Songs: Sacrifice byZella Day
Bottom of the River by Delta Rae


– Nie! – wrzeszczę i zanim zdążę pomyśleć, skaczę naprzód. Jest już za późno na to, żebym powstrzymała rękę, poza tym instynktownie wiem, że nie wystarczy mi sił do zablokowania ciosu. Nie wiem dlaczego, ale rzucam się prosto między bat a Peetę i wyciągam ręce, chcąc jak najbardziej osłonić jego zmasakrowane ciało. Nic nie osłabia siły ciosu, przyjmuję uderzenie lewą stroną twarzy.

Ból jest oślepiający i gwałtowny. Światło błyska mi przed oczami, kiedy padam na kolana i przyciskam dłoń do policzka. Drugą opieram się o ziemię, żeby nie upaść. Czuję, że na moim policzku wyrasta gruba pręga, a opuchlizna zasłania oko. Kamienie brukowe są mokre od krwi Peety, w powietrzu unosi się ciężka, żelazista woń.

– Przestań! Zabijesz go! – skrzeczę.

Spoglądam oprawcy w surową, zrytą głębokimi zmarszczkami twarz, kiedy w pewnym stopniu dociera do mnie, co zrobiłam. Nie powinnam się wtrącać. Powinnam się odwrócić. Siostra Gale'a nie jest karana, najwyżej trochę poobijana. Po co się wtrącałam? I po chwili wiem. Bo gdzieś z tyłu mojej głowy widzę Madge, która krzyczy, płacze i błaga, abym ratowała jej męża. Również widok siostry Gale'a coś we mnie budzi. Wiem, że cała sytuacja miała coś związanego z Posy, skoro jej zdobycz wisi nad głową piekarza, a ona sama klęczy przed tłumem. Jedyne co wiem, kiedy potężne ramię znowu się unosi, to świadomość, iż Peeta Mellark na pewno uratował życie siostrze Gale'a. Patrząc na jego plecy, drobne i niedożywione ciało Posy poddałoby się po połowie tego, co przeszedł blondyn. Machinalnie więc sięgam ręką do ramienia, pragnę dobyć strzały, ale broń, której nie trzymałam w dłoniach już tak długo, rzecz jasna, leży ukryta w lesie. Zaciskam zęby, przygotowuję się na następny cios. Zanim jednak nadejdzie, Thread warczy:

– Zjeżdżaj.

Nie ruszam się. Z trudem staję na równe nogi i tworzę swoim ciałem barierę, która ma chronić poharatane plecy męża Madge. Thread oblizuje sobie zęby, a na jego twarzy wykwita cień kpiącego uśmiechu. Mężczyzna skinieniem głowy wskazuje bat i pyta:

– Chcesz jeszcze jeden?

– Śmiało – syczę, a pręga na twarzy wywołuje ból, gdy mówię.

Thread wyszarpuje zza pasa spluwę, ale zanim zdąży jej użyć, z tłumu wyskakuje Haymitch, który potyka się o coś. To Darius. Nie zauważyłam go wcześniej. Strażnik pokoju, z którym dawno temu wymieniałam kilka słów na Ćwieku, leży nieprzytomny w brudzie, a na jego czole widnieje ogromny guz. Co tu zaszło? Czyżby chciał powstrzymać Romulusa i pomóc Mellarkowi?

– Dość! – wykrzykuje, a ja wiem, że to nie może skończyć się dobrze. – No pięknie! – burczy i palcami podnosi moją brodę. – Za niecały miesiąc ma wyjazd do Kapitolu na bankiet z okazji Tournée tegorocznego zwycięzcy! Myślisz, że Snow będzie zadowolony, gdy pokaże się z taką buźką w pałacu prezydenckim?!

