Siedzę przed kominkiem i patrzę na gasnący ogień. Ile wieczorów przyjdzie mi jeszcze spędzić w taki sposób? Chciałabym wiedzieć. Chciałabym też to zakończyć, ale nie chcę, aby zrobili coś Prim, aby zabrali jej cząstkę szczęścia, jakie posiada. Mimo że wiem, iż za siedem lat mały Thom będzie miał już jeden wpis, nie wypominam jej tego. Niech cieszy się dzieciakiem, jeśli może. Choć wmawiam sobie, że na pewno tego pożałuje, to i tak wiem, że zrobię wszystko, aby chronić ją i jej małego. Choć sama nigdy bym się nie zgodziła na rodzinę, a co dopiero dziecko, i tak cieszę się, że moja siostra znalazła swój kąt z mężem i potomkiem u boku.

Unoszę butelkę do ust, nie odrywając oczu od płomieni, a wtedy do moich uszu dociera dzwonek telefonu z sąsiedniego pomieszczenia. Podnoszę się niechętnie, ale postanawiam odebrać, bo ktoś, kto dzwoni po północy w grudniu, musi mieć dobry powód.

- Czego? - burczę przykładając słuchawkę do ucha i przecierając oczy rękawem.

- Katniss? - Rozpoznaję głos męża Madge. Nie wiem dlaczego, ale nieznany dla mnie ton w jego głosie powoduje, że nie jestem w stanie odpowiedzieć. - Katniss, jesteś tam? - pyta ponownie, bardziej zniecierpliwiony, niż poprzednio.

- Tak, tak – burczę. - Po co dzwonisz? - Wiem, że mój ton nie jest przyjemny, ale mało mnie to obchodzi. Mogę nawet powiedzieć, że jestem tym usatysfakcjonowana.

- Madge odeszły wody. - Wytrzeszczam oczy i wiem, że nie mogę teraz grać wrednej suki, gdyż Prim jasno powiedziała, że ciąża jest zagrożona, ponieważ moja przyjaciółka miała po ojcu słabe serce i życie jej oraz dziecka są w niebezpieczeństwie. - Przyprowadziłem już Prim i Madge prosiła, żeby do ciebie zadzwonić i poprosić, abyś przyszła – wyjaśnia nerwowo. Jego słowa są szybkie, oddech urywany, a ja wiem, że się denerwuje.

Odkładam słuchawkę z trzaskiem i nie czekając na nic kieruję się do hall'u. W biegu chwytam poprzecieraną kurtkę ojca i jak najszybciej opuszczam dom. Gdy w moją twarz uderza zimowe powietrze, zaczynam przyswajać informacje, jakie przed chwilą dostarczył mi Peeta Mellark. Moje serce zaczyna bić szybciej, a krew szumieć w uszach, gdy uświadamiam sobie, że dzisiaj mogą umrzeć dwie ludzkie istoty. Może uznałabym te zgony za kolejne ofiary polityki Panem i odwróciła się do tego wydarzenia plecami, ale nie mogę. Madge jest jedną z najbliższych mi osób i choć chciałam trzymać ją i jej rodzinę na dystans, to i tak wiele dla mnie znaczy. Pamiętam wiele ostrych słów, obelg, wylanych łez. Na początku była dla mnie cierpliwa. Potem jednak zrozumiała, że tak się nie da. Musiała stać się bardziej uparta niż ja. To w jej uścisku odnajdywałam minimalne ukojenie po powrotach z Kapitolu lub z Igrzysk. To ona szeptała mi na ucho uspokajające słowa, mimo że nie wiedziała o klientach i prostytucji. Wiem, że czegoś się domyślała, ale nie pozwoliłam jej rozgrzebywać tematu, dla dobra jej i jej rodziny.

Gdy wracam myślami do tu i teraz, jestem już na terenie mieszkalnym ludzi z Miasteczka. Podchodzę do domu Mellarków i zanim zdążę uderzyć pięścią w drzwi, do moich uszu dociera wrzask Madge. Mimo wielu śmierci w agonii, jakie widziałam, jako mentorka, po moich plecach przebiega dreszcz. Wchodzę więc bezceremonialnie do ciepłego budynku, widząc przyćmione światło padające z salonu. Możliwe, że przez chłód, jaki wpuściłam do domu, mąż Madge pojawia się w wejściu do pokoju, w jakim prawdopodobnie córka byłego Burmistrza rodzi dziecko.

