra Siła. Solidna, mocna, jasna. I chociaż czerpałem dużo, Siły nie ubywało.
- Powiedz mu kiedyś. Kiedyś, kiedy już będziesz mogła.
Uśmiechnęła się przejmująco.
- Nie będę mogła, Jasny.
Wzięła mnie za rękę, odsłoniła lewy nadgarstek.
- Już nie ma śladów. To dobrze, nie powinno być śladów. – Zamilkła na moment. - Dziękuję, Jasny.
Zrobiło mi się głupio. Nawet nie dlatego, że nadal trzymała moją rękę, i nie dlatego, że ciągle mówiła do mnie „Jasny". Zgoda, dlatego też. Ale głównie dlatego, że znowu wspominała ten cały dług.
- Daj spokój, Astrid.
Pokręciła głową.
- Nie rozumiesz, prawda? Muszę ci chyba udowodnić, że naprawdę jestem Ciemną. – Uśmiechnęła się przelotnie. - Wybacz, Jasny. I dziękuję ci.
Nie rozumiałem.
- Co właściwie-... – nie dokończyłem.
Pocałowała mnie, tak po prostu. Długo, czule. Zalało mnie jasne morze Siły. I zrozumiałem wszystko.
Odsunęła się troszkę, na tyle, że mogłem spojrzeć jej w oczy. Patrzyła na mnie i uśmiechała się.
- Szczęśliwej drogi, Anton – powiedziała cichutko, słowa zmieszały się z nagłym powiewem wiatru i szumem skrzydeł. Zostały tylko puste pantofelki i opadająca na chodnik sukienka.
Prawie niewidoczna na tle ciemniejącego nieba, gór i wody, nad taflą jeziora szybowała jaskółka. Dalej, dalej, aż na sam środek.
Przez moment, zanim zaczęła odchodzić – nie, nie w Zmrok, odchodzić tak naprawdę, rozpływać się w nocnych cieniach – przez moment wyglądało, jakby stała na tafli jeziora. W świetle księżyca z daleka wyglądała jak Biała Dama. Uniosła rękę, ostatnie pozdrowienie, i już jej nie było. Odeszła, tak wybrała.
Zabrakło mi słów, nawet w myślach. „Muszę ci chyba udowodnić, że naprawdę jestem Ciemną" – bo co, bo chciała mi powiedzieć? Jaśni, Ciemni? Jakie to ma znaczenie? Czy to w ogóle ma znaczenie?
Inkwizytorzy nie płaczą, już nie potrafią. Ale nadal czują. I nadal mają sumienie.
Odeszła, bo chciała mi powiedzieć, ale nie chciała zabierać tego co mam, nie chciała żebym nawet o tym pomyślał? Może w ostatecznym rozrachunku tak naprawdę liczy się tylko, czy potrafiliśmy być ludźmi?
- Tato?
Nadia stała obok mnie, nie zauważyłem, kiedy przyszła ze Zmroku. Wzięła mnie za rękę.
- Wróć do domu.
Wrócić do domu… Pilnować świata, ale pamiętać, że świat zaczyna się na własnym progu. To mi chciałaś powiedzieć, Astrid? Szczęśliwa droga to droga do domu, prawda? Tak, wiem że tak.
Póki ognia i czasu
Wystarcza jeszcze jej
- Chodźmy, Nadiuszka.
Daj każdemu po troszeczku
I o mnie pamiętać chciej
|
||||||