Reviews for Gdzie licz mówi dobranoc
Lucrecia LeVrai chapter 2 . 8/19/2014
(Z nicka wnioskuję, że jesteś płci męskiej, ale jeśli się pomyliłam, z góry przepraszam).

Ogólne wrażenie po lekturze tych dwóch rozdziałów mam takie: za dużo ekspozycji, za mało akcji.

Szczegółowe opisywanie bohaterów, kiedy nawet na dobre nie zawiązało się akcji, jest właściwie bez sensu, zwłaszcza w sytuacji, gdy masz tych bohaterów więcej niż dwóch-trzech. Czytelnik ani niczego nie zapamięta, ani się nie niczym przejmie, bo co go obchodzą charakterystyki postaci, jeśli wciąż ma problem z rozróżnianiem ich imion? Bohaterowie stają się wyraziści dopiero z czasem, kiedy zaczynają działać i rozmawiać, wtedy też można uzupełniać informacje na ich temat. Czyli w praktyce: nie wymieniać jednym tchem, że - przykładowo - niziołek David miał taki i taki przydomek, był drobny, ciemnowłosy i małomówny, trzymał się na uboczu, potrzebował pieniędzy, miał syna i ktoś mu tego syna uprowadził... Na dobry początek wspomnienie, że niziołek siedział milcząco w kącie, absolutnie wystarczy. Reszta potem. Bez przytłaczania czytelnika nawałem informacji na dzień dobry.

Wyjątek odnośnie opisów można by ewentualnie zrobić dla Orrina, przy założeniu, że to postać pierwszoplanowa, która spaja całą drużynę - ale tu też lepiej nie wyjeżdżać prosto z mostu z łopatologicznymi stwierdzeniami, że znany, przystojny, w koszuli bez rękawów itp., tylko wplatać je w dalszą narrację.

Skakanie po narratorach, czasach i miejscach miałoby nieco więcej sensu, gdyby - jak np. u Martina - poszczególne fragmenty były dłuższe, a każdy z nich wnosił coś nowego do fabuły. Ok, przedstawianie nowych bohaterów poprzez scenki z ich udziałem bardzo się chwali, w ogóle scenki są lepsze, niż przedstawianie postaci za pomocą opisów albo monologów, zgodnie z zasadą "nie mów, pokaż", ale już opisywanie dokładnie TEGO SAMEGO wydarzenia (Orrin rekrutuje drużynę na questa) robi się nudne, jeśli w kółko powtarzasz te same informacje - czuję, że jedyne, co zapamiętam z tego fanfika, to że dom półelfa miał kremową fasadę. Powtórzyłeś tę informację przynajmniej pięć razy, musi być bardzo ważna!

Całe to skakanie między narratorami niezwykle utrudnia zżycie się z którymkolwiek z nich i wciągnięcie się w pączkującą fabułę. Rozumiem, sesja, każdy gracz jednakowo ważny, ale to tutaj to nie transkrypt gry, tylko - teoretycznie - literatura. Trzeba więc albo poświęcić poszczególnym postaciom wystarczająco wiele miejsca, by stały się ważne dla czytelnika (minimum cały rozdział z punktu widzenia danego bohatera i niech każdy z tych rozdziałów popycha historię naprzód, tak to widzę), albo okroić liczbę narratorów. Inaczej to nie wypali.

O samej fabule niewiele mogę powiedzieć, bo poza wspomnianym zebraniem drużyny na questa do niczego jeszcze nie doszło. Początek sztampowy, ale przecież nie przesądza o dalszym ciągu; poza tym nawet sztampę czyta się czasem z przyjemnością, o ile zgrabnie napisana.

A propos stylu - na plus na pewno liczą się próby "lekkiego" pisania, humorystyczne wstawki, brak dociążania patosem. Zdania raz wychodzą zgrabniej, raz mniej zgrabnie, ale widzę ogólnie tendencję w stronę przejrzystego pisania, a to już coś. Przyjrzałabym się tylko dialogom, bo trochę to zgrzyta, kiedy postać, która na ogół używa raczej grzecznego, miejscami ciut górnolotnego języka, nagle wyskakuje z bardzo potocznym, właściwie niczym nieuzasadnionym wulgaryzmem.

A, i jeszcze kwestia formatowania: tekst czyta się dużo łatwiej, kiedy akapitom towarzyszą przerwy - to znaczy puste, białe linijki. Zbite bloki tekstu wystawiają oczy oraz skupienie czytelnika na niepotrzebną próbę. :)