- Katniss. - Słyszę ulgę w głosie Mellarka, gdy wypowiada moje imię. - Jesteś. Madge myślała, że nie przyjdziesz.

Nie odzywam się do niego, a on wie, że to u mnie normalne. Mijam blondyna i od razu dostrzegam kosmyki blond włosów, jakie przykleiły się do spoconego czoła ciężarnej. Gdy do niej podchodzę, dziewczyna wrzeszczy na całe gardło, a ja dostrzegam moją siostrę ze skupioną miną. Witam się z nią skinieniem głowy i klękam po lewej stronie Undersee.

- Katniss – szepcze zachrypniętym głosem Madge.

- Widzę, że dobrze sobie radzisz. - Posyłam jej pokrzepiający uśmiecha, a potem spoglądam na zaniepokojoną twarz siostry.

Po śmierci mojej matki ludzie nie przestali przychodzić i prosić o pomoc. Udzielała ją Prim, moja mała siostra. Po śmierci naszej rodzicielki stała się bardziej szorstka. Bolało mnie to, bo była to moja wina. Nasza matka zmarła przeze mnie, a Prim oziębiła się po pogrzebie. Moja siostra stała się dorosłym o zbyt szybko. Jednak, jeśli chodziło o jej stosunek do mnie, zawsze była i jest dla mnie delikatną osóbką, której zawsze udzielam pomocy. Wie, że uwielbiam ją wspierać finansowo, kupować zabawki dla Thoma i pomagać, jak się da, więc mi pozwala. Czasami muszę sama zacisnąć sobie uprząż, bo wiem, że Snow patrzy.

Z roku na rok, Prim stawała się mądrzejsza. Przy każdej wizycie w Kapitolu zachodziłam zawsze do sklepu z niezliczoną liczbą książek i kupowałam siostrze książki medyczne, z których uczyła się wszystkiego, czego mogła. Teraz, gdy Primrose ma 24 lata, jest w Dwunastce zawodowym lekarzem, do którego o pomoc zwraca się każdy mieszkaniec naszego dystryktu.

Kilka lat po mojej wygranej, gdy Prim była prawie pełnoletnia, brała jeszcze zapłatę od pacjentów, ponieważ tak samo jak ja, nienawidziła datków, nienawidziła darmochy. Zawsze mi wytykała, że ja też nigdy nie przyjęłam niczego bez zapłacenia i nie chciała mojej pomocy. Jednak gdy zobaczyła, że jest to dla mnie malutka cząstka szczęścia, że mogę jej pomóc, uległa i pozwoliła mi, abym wspierała ją finansowo. Kupowałam jej również składniki na leki, bandaże i inne przybory, jakie były jej potrzebne, by ratować ludzi. Dlatego blondynka przestała brać zapłatę od rannych górników, czy kobiet w ciąży. Rory pracował w kopalni, bo był to obowiązek każdego mężczyzny ze Złożyska. Ja pomagałam im utrzymywać dom, kupować jedzenie. Młoda para była w stanie zaoszczędzić trochę pieniędzy i powiększyć swoją rodzinę. Wiele razy Prim mówiła mi, że czuje się podle biorąc tyle ode mnie. Nigdy mi nie uwierzyła, że daje mi to tak dużo radości, gdy mogę jej tyle zapewnić.

- Jeszcze raz Madge – prosi Prim. - I będzie po wszystkim, obiecuję.

Dopiero, gdy słyszę głos mojej siostry, uświadamiam sobie, że trzymam moją przyjaciółkę mocno za lewą dłoń, jej mąż za prawą. Klatka piersiowa Madge szybko się podnosi i opada, gdy blondynka zaczyna szeptać do Mellarka.

- Obiecaj, że bez względu na wszystko zajmiesz się dzieckiem – warczy dziewczyna, jej oczy są szeroko otwarte i widać w nich dziki strach, taki jak u zwierząt, na jakie się poluje.