W oczach mężczyzny z batem dostrzegam błysk zrozumienia. Jestem otulona w ciepłą odzież, nie wymyślne kostiumy z Kapitolu, bez makijażu, warkocz luźno wepchnięty pod palto. Nie tak łatwo rozpoznać we mnie zwyciężczynię, zwłaszcza, że bardzo rzadko pokazuję się w Dystrykcie i połowa twarzy silnie mi puchnie. Na szczęście Haymitch po wieloletnich libacjach z Cray'em nie jest łatwy do zapomnienia.

– Zakłóciła wymierzanie kary przestępcy, który przyznał się do winy! – odwarkuje głośno, a na moim karku włosy stają dęba.

– Nic mnie to nie obchodzi! Mogłaby, nawet wysadzić w powietrze cholerny Pałac Sprawiedliwości! Patrz na jej policzek! Myślisz, że za dwa tygodnie będzie się nadawała do pokazania w telewizji? – warczy Haymitch.

Nieznajomy nadal mówi lodowatym i władczym tonem, ale w jego głosie wyczuwam ledwo słyszalne wahanie. Thread opuszcza dłoń z pistoletem i patrzy na mnie nienawistnie. Przez chwilę walczymy na spojrzenia, ale potem słyszę głos Głównego Strażnika Pokoju, w którym znajduje się lekkie wahanie.

– To nie mój problem.

– Nie? Zatem wkrótce nim będzie, przyjacielu. Po powrocie do domu od razu dzwonię do Kapitolu – odgraża się Haymitch.

– Ukarany zaatakował, a następnie znieważył Kapitol oraz Straż Pokoju. A ta – Thread skinieniem głowy wskazuje Posy – przemycała dziczyznę. Właściwie co jej do tego? – Mężczyzna traci zimną krew.

Właśnie, co mi do tego? Jeśli powiem, że są dla mnie bliskimi, Snow się dowie i będzie miał na mnie jeszcze większego haka. Jeżeli uznam, że to nikt specjalny, wybatożą Mellark a na śmierć i kto wie, co zrobią Posy. Chcę coś powiedzieć, ale brakuje mi powietrza w płucach. Co ja tu robię? Nie powinno mnie tu być.

– To przyjaciele rodziny – szorstki głos Haymitcha rozbrzmiewa po placu. – I gwarantuję, jeśli chcesz się z nimi rozprawić, to będziesz najpierw musiał załatwić dziewczynę!

Uświadamiam sobie, że możliwe, iż jesteśmy jedynymi osobami na placu, które mogą się postawić. Nasza przewaga jest chwilowa, wiem także, że nie tak łatwo ta sytuacja zostanie zakończona, gdy Threada ochłonie. W tej chwili najważniejsze jest dla mnie wyłącznie zapewnienie bezpieczeństwa Posy i utrzymanie Peety Mellarka przy życiu. Nie jestem pewna, co tak naprawdę tu się wydarzyło, ale wkrótce się dowiem.

Thread spogląda na brygadę pomocniczą, a ja z ulgą rozpoznaję twarze starych przyjaciół z Ćwieka. Z ich min wnioskuję, że niespecjalnie dobrze się bawią na tym widowisku, szczególnie jeśli muszą patrzeć na cierpienie osoby, która zawsze posyłała każdemu radosny uśmiech i chętnie prowadziła przyjazne pogawędki. Każdy może powiedzieć, że Peeta Mellark był jedną z tych osób, których nie dało się nie lubić. Jedna ze strażniczek, Purnia, która kiedyś regularnie jadała u Śliskiej Sae, sztywno występuje z szeregu.

– Sądzę, że winnemu została już wymierzona liczba uderzeń należna za pierwsze przestępstwo, panie dowódco – oznajmia. – Chyba że wydał pan wyrok śmierci, który wykonuje pluton egzekucyjny.

Przebiega mnie dreszcz, gdy myślę o Peecie Mellarku z pętlą na szyki, która pozbawi go ostatniego tchu. Thread spogląda to na mnie, to na Haymitcha, to na blondyna, to na Posy, aż w końcu ponownie podnosi głos:

– Bzdura! – wykrzykuje w odpowiedzi na wyrok Purni.

