Songs: Young by Hollywood Undead
We Want War by These New Puritans

Nie zawłaszczam "Igrzysk Śmierci" autorstwa S. Collins.


Przede mną kolejny tydzień kąpieli w tym gównie. Kolejny tydzień, kiedy moje ciało zostaje oddane ludziom, jakich twarze staram się zapomnieć, pijąc alkohol i biorąc specjalne tabletki. Pierwsze lata po moich Igrzyskach, byłam jedną z najbardziej pożądanych. Wszyscy chcieli pobawić się z tym, co Dziewczyna Igrająca z Ogniem, miała między nogami. Wtedy przyjeżdżałam do Kapitolu w ostatni tydzień każdego miesiąca. Teraz, gdy wiele klientów znalazło ulubieńców w młodszych i piękniejszych, jestem zmuszona wracać do tego piekła co dwa, czasami nawet co trzy miesiące. Jednak sezon na zakończenie roku i w trakcie Igrzysk jest obowiązkowy. Teraz, przed Sylwestrem, przed wielkim bankietem w rezydencji starego Snowa, każdy chce zjeść niewyobrażalną ilość jedzenia, pokazać się w najbardziej ekskluzywnej kreacji wieczoru i mieć u boku swoją kukiełkę, którą potem będzie pieprzył. Zastanawiam się, kto tym razem będzie moim wielkim klientem.

Leżę w fotelu z szeroko rozstawionymi nogami, gdy Antonius kończy kontrolę. Brak chorób, brak zakażeń, brak problemów. Mężczyzna rutynowo nic nie mówi, nie posyła mi żadnych spojrzeń, jakby był robotem, ale cieszę się z tego. Nie lubię jeśli ktoś, kto nie płaci, pieprzy mnie wzrokiem, gdy siedzę przed nim naga. Nienawidzę świadomości, że czasami, gdy wynajmują mnie na przyjęcie zamknięte, gdzie wiele osób siedzi przy stole, obżerając się i mówiąc o modzie, kilku mężczyzn spogląda na mnie znacząco, a ja wiem, że pod stołem, w ich spodniach tworzą się namioty, którymi będę musiała potem się zająć, bo za to zapłacili.

Siadam sztywno, zaciskając dłonie na brzegach kozetki, na którą kazano mi się przenieść. Ostatnią obowiązkową rzeczą jest zastrzyk antykoncepcyjny, żeby żaden drań nie zrobił mi dziecka. A jeśli nawet, któryś stworzyłby we mnie małego potwora, Snow od razu kazałby przeprowadzić aborcję. Mimo świadomości, że to dziecko byłoby potomkiem jakiegoś napalonego Kapitolińczyka, sama nie byłabym zdolna zabić kolejnej istoty, a co dopiero tak małej.

Krzywię się delikatnie czując nieprzyjemny chłód igły, którą ginekolog wbija w moje ciało. Tężeję czując płyn, który zostaje wstrzyknięty do moich żył. Nigdy nie przyzwyczaję się do tego uczucia. Zawsze będzie mi przypominać, że czeka na mnie zaspokajanie zachcianek klientów.

– To wszystko na teraz – oznajmia chłodno Antonius, gdy wyjmuje z mego ciała metalowy nadrząd. – Następna kontrola, po najbliższym przyjeździe – dodaje, gdy wychodzę przez drzwi.

Idę niezdecydowana, pierwszy raz od lat, przez korytarz rozglądając się za kimś, nie mam pojęcia, kogo chcę zobaczyć. Przez moje ciało, okryte jedynie cienkim szlafrokiem, przebiega dreszcz, wywołany chłodem. Chciałabym, aby ktoś usiadł i zaczekał. Nikt jednak tego nie zrobi, wszyscy jak najprędzej uciekają z tego miejsca, bo tak go nienawidzą. W mojej głowie pojawia się nagle blond głowa, na jej ustach uśmiech, w oczach radość. Madge. Czuję jej ramiona wokół mnie, dłoń, która gładzi mnie po głowie. A potem jedyne co czuję, to świadomość, że więcej tego nie dostanę. Nikt już nie wesprze popapranej zwyciężczyni z Dwunastki. Nie żebym kogokolwiek do siebie dopuściła, ale jeśli ta osoba byłaby tak samo uparta i nieustępliwa, jak Madge, wtedy kto wie, co moja głupia mózgownica zechciałaby zrobić.

Nie wiem kiedy docieram do swego pokoju w Hotelu, ale czeka tam na mnie Gloss, zwycięzca z Jedynki, tak jak się umówiliśmy. Zawsze spotykamy się przed klientami, aby się rozluźnić i nadrobić kilka orgazmów, których nigdy nie zapewnią nam te kapitolińskie mendy.

Od razu, gdy zamykam za sobą drzwi, mężczyzna staje za mną, układając dłonie na moich ramionach. Gdy zaczyna je masować, a jego oddech odbija się na mojej szyi, zamykam momentalnie oczy i wzdycham z ulgą. Czuję, że moje mięśnie w pewnym stopniu się rozluźniają, wtedy do miksu przyjemność dołączają się jego usta, które całują delikatnie tył mojej szyi. Wiem, że to dopiero rozgrywka. W łóżku żadne z nas nie udaje, że jest z porcelany.

– Szorstki czas? – pyta, a raczej mruczy pytanie do mego ucha, przed tym jak gryzie jego płatek, aby posłać dreszcz przez moje ciało. Czuję, że moja łechtaczka zaczyna pulsować w potrzebie, gdy jedna dłoń Glossa zjeżdża na moją pierś i zaczyna ją masować. Na pewno czuje przez cienki materiał szlafroku moje twarde sutki. Po chwili czuję jego rosnącą erekcję przyciśniętą do mego tyłka, więc nieświadomie delikatnie się o nią ocieram, wywołując delikatne syknięcie z jego strony i cichy jęk z mego gardła.

