
Zwykły napad w dzielnicy Soho okazuje się być zagadkową sprawą: ofiara na parę minut przed śmiercią wysłała sms i zamieściła notatkę na twitterze, czego, na logikę rzecz biorąc, czynić nie powinna. Tłumaczenie z języka rosyjskiego.
Rated: Fiction T - Polish - Crime/Romance - John W. & Sherlock H. - Chapters: 8 - Words: 13,659 - Reviews: 8 - Favs: 8 - Follows: 7 - Updated: 08-16-12 - Published: 08-08-12 - Status: Complete - id: 8407895
|
|
A+ A- |
część 8
I co? To wszystko? Nie mogłem w to uwierzyć. Holmes tymczasem podszedł do zwłok Clyde'a, zdjął mu rękawiczki i zajrzał pod golf.
– I już wiadomo, co dla niego zrobiła i czemu był jej tak wierny – mruknął.
Popatrzyłem. Pod rękawiczkami kryły się dłonie zeszpecone bliznami. Prawdopodobnie większość ciała była mozaiką zdrowej skóry i straszliwych śladów po oparzeniach. Tylko twarz miał przy tym zdumiewająco gładką.
– Operacja przeszczepu twarzy – wyjaśnił Sherlock, wskazując cienkie nitki blizn koło uszu Clyde'a, również częściowo pobliźnionych. – Od razu zwróciłem na to uwagę, kiedy obracał głowę. Twarz w porządku, ale uszy go zdradziły, chociaż starannie chował je pod włosami. Czoło jest jego własne, ale już policzki i wszystko niżej musiało stanowić straszliwy widok. Ciekawe ile przyjmował immunosupresorów?
– Poczekaj – nachmurzyłem się. Czyli wychodzi na to, że wszystko na darmo? Nie mamy żadnych poszlak, tak?
– Ależ niby czemu? – Holmes triumfalnie wydobył z kieszeni telefon. – Współczesna technologia jest cudowna. Cała nasza – bez wątpienia interesująca – rozmowa jest tutaj.
Zadzwoniłem do Lestrade'a i podałem mu adres, pod którym znajdzie trupa zbyt naiwnego mordercy. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, koło drzwi magazynu zauważyliśmy jeszcze jedno ciało. Młoda, urodziwa kobieta o kasztanowych włosach i pięknych oczach w niespotykanym odcieniu ciemnego miodu. Ściskała w ręku kolta 1911 z tłumikiem. Zginęła od strzałów w serce i głowę.000
W Londynie jest zimno i deszczowo. Marzec zgotował kolejną niemiłą niespodziankę. Ciężkie krople spadają ze smętnego szarego nieba i rozbijają się na asfalcie, by zastygnąć w cienką warstewkę śliskiego lodu. Łatwo coś sobie złamać, ludzie siedzą w mieszkaniach i pubach, gdzie jest ciepło i przytulnie. Przenikliwy wiatr przeszywa aż do kości, ja jednak ruszyłem się z domu. Wróciłem pod wieczór. Obszedłem cztery sklepy, nigdzie nie było tego, czego szukałem. W odpowiedzi na moje pytania sprzedawcy tylko rozkładali ręce: teraz mało kogo coś takiego interesuje. W końcu znalazłem ten rarytas u jakiegoś bukinisty, w antykwariacie. Starszy antykwariusz podał mi ostrożnie podniszczony tomik w zielonej okładce z wytartymi złotymi literami. I nawet się nie zdziwiłem, zobaczywszy na stronie tytułowej podpis „Viola Hatsan", jakby tak właśnie miało być.
