Był deszczowy dzień. Nie było to nic nowego, przecież to Anglia. Przez korytarze zamku wędrował młody mężczyzna wraz z przyjaciółmi. Dziewczyny stojące pod ścianami z zazdrością spoglądały na idące obok niego dwie koleżanki. Pansy i Astoria z dumnie uniesionymi głowami walczyły o trochę większe zainteresowanie chłopaka. Jednak on miał to głęboko w...

Coś nie dawało mu spokoju. Ostatnimi czasy śniła mu się dziewczyna, którą jakby znał. Nie mógł sobie przypomnieć, czy oni rzeczywiście się poznali w przeszłości, czy też to tylko nic nie znaczący sen. Wiedział tylko tyle, że wydała mu się na początku bardzo skrzywdzona i zmęczona życiem. Wisiała pod sufitem, przyczepiona do łańcuchów i poddawano ją testom. Można by pomyśleć, że zrobi wszysto, aby zabić i uciec, bądź zginąć.

Jednak nie koncentrujmy się na tym, przecież to tylko głupi sen, prawda? Zbliżali się do Wielkiej Sali. Nazywano ją tak bo była, cóż... wielka. Było to miejsce, w którym wszyscy zbierali się na posiłkach, odrabianiu lekcji i ważnych uroczystościach szkolnych. Czasami spędzano tam czas od tak po prostu. Przy grze w czarodziejskie szachy lub przy czytaniu Proroka Codziennego - najpopularniejszej gazety w świecie Magii. Ta Ritta Skitter - dziennikarka - wypisywała bzdury godne nazwy mugolskiego kabaretu. To co się tam znajdowało z dnia na dzień było coraz bardziej niedorzeczne, jednak większość ludzi łykało to jak pelikan rybę.

Kiedy już tam doszli natknęli się na swoich ulubionych wrogów. Święta Trójca , jak zwykł to nazywać opiekun ich Domu, Slytherin'u. Kiedy się pokłócili wiedziała o tym cała szkoła. Przecież losy Harry'ego Potter'a były śledzone przez wszystkich uczniów, a właściwie przez cały świat. Harry miał zbawić świat zabijając najgroźniejszego czarnoksiężnika, a zarazem najpotężniejszego. Musiał dużo trenować i cały czas polegał na swoim przyjacielu, Ronaldzie, jednak kiedy chodziło o naukę różnych przedmiotów, polegał na swojej przyjaciółce - Hermionie. Obaj chłopcy uważali ją za maszynę do odrabiana za nich pracy domowej, co cholernie denerwowało dziewczynę. Milczała jednak, gdyż czuła się za nich odpowiedzialna. Była za to pośmiewiskiem dużej części uczniów. Pochodziła z mugolskiej rodziny oraz miała dość nietypowy wygląd. Szopa na głowie i "bobrze" zęby były największym powodem do wyzwisk.

Zwłaszcza przez pewnego chłopaka.

-No, no, proszę, proszę! Kogo my tu mamy? Potter, zdrajca krwi oraz szlama. Cóż za wyśmienite towarzystwo. - zadrwił Malfoy. - I jak, Granger? Nadal odrabiasz za chłopców prace domowe? Pewnie płacą Ci później w naturze?

Ślizgoni rygknęli śmiechem. Och, jak oni uwielbiali dokuczać tej dziewczynie...

-Wypraszam sobie, durny arystokrato! - krzyknęła urażona Hermiona.

Miała już dość ciągłego uprzykrzania jej życia przez tę durną bandę Ślizgonów. Od początku jej pierwszego roku w Hogwarcie, aż do teraz dręczono ją okrutnie.

-Odwal się, Malfoy. - warknął Ron.

-Ach tak, rozumiem... Któż by Cię chciał! Nawet oni boją się Ciebie tknąć kijem... - mówił dalej Draco.

Rudzielec rzucił się na Malfoy'a z pięściami i wulgarnymi groźbami. Dziewczyna jednak była zbyt upokorzona i w między czasie zdołała uciec, gdyż reszta uczniów przyglądała się walce. Całe te zbiegowisko rozgonił Severus Snape - opiekun Dmu Ślizgonów. Nałożył na młodzieńców odpowiednią karę oraz odjął punkty obydwu domom. Jak on nienawidził odejmować punktów swoim... O występku poszedł poinformować dyrektora oraz Minervę McGonagall - opiekunkę Gryffindor'u.