– Och, szlag... – wzdycham, zanim odpowiadam. – Kolejna śmierć w Dystrykcie – wyznaję, ale jestem zdezorientowana, więc prawie nieświadomie wypowiadam te słowa.

– Zajmijmy się więc zapominaniem – proponuje szeptem, a potem bez zastanowienia układa dłonie na moich ramionach, aby zedrzeć ze mnie szlafrok.

Zajmujemy się więc zapominaniem. Na początek mężczyzna przyciska mnie o ścianę całując zachłannie moją szyję. W międzyczasie chwytam jego erekcję w dłoń i zaczynam poruszać do góry i do dołu, eksperymentując z zaciśnięciem i szybkością. Gdy przyspieszam moje ruchy, z gardła Glossa wydobywa się głośny jęk, a on chwyta mnie za tyłek, unosząc mnie w powietrze, nadal przyciskając do ściany. Automatycznie wyciągam ramiona i otaczam nimi jego szyję. Zwycięzca bierze swego członka do ręki, aby umiejscowić go w wejściu do mojej waginy. Gdy jednym zdecydowanym ruchem jego penis zanurza się całkowicie we mnie, zasysam powietrze, bo nie pieprzyłam się już jakieś dwa miesiące, a zabawa z palcami to całkowicie co innego.

– Kurwa, och, cholera... – Gloss zaciska mocniej lewą dłoń na moim pośladku, a drugą przesuwa między moje nogi, aby pracować nad moją łechtaczką.

Nagły i niekontrolowany dreszcz przechodzi przez moje ciało, gdy mężczyzna jej dotyka i zwiększa nacisk. Jego palec wskazujący i środkowy poruszają się energicznie po wilgotnym terenie, gdy wyginam się w łuk o ścianę, a on wchodzi we mnie jeszcze głębiej, mocniej, szybciej. W pomieszczeniu słychać jedynie odgłos stykającej się skóry moich pośladków z jego biodrami, aż w końcu nie wytrzymuję i wydaję ciche stęknięcie, gdy Gloss uderza właściwy punkt. Jego usta zamykają się na sutku mojej prawej piersi. Język mężczyzny powoduje, że budzą się tam wszystkie nerwy, a przyjemność jest jeszcze większa.

– No dalej, słodziutka – burczy o ciało mojej klatki piersiowej. Jego zęby zaciskają się na moim sutku, ale po chwili go uwalnia, aby dodać: – Odpuść, daj sobie dojść.

I odpuszczam. Czuję fale dreszczy, które przeze mnie przechodzą, gdy mój orgazm osiąga szczyt. Odchylam głowę i zamykam oczy akceptując przyjemność, jakiej nigdy nie poczuję z klientem. Po chwili, czuję że erekcja Glossa zaczyna drżeć wewnątrz mnie, a jego ruchy stają się nierówne. Jeszcze kilka pchnięć i eksploduje we mnie. Po chwili, gdy mężczyzna łapie oddech, przechodzi trzymając mnie za pośladki, na łóżko. Leżymy przez kilka minut oddychając głęboko i wpatrując się w sufit. Czuję delikatną powłokę potu na moich piersiach i reszcie świeżo wydepilowanego ciała. Zawsze, gdy wyrwą ze mnie każdy możliwy włosek, czuję się jak nieopierzone kurcze. Mam wrażenie, że jestem bezbronna, delikatna, jak kwiat, któremu brakuje wody.

Gloss powoli się przekręca i znajduje się nade mną, zaczynając ponownie całować moją klatkę piersiową. Wzdycham cicho, gdy przechodzi mnie dreszcz, wywołany zetknięciem jego ciepłych ust z moim wychłodzonym ciałem. Jego rosnąca erekcja dotyka wzgórza łonowego, gdy przenoszę dłonie na jego ramiona. Jadę powoli palcami przez jego ciało, co jest dla mnie nietypowe. Zawsze staram się być agresywna, niepodobna do osoby, jaką była przed Igrzyskami. Ale w tej chwili, pierwszy raz od dwunastu lat, nie mam siły, aby pokazywać bestię, jaką tworzę w sobie, gdy ktoś ma tak bliski dostęp do mego ciała.

Gloss sunie wargami przez moje obojczyki i kolumnę szyi, gdy zamykam oczy. Wtedy dzieję się coś, czego tak bardzo nie chciałam. Widzę innego mężczyznę, który mnie dotyka. Nie jest to jednak klient. To osoba, którą powinnam trzymać od siebie, jak najdalej. Jego duże i silne dłonie dotykają delikatnie moich żeber, gdy wypuszczam drżący oddech. Jego lekko przydługie włosy gilgoczą mój policzek, gdy mężczyzna całuje moją żuchwę. Nasze usta mają się spotkać, ale wtedy zauważam hipnotyzujące błękitne oczy, spoglądające na mnie spod długich, złotych rzęs.

Gwałtownie odsuwam się od ciepłego dotyku. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że trzymam oddech. Łapczywie chwytam powietrze, gdy spoglądam przestraszonymi oczami na zdezorientowanego Glossa. Mężczyzna ma wymalowane pytanie na twarzy, ale ja jedynie myślę o tym, jakim cudem mogłam znowu fantazjować o mężu mojej zmarłej przyjaciółki, jak mogłam myśleć o Peecie Mellarku.