- Madge... - zaczyna blondyn dotykając delikatnie jej policzka, a ja, nie wiem dlaczego, czuję w sercu ukłucie zazdrości. Nie przez nich, ale przez miłość, na jaką mogą sobie pozwolić. - Razem-

- Obiecaj! - prawie wykrzykuje.

Widzę strach w oczach mężczyzny, którego spojrzenie ukradkiem pada na mnie, a ja uświadamiam sobie, że się gapię. Odwracam głowę i patrzę na skupioną Prim, gdy słyszę cichą odpowiedź:

- Obiecuję.

Wtedy Madge krzyczy najgłośniej z wszystkich razów, jakie słyszałam. Mam ochotę zakryć dłońmi uszy, ale nie robię tego. Zamykam oczy, zaciskam mocniej palce na pięści dziewczyny i czekam, aż przestanie wrzeszczeć. Mam wrażenie, że trwa to w nieskończoność, ale w końcu głos mojej przyjaciółki cichnie, a jej zaciśnięta dłoń rozluźnia się. Wtedy do moich uszu dociera inny głos. Słabysz, cieńszy. Dziecinny. Powoli, jakbym mogła czegoś się wystraszyć, podnoszę powieki. Dostrzegam Mellarka, jaki zrywa się na równe nogi i wręcz podbiega do Prim, która owija jakimś materiałem noworodka.

- Gratuluję ślicznej dziewczynki – oznajmia radośnie moja siostra.

Na ustach Madge wykwita szeroki uśmiech, gdy patrzy na swoją małą rodzinę. Też spoglądam na jej męża, w którego oczach kręcą się łzy, gdy trzyma w swoich ramionach córkę i szepcze do niej, że jest jej tatą.

Nie wiem dlaczego, ale uderza mnie nagle coś w serce. Mam wrażenie, że coś nie jest w porządku. Chłód, jaki otacza moje ciało jest znajomy. Czułam taki chłód na arenie, tuż przed wystrzałem armaty. Chcę wmówić sobie, że mój mózg jest zmaltretowany całym życiem, jakie prowadzę, ale wtedy moje spojrzenie pada na nieobecne, błękitne oczy.

- Madge? - pytam dotykając jej ramienia. - Madge?! - prawie krzyczę, czując, że z tyłu moich oczu, po raz pierwszy od kilku lat, pojawiają się łzy.

- Katniss, odsuń się – nakazuje Prim przykładając dwa palce do szyi mojej przyjaciółki.

Nie wiem co moja siostra robi, ale jej ufam. Do łóżka podbiega też Mellark i bez zastanowienia chowa twarz żony w dłoniach w swoich dużych dłoniach.

- Madge?! - woła ją, a ja dostrzegam śmiertelny strach w jego błyszczących od łez oczach. - Madgy, błagam, powiedz coś! Madgy, mamy ją wychować razem! Słyszysz mnie?! Madge!

Zdrobnienie imienia jego żony uświadamia mi, że głęboko w sercu on wie, że już nie uzyska odpowiedzi. Jednak wciąż z nadzieją szepcze błagające słowa, które nie dają nic, prócz jego słonych i grubych łez.

Prim uciska rytmicznie klatkę piersiową Undersee. Robi jej masaż serca, myślę. Wszystko cichnie, gdy patrzę, jak moja siostra odpycha blondyna i zaczyna wykonywać sztuczne oddychanie. Patrzę tępo na nieobecną twarz matki nowo narodzonej dziewczynki i zastanawiam się, kiedy usłyszę wybuch armaty, ale wtedy, wracam myślami do pokoju w jakim się znajdujemy i wiem, że naprawdę jest tak cicho, do momentu, gdy w moich uszach rozbrzmiewa jeszcze głośniejszy, niż ostatnio szloch męża Madge oraz płacz jego córki.

- Przykro mi – szepcze Prim zabierając dwa palce z szyi mojej przyjaciółki i dłonią delikatnie zamyka jej oczy.

Przez chwilę myślę, że zacznę krzyczeć na moją siostrę, ale uświadamiam sobie, że nie jestem w stanie. Moje mięśnie wiotczeją. W ostatniej chwili powstrzymuję łzy i nie pozwalam im spłynąć po moich policzkach. Moje nogi drżą pode mną i wtedy czuję dłonie Prim na moich ramionach. W tej chwili nie jestem w stanie zrobić nic, poza ukazaniem swojej słabości.

