Autor: hells_half_acre z AO3

Oryginalny tytuł: Men of Legend (link w moim profilu)

Tłumacz: Quiet. crash

Zgodę otrzymałam więc z dumą prezentuję nowe tłumaczenie! Wiem, że obiecałam Wam sabrielowe oneshoty, ale ich autorzy ociągają się z odpowiedzią, a tutaj wszystko poszło raz-dwa, więc cóż... Mam nadzieję, że wybaczycie i że się Wam spodoba ;) A obiecane oneshoty wstawię gdy tylko dostanę zielone światło.

/txtbreak/

Samo w sobie zaklęcie było w miarę proste – to ozdobne figury i znaki, które musiał narysować stanowiły jego trudność. Gajusz pomógł Merlinowi zabrać meble z jego izby, cały czas pytając, czy na pewno wiedział co robi. Merlin wiedział na pewno. Jego odpowiedź zawsze brzmiała „tak". Był jednakże wdzięczny, że Gajusz nigdy nie spytał, czy to co robił było mądre.

Proces malowania znaków na podłodze i ścianach był makabryczny. Lepka krew wypełniła izbę zapachem strachu i śmierci. Żołądek Merlina skręcał się na myśl o tym jakie magiczne stworzenie miało na odpowiedzieć coś takiego. Ale księga była bardzo dokładna – przyzwanie nie zadziałałoby z niczym innym.

Po raz ostatni machając pędzlem Merlin zastanawiał się do jakiego języka należały dziwne litery. Nie był to język starej religii. Było to coś, czego nie rozumiał i wiedział, że po części dlatego Gajusz był tak niespokojny.

Gajusz wycofał się do głównej izby, gotów zawołać strażnika, ze wcześniej przygotowaną opowiastką w razie gdyby sprawy przybrały zły obrót. Wszystko zależało od Merlina. Merlina, który rankiem musiał obudzić Króla – było to coś, czego nie mógłby zrobić martwy.

Nie było już mowy o wycofywaniu się, pomyślał Merlin, skupiając się na centrum malunku, gdzie znajdowało się kilka znajomych liter, choć nie znał ich znaczenia w tym kontekście. Wypowiedział zaklęcie wzywające powoli i ostrożnie, oczekując towarzyszącemu wzrostowi magii.

Nic.

Merlin spróbował wmusić swoją magię w zaklęcie, ale ono odmówiło współpracy. Rzucił świecę do miski, w której znajdowały się składniki zaklęcia – sól, żelazo, zioła, ale, wyprawiona skóra, olej i własna krew Merlina. Składniki zapłonęły jasnym ogniem, lecz on wciąż nie wyczuwał żadnej magii. Jego serce zamarło. Merlin rzucił gwałtowanie miskę na środek malunku.

Bez sensu. Wykonał całą tą krwawą robotę po nic.

Merlin westchnął, spoglądając na bałagan, który uczynił w swojej izbie. Będzie po prostu musiał zająć się tym sam, tak jak zwykle. Postąpił naprzód by zadeptać płomienie zanim przeżrą się przez deski podłogi, ale zanim jego but dotknął linii Merlin zauważył, że zapaliły się tylko litery, a potem na jego oczach czerwone płomienie przeszły w jasne, białe światło, od którego rozbolały go oczy i musiał odwrócić wzrok.

Równie niespodziewanie co się pojawiło, światło zgasło. Merlin zamrugał. Jego oczy powoli przyzwyczajały się do nikłego światła świecy.

Coś odwzajemniło jego spojrzenie.

W następnym momencie Merlin został przyciśnięty do ściany, a pokryte materiałem ramię ucisnęło mu gardło.

- Zacznij gadać i lepiej dla ciebie, żeby to było coś dobrego.

Merlin przygotował mowę, całą pełną ostrożnych zwrotów i pokornego płaszczenia się. Spoglądając w pełne złości oczy, zapomniał jej całej.