Podnoszę się bez zastanowienia i chwytam szlafrok, który zostawiliśmy pod drzwiami. Otulam się nim i przykrywam usta dłonią, pytając się, jak mogło to się zdarzyć? Nie zrobiłam tego od prawie sześciu lat. Czułam się wtedy podle, jakbym oszukiwała Madge. Ale gdy córka Burmistrza zaczęła spotykać się z Peetą, myślałam tylko o chlebie, o jego dużych dłoniach i długich rzęsach. I nienawidziłam Mellarka za to, że musiałam myśleć o nim, gdy moja dłoń wędrowała między moje nogi, kiedy się dotykałam. To jego imię było na moich ustach, gdy dochodziłam, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata. Czułam się źle i dobrze za jednym razem. Nienawidzę go za to, nawet do tej pory.

Musiałam w końcu o kimś myśleć. W mojej głowie przewijało się wiele twarzy. Gloss, zwycięzcy, którzy wygrali po mnie, nawet Gale, którego kiedyś widziałam, tylko jako brata. A wtedy zdarzył się Peeta Mellark i nowa osoba na liście, z której wybierałam mężczyznę, o jakim będę myśleć, gdy będę się dotykać.

– Ja... Przepraszam, dzisiaj nie mogę – wyjaśniam cicho chowając się w łazience i zauważając lekkie kiwnięcie głowy zwycięzcy.

Wchodzę pod prysznic i wybieram opcję, taką jak zawsze. Bezzapachowy płyn do ciała i szampon o zapachu lasu. Gdy ciepła woda otula moją skórę, czuję że nie jestem zaspokojona, po tym co zaczęliśmy z Glossem. Moja dłoń wędruje między moje nogi, a palce od razu stykają się z drżącą w pragnieniu łechtaczką. Zaciskam oczy, próbując powstrzymywać łzy rozpaczy i wściekłości, gdy zaczynam powoli poruszać paliczkami. Wyobrażam sobie, jego wesoły uśmiech, błyszczące w słońcu jasne loki, i dłonie... Och, jego duże, precyzyjne dłonie, które tyle lat tworzą z wypieków w piekarni niesamowite arcydzieła. Próbuję powstrzymać jęk, w wyniku czego brzmi, jak cichy pisk. Moje palce wędrują dalej, aż znajdują miejsce, w którym znikają. Opieram głowę o szklaną ścianę prysznica i otwieram usta, nie zważając na krople wody, które ochlapują mi twarz i wpadają do gardła. Nienawidzę go za to, że w ogóle się do mnie zbliżył. Nienawidzę go za to, że musi być taki dobry i uprzejmy. Nienawidzę go za to, że to w nim widziałam nadzieję od jedenastego roku życia, gdy rzucił mi ten cholerny chleb.

Moja dłoń zaczyna poruszać się trochę szybciej, ale to wystarczy, abym doszła. Chwilę siedzę i patrzę tępo w ścianę, ale potem po moich policzkach zaczynają spływać niekontrolowane łzy. Moje ciało zaczyna drżeć, a ja chowam twarz w dłoniach, czując jedynie bezsilność. Dlaczego to wszystko musi tak wyglądać? Zadaję sobie to pytanie prawie zawsze, gdy tak się załamuję. Robię to, gdy jestem sama i wiem, że nikt nie zobaczy moich zapuchniętych, czerwonych oczu.

Nigdy tego nie chciałam. Moim jedynym celem była ochrona Prim i powrót do niej, by móc zapewnić mojej siostrze dostatnie życie. Czy naprawdę to tak wiele? Czy muszą nam przez to niszczyć życie, sprzedając nas jak niewolników, przypominając, że nigdy nie wygraliśmy Igrzysk? Jedynie przetrwaliśmy. Igrzyska będą się dla nas toczyć całe życie.

Wychodzę spod prysznica, gdy skóra na moich dłoniach i stopach jest pomarszczona od długiego przebywania w wodzie. Otulam się białym, puszystym ręcznikiem, próbując powstrzymać powieki przed zamykaniem się. Gdy wchodzę do sypialni, Glossa już tam nie ma i dziękuję mu w duchu, że rozumie. Wdrapuję się powoli na ogromne łóżko, nie fatygując się założeniem koszuli nocnej. Zasypiam od razu po zetknięciu mojej głowy z poduszką.

Na początku sądzę, że pierwszy raz od lat zasnę bez koszmaru pod powiekami. Rue, moja mała przyjaciółka prowadzi mnie za rękę przez piękny zielony las. Wdycham aromat drzew iglastych, słyszę szum wody, która płynie w strumieniu. Słońce przebija się przez korony drzew, na których siedzą śpiewające kosogłosy. Ostatnia radosna chwila jest wypełniona słodkim śmiechem mojej sojuszniczki, której oczy błyszczą radością. Chcę zapytać dokąd idziemy, ale wtedy w moich uszach rozbrzmiewa przeraźliwy wrzask. Uścisk dłoni Rue znika, więc desperacko zaczynam krzyczeć jej imię, rozglądając się po polanie, na jakiej się znalazłam i szukając śladu po dziewczynce. Słońce nadal świeci, woda płynie, kosogłosy śpiewają. Przed moimi oczami ukazuje się Marvel. Stoi do mnie plecami i widzę, że wbija w coś włócznię. Moje serce się ściska, gdy jestem gotowa ujrzeć dziewczynkę z Jedenastki. Jednak to nie jest Rue. To nie jej drobne ciało, które ozdobiłam kwiatami. W kałuży krwi leży Madge, a włócznia jest przebita przez jej duży brzuch, w którym znajduje się dziecko. Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję zauważając jej pozbawione życia oczy. Chcę sięgnąć po łuk i strzałę, ale przypominam sobie, że zostały w lesie, przy granicy z Dwunastką. Ponownie przenoszę wzrok na Marvela, ale na jego miejscu znajduje się teraz ogromny zmiech o jasnobrązowej sierści z oczami chłopaka, który przed chwilą tam stał. Mutant szarpie ciało Madge, tam gdzie powinno znajdować się dziecko. Chcę wrzeszczeć, chcę płakać, chcę powstrzymać potwora, ale nie mogę.