W domu przysunąłem fotel do solidnego ognia płonącego w kominku, włączyłem lampę do czytania, pozostawiając resztę salonu w półmroku i z westchnieniem ulgi wyciągając skostniałe z zimna nogi, otworzyłem książeczkę. „Balladę z turnieju w Blois" znalazłem prawie od razu, jakby tomik otwierano w tym miejscu wiele razy. Zresztą tak pewnie było. Wiersze bardziej poruszają na papierze, na ekranie nie ma tego efektu. Czytałem „Balladę" raz za razem i nie mogłem pojąć, jak złodziej, bandyta i poeta, żyjący prawie sześć wieków wcześniej, mógł tak zabójczo trafnie napisać o mnie, o nim, o nas, o wszystkim, co czuję. Cholerny Clyde dał mi do myślenia. Powinien zostać psychologiem, a nie kilerem. Jego słowa o źródle i o samotności padły na podatny grunt. Nie miał racji tylko w jednym: owszem, znalazłem odpowiedź i nie ucieszyła mnie ona, jednak nie zamierzałem pozbawić się życia. W sumie to głupie i tchórzliwe. Każda przeklęta strofa ballady całkiem wyraźnie mogła odnosić się do mnie, do mego współlokatora, albo do nas obu naraz. Jakby Francuz, który już dawno temu rozsypał się w proch, zdołał poprzez wieki zajrzeć do mojego serca i przenieść na papier wszystko, co tam zobaczył. Zamarłem w fotelu. Nie miałem pojęcia, co robić z odkryciem, które zwaliło się na mnie tak nieoczekiwanie. Uciekać nie zamierzałem, rozmawiać z Holmesem też nie. To nie miało sensu. Przekleństwo! Moim przeznaczeniem było wiecznie przebywać koło źródła i umierać z pragnienia, nie mogąc się napić. Nie jestem przecież dla niego interesujący. U źródła umieram z pragnienia – tak, dokładnie tak. Ale odejść od mojego źródła nie mam siły, być obok jest lepiej niż uciekać w panice. Zbyt mocno w tym ugrzęzłem. Utonąłem w tej rzece od pierwszego dnia i nigdy już nie dopłynę do brzegu normalności. I chrzanić to. Będę mieszkać na Baker Street tak jak przedtem, znosić Sherlockowe przytyki i eksperymenty, biegać na śledztwa i zachwycać się błyskotliwością Holmesa. To, że wszystko zrozumiałem, niczego przecież nie zmieniało. Tyle tylko, że całkowicie uświadomiłem sobie przyczyny swojego zachowania. I teraz będę żyć z tą świadomością. Tak już się złożyło. Tyle razy mówiłem sobie i całemu światu, że jestem absolutnie, doskonale, obrzydliwie normalny i zwyczajny, no i proszę – cóż za ironia losu – okazało się, że jedyny naprawdę potrzebny mi człowiek siedzi teraz w tym samym pokoju i nawet nie podejrzewa burzy, jaka trwa w mojej duszy. I daj Boże, by nigdy się nie dowiedział.
Zerwałem się i odwróciłem, kiedy nieoczekiwanie za mymi plecami odezwał się cichy głos:
– W wierszach nie ma absolutnie niczego, John, poza sensem, który nadasz im ty sam.
– Sherlock... Jak...?
– To nie było trudne. – Podszedł, w tym swoim nieśmiertelnym szlafroku, wyjął z moich odrętwiałych palców książkę i zrobił ruch jakby chciał ją wrzucić do kominka, ale spojrzał na mnie i ostrożnie odłożył ją na fotel. – Nie wymagaj ode mnie teraz logicznego wykładu.
Niech cię diabli, Sherlock, pomyślałem ze zmęczeniem, niech cię diabli, oczywiście, że wszystko już wydedukowałeś, głupio byłoby przypuszczać, że nie nic zauważyłeś.
A teraz w sumie nieważne jak. Ważne co teraz mamy robić. Ja z moją świadomością i ty ze swoją wiedzą. Co mamy teraz począć? Cisza stawała się nieznośna. Staliśmy obok kominka jak dwaj idioci, i patrzyliśmy: ja na niego, on na mnie. Nie wiem o czym myślał Sherlock, ale we mnie rosła wielka rozpacz. Tak odmieniony współlokator raczej mu się nie spodoba, sam przecież mówił... Czekam i wiem, że daremno. Wszystkie te myśli urwały się, kiedy wziął mnie za rękę i zamarł jak lodowa statua z oczami płonącymi w bladej twarzy. Do tej pory nie wiem, który z nas zrobił pierwszy krok. Chciałbym myśleć, że ja. Chciałbym wierzyć, że on. Wątpię w jawę, w cuda wierzę. Za oknem nadal padał niemożliwy, nieznośny, lodowaty deszcz, pokrywający całe miasto kryształową skorupą, a nasz pokój stał się wręcz odbiciem tego zestawu przeciwieństw, niewiarygodnego, nieziszczalnego kontrastu. Który z nas pochylił się ku drugiemu – czy to ważne? Delikatne, nieporadne, trochę niezgrabne zetknięcie ust w pocałunku natychmiast posłało cały świat w otchłań. Nie chciałem nawet pomyśleć, że dla Sherlocka to być może tylko kolejny eksperyment, że zaraz się ode mnie oderwie i wygłosi jakąś głęboką oraz