Obie podskakujemy, gdy słyszymy ryknięcie:

- Ona nie może umrzeć! - Mellarkowi puszczają nerwy, a tłem dla jego głosu jest płacz dziecka. - Do cholery, zróbcie coś, ona nie może umrzeć!

Moje serce przyspiesza i pierwszy raz od dawna czuję strach. Jednak nie strach związany ze stratą bliskich, ale strach przed nim, strach przed mężem Madge. Peeta Mellark zawsze był spokojnym i dobroczynnym mężczyzną. Nigdy nie widziałam, aby krzyczał na kogokolwiek. Nawet na matkę, jaka lała go do czasu, aż mógł złapać ją za nadgarstek i powiedzieć Nie.

- Zabierz stąd dziecko – nakazuję cicho Prim, która skinieniem głowy sygnalizuje zgodę i po sekundzie znika z noworodkiem w sypialni.

Nie wiem dlaczego, ale bez zastanowienia podchodzę do mężczyzny, jaki klęczy teraz przed martwą żoną i głaszcze jej policzki błagając, aby nie odchodziła.

Mam ochotę wybiec, uciec tak jak lata temu, gdy jeszcze żyła moja matka. Chcę znaleźć się w Wiosce Zwycięzców z butelką w ręku i zapomnień o całej tragedii dzisiejszego dnia. Nie robię tego jednak. Czuję zobowiązanie w stosunku do Madge z powodu tych lat, kiedy zmuszała mnie do jedzenia i próbowała chronić przed alkoholizmem. Wiem, że jestem jej za to dłużna, a ja nienawidzę być dłużna, więc teraz muszę spłacić to, co jestem winna.

- Wstań – warczę w stronę blondyna.

Nie reaguje. Jego szloch staje się jeszcze głośniejszy. Możliwe, że zaraz wpadnie w histerię i zacznie wrzeszczeć, jak wariat, jak ja, jak wariatka Katniss Everdeen. Nie chcę, aby rozkleił się przede mną w tym stopniu, ale pragnę również zapobiec całej sytuacji, bo wiem, że nie jest to przyjemne. Ból po utracie bliskich to tortura i nie chcę, aby był sam, tak jak ja byłam.

Podchodzę do drżącego mężczyzny, układając dłoń na jego ramieniu. Gdy dotykam materiału jego koszulki, mam wrażenie, że moja dłoń płonie przez ciepło emitujące z jego skóry. Powoli, niepewnie klękam obok niego, patrząc na nieruchome ciało Madge i wtedy z moich oczu pierwszy raz od lat wypływa pojedyncza łza.

- Powinieneś- Powinieneś pójść do córki – mamroczę po nosem, próbując opanować swoje emocje.

Błękitnooki nadal nie reaguje, więc postanawiam zaryzykować i po raz pierwszy na kilka sekund przestać być Zwyciężczynią i stać się Córką Górnika ze Złożyska.

- Peeto, idź do córki – szepczę słabym głosem i wiem, że długo nie pociągnę i sama się rozpłaczę.

Po sekundzie uświadamiam sobie, że użyłam pierwszy raz od wielu lat jego imienia. Zawsze go unikałam, tak jak większości. Zwracałam się do ludzi ty lub po nazwisku. Kiedyś, przy barze w Hotelu usłyszałam opowieść Enobarii, która okazała się ciepłą kobietą, ale dla nieznajomych była zimna i niemiła, aby ich odtrącać, żeby nie stwarzać zagrożenia dla jeszcze większej liczby osób. Zaczęłam tak robić, więc w przypadku wielu ludzi, od czasu mego Tournée nie wypowiedziałam więcej ich imion na głos.

Czuję, że Peeta delikatnie przekręca głowę w moją stronę i patrzy mi w oczy. Wciąż widzę w tych błękitnych tęczówkach ból i rozpacz, ale dostrzegam również zdziwienie i wiem, że zauważył, iż zwróciłam się do niego po imieniu.

- Idź do córki, Peeto – powtarzam trochę pewniej. - Obiecałeś Madge. Idź do niej.