-Ugh, Severusie! Jeżeli nie poskromisz Malfoy'a będziemy zmuszeni aby go zawiesić w prawach ucznia! - powiedział Albus Dumbledore. - Wciąż dokucza innym uczniom, prowokuje, znęca się psychicznie, a później udaje poszkodowanego! Trzymam kciuki za to, że Ci się uda go postawić do pionu, bo jak nie... - zagroził.

Mężczyzna zdenerwowany opuścił gabinet swojego szefa i udał się na rozmowę z uczniami. Miał im przydzielić odpowiedni szlaban. Już oni go popamiętają...

W tym samym czasie na pewnej wyspie w pobliżu miasta Kumakura działy się straszne rzeczy. Znajdowało się tam centrum badań, a właściwie ogromne laboratorium, gdzie badano Dicloniusy, czyli rasę nadludzi uważaną za następców gatunku ludzkiego. Ze swoimi mocami byli bardzo niebezpieczni.

Rozpoznawano ich po rogach, które przypominały skostniałe, kocie uszy. Teoretycznie wszystkie te istoty miały różowe włosy, jednak na świecie narodził się wyjątek. Wracając do umiejętności, potrafią oddziaływać na otoczenie niewidzialnymi rękoma, zwanymi wektorami. Są one dużym zagrożeniem, gdyż są w stanie przeciąć wszystko. Służą też do rzeczy typu odbicie się, czy sięgnięcie po coś. U każdego Dicoloniusa zasięg wektorów jest zależny od pokolenia, w którym się narodził. Poza tym są urodzonymi mordercami.

Tak więc w laboratorium uwolnił się z sali badań jeden Dicolonius. Była to dziewczyna, jednak miała zamaskowaną twarz. Strasznie wychudzona przemierzała nago korytarze, rozrywając strażników i innych na części. Nuciła pod nosem tylko sobie znaną melodię. Na przeciwko wybiegł mężczyzna - dyrektor Kurama.

-Zatrzymaj się! - rozkazał.

Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, jednak nie obeszło się bez pytań.

-Po co? Po co mam przebywać tam gdzie mi źle? - odparła znudzonym tonem. - To co mi robicie sprawia mi ból, więc teraz ja się odwdzięczam.

Mówiąc to ruszyła dalej, rozrywając kolejnych ludzi. Krew lała się wszędzie, a rozczłonkowane ciała walały się po podłodze. Odrażający wdok. Dyrektor Kurama cofał się w tył, jednak po chwili przywarł do ściany. Nie miał już drogi ucieczki.

Zdziwił się jednak, gdy Dicolonius zabrał mu urządzenie otwierające wszystkie drzwi. Wciskając przycisk otworzyła sobie wyjście.

Drogę na zewnątrz.

Mimo faktu, że szalała potworna burza ( po co się przejmować takimi pierdołami? ) wyszła na zewnąrz. Czekała na nią kolejna grupa strażników, ale nie chciało się już jej walczyć. Pędem rzuciła się w stronę urwiska. Gdy skoczyła ktoś strzelił ją w głowę, a dokładniej w śrubkę dokręcającą jej maskę. Ta zaś się otworzyła, ukazując zmarnowaną twarz dziewczyny, która po chwili zaginęła w odmętach oceanu.

-Co wy sobie wyobrażacie, durnie?! - krzyczał nauczyciel.

-Ale profesorze Snape... - zaczął nieśmiało rudzielec.

-MILCZ! Mam dla was odpowiednią karę. Pan Weasley wyczyści wszystkie toalety w Hogwarcie. Tak, dokładnie wszytkie, także damskie. I zamknij te usta bo wyglądasz o wiele mniej inteligentnie niż naprawdę jesteś. A Ty, panie Malfoy... Zgrabisz wszystkie liście na błoniach. Z tego co wiem jutro zapowiada się dość śliczny dzionek na taką robątę...

Profesor uśmiechnął się parszywie i opuścił swój gabinet, zostawiając tam przerażonych młodzieńców.