Ostatecznie budzę się spocona, roztrzęsiona i ze zdartym gardłem.


Następnego dnia, gdy wychodzę ze swego pokoju, natykam się na Finnicka. Nasze sypialnie dzieli dość duży dystans, więc wiem, że musiał specjalnie tu przechodzić. Gdy do niego podchodzę, mężczyzna od razu chowa mnie w ciasnym uścisku, który odwzajemniam.

– Hej – szepcze.

– Hej – odpowiadam równie cicho.

– Znowu zaciągnęłaś Haymitcha do uzdrowiska? – Jego pytanie wywołuje cichy śmiech, który wydobywa się z moich ust.

– Tak. Trzeba czasem wyciągnąć z niego kilka procentów, żeby był człowiekiem, a nie butelką bimbru – wyznaję uśmiechając się.

– Trzymasz się? – pyta po dłuższej chwili ciszy, gdy lekko się ode mnie odsuwa.

– Tak. – Zakładam za ucho kosmyk moich rozpuszczonych włosów i zaczynam mówić niezdecydowanie, spuszczając głowę. – Nie widziałam jeszcze swojej listy. Kto jest twoim wielkim klientem?

– Wnuczka Snowa – wyznaje również spuszczając głowę.

– Znowu? – Aurelia Snow wykupuje Finnicka praktycznie na każdego Sylwestra, od czasu gdy osiągnęła osiemnaście lat.

– Taa... – Zauważam, że Finnick jest delikatnie niespokojny, aż w końcu wyrzuca: – Widziałem twoją listę.

– Kto jest wielkim klientem? – pytam próbując ukryć strach w oczach.

– Crane.

To nazwisko wystarcza, aby posłać przez moje plecy dreszcz przerażenia. Gdy Crane ma mnie tylko dla siebie, moje ciało czasami woli umrzeć, niż wytrzymać choć jedno uderzenie więcej. Wiem, że przyprawiłam mu stracha, gdy wygrałam Igrzyska. To przeze mnie prawie poszedł na stryczek, gdy zaczęły się bunty w dystryktach. Za to, mężczyzna odwdzięcza mi się brutalnymi nocami, po których mogę ledwo siedzieć. Czasami zastanawiam się, czy bardziej podnieca go to, gdy uderza moje pośladki biczem, czy to, gdy pieprzy mnie od tyłu.

– Wytrzymasz – stwierdza Finnick ponownie chowając mnie w uścisku.

Wymieniamy jeszcze kilka zdań w drodze do baru, ale gdy docieramy na miejsce, zamieramy ciszą tak, jak reszta. Każdy zwycięzca ma miejsce przy barze, gdzie wchodzi na specjalnym urządzeniu, na swoje konto i sprawdza, jaki ma rozkład. Gdy wybieram imię i nazwisko Katniss Everdeen, przytrzymuję na ekranie przez kilka sekund swój kciuk, aby zeskanowało odcisk mego palca. Mam jeden występ z Finnickiem. Nie wiem, jaki geniusz wpadł na ten pomysł, ale kiedy wygrałam, postanowili, że bóg mórz i dziewczyna igrająca z ogniem, będzie idealnym połączeniem. Od tamtego czasu, występowałam z mężczyzną już kilka razy. Następni na liście są klienci. Jedna kobieta, czterech mężczyzn i na wielki finał – Crane.

Dzień mija leniwie, w napiętej atmosferze, którą wszyscy zwycięzcy próbują złagodzić, jak się da. Gdy zaczynam się zbierać do sypialni, aby przebrać się w kostium, w jakim mam wystąpić, napotykam po drodze Cinnę – mego jedynego przyjaciela z Kapitolu. Mimo, iż nie jest moim stylistą już od dobrych dziesięciu lat, to i tak utrzymujemy kontakty. Wiem, że przydzielili go do Jedynki, więc zapewne jest tu, aby poinstruować nową zwyciężczynię. Witam się z nim, ale mężczyzna wie, że pogawędka, to nie moja mocna strona, więc szybko się żegnamy smutnymi uśmiechami. Gdy wchodzę do mojej sypialni, czeka już na mnie strój na stojaku. Wiadomo, że zakrywa może jakieś 10% mego ciała, ale muszę go mieć na sobie, aby Finnick mógł zedrzeć ze mnie cokolwiek podczas przedstawienia. Ubieram się więc w przebranie, biorę dwie tabletki, które złagodzą ból psychiczny, tak samo, jak fizyczny i wtedy przychodzi jakaś kapitolińska dziunia, która maluje moją twarz i czesze włosy. Potem czekam na mego kompana.

Szatyn ma na sobie jedynie rybacką siatkę, przewiązaną w jego kroku, w strategicznym miejscu. Finnick otacza mnie ramieniem, gdy idziemy na scenę. Publiczność może myśleć, że jest to wstęp do przedstawienia, ale ja wiem, że mężczyzna chce sprawić, abym czuła się choć trochę lepiej.