Chłopak delikatnie potakuje głową i powoli się podnosi, po raz ostatni posyłając swojej zmarłej żonie spojrzenie pełne rozpaczy. Mężczyzna zaciska pięści, spuszcza głowę i opuszcza pomieszczenie, pozostawiając po sobie jedynie odgłos ciężkich kroków.


Kolejne dni były dziwne, widziane jakby przez mgłę. Po pogrzebie Madge w Dwunastce wyjrzało słońce, które powodowało, że przy zachodzie śnieg lśnił, niczym ogień w moim kominku. Przy każdej czynności zastanawiałam się czy coś się zmieniło po śmierci córki byłego Burmistrza i mam wrażenie, że wszystko jest inne. Puste. Brakuje mi jej obecności. Jej delikatnego uśmiechu. Gdy przychodziła zazwyczaj siedziałyśmy w ciszy, ona pijąc herbatę, ja kawę z likierem. Patrzyłyśmy przez okno i podziwiałyśmy jak słońce znika za linią drzew, ponad którą nie sięgały chmury stworzone z pyłu węglowego.

Gdy nad ranem opuszczałam dom Mellarków, poprosiłam Prim, aby miała oko na męża Madge i jego córkę, wciskając w dłoń siostry woreczek z pieniędzmi. Blondynka kiwnęła głową układając usta w cienką linię. Gdy zobaczyłam w jej oczach szczery smutek, zauważyłam, że wygląda dokładnie jak nasza matka, tyle że brakuje jej kilku zmarszczek.

Dzisiaj mija dokładnie tydzień po śmierci Madge, gdy słyszę pukanie do drzwi. To na pewno nie Prim, zabroniłam jej przychodzić. To ja jestem tą, która często gości w jej domu. Inną opcją jest Haymitch, ale po co miałby tu przychodzić? Poza tym, Haymitch nie puka.

Podnoszę się więc powoli z sofy w salonie, czując łupanie w głowie. Nie piłam od wczorajszego wieczoru i brak alkoholu zaczyna negatywnie działać na mój organizm, powodując, że moje dłonie drżą.

Otwieram drzwi zdecydowanym szarpnięciem, zastanawiając się kogo zobaczę po drugiej stronie. Tracę prawie całe powietrze z płuc, gdy widzę blond włosy, które lekko opadają na błękitne, podkrążone sinymi cieniami oczy mężczyzny.

- Mellark? - Marszczę brwi, bo nie mam pojęcia po co tu przyszedł. - Czego tu szukasz?

- Przyszedłem się napić – burczy, a mnie dziwi jego nieprzyjazny ton, choć wiem, że po śmierci ukochanej, powinnam się tego spodziewać. - I nie obchodzi mnie czego sobie życzysz. Też kochałaś Madge. I przyszedłem za nią wypić. - Jego spojrzenie pada w końcu na mnie, a ja jestem jeszcze bardziej zszokowana jego słowami, niż przed chwilą.

Część mnie mówi mi, abym zamknęła mu drzwi przed nosem. Nie chcę, aby tu przychodził. Nie chcę, aby zawracał mi głowę. Nie chcę, aby Snow wiedział, że on istnieje. Jednak druga część, która przeważa, i której za to nienawidzę, jest chętna, aby zaprosić go do środka i upić do nieprzytomności.

- Cóż – zaczynam ukrywając zaskoczenie. Unoszę brwi, jakby w pytaniu, ale mówię dalej: - W tym akurat mogę pomóc.

Przesuwam się z przejścia i daję mu wejść do środka. Gdy zamykam drzwi, dopiero wtedy dostrzegam jego czarne, powycierane, sztruksowe spodnie, kilkakrotnie zszywaną kurtkę zimową i trapery, jakie ma już dobre kilka lat.