obraźliwą uwagę. Głupio byłoby sądzić, choćby przez moment, że on, tak samo jak ja, umierał z pragnienia przy swoim źródle, ale... Rozpacz mnie wiarą pocieszy. Sherlock wciąż jeszcze trzymał mnie za rękę i celebrowaliśmy nasz nieziszczalny pocałunek. Pachniał kawą, jałowcem, czymś nieuchwytnym i jeszcze odrobinę tytoniem – pewnie gdzieś wyszperał papierosy, przemknęło mi przez głowę. Jego wargi były nieco cierpkie. Żaden z moich pocałunków z kobietami nie mógł się równać z tym. Ich wargi były miękkie i słodkie, „miodowe", jego – nie. Nad miód piołun jest mi słodszy. W każdym razie dla mnie było to prawdą. Moja dusza odtajała obok tego chłodnego i obojętnego na pozór, wstrząsającego człowieka. Me serce się lodem ogrzeje. Prawda. Nie mogę żyć normalnym życiem, nie mogę egzystować bez stresu, bez napięcia, jak na wojnie. Dolina łez dla mnie jest rajem. Wersy napisane przez dawno nieżyjącego Francuza dudniły mi w głowie, przeplatały się z mymi własnymi myślami. Nadal się całowaliśmy, pogłębiając ten pocałunek, aż w końcu objąłem Sherlocka – jedną ręką. Drugą nadal trzymał, ściskając prawie do bólu. Jakby bał się czegoś, choć jemu uczucie strachu powinno być nieznane. Mówi się, że kiedy kochasz, podczas pocałunku zawsze zamykasz oczy. Brednie! Nie ma niczego lepszego od patrzenia na siebie, kiedy stykacie się wargami. To najbardziej intymna rzecz, to jak otwarcie serca na oścież. Patrzyliśmy obydwaj, nie odrywając wzroku, nie przerywając kontaktu. Mój umysł płynął, pokój zdawał się kołysać, a my byliśmy jedynymi wysepkami stabilności w tym szalonym świecie. A może na odwrót – wszechświat się nie zmienił, tylko nas zaniosło diabli wiedzą gdzie, zakręciło, opętało, zniszczyło resztki normalności. Mojemu detektywowi chyba też kręciło się w głowie, inaczej nie czepiałby się mnie tak rozpaczliwie.
Nawet w iskrach, które nagle przeskoczyły między nami, było coś symbolicznego, choć Sherlock na pewno powiedziałby „zwykła elektrostatyczność". Niech i tak będzie – bardzo a'propos ta banalna fizyka. Plus i minus, lód i płomień, lodowy deszcz – kontrasty, przeciwieństwa, przyciąganie, elektryczność. Zalew emocji aż nazbyt wielki jak na ten pokój i na nas, upijamy się nim, wyciska z nas oddech, podcina nogi – i nic dziwnego, że bezsilnie padamy na podłogę przed kominkiem, przewracając przy okazji nieszczęsną lampę i zamieramy bez ruchu, patrząc w ogień.
– Nie waż się powiedzieć, że to twój kolejny eksperyment – szepczę groźnie, łapiąc oddech. Głośne mówienie wydawało mi się głupie, niedorzeczne i nie na miejscu.
– Skoro nalegasz... – Żartował, ewidentnie żartował, widziałem to w jego oczach, w uśmiechu nieoczekiwanie miękkim, bardziej... ludzkim.
Ogień w palenisku potrzaskiwał leniwie, języczki płomieni lizały drewno, tańczyły, wiły się, rzucały na podłogę dziwaczne odblaski. Milczeliśmy. Znów milczeliśmy, lecz tym razem ta cisza nie przytłaczała – odwrotnie, kusiła by ją przedłużyć, zachęcała do działania. Do diabła z normalnością, pomyślałem, przyciągając Sherlocka do następnego pocałunku.
Drogi powrotnej już nie ma, wszystkie mosty zostały spalone, kiedy zabrałeś mi książkę i wziąłeś mnie za rękę. Tak więc nie zabraniaj mi teraz ugasić pragnienie i napoić ciebie.
Moje źródło oddało pocałunek drżącymi wargami. Dygotał, ale nie z zimna – jego skóra była urzekająco gorąca. Nasze ruchy budziły drobne wyładowania elektryczne, iskierki trzaskające między nami, kąsające, pobudzające. Dotyk, obserwacja, badanie reakcji – nie tylko Sherlock to teraz robił. Zastrzyk czystych endorfin prosto do ośrodka przyjemności, instynkt, reakcje ośrodków podkorowych, które przedarły się przez wszystkie mury i zepchnęły na dalszy plan zdetonowaną świadomość.
Od kominka biło gorąco, od nieszczelnego okna wiało zimnem, a my obaj balansowaliśmy na cienkiej granicy, czując je na skórze. Elektryzujący się sweter poleciał gdzieś na bok, szlafrok przykrył tomik wierszy na fotelu i nagle zrozumiałem, że obaj chyba nie bardzo wiemy co dalej. A raczej nie byłem pewien co do Sherlocka, lecz z jakiegoś powodu a priori zakładałem, że takie zachowanie całkowicie wykracza poza ramy holmesowej normalności. A i ja sam, że tak powiem, przywykłem do czegoś innego. Wszystkie te myśli przemknęły mi błyskawicznie przez głowę i zaraz się rozsypały w proch.