Dzisiejszy występ ma być wypełniony przemocą. Wiem, że mój partner nie chce za nic mnie krzywdzić, ale rozumiem, gdy agresywnie zmusza mnie, abym odwróciła się do niego plecami. Tłem dla zdarzenia jest bar z czerwonymi ścianami i przyciemnionym światłem. Finnick chwyta mnie za włosy i trzaska mną o stół, jaki jest ustawiony w centrum sceny. Siniaki na kościach biodrowych to jeden z mniejszych problemów, myślę czując ból po uderzeniu. Mężczyzna zrywa ze mnie to, co miało przykrywać, w jakimś stopniu moje piersi, a z widowni słychać krzyki i gwizdy wydane w aprobacie. Stringi, które miałam na tyłku lądują pod moimi nogami. Chcę krzyczeć, płakać, okryć się czymś, ale nie mogę. Zapłacili za to i jeśli odmówię, znajdę martwe ciało Prim, Thoma, Hawthornów lub Peety i jego córki, po powrocie. Finnick zmusza mnie, abym się wyprostowała i wtedy ujmuje brutalnie w swoje dłonie moje piersi. Wydaję odgłos, który ma brzmieć, jakbym czerpała z tego przyjemność. Mimo to, wiem, że szatyn się nie nabierze. Czuje, gdy cierpię. Po ponownym wylądowaniu na stole, ból się zmniejsza, a ja wiem, iż narkotyk, który wzięłam wcześniej zaczyna działać.

Kolejne wydarzenia widzę, jak przez mgłę. Ja leżąca na blacie, za mną Finnick. Plask! Dłoń zwycięzcy styka się z moim pośladkiem. Tępy ból między nogami i dźwięki, które wydaję, aby wszyscy myśleli, jak bardzo to kocham. Wiem, że mój partner zamyka oczy i próbuje wyobrazić sobie, że robi to w ogóle inaczej, delikatnie, miłośnie ze swoją ukochaną. Ja jednak nie mam w głowie nikogo, gdy próbuję przebrnąć przez to, co się ze mną dzieje. Gdy Finnick daje mi w końcu znak, poprzez ściśnięcie mojej dłoni trzy razy, wyginam się w łuk i wydaję ostateczny dźwięk, jaki ma sygnalizować mój orgazm, który za każdym razem udaję, gdy przed moimi oczami przelatują twarze z szerokimi uśmiechami, jakie znajdują się na widowni. Chwilę trwamy w takiej pozycji, oddychając ciężko, i dopiero, gdy słyszę klaskanie, uświadamiam sobie, że Finnick musiał dojść. Otoczenie ciemnieje. Musieli opuścić kurtynę. Kulę się w kłębek, tak jak zawsze po publicznym występie. Zwycięzca z Czwórki odchodzi, ale po kilku sekundach wraca i czymś mnie okrywa. Nie protestuję, gdy bierze mnie w ręce. Nie protestuję, gdy zanosi mnie do mojej sypialni, a potem pod prysznic. Nie protestuję, gdy siada obok mnie w kabinie prysznica i gładzi moją głowę, która jest nadal odurzona tabletkami, które wzięłam przed występem. Możliwe, że wychodzimy spod wody dopiero wtedy, gdy szatyn czuje choć odrobinę mniej brudnego Kapitolu na sobie, bo ja nie jestem w stanie oszacować, kiedy mam dość ciepłego strumienia prysznica. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to Finnick, który układa mnie na łóżku i otula kołdrą.


Kolejne pięć dni są najłatwiejsze. Jeden raz ląduję między nogami jakiejś Kapitolinki. Choć łatwo sprawić, aby doszła, to i tak krzywię się w sobie, gdy oznajmia, że chce, abyśmy to robiły wolno, jakbyśmy były kochającą się parą. Wykonuję rozkaz, ale nad ranem, gdy kobieta opuszcza moją sypialnię, od razu ląduję w łazience, na kolanach, przed muszlą klozetową i przez pół godziny próbuję powstrzymać torsje. Trzej mężczyźni są najłatwiejsi. Stoję na kolanach opierając się na łokciach i czując przez trzy noce, jak we mnie wchodzą i wychodzą. Chcą, aby było szybko i mocno, więc tak jest. Jestem wdzięczna, że nie muszę patrzeć na ich twarze. Czwarty klient nakazuje, abym była na górze, więc tak robię. Próbuję nie zwymiotować, gdy nasze twarze są praktycznie na tym samym poziomie i muszę patrzeć w jego oczy, gdy każe, abym miała swoje otwarte.

Nadchodzi w końcu ostatni, ale najgorszy dzień. Wielki klient. Jestem już umalowana, uczesana i ubrana w jedną z najpiękniejszych kreacji wieczoru. Biorę leki, dzięki którym będę na tyle odurzona, aby choć trochę złagodzić ból. Nie jestem w stanie na niczym się skupić, gdy czekam na bankiecie na Crane'a. Przekładam z dłoni do dłoni lampkę z szampanem, kiedy ktoś układa delikatnie dłoń na moim nagim ramieniu.

– Spokojnie – mówi Gloss. – Dasz radę, jesteś silną dziewczynką. – Odwzajemniam jego smutny uśmiech, gdy pokrzepia mnie tymi słowami.

– Przepraszam za ostatni raz – mówię cicho tak, aby nikt poza nim nie słyszał.

– Miałaś powody – oznajmia, a ja nadal nie potrafię uwierzyć, że zwycięzcy bez długich nocnych rozmów, znają swoje powody doskonale i wiedzą, kiedy nie wolno popychać tematu.

– Jaki masz grafik na dzisiejszą noc? – pytam po dłuższej chwili ciszy.

– Występ z Cashmere – wzdycha zrezygnowany. – Publiczność zatęskniła za pieprzącym się rodzeństwem.

Zanim zdążam odpowiedzieć, z tłumu wyłania się mężczyzna o dziwacznie obciętej brodzie. Oczy Crane'a lśnią zadowoleniem, gdy mnie zauważa. Gloss oddala się w mgnieniu oka, żegnając się ze mną jedynie skinieniem głowy. Gdy organizator moich Igrzysk staje przede mną, od razu czuję mocny zapach jego perfum. Chcę zmarszczyć nos, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję.