Mężczyzna jednym sprawnym ruchem zdejmuje kurtkę i rzuca ją na krzesło w korytarzu. Widzę jego szczupłe, ale umięśnione ciało spod białej koszulki. Zapewne uzyskał te mięśnie nosząc od dziecka worki z mąką. Przypomina mi się Gale, jego wystające obojczyki, kościste palce, lekko zapadnięte policzki i mięśnie, jakie wyrobił sobie zakładając sidła na zwierzynę lub dźwigając młodą łanię lub indyka, aby zhandlować mięso u starego Cray'a lub na Ćwieku. Jednak to nie jest ta oliwkowa skóra. To blade ciało osoby pochodzącej z Miasteczka. To nie czarne włosy, jak węgiel. To jasne loki, niczym promienie słońca. To nie Gale Hawthorne, nie mój przyjaciel. To Peeta Mellark, wdowiec po Madge.

Widzę, że chce zdjąć buty, więc mówię:

- Nie fatyguj się nimi, chyba że chcesz pokaleczyć stopy.

Blondyn zostawia więc trapery na sobie i idzie za mną do kuchni. Siadamy przy stole, a jedyny dźwięk, jaki rozbrzmiewa w pomieszczeniu to stukające o siebie szkło butelek. Stawiam jedną szklankę przed nim, drugą przed sobą i nalewam do pełna. Lata picia spowodowały, że gdy czuję zapach alkoholu, jest mi słodko i błogo. Na początku smakował okropnie, ale po nim odlatywałam. Teraz jest pyszny i nadal po nim odlatuję.

- Dużo tego masz, jak na jedną osobę – mówi błękitnooki, przerywając ciszę.

- Twoja obecność potwierdza teorię, że teraz jest tu więcej, niż jedna osoba – odwarkuję.

Ponownie zapada cisza. Siadam naprzeciw Mellarka i chwytam kubek z bimbrem. Unoszę go do góry w toaście i mówię cicho i delikatniej niż poprzednio:

- Za Madge.

Nasze szklanki się stykają.

- Za Madge – powtarza.

Wypijam bimber biorąc kilka dużych łyków. Jednak, gdy mąż Madge przełyka alkohol, zaczyna się lekko krztusić i robi się czerwony. Na moich ustach wykwita głupawy uśmieszek.

- Mocne – mówi spoglądając na kubek z napojem.

- Można się przyzwyczaić.

Potem nie mówimy nic. Po prostu pijemy i patrzymy przez okno, gdzie po raz kolejny słońce chowa się za czubkami drzew, między którymi nie było mnie już wiele lat. Ciekawe czy wiele się tam zmieniło? Jak wygląda skała, na której spotykałam się z Gale'em? Czy domek nad jeziorem, które pokazał mi ojciec, nadal się tam znajduje, czy rozwalił się już do reszty?

Butelka opróżnia się za butelką. Zaczyna się mamrotanie. Prawie nic nie rozumiem, ale z słów, jakie wyłapuję, wiem że Peeta mówi o latach szkolnych, gdy był z Madge tylko przyjaciółmi.

Patrzę w przestrzeń i przez chwilę zastanawiam się co ja robię. Spoglądam w te błękitne i błyszczące od alkoholu oczy, które nie zwracają w tej chwili na mnie uwagi i zadaję sobie pytanie: Czy Madge byłaby dumna z tego co teraz robimy? Nie. Oczywiście, że nie. Peeta Mellark nigdy nie tknął alkoholu. Nawet Madge czasami wypijała szklankę taniego wina podczas Święta Zbiorów, ale on nigdy nie chciał pić. Opiekował się nią i nie chciał marnować pieniędzy na alkohol, który przynosi tylko straty.

- Musisz już iść – wypalam nagle powodując, że na mnie spogląda.

- Dlaczego? Nie pasuje ci moje towarzystwo? - pyta uśmiechając głupawo, a ja wiem, że się ze mną drażni, i że alkohol opanował jego głowę.

Wstaję więc raptownie, powodując, że krzesło pada z hukiem. Podchodzę do niego naprawdę szybko i chwytam go za ramię, czując jego zesztywniałe mięśnie pod palcami. Mocnym szarpnięciem zmuszam go, aby wstał i błyskawicznie ciągnę go za rękę przez korytarz, wciskając w jego ręce kurtkę, jaka leżała na krześle.

- Nigdy tu nie przychodź, jasne? - warczę przekręcając klamkę w drzwiach. - Jeśli czegoś potrzebujesz zgłoś się do Prim.