– Ależ, panie dowódco-

– Pięćdziesiąt batów za kłusownictwo! Trzydzieści za znieważenie Straży Pokoju i stolicy! – wykrzykuje Główny Strażnik, do którego powraca zimna krew.

Przez chwilę na placu panuje taka cisza, że wydaje mi się, iż słyszę ciche szepty ludzi, którzy zostali powieszeni lub wybatożeni na śmierć w miejscu, w jakim stoimy, gdzie co roku losuje się dwójkę młodych ludzi, jakich wysyła się na śmierć. Wiem, że to chore legendy, ale przez sekundę wierzę w opowieści z Zakazanej Księgi z Mrocznych czasów przed legendarną i największą IV Wojną Światową, jaka podzieliła świat na tereny wyposażone w wyższą technologię, jakiej człowiek nie widział i obszary, gdzie ludzie wiedzieli co to prąd jedynie z opowieści.

Wracam myślami do sytuacji, w jakiej znalazła się nasza grupa i zastanawiam się jak wyratować Mellarka, ale wtedy Thread oznajmia wskazując we mnie palcem.

– Za trzy tygodnie, ten mężczyzna ma się zgłosić po kolejne trzydzieści batów, dziewczyno – warczy.

– Jego plecy nie zdążą nawet-

– Nie obchodzi mnie to! – przerywa mi. – Jeśli nie stawi się na placu za trzy tygodnie, jego cała rodzina poniesie konsekwencje!

Chcę protestować, ale Haymitch skinieniem głowy przyjmuje propozycję. Thread wyciera dłonią bat, przy okazji opryskując mnie krwią Peety. Potem sprawnie zwija go w pierścień i odchodzi wrzeszcząc o godzinie policyjnej i każe wszystkim się rozejść.

Zanim strażnicy odchodzą za Threadem w niedbałym szyku, ciągnąc za sobą Dariusa, wypowiadam bezgłośnie w kierunku Purnii: „Dzięki". Nie reaguje, ale na pewno zrozumiała.

– Posy. – Odwracam się i podbiegam do dziewczyny. Biorę jej twarz w dłonie i sprawdzam czy ma jakieś poważne urazy. Nie. Jedyna rana, jaką zauważam, to rozcięta warga, na której znajduje się trochę krwi. Szarpię węzły, aż w końcu lina się rozluźnia i dziewczyna oswabadza dłonie. Obejmuję ją ciasno rękoma i gładzę po plecach oddychając z ulgą.

Dopiero, kiedy zza pleców dociera do mnie burczenie Haymitcha, przypominam sobie, że to nie Posy jest tu aż tak bardzo poszkodowaną. Przez chwilę czuję się nawet winna, że to nie Mellark był pierwszy, którego chciałam ratować, ale potem przypominam sobie, że Posy to siostra Gale'a.

– Najlepiej będzie, jeśli zaniesiemy go do młodszej Everdeen – sugeruje Abernathy.

Zauważam, że do tego, co zostało z Mellarka, podchodzą dwaj mężczyźni. Jeden to ktoś z miasteczka, poznaję to po jasnych włosach. Drugą osobą, co mnie dziwi, jest górnik. Trzeci mężczyzna to Vick. Nie mają noszy, ale Haymitch idzie i szybko odkupuje od jakiejś staruszki deskę, której używała jako ladę.

– Tylko nie mówcie skąd ją macie – prosi, pakując w międzyczasie resztę towaru.

Gdy mężczyźni kładą ciało Peety na drewno, wydaje mi się, że zobaczyłam kość z tyłu jego pleców. Chcę się odwrócić i zająć się Posy, ale okazuje się, że Hazelle zdążyła już przybyć na plac. Kobieta bierze córkę pod rękę i przytula ją mocno. Obie coś do siebie mówią, zapewne, że już wszystko dobrze, a potem zaczynają iść za Haymitchem, Vickiem, mieszkańcem miasteczka i przyjacielem Hawthornów z kopalni.