– Dobry wieczór, panie Crane – witam się schylając delikatnie głowę. – Wyborny wieczór, nie uważa pan?

– Witaj. Nie zaprzeczę. Szczerze powiedziawszy, wolałbym jednak ulotnić się stąd, po zrobieniu zdjęć.

No tak. Zdjęcia. Zawsze, gdy zostaję kupiona na jakiś bankiet, mój klient lub klientka chce kilka zdjęć. Nigdy nie lubiłam występować przed kamerą, ale od momentu, kiedy dowiedziałam się, że będę prostytutką, to moje najmniejsze zmartwienie.

Pozujemy więc kilka minut przed fotografem, aż Crane jest usatysfakcjonowany. Następnie tańczymy dwa tańce, aż w końcu docieramy do punktu, gdzie ludzie chwalą się swoimi towarzyszami. Spoglądam na Finnicka, który ujął pod rękę wnuczkę Snowa i od razu dostrzegam smutek w jego oczach. Seneca rozmawia z wieloma osobami. Większość to politycy lub ważne osobistości. Gdy Crane'owi wystarcza chwalenia się zdobyczą na dzisiejszą noc, nie marnuje ani minuty, gdy ciągnie mnie niecierpliwie do pokoju w Hotelu. Nie dziwę się, kiedy zrywa ze mnie suknię i brutalnie popycha na łóżko. Spotkanie z nim jest prawie zawsze takie samo.

– Czym chciałabyś być dzisiaj traktowana, panienko Everdeen? – pyta z podłym uśmiechem na ustach, wyjmując ze swojej gablotki bicz, którego jeszcze nie widziałam. Musiał zainwestować w nowy.

Pierwsze uderzenie, choć na początku wydaje się najboleśniejsze, to jest utopią w porównaniu z drugim. Na pewno będę miała pręgi na pośladkach i jeśli ponownie nie pomoże mi kapitolińska maść, zgłoszę się do Prim, tak jak rok temu.

Pamiętam, że najgorzej potraktował mnie pierwszy rok po Igrzyskach. Wybiegłam wtedy z pokoju z płaczem i nie mogłam się uspokoić przez kolejne kilka godzin. Byłam taka roztrzęsiona, że uspakajało mnie kilku zwycięzców. Co miałam poradzić? Przed Igrzyskami nigdy się nawet nie całowałam, następnego roku miałam dziesiątki klientów do zaspokajania.

Trzask! Jęczę delikatnie zaciskając dłonie na delikatnym materiale posłania. Trzask! Czuję, że Crane wchodzi na łóżko. Po chwili jest nade mną zatapiając paznokcie w moich ramionach i ocierając swoją twardą długość między moimi nogami. Plask! Jego dłoń uderza mnie w pośladek. Nie wiem czy mam zwidy, czy coś wylądowało przed moimi oczami. Myślę, że po prostu mi się przewidziało, ale wtedy czuję linę, która zaciska mi się na gardle. Crane syczy mi coś do ucha, ale nie rozróżniam słów. Mam wrażenie, że zasnęłam, ale po prostu odleciałam myślami. Moje ciało nadal tam jest i go zadowala i uświadamiam to sobie, dopiero wtedy, gdy we mnie wchodzi. Jego ruchy są bolesne. Zanim zrozumiem, jakimi obelgami mnie obrzuca, słyszę jedynie naszą stykającą się skórę. Nie wiem ile mija, ale mam wrażenie, że wieczność, gdy Crane dochodzi we mnie. Mężczyzna pada obok mnie. Mija dobry kawał czasu, zanim się podnosi i wychodzi, żegnając się ze mną kpiącym Żegnam, panno Everdeen.

Leżę naga na łóżku przez kilka godzin. Po moich policzkach lecą grube łzy. Nie pokazuję żadnych uczuć wyrazem twarzy, ale nie potrafię powstrzymać słonych kropel, które moczą i brudzą pościel, rozmazując mój mocny makijaż. Dopiero, gdy niebo nad Kapitolem robi się lekko różowe, postanawiam wstać i się umyć. Stoję pod prysznicem kolejne dwie godziny, próbując zmyć choć odrobinę brudu, którego nigdy nie zobaczy się oczami.

Kiedy wychodzę spod ciepłego strumienia, jest już jasno. Wyjmuję z szafki nad zlewem maść, której używamy po klientach takich, jak Crane. Biorę trochę substancji na palec i gdy chcę zacząć aplikować ją na poranioną skórę, powstrzymuję się. Spoglądam na swoją nagą sylwetkę w lustrze. Bez makijażu, wymyślnej fryzury jestem zwykłą, nie specjalnie dużą kobietą. Moje oczy są smutne, podkrążone, ale skóra nadal oliwkowa i błyszcząca. Wzdycham i wtedy dobiega mnie delikatne pukanie do drzwi.

– Hej – wita się Gloss, gdy powoli wchodzi do łazienki. Jest już przebrany w zwykły podkoszulek i szare jeansy, kiedy do mnie podchodzi i zabiera mi maść. Nie protestuję, gdy klęka na jednym kolanie i zaczyna powoli nakładać substancję na moją skórę. Nie wstydzę się stać przed nim naga. Może kiedyś czerwieniłabym się jak pomidor, ale on zna moje ciało, więc nie mam przed mężczyzną żadnych sekretów związanych z nim. – Takich drani nie powinno się do nas dopuszczać – warczy przez zaciśnięte zęby.

– Żaden nie powinien być do nas dopuszczany – odpowiadam cicho.

– Racja. Ale tacy w szczególności.