- Potrzebuję pomocy – powiedział zamiast niej. Pisk przerażenia w jego głosie będzie musiał wystarczyć za całe pokorne błagania.

- Słyszałeś kiedyś o telefonie?

- Nie – odpowiedział Merlin.

Rozległo się prychnięcie, być może rozbawienia. Zastanawiając się, czy dla niego było czymś dobrym, czy też nie, zauważył że po izbie poruszał się ktoś jeszcze.

Oczywiście, w końcu było ich dwóch.

Spod okna przyszedł dźwięk stęknięcia. Merlin musiał stawać na stole, żeby móc wyjrzeć na Kamelot, ten kto chodził po jego izbie jedynie podciągnął się na parapecie.

- Czym jesteś? - Ramię nacisnęło na jego gardło mocniej.

- Gdzie jesteśmy? - zapytał w tym samym czasie mężczyzna przy oknie, tyle że jego pytanie było mniej złowróżbne, a bardziej ciekawskie, z nutą czegoś czego Merlin nie potrafił zidentyfikować.

- Mogę to wyjaśnić – powiedział walcząc o oddech mimo nacisku na gardło. Magia swędziała pod jego skórą; instynkt by odsunąć od siebie niebezpieczeństwo był bardzo silny. - Proszę, jeśli mi pozwolicie, mogę wyjaśnić. Mam mowę i w ogóle-

W odpowiedzi otrzymał uniesione z niedowierzaniem brwi, ale był uratowany, gdy ogromny cień spod okna przemówił.

- Dean.

Imię czy tytuł? Ten przed nim zwał się Deanem.

- Ta, no dobra. - Ramię opadło. Merlin zorientował się, że cały ten czas był trzymany na palcach dopiero gdy jego pięty uderzyły o podłogę. Wziął głęboki wdech i starał się uspokoić galopujące serce, jednocześnie masując swoje biedne gardło.

Merlin przyjrzał się uważnie dwóm mężczyznom stojącym w jego izbie. Mieli postawy wojowników – wyglądali groźnie, pomimo swoich niezwykłych ubrań. Ich spodnie były niebieskie, z materiału, którego nie rozpoznawał. Dean miał bogato barwioną koszulę z przedniej materii, pod kurtką z wybornie zszytej skóry, ten drugi zaś nosił koszulę w jasnych barwach uszytej z nieznanego Merlinowi materiału. Obaj byli wysocy, choć ten drugi wyższy, przynajmniej równie wysoki co Percewal, jeśli nie bardziej. Merlin wciąż nie potrafił określić który był starszy; obaj mieli oczy znacznie starsze niż sugerował wygląd.

Merlin opuścił głowę, tak jak czynił podczas rozmów z Uterem, a dwaj mężczyźni patrzyli na niego nieufnie w oczekiwaniu. Pomyślał o tych ludziach, którzy przychodzili błagać Artura o pomoc. Opadł na jedno kolano, ale dla kompromisu uniósł jednak głowę by spojrzeć im w oczy.

- Witajcie Wojownicy. Przyjmijcie moje przeprosiny za wezwanie was z waszego świata, ale rozpaczliwie potrzebuję waszej pomocy... - urwał i poprawił się. - Kamelot rozpaczliwie potrzebuje waszej pomocy. Jesteśmy nękani przez plagę potworów z innego świata – waszego świata. Nasza broń nie działa, a nasi ludzie umierają. Król-

- Czekaj, że jak?!

- Kamelot?

- Tak – odparł Merlin, po czym dodał – Panowie, - przypomniawszy sobie, że miał być uprzejmy i pokorny. Artur by się uśmiał, gdyby go teraz zobaczył. Nie, Artur zapewne zabiłby go bez cienia wesołości.

- Który to rok? - zapytał Dean.

- Drugi rok panowania Króla Artura - odparł Merlin.

- Nie, ale który to rok? - ten zapytał znowu.