Nagle czuję uścisk na ręce. Leevy, dziewczyna ze Złożyska, chwyta mnie za ramię. W jej szarych oczach widać strach, ale również determinację.

– Odprowadzić was? – pyta.

– Nie trzeba, ale mogłabyś poinformować Mellarków, że ich brat znajduje się u mojej siostry?

– Jasne – zgadza się i momentalnie pędzi w stronę domów, gdzie mieszkają bracia Peety.

Zanim ruszę za pozostałymi, chwytam kurtkę piekarza, która zdążyła przesiąknąć jego krwią. Ktoś sugeruje, abym przyłożyła do twarzy śnieg, więc tak robię, bo wiem, że pręga po bacie nie będzie najlepiej wyglądać.

Po drodze okazuje się, że blondyn, który pomaga przy Mellarku, to jego przyjaciel – Ralph. Znajomy Vicka – Bristel – też pomaga, wyjaśniając, że Peeta ostatniej zimy dał jego synowi dwa bochny chleba, którym zdołali wykarmić rodzinę, podczas gdy on nie mógł pójść do kopalni, bo miał gorączkę i ledwo żył.

Pytam w końcu co tam zaszło i na chwilę zapada cisza. Okazuje się, że Posy wracała z polowania i nie spodziewała się Threada, bo zjawiał się tylko w pierwszym tygodniu grudnia, a teraz mamy styczeń. Oczywiście poszła do Craya, bo dobrze płacił za indyka, którego miała nieszczęście dzisiaj zabić. Dziewczyna zapukała do siedziby Strażnika Głównego, ale zamiast starego Craya, zastała Romulusa. Na miejscu została aresztowana i na nic zdały się jej próby tłumaczeń. Kiedy ciągnęli ją na plac, Peeta zobaczył z piekarni co się dzieje i dla każdego pozostanie zagadką, dlaczego bezmyślnie rzucił się na Threada. Każdy wie, że piekarz jest silny, ale gdy dwóch innych strażników odciągnęło go od Romulusa, a ten przyłożył mu do głowy lufę, zbrodnia Posy była już dawno zapomniana. Za to Peeta został zmuszony do odbycia kary za nią, tak samo jak za siebie. Łącznie musiałby przeboleć sześćdziesiąt pięć batów.

– Miał cholerne szczęście – szepcze Vick, a ja czuję strach w jego głosie. – Nie zdziwiłbym się, gdyby dostał od razu kulkę w łeb.

– Nie zastrzeliliby go – odpowiadam równie cicho, sprawiając, że nawet oddechy moich towarzyszy zamierają. – Thread chciał dać przykład.

Nikt nie rozumiał złości Mellarka, gdy zmuszano go, aby przyznał się do winy. On jedynie patrzył nienawistnie ignorując rozkazy, skutkiem czego było otrzymanie za to kolejnych piętnastu batów, których ostatecznie miał na kącie osiemdziesiąt. Gdy przybiegłam na plac dostał ponad pięćdziesiąt batów. Stracił przytomność około czterdziestego.

– Co zrobił Darius? – wypalam.

– Przy trzydziestym bacie wyskoczył z szeregu wrzeszcząc na Threada, że jest większym chujem, niż Cray, i że nie pozwoli zabić syna piekarza, który jedynie próbował ratować młodą dziewczynę – mamrocze Ralph. Gdy jego spojrzenie pada na wtuloną w bok Hazelle Posy, dodaje ciche przeprosiny za przekleństwo.

– Dariusa czeka marny los – oznajmia Bristel.