Nastaje cisza. Skupiam się tylko na uldze, gdy palce Glossa nakładają na skórę jeszcze więcej leku. Po kilku minutach mężczyzna wstaje i żegna się ze mną mocnym uściskiem. Posyłamy sobie smutne uśmiechy i wtedy zwycięzca znika.

Gdy maść się wchłania, od razu zakładam bieliznę, czarne spodnie, zieloną bluzkę i nową skórzaną kurtkę. Wiążę włosy w warkocz na bok i wychodzę z pokoju. Spotykam po drodze Finnicka, więc idziemy w ciszy na stację, gdzie pociąg czeka na każdego zwycięzcę. Gdy skinieniem głowy żegnam się z szatynem, zauważam, że Haymitch czeka na mnie w wejściu do maszyny. Nie odzywa się, gdy idzie ze mną ramię w ramię do jadalni. Pragnę, aby przerwał ciszę, bo chcę słyszeć głos, który także pochodzi z Dwunastki. Tydzień wystarcza, abym zaczęła zapominać zapach powietrza w moim dystrykcie, akcent mieszkańców lub wygląd ludzi ze Złożyska, czy miasteczka.

– Coś ty taka blada, skarbie? – pyta mężczyzna siadając z hukiem naprzeciw mnie i od razu chwytając butelkę z alkoholem.

– Dopiero co wyszedłeś z uzdrowiska i już łapiesz butelkę? – Unoszę brwi w niedowierzaniu.

– Dla mnie i tak jest za późno – wdycha mentor, a po chwili dodaje: – Nalać ci?

– Nie – mówię opierając się o ścianę, do której jest przymocowana sofa. – Chcę dzisiaj zajść do Prim. Nie pozwoli mi się zbliżyć do Thoma, jeśli wyczuje alkohol.

– Naprawdę kochasz tego malucha, prawda? – pyta, a ja jedynie kiwam głową.

Na chwilę nastaje cisza, tym razem komfortowa. Przypominam sobie chwile, kiedy zabierałam Prim i Thoma na łąkę przy ogrodzeniu. Syn mojej siostry wiele razy prosił, abym zabrała go poza granice dystryktu, ale nie byłam w stanie. Raz się przełamałam i wzięłam chłopca jedynie do krawędzi lasu. Nie odważyłam się wejść wśród drzewa. Stałam i zastanawiałam się, czy byłoby tak samo, jak z Gale'em, ale wtedy Thom zaczął szarpać mój rękach. Gdy chłopiec zapytał co się stało, dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że płaczę. Prim nie pozwoliła więcej synowi prosić mnie o wyjście poza ogrodzenie.

– Słyszałem, że Thread znowu przyciska wszystkich do muru. Tak jak po twoich Igrzyskach – wyznaje nagle Haymitch, wyrywając mnie z zadumy.

– Co masz na myśli? – pytam niepewna czy ta rozmowa może być bezpiecznie przeprowadzana w pociągu.

– Cóż, kiedy burza się uspokoiła, a wszyscy nadal trzęśli się ze strachu, Threada mało kiedy się widywało. Wrócił Cray, trochę inny niż poprzednio i mówił, że niby tamten siedzi za biurkiem. Ale szczerze powiedziawszy, myślę, że było całkiem inaczej.

Wiem co ma na myśli. Haymitch podejrzewa, że Thread jakieś dwa lata po moich Igrzyskach, bywał w Dwunastce tylko na jednoroczną inspekcję. Potem znowu znikał i pokazywał się dokładnie rok później. Ludzie zaczęli znów się rozluźniać i byli nadzwyczaj grzeczni tylko dnia, którego przybywał straszny Romulus.

– Cóż, wkrótce znów zniknie za biurkiem – parskam cicho, a na moich ustach wykwita głupawy uśmieszek, który momentalnie znika, gdy widzę poważną twarz Haymitcha.

– Nie tym razem, skarbie. – Mężczyzna bierze duży łyk alkoholu. – Słyszałaś o burzy w Czwórce? – pyta, a ja jedynie kręcę przecząco głową. – Chaff mówił, że w Kapitolu prawie od miesiąca brakuje owoców morza, takie mają tam sztormy!

Patrzę Haymitchowi w oczy i wiem, że mówiąc burza, ma na myśli zupełnie co innego. Mówiąc burza, mówi zamieszki. Siedzimy chwilę bez słowa, aż mentor wstaje i znika idąc do swego przedziału. Niedługo potem, robię to samo. Siedzę w sypialni i myślę. Myślę o tym, co działo się po moich Igrzyskach. Nie potrafię sobie wyobrazić ponownych burd na ulicach dystryktów, więc zasypiam.


Budzę się zlana potem i nie czując gardła, dlatego wiem, że musiałam krzyczeć przez sen. Gdy moje oczy przyzwyczajają się do jasności w sypialni, zauważam migające za oknem drzewa. Nie czekając na nic, ubieram rzeczy, które miałam na sobie wczoraj i idę do przedziału, gdzie podają jedzenie. Haymitch siedzi i macza babeczkę w herbacie, którą pewnie zmieszał z bimbrem. Podchodzę do niego bezgłośnie i powoduję, że trochę podskakuje, gdy odsuwam krzesło. Nakładam sobie na talerz śniadanie i bez zastanowienia zaczynam jeść. To rutyna. Wstaję, jem, jeśli nie spotykam Prim i Thom, piję, wpatruję się w pustkę.

– Pospiesz się z tym, skarbie – radzi Haymitch wskazując talerz z moim posiłkiem. – Za kilka minut będziemy musieli wysiadać.