- Jest drugi rok panowania Króla- - powtórzył wolniej Merlin.

- Tak nie pójdzie, Dean – powiedział ten wysoki, patrząc na Merlina ze zmarszczonymi brwiami. - Kim jesteś?

- Na imię mam Merlin. - Obie pary oczu rozszerzyły się na dźwięk tych słów. Wysoki przeczesał dłonią swoje długie włosy.

- Ja cię pierniczę – powiedział i zaczął rozglądać się znowu po izbie. Dean przypatrzył się Merlinowi.

- Nie miałeś być przypadkiem jakimś starym gościem? - spytał.

- Znasz mnie? - Merlinowi szczęka opadła, nie tylko rozpoznali jego imię, ale wiedzieli również, że był Dragoonem, a może nawet i Emrysem. To mogło się źle skończyć.

- Pewnie, jesteś legendą – odparł Dean. - Merlin i Król Artur, miecz w kamieniu – no wiesz, te sprawy. Tylko, że miałeś być stary. Więc chyba tyle historia zapamiętała źle.

- Historia? - rzekł Merlin. - Jak to-

- Dean – przerwał wysoki. - Nie jesteśmy w przeszłości.

- Co znaczy nie jesteśmy w przeszłości? - Dean odwrócił się z pytaniem. - Jesteśmy w cholernym Kamelocie z cholernym Merlinem, w pokoju oświetlonym świeczkami – dla mnie to wygląda całkiem jak z przeszłości.

- Popatrz na napisy – odparł ten drugi, wskazując na staranne malunki Merlina na podłodze i ścianach. - To był skok w bok, a nie do tyłu.

- Mów po ludzku, Sam – westchnął Dean. - Wiesz, że nie umiem czytać tych pierdół równie dobrze co – czekaj no, czy to jest enochiański?

- Tak, to między-wymiarowe przyzwanie.

- Jak u diabła da się przyzwać nas? - zdziwił się Dean. Merlin przyglądał się gdy ten dotknął napisów palcami.

- Czy to jest krew?

- Tak – odparł Merlin. - Zaklęcie było bardzo dokładne. Niemal mi zabrakło, w końcu chłopiec miał dopiero siedem lat no i-

- Co? - Spojrzenie, którym obrzucił go Dean mroziło. - Jaki chłopiec?

Merlin pośpieszył odpowiedzieć.

- Krew niewinnego-

- Czy ty wykrwawiłeś do reszty chłopca, żeby nas tu ściągnąć?

Źle to wyglądało.

- Nie – odparł. - Znaczy tak, ale-

Merlin znowu został przyciśnięty do ściany zanim zdołał powiedzieć jeszcze choć słowo. Pewnie dlatego Gajusz upierał się, żeby trzymał się przemowy.

Jak gdyby świadom tego, że Merlin o nim myślał, w izbie obok Gajusz zakasłał, a dwóch wojowników natychmiast zwróciło głowy w kierunku drzwi.

- Kto jeszcze tu jest? - zapytał go Dean, głosem zimnym i pełnym furii.

- Gajusz, nadworny medyk. N-nie wiem, co sądzicie, że zrobiłem, ale-

- Zamknij-się – przedramię Deana zamknęło Merlinowi dopływ powietrza na tyle, by wzmocnić przekaz wypowiedzi. - Sam, idź to sprawdzić.

Sam kiwnął głową i wyszedł. Merlin zastanowił się, czy powinien użyć magii by się uwolnić, czy też nie. Zupełnie nie wiedział, że Gajusz znajdował się w jakimkolwiek niebezpieczeństwie – wojownicy mieli pomagać. Choć smok ostrzegał go-

- Dean - zawołał Sam z sąsiedniej izby. - Daj Merlinowi oddychać i chodź tu spojrzeć.