Resztę drogi idziemy w ciszy. Mijamy pojedyncze osoby, które pospiesznie kierują się do swoich domów. Każdy kto na nas spogląda, ma strach i litość w oczach. Nikt nie chciałby widzieć dobrego oraz uprzejmego syna piekarza w takim stanie. Nikt nie chciałby być na jego miejscu. Pierwsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy to tchórze. Szybko jednak odganiam od siebie takie określenie. To nie dziwne, że ludzie się boją. Mają rodziny i nie chcą ich narażać. Gdyby można było coś zrobić, na pewno by to zrobili. Jednak nikt niczego nie uczynił, bo 'gdyby' to bardzo niebezpieczna gra, która często podnosi nas na nadziei, aby potem zrzucić z wysokości i połamać nam nogi.

Kiedy docieramy do domu Prim, śnieg pada tak gęsto, że widzę tyle, co nic. W dodatku mam napuchnięty policzek, który nie pomaga. Nie musimy nawet pukać. Drzwi otwierają się z hukiem i Mellark jest od razu wniesiony do budynku. Nie jestem pewna co się dzieje, bo krew szumi mi w głowie, a skronie boleśnie pulsują. Zauważam, że ktoś zdejmuje wszystkie przedmioty ze stołu, który sekundy później zostaje przykryty sterylnie białym obrusem. Materiał od razu zmienia kolor na mocny róż i czerwień, gdy ciało Peety Mellarka styka się z lnianym obrusem.

Moje skupienie wraca pełną siłą, dopiero gdy świeżo umyte i jeszcze wilgotne dłonie Prim dotykają moich policzków, aby trzymać moją głowę stabilnie.

– Więcej śniegu. Nie trzeba szyć – ocenia i oddala się w mgnieniu oka komenderując to samo Posy.

Vick zabiera swoją siostrę i matkę kierując się do jego domu. Chłopak informuje, że jeszcze zajrzy, ale wiem, iż w tej chwili jest dla niego najważniejsze utrzymać całą rodzinę w bezpieczeństwie.

Gdy Hawthornowie znikają, wracam myślami do mojej siostry. Prim może i była słodkim dzieckiem, które płakało, gdy zabijałam zwierzynę i prosiło aby leczyć postrzelonego jelenia, zamiast mieć z niego mięso, ale tak samo, jak nasza matka, widząc rannego, znajdowała się we własnym świecie. Otwarta rana, złamana kość, która wystaje z ręki, poparzenie trzeciego stopnia, czy inne urazy to dla niej najnormalniejsza rzecz. Wtedy ma dwa cele. Zapobiec śmierci i wyleczyć.

Blondynka nalewa do miski wody z czajnika, po czym wyciąga z apteczki zestaw lekarstw, czyli suszone zioła, nalewki i kupione w aptece butelki. Patrzę na jej dłonie, na smukłe delikatne palce, którymi zgniata i wysypuje do miski jedno, wkrapia drugie, a następnie zanurza w gorącej miksturze ręcznik, prosząc kogokolwiek o ponowne zaparzenie wody. Patrzę na nią uważnie widząc tyle podobieństw z naszej matki. Dziewczyna chyba wyczuwa, że jej się przyglądam, bo przez sekundę zerka na mnie, ale potem wraca do pracy. Gdy jej palce zaczynają powoli poruszać się po pooranym batem ciele, spuszczam głowę próbując powstrzymać wymioty. Chcę wyjść. Chcę uciec.

Z transu wyrywa mnie krzyk dziecka.

– Thom! – wszystkie pary oczu odwracają w stronę przerażonego chłopca, który jest gotowy rzucić się do ucieczki. – Thom! – powtarzam, gdy dziecko desperacko próbuje sięgnąć po klamkę, ale jego oczy nie mogą się oderwać od widoku pleców Mellarka.

– Zabierz go stąd! – rozkazuje Haymitch.

– Nie! – wrzeszczy dziecko, gdy chcę wziąć je w ramiona. – Nie! Nie! Puść mnie!