Zjadam więc, jak najszybciej i dokładnie, kiedy kończę, pociąg się zatrzymuje. Wysiadamy więc, Haymitch kieruje się na Ćwiek, aby kupić więcej bimbru, ja idę przez nadzwyczaj spokojny dystrykt do domu. Zamykam się w swojej posiadłość i od razu idę pod prysznic. Czuję, jak moje mięśnie rozluźniają się pod ciepłą wodą, gdy słyszę, że ktoś desperacko wali pięścią w moje drzwi. Nie zdążam nawet dokładnie się wytrzeć, gdy w pośpiechu się ubieram. Zbiegając po schodach, związuję włosy w najprostszy warkocz. Kiedy otwieram drzwi, jestem gotowa zacząć kłótnię, bo mówiłam, aby tu nie przychodziła, ale Hazelle mnie wyprzedza.

– To Posy. – Oddech kobiety jest urywany, wiem, że biegła. – Katniss, dziecko, pomóż. – W moich oczach zjawia się dzika determinacja.

Niczego nie kwestionuję, gdy chwytam kurtkę i zaczynam biec w stronę Placu Głównego, bo to jedyne miejsce, gdzie strażnicy mogli przyskrzynić Posy. Czuję, że dopiero teraz rodzi się we mnie prawdziwe przerażenie. Nie zdążyło się obudzić, gdy Hazelle niezapowiedzianie zapukała do moich drzwi. Czuję, jak pieką mnie mięśnie w nogach, bo już dawno tak szybko i daleko nie biegałam. Muszę ocalić siostrę Gale'a, muszę dotrzeć na czas. Śnieg, który zaczyna się topić, chlupie pod moimi stopami. Ale to nic, biegnę. Czuję, że nogawki moich spodni robią się mokre od brei, która pokrywa drogę w Dwunastce. To nic, biegnę. Moje serce wali, jak młot, zaczyna mi brakować tchu. To nic, biegnę.

Jestem już blisko, zrobię to! Jestem już prawie na miejscu. Do moich uszu dociera dziwny odgłos. Biegnę i się przysłuchuję. Moja twarz tężeje. Kojarzę ten dźwięk z czymś bardzo złym.

Na miejscu napotykam zwartą ścianę ludzi, którzy całkowicie zasłaniają mi widok. Chcę wskoczyć na skrzynkę pod ścianą cukierni i sprawdzić, co dzieje się na placu. Jestem w połowie drogi, kiedy nagle ktoś mnie powstrzymuje. Spoglądam na dół i dostrzegam wysokiego bruneta, o oliwkowej skórze. Vick ma nocną zmianę w kopalni, dlatego jego dłoń zaciska się w tej chwili na moim nadgarstku. Na jego twarzy jest wymalowana desperacja, jego policzki są lekko zarumienione, oddech urywany, jakby biegł.

– Zejdź. Idź stąd! – szepcze chrapliwie, nieustępliwym głosem, jaki miałam zwyczaj słyszeć od Gale'a.

– Co? – zdumiewam się i próbuję wepchać się na górę, ale chłopak mnie powstrzymuje.

– Katniss, wracaj do domu! Zajmę się tym, przysięgam! – zaklina się.

Cokolwiek widział, z pewnością jest to coś strasznego. Wyszarpuję się z jego uścisku i bez zastanowienia zaczynam się przepychać przez tłum. Ludzie mnie widzą, rozpoznają moją twarz, wyglądają na spanikowanych, jakbym to ja była zagrożeniem. Czyjeś dłonie mnie odpychają, obce głosy syczą.

– Odejdź stąd dziewczyno!

– Tylko pogorszysz sytuację!

– Co chcesz zrobić? Doprowadzić do jego śmierci?!

– Chcesz, aby ją też ukarali?!

Serce mi wali tak szybko i gwałtownie, że prawie ich nie słyszę. Nie byłam tak zdenerwowana od wielu miesięcy, może nawet lat. Cokolwiek zobaczę na środku placu, z pewnością ma to związek ze mną. Gdy w końcu przebijam się na przód tłumu, widzę, że mam rację. Vick też miał słuszność, zebrani ludzie także.

Posy klęczy w błocie ze spuszczoną głową, ma ręce związane do tyłu. Możliwe, że została zakuta w kajdany, może użyli liny. Jej włosy wypadły z warkocza, jaki zaczęła zaplatać, tak jak ja i kilka kosmyków zasłania jej twarz. Nie wiem czy dobrze widzę, ale ma chyba krew na twarzy. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że jej ciałem wstrząsają niekontrolowane konwulsje, a po policzkach toczą się grube łzy. Zauważam, że dziewczyna desperacko próbuje uniknąć jakiegoś widoku przed nią. Spoglądam w tę stronę i wtedy moje serce dosłownie zatrzymuje się na kilka sekund.

Peeta Mellark ma ręce przywiązane do drewnianego słupa. Nad jego głową wisi indyk, a ja od razu wiem, że to upolowana zdobycz Posy. Kurtka mężczyzny leży obok, koszula jest rozdarta. Nieprzytomny zwisa z kolanami na ziemi, podtrzymywany wyłącznie przez sznur na nadgarstkach. Jego plecy zmieniły się w krwawy ochłap surowego mięsa.

Za Peetą stoi człowiek, który zjawił się w naszym dystrykcie po moim zwycięstwie. Jego mundur, czyni go jeszcze bardziej rozpoznawalnym. W takim uniformie chodzi zazwyczaj nasz Główny Strażnik Pokoju, ale zamiast starego Craya, przed moimi oczami stoi wysoki muskularny mężczyzna z ostrymi kantami na spodniach.

W ciąż jednak nie całkiem pojmuję sytuację, aż do chwili, gdy Thread unosi bat.


tumblr: wwrebel1992