Merlin zaczął dyszeć gdy tylko Dean go puścił, a potem niepewnym krokiem podążył za nim. Gajusz stał przy stole obok stóp Rhodriego. Sam odsłonił prześcieradło. Merlin nie chciał znów patrzeć na chłopca, więc zamiast tego przyglądał się reakcji Deana. Wojownik zamknął oczy i zaklął pod nosem, a potem potarł twarz dłonią.

- Pozwól, że zgadnę – powiedział do Gajusza Sam, - brakowało tylko serca.

- W istocie... Panie – odparł Gajusz, rzucając Merlinowi szybkie spojrzenie z prośbą o pomoc.

- Nie zdążyliśmy się sobie przedstawić – rzekł Merlin.

- Sam – powiedział Sam pokazując na siebie, a potem na drugiego wojownika – mój brat Dean. Czy są jacyś inni? - wskazał na ciało.

- Ja jestem Gajusz, nadworny medyk – odpowiedział Gajusz, choć Sam nie pytał. - I w rzeczy samej, ataki pochłonęły wiele ofiar.

- Gdzie są? - zapytał Dean rozglądając się, jakby Merlin ukrył ciała pod stołem.

- Położeni na wieczny spoczynek. Lub oczekujący na pogrzeb – powiedział Gajusz. - Przynieśliśmy tu jedynie Rhodriego by pobrać jego krew potrzebną do zaklęcia.

- Próbowałem wam powiedzieć – wtrącił Merlin. - Zaklęcie było dokładne. Musiałem użyć krwi niewinnej ofiary ataków. Rhodri był ostatni.

Merlin poczuł wdzięczność, gdy Sam delikatnie na powrót przykrył chłopca.

- Dobra – powiedział Dean – czas na naradę rodzinną, jeśli nie macie nic przeciwko. - Obdarzył Merlina i Gajusza nieszczerym uśmiechem i skinął Samowi głową. - Sam, na słówko do pokoju wezwań, proszę.

- Za minutkę wrócimy – Sam uśmiechnął się do nich nieco naturalniej i podążył za bratem do komnaty Merlina.

- Więc... - powiedział Gajusz w ciszę, - to są ci legendarni wojownicy?

- Tak – odparł Merlin. - Nie dokładnie tego się spodziewałem, wierz mi.

Gajusz był przeciwny temu planowi, ale teraz już stało się, nie dało się cofnąć popełnionych czynów. Zapadła niezręczna cisza, gdy obaj wsłuchiwali się w odgłosy zza drzwi, gdy nagle:

- Nie, ale na serio, co u diabła!?

- Nie mam pojęcia!

Merlin zerknął w kierunku swej izby, wiercąc się niespokojnie.

- Czy sądzisz, że powinienem tam pójść?- zapytał Gajusza.

- Nie jeśli cenisz swoje życie.

- To mówisz, że mamy po prostu robić to co on chce? - zapytał Dean.

- Mówię, że nie za bardzo mamy inny wybór – westchnął Sam. - Chyba, że wiesz, jak się od-wezwać.

- Nawet nie wiedziałem, że w ogóle można mnie wezwać! - powiedział Dean.

- A bo ja wiedziałem? - spytał Sam. - Słuchaj, Merlin-

- Jeśli to jest Merlin – przerwał mu Dean. - Przypatrzyłeś mu się? To tylko dzieciak, Sam.

- Ta, cóż, ten dzieciak tak się składa, że wiedział jak nas wezwać, tak się składa, że żyje w miejscu zwanym Kamelot, które rządzone jest przez Króla Artura – i, no tak, wiedział jak nas wezwać - powtórzył Sam. - Nie znamy nikogo lepszego, kto mógłby nas od-wezwać, więc ja głosuję, żebyśmy mu pomogli – i mieli nadzieję, że potem wyśle nas do siebie. Słuchaj, widziałeś tego martwego dzieciaka – mają tu wilkołaka na wolności. Na nie to my już polujemy z zamkniętymi oczami, nie ma problemu.