W kuchni wybucha zamieszanie. Ralph i Bristel stoją sztywno nie wiedząc, czy pomóc uspokoić małego chłopca, czy czekać, aż wszystko ucichnie. Słyszę, że Haymitch i Prim wywrzaskują w swoją stronę przekleństwa. Na koniec dociera do wszystkich najbardziej przerażający i raniący uszy ryk Mellarka, który raptownie zrywa się i próbuje podnieść, wydając jeszcze boleśniejsze jęki.

– Trzymajcie go! – rozkazuje Prim mężczyznom.

– Gdzie moja córka?! – krzyczy blondyn w agonii. – Gdzie jest, do cholery moje- ahh! -dziecko?!

Staram się zasłonić Thomowi widok, kiedy Peeta próbuje wstać, wyrywając się z więzów mężczyzn, powodując niekontrolowane krwawienie ran. Widzę jak odstające mięso jest gotowe odpaść od jego pleców. Czerwień pojawia się na całym obrusie, zaczyna spływać ze stołu na podłogę robiąc kałużę o zapachu żelaza. Czuję, jak śniadanie, które jadłam w pociągu podchodzi mi do gardła. Plecy męża Madge przypominają teraz ciało chłopca z Dwunastki, który wraz ze mną pojechał na 74. Igrzyska. Moja głowa zaczyna pulsować, gdy przed oczami pojawia mi się zmasakrowana masa, jaką kiedyś był człowiek.

– Gdzie Katherine?! – krzyczy padając z hukiem na stół i tracąc siłę, aby dalej walczyć. Tu jest za dużo krwi, myślę. – Gdzie moja córka... – pyta zmęczonym głosem, a potem jego powieki opadają, bo traci przytomność.

Cisza. Oddycham głęboko, nie potrafiąc przerwać ciszy. Jest tu za cicho. Niech ktoś coś powie. Jestem zdezorientowana. Widzę błyszczącą od potu skórę Peety, mocno zaciśnięte dłonie Ralpha, Bristela i Haymitcha na jego nogach i przegubach. Cierpi. Muszę stąd zniknąć.

– Wychodzę – oświadczam twardo. Prim odwraca na sekundę głowę w moim kierunku posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie, ale szybko mnie ignoruje. – Nie żartuję, Prim! Wynoszę się stąd. – Aby to udowodnić, zaczynam iść w kierunku wyjścia, zapominając, że mały Thom stoi za moimi plecami.

Peeta pod wpływem mego głosu ponownie odzyskuje jakąś miarę świadomości i próbuje po coś wyciągnąć rękę w moim kierunku. Przez to na jego bandażach, które Prim założyła dosłownie sekundy temu, pojawiają się nowe plamy krwi, a z jego ust wydobywa się bolesny krzyk.

– Zabierz Thoma i idź do Mellarków – mówi Prim.

– Nie-

– Natychmiast! – krzyczy blondynka.

Jęki Peety ranią nie tylko moje uszy, ale również duszę. Chcę żeby choć na chwilę zamilkł i się odprężył. Muszę uciec.

Zanim ktokolwiek zdąża powiedzieć choć jedno słowo, biorę syna Prim na ręce. Haymitch burczy serję przekleństw, a potem wyjmuje z kieszeni po kilka monet i wpakowuje je w dłonie mężczyzn, a ja dziwię się, że wręczył je mieszkańcowi miasteczka, którym jest Ralph.

– Nie wiadomo co stanie się z waszą brygadą – wyjaśnia, a oni kiwają głowami i przyjmują pieniądze.

Uderza mnie to nagle. Czy Ralph jest górnikiem? To praktycznie niemożliwe. Kto u diabła widział blond głowę w kopalniach? Może to tylko ja? Ignorowałam wszystko. Czy w dystrykcie jest tak źle, że rodziny kupieckie nie mają pracy w miasteczku? A może brakuje górników i zmuszają kupców, aby pracowali w kopalniach?