- Bo jestem zwykłym synem piekarza? Dlatego nie możemy normalnie porozmawiać, Katniss? Bo jestem gorszy? - pyta śmiejąc się chłodno, a moje serce ściska się z wściekłości, bo ten idiota nie wie co przeszłam, i że to co robię, robię dla jego dobra.

- Nie znasz mnie – warczę wypychając go na schody. - Nie przychodź tu. Nigdy.


Następnego wieczoru budzi mnie kubeł lodowatej wody na głowie. Podskakuję z krzykiem z krzesła w kuchni i na oślep wymachuję nożem, który trzymam w dłoni, próbując zwalczyć zagrożenie. Nie mogę dać się zabić. Muszę wrócić do Prim. Muszę wrócić do matki. Muszę wrócić do Hawthornów. Muszę wrócić do Madge.

- Co ty sobie myślisz?! - wrzeszczy ktoś. Nie rozpoznaję na początku głosu, ale dlatego, że bardzo, ale to bardzo rzadko słyszę go w takim tonie. Prim prawie nigdy na mnie nie krzyczy. - Każesz mi odejść, odrzucasz Madge, tracisz kontakt z Hawthornami, zaczynasz pić! Upijasz się! Trujesz się tym świństwem! Nic nie mówię! To twój wybór! Wiem co ci robią w Kapitolu! Ale, do cholery, to nie powód, żeby upijać Peetę Mellarka!

Moja siostra jest naprawdę wściekła. Przez chwilę czuję się nawet winna, ale szybko chowam to uczucie, przecierając mokrą twarz rękawem mego swetra.

- Sam chciał się napić – burczę pod nosem unikając jej spojrzenia.

Wtedy to nadchodzi niespodziewanie. Jej dłoń trzaska mnie w policzek. Bez zastanowienia przykładam swoją dłoń do pulsującego miejsca i i otwieram usta w szoku. Moja mała, delikatna Prim mnie uderzyła. Mimo tego, iż wiem, że sobie zasłużyłam i tak jestem w szoku.

Jej błękitne oczy nadal emitują złością, ale widzę chwilowy strach, przerażenie. Dziewczyna bierze kilka głębokich wdechów i marszcząc brwi, spogląda na mnie spode łba.

- Przepraszam – zaczyna zaciskając pięści. - Zasłużyłaś sobie, Katniss. On ma córkę, którą musi wychować. Rozumiesz? Choć nie chcesz tego zobaczyć, to picie nie jest jedyną drogą ratunku. Złamane serce nie zawsze leczy się alkoholem. Poprosiłaś, abym miała na nich oko. Dobrze, ale jeśli jeszcze raz on przyjdzie do domu ledwo trzymając się na nogach, sama pilnuj, karm, przewijaj i uspakajaj córkę Peety, gdy on będzie szlochał z powodu zmarłej żony.

Biorę kilka głębokich wdechów, aby nie warknąć na siostrę. Patrzę na czubki swoich myśliwskich butów, próbując znaleźć słowa, aby sensownie odpowiedzieć.

- Wiem, że źle zrobiłam – wyjaśniam w końcu, przykładając dłoń do czoła, które pulsuje z bólu z powodu kaca. - I przepraszam. Zrozumiałam za późno i dlatego wyrzuciłam go, gdy był już pijany.

Prim podchodzi bez zastanowienia i otacza mnie rękoma przytulając mnie, jak najmocniej. Jej dłoń gładzi delikatnie moje plecy, a ja znajduję w tym bardzo małe ukojenie, na które nie zasługuję. Jestem jednak samolubna, więc pozwalam sobie na chwilę słabości i sama otaczam rękoma siostrę przyciskając ją do siebie.

- Jestem taka zmęczona, Prim – szepczę, jak załamany człowiek, którym po części jestem.

- Wiem, Katniss. I doceniam to co robisz dla wszystkich wokół, mimo że oni nie wiedzą.

Tego wieczoru zasypiam z głową na kolanach Prim, gdy blondynka splata i rozplata moje włosy, głaszcząc moją twarz i śpiewając cicho piosenki, jakie miałam zwyczaj śpiewać jej jeszcze przed Igrzyskami. Moje oczy się zamykają, gdy wyobrażam sobie łąkę z kołysanki, na której tak bardzo chciałabym się znaleźć.