– Nie uwierzę – wymamrotałem w szyję Sherlocka.
– Nie uwierzysz w co? – Ciepły oddech przy uchu, spojrzenie pełne słodkiego i gorącego oszołomienia.
– Że dwaj dorośli i podnieceni ludzie, którzy wreszcie się do siebie dorwali – jeden geniusz i jeden ślepy idiota, który właśnie odzyskał wzrok – nie zdołają się zorientować co i jak.
– Masz rację – Sherlock uśmiechnął się przelotnie i ponownie zachłannie przylgnąłem ustami do swojego źródła, roztapiając się w burzliwym nurcie górskiego potoku, jednocześnie surowym i niewiarygodnie delikatnym.
Miałem rację. Tej niewiarygodnej, a jednak realnej nocy obaj ugasiliśmy pragnienie.
000
Od tłumaczki: fabuła tego fanfika osnuta została na cytatach „Ballady z turnieju w Blois" Villona, jednak polskie tłumaczenie tego wiersza tak bardzo różniło się od wersji rosyjskiej, że wykorzystanie go mijało się z celem. Poniższy przekład jest mojego autorstwa, niezbyt zgrabny, ale pasujący do rosyjskiego i zachowujący sens cytatów.
U źródła umieram z pragnienia.
Przez łzy się śmieję, zabawą się trudzę.
Gdzie głowę złożę – tam mój dom,
Obczyzna w ojczyznę się zmienia.
Wiem wszystko i nic nie wiem.
Wątpię w jawę, w cuda wierzę.
A z ludzi najbliższy mi ten
Co łabędź mu krukiem będzie.
Nagi jak robak – a pychą grzeszę.
Wszędzie jam swój i obcy wszędzie.
Czekam i wiem, że daremno.
Nędzarz – bogactwa rozdaję.
Rozrzutnik i skąpiec pospołu.
Mróz wszędy – ja cieszę się majem.
Dolina łez dla mnie jest rajem.
Ogień zimnym przejmuje drżeniem.
Me serce się lodem ogrzeje.
Żarty pamiętam i w myśli nie trzymam
Komu pogarda, a komu estyma.
Wszędzie jam swój i obcy wszędzie.
Nie widzę co pod stopą mam
Lecz gwiazdy po imionach znam
Nocą jam rześki, a śpię dniem.
Kłamliwa dla mnie twardość ziemi,
A ufam mgle i wierzę cieniom
Ślepiec mnie widzi, głuchy słyszy.
Nad miód piołun jest mi słodszy.
Gdzie tu prawda, gdzie ułuda?
Ileż tych prawd? Inna co krok.
Wszędzie jam swój i obcy wszędzie.
Nie wiem co dłuższe – godzina czy rok?
Przez morze czy ruczaj daję krok?
Z raju uciekam, do piekła śpieszę.
Rozpacz mnie wiarą pocieszy.
Wszędzie jam swój i obcy wszędzie.
Francois Villon
1431 – 1491 (dokładne daty nieznane)
От жажды умираю над ручьем.
Смеюсь сквозь слезы и тружусь, играя.
Куда бы ни пошел, везде мой дом,
Чужбина мне — страна моя родная.
Я знаю все, я ничего не знаю.
Мне из людей всего понятней тот,
Кто лебедицу вороном зовет.
Я сомневаюсь в явном, верю чуду.
Нагой, как червь, пышней я всех господ.
Я всеми принят, изгнан отовсюду.
Я скуп и расточителен во всем.
Я жду и ничего не ожидаю.
Я нищ, и я кичусь своим добром.
Трещит мороз — я вижу розы мая.
Долина слез мне радостнее рая.
Зажгут костер — и дрожь меня берет,
Мне сердце отогреет только лед.
Запомню шутку я и вдруг забуду,
Кому презренье, а кому почет.
Я всеми принят, изгнан отовсюду.
Не вижу я, кто бродит под окном,
Но звезды в небе ясно различаю.
Я ночью бодр, а сплю я только днем.
Я по земле с опаскою ступаю,
Не вехам, а туману доверяю.
Глухой меня услышит и поймет.
Я знаю, что полыни горше мед.
Но как понять, где правда, где причуда?
А сколько истин? Потерял им счет.
Я всеми принят, изгнан отовсюду.
Не знаю, что длиннее — час иль год,
Ручей иль море переходят вброд?
Из рая я уйду, в аду побуду.
Отчаянье мне веру придает.
Я всеми принят, изгнан отовсюду.
Франсуа Вийон
1431 - 1491 (точные даты жизни неизвестны)
|
||||||