Mężczyźni wychodzą szybko z domu, żegnając się ze mną krótkim skinieniem głowy. Może mnie nie lubią, może boją się mnie, może nie wiedzą, jak mają postępować przy zwycięzcy, ale mimo każdej możliwości, dlaczego to zrobili, odwzajemniam gest.

Ubieram szybko Thoma w kurtkę i ponownie biorę go na ręce, podczas gdy Haymitch i Prim rozmawiają przyciszonymi głosami w sąsiednim pomieszczeniu rozjaśnionym słabym światłem, jakiego źródłem są dwie świece. Chłopiec zdąża się uspokoić i teraz wtula jedynie twarz w zgięcie mojej szyi, aby nie widzieć okropnego widoku w kuchni. Moje serce bije, jak szalone, a ja nie potrafię go opanować. Bez słowa wychodzę na zewnątrz.

– Mały, jak się trzymasz? – pytam drżącym głosem. Od razu żałuję pytania. Wiadomo, że jest przerażony. Jak ma się czuć, kiedy zobaczył zmasakrowane ciało, które wygląda jak krwawa breja, a nie mięśnie?

– Mama uratuje Peetę? – szepcze w moją szyję.

Przez chwilę nic nie mówię. Przypomina mi się kałuża krwi i zastanawiam się, czy Mellark nie stracił jej już za dużo, a ratunek jest daremny. Co jeśli umrze na stole Prim? A to wszystko przez poświęcenie dla Posy Hawthorne.

Ciekawe dlaczego jej pomógł. Wiem tylko tyle, że jeśli ta czarownica, którą jest jego matka, się dowie, to Peeta będzie miał na głowie jeszcze więcej problemów. Nie widziałam, aby rozmawiał z matką od śmierci ojca, ale jestem pewna, że dostanie pouczenie za obronę „śmiecia ze Złożyska".

– Twoja mama to najlepsza uzdrowicielka w dystrykcie – odpowiadam w końcu. Nie wiem czy chłopiec mnie usłyszał przez głośny wiatr, ale chyba tak, bo od razu się rozluźnia. – Powiedz mi o córce Madge i Peety – proponuję, wciąż idąc. Dziecko od razu się rozpromienia i oddala twarz, aby móc patrzeć mi w oczy.

– Katherine. Peeta mówił, że Madgy chciała tak ją nazwać, ale pozwala mi nazywać ją Kat. Tak jest krócej! – oznajmia radośnie i tylko mokre policzki zdradzają, że przed chwilą płakał. – Wiesz, że imię twoje i Katherine ma taki sam skrót? – śmieje się cicho. – Kat-niss i Kat-herine.

Kitty-kat* – podsuwam pomysł z lekkim uśmiechem na twarzy, który wygląda raczej, jak grymas. – Tak nazywał mnie tata, gdy byłam mała – wyznaję.

– Dziadek był śmieszny – parska chłopiec. – Kicia-kot? Ja nazwałbym cię Kotna** – śmieje się, a ja zamarzam.

– Skąd znasz to słowo? – pytam, a Thom wyczuwa chyba, że stąpa po cienkim lodzie i zaczyna się kłopotać.

– Ja- Ja nie wiem. Tak, tylko...

Przytulam chłopca mocniej i żadne z nas nie wraca do tego tematu. Gdy idę w stronę domu Peety przez śnieżycę, czując, jak moje włosy robią się mokre od płatków śniegu, który powoduje, że prawie nic nie widzę, próbuję opanować emocje. Policzek zaczyna pulsować jeszcze mocniej, kiedy słyszę głośne kroki Haymitcha za mną, jakie wywołuję rytmiczny ból w mojej głowie i na twarzy.

– Ralph pracuje w kopalni? – pytam cicho, gdy nas dogania.

– Tak. – Jego krótka odpowiedź mnie nie dziwi.