Dean robił te uspokajające oddechy czy co tam, więc Sam wiedział, że tę sprzeczkę wygrał – a przynajmniej, że Dean przestał panikować i zaczął znowu myśleć racjonalnie. Tak czy inaczej Sam policzył sobie zwycięstwo.

- No dobra, dobra, niech będzie – powiedział Dean. - To... Kamelot?

- Najwyraźniej – odparł Sam. - Wyglądałeś przez okno?

Odpowiedź Deana spowodowała, że Sam musiał kucnąć z dłońmi splecionymi w kołyskę pod brudną podeszwą buta, bo musiał wywindować Deana, żeby ten mógł sobie popatrzeć.

- Ja cię pierniczę, Sammy – powiedział Dean. - Jesteśmy na zamku. Ale ekstra.

- Skończyłeś już zwiedzanie? Bolą mnie dłonie od podtrzymywania twojego ciężkiego tyłka.

- Dobra, przestań jęczeć – mruknął Dean schodząc na ziemię. - Chodź, pogadamy z Merlinem.

Merlin właśnie wchodził przez drugie drzwi kiedy Sam i Dean wrócili do większej Komnaty. Ciało zmarłego dziecka zniknęło. Sam założył, że Merlin musiał zabrać gdzieś trupa. Stary mężczyzna, Gajusz, dokładał do ognia.

Merlin uśmiechnął się do nich niepewnie, ale z nadzieją, ale Dean odezwał się zanim Sam zdołał.

- Umiesz nas wysłać z powrotem, co nie?

Sam patrzył jak cała twarz Merlina posmutniała, jak gdyby wszechświat go zdradził.

- Ale potrzebujemy waszej pomocy – powiedział błagalnie. - Mieliście...

- O mój boże – rzekł Dean. - Pomożemy, przestań się tak na mnie patrzeć. Jesteś gorszy niż Sam. Chodziło mi tylko o – jak już zabijemy tych złych, będziesz umiał nas odesłać, prawda?

- Oh. - Uśmiech Merlina był niemalże oślepiający. - Tak, oczywiście, że tak. Dziękuję wam... tak. A więc pomożecie?

- Tak – potwierdził Sam i jakby to był jakiś magiczny sygnał, Merlin rzucił się do pracy, łapiąc wiadro z wodą i mop z kąta i idąc do izby, w której ich wzywał, mówiąc.

- Świetnie, świetnie, a teraz, po pierwsze ubrania – nie możecie widzieć się z Arturem tak wyglądając – potem zniknął im z oczu i rozległo się kilka słów, których Sam nie zrozumiał, a po nich dźwięk wzburzonej wody i mopa uderzającego o podłogę, dźwięki te nie przestały rozbrzmiewać gdy Merlin dołączył do nich z powrotem z pustymi rękami. - ...Nigdy nie sądziłem, że spotkam jeszcze kogoś tak wielkiego jak Percewal... a Dean jest chyba jakoś tak wzrostu Leona, nie sądzisz, Gajuszu?

Dean szturchnął Sama, pokazując na drzwi do mniejszego pokoiku. Sam spojrzał i zobaczył jak mop porusza się sam z siebie w świetle świecy, zmywając krew użytą w rytuale.

- Normalnie uczeń czarnoksiężnika pełną gębą – rzekł cicho Dean.

- -oczywiście będziemy musieli powiedzieć, że jesteście najemnikami – mówił dalej Merlin, - bo z doświadczenia wiem, że powiedzenie, że jest się wysoko urodzonym kupuje zaledwie dzień czy dwa, zanim ktoś zorientuje się, że się nie istnieje, no a potem to już więzienie lub wygnanie i ja na stosie, a tego udawało mi się uniknąć przez osiem lat-

- Czekaj, co? - zapytał Sam.

- To ja pójdę po wasze przebrania – rzekł Merlin, już przy drzwiach, z dużą torbą przewieszoną przez ramię. - A potem prześledzimy waszą historię dla Króla. Za momencik jestem z powrotem!

- Co? - powiedział Dean do zamkniętych drzwi i odgłosu zanikających w korytarzu kroków.

Sam zwrócił się do jedynej osoby pozostałej w pomieszczeniu. Gajusz także rzucał drzwiom poirytowane spojrzenie, unosząc jedną brew.

- Przebrania? - zapytał Sam.

- Nie zupełnie wtapiacie się w otoczenie – odparł Gajusz. Sam spojrzał na swoją jasną, flanelową koszulę i jeansy.

- No tak, ale- - zaczął.

- Będziemy mogli ubrać się jak rycerze? - zapytał Dean obok niego. Sam odwrócił się powoli, gapiąc się na brata.

- Najemnicy – powiedział starszy mężczyzna.

Dean wyglądał na nieco rozczarowanego – ale wzruszył ramionami, a potem zrobił tę minę, którą zawsze robił kiedy udawał się coś go wcale strasznie nie podekscytowało.

Sam już czuł nadchodzący ból głowy.

Niemal nastał już świt zanim Merlin zdecydował wreszcie, że bracia gotowi byli na spotkanie z Królem. Wyjaśnił dokładnie historyjkę, którą dla nich wymyślił. Ubrał ich w nie noszone już części zbroi Leona i Percewala, ukrywając ich dziwne ubrania razem ze swoją magiczną księgą pod podłogą w swojej izbie. Wojownicy słuchali uważnie, a Sam zadał mu dużo pytań. Niektóre z nich dotyczyły spraw wyjątkowo prostych – jak zwracać się do Króla, dworskiej etykiety, podstawowe rzeczy, które, jak wydawało się Merlinowi, wiedział każdy. Z drugiej strony musiał przyznać, że pewnie zadawałby te same pytania będąc przetransportowanym do ich świata. Ich język z pewnością był dziwny, pełen słów i zwrotów, których nie znał i z akcentem, nie występującym w żadnej ze znanych mu krain.

- Co najważniejsze – zaakcentował Merlin, - nie możecie powiedzieć nikomu, że ja was tu wezwałem – albo, że nie jesteście z tego świata. Mogłoby to zostać uznane za magię i jako takie ukarane śmiercią.

Sam i Dean obaj pokiwali głowami, ale potem jakby zamarli, patrząc na niego z niedowierzaniem.

- Chcesz powiedzieć, że magia jest w Kamelocie karana śmiercią? - spytał Sam.

- Dokładnie tak – odparł Merlin. - Nikt nie może wiedzieć.

- Ale jesteś Merlinem – rzekł Dean, gapiąc się na niego z niedowierzaniem. - Jesteś- ty jesteś magią. Jesteś najbardziej... magiczny.

- Tak, i to zostanie jako nasz mały sekret, zrozumiano? Bardzo lubię swoją głowę na ramionach, a skórę nie spaloną.

- Ale to nie może być w porządku – powiedział Sam. - To nie może... czy Artur wie?

- Nie! - odrzekł Merlin. - Nie może się dowiedzieć.

- Ale jesteś jego czarodziejem! - powiedział Dean.

- Wolę „mag" - odpowiedział Merlin marszcząc nos na to drugie określenie, - i nie, nie jestem. Jestem służącym Króla Artura.

- Służącym?! - krzyknął Dean.

- Ale jesteś najpotężniejszym cza- magiem, jakie kiedykolwiek żył! - Sam zmarszczył brwi.

- Nie będzie to miało żadnego znaczenia, jeśli umrę – odparł Merlin. - I dlatego nie możecie powiedzieć Arturowi... Ale skąd wiecie o mnie tak wiele?

- A skąd ty wiedziałeś jak na wezwać? - odparował Sam.

- Było w księdze – odpowiedział Merlin.

- No, i ty też - stwierdził Dean.

/txtbreak/

Czyli innymi słowy... jeden wielki bałagan ;)