Drzwi do Mellarków są otwarte. Możliwe, że Prim opiekowała się córką Madge i Peety, gdy ktoś poinformował ją o całym zajściu i dlatego popędziła do domu. Było to dość nieodpowiedzialne, ale słysząc płacz Katherine, wiem, że dziecko jest całe i zdrowe. Gdy puszczam Thoma, jest pierwszym, który wpada do domu i pędzi do starej kołyski, jaka stoi przy stole w rogu pomieszczenia. Chłopiec staje na palcach i szepce coś do niemowlaka, a we mnie zaczyna rodzić się nowy niepokój.

– Cóż, skarbie. Pomatkuj trochę i zmień pieluchę temu kłębkowi problemów.

– Sam zmień jej pieluchę, Abernathy – odwarkuję marszcząc nos.

– Ja z chęcią posiedzę i popatrzę – prycha Haymitch usadawiając się po drugiej stronie stołu.

– Ona nie potrzebuje pieluchy – odzywa się Thom. – Kat lubi gryźć to, gdy jest umoczone w mleku – wyjaśnia wskazując sprytnie zwinięty materiał, który przypomina smoczek, na jaki pozwalają sobie jedynie Kapitolińczycy i ludzie z Jedynki oraz Dwójki. – A jeśli nie działa, trzeba ją dużo nosić – kontynuuje malec, a ja stwierdzam, że chłopiec wie więcej o dzieciach, niż ja i Haymitch razem wzięci. Wychowywałam Prim, prawda. Ale gdy nią się opiekowałam, nie była niemowlakiem, więc opieka Katherine jest dla mnie całkiem nowym terenem.

Gdy zauważam stojącą na blacie butelkę z mlekiem, od razu ją chwytam i zmaczam materiał w białej cieczy. Czuję się niepewnie, gdy podaję zawiniątko maleńkiej istocie w kołysce. Moje serce jednak się topi, gdy dziewczynka przestaje płakać zagryzając zawzięcie zwinięty materiał. Jej błękitne oczy robią się zmęczone i dziecko po prostu ssie szmatkę nasączoną mlekiem, wymachując delikatnie rączką.

– Rozpalę ogień – informuje Haymitch, podnosząc się z krzesła.

Thom z chęcią pomaga mu nakładać drewno do kominka, który wygląda, jakby zaraz miał się rozwalić. Chłopiec chce zapalić również zapałkę i rzucić ją do paleniska, ale Haymitch odmawia. Syn Prim chwilowo się naburmusza, ale wiem, że odziedziczył charakter po matce i kilka sekund później nie pamięta, że był nawet zły.

Wiedząc, że sytuacja jest opanowana, siadam na krześle przy kołysce uważnie obserwując córkę Madge, jakby mogła zniknąć, jeśli nie będę na nią patrzeć. Słyszę głos Thoma i Haymitcha. Gdy na nich spoglądam, zauważam, że grają w karty i dziwię się, iż przetrwały one w kieszeni płaszcza mego mentora. Haymitch tłumaczy synowi Prim, jak grać, ale gdy prawdziwa zabawa się zaczyna, widzę, iż Abernathy pozwala chłopcu wygrywać. Nie wiem kiedy wyciągam rękę i kładę na brzegu kołyski, ale uświadamiam sobie, że bujam nią dopiero, gdy podłoga wydaje ciche skrzypienie.

Do moich uszu dociera ziewnięcie Thoma. Gdy na niego spoglądam, leży zwinięty w kłębek w rogu kanapy. W pomieszczeniu słychać przez chwilę tylko trzaskający ogień z kominka. Wtedy Haymitch podnosi się leniwie na równe nogi i mówi:

– Zajrzę jeszcze do chłopca i będę wracał do domu. – Jego spojrzenie pada na mnie. – Poradzisz sobie z tą dwójką?

Jestem w stanie tylko kiwnąć głową.


O północy przyznaję sobie sama, że jestem wyczerpana. Thom spokojnie śpi na kanapie, przykryty kocem. Katherine też ma zamknięte oczy i odpoczywa w kołysce. Moje oczy również desperacko domagają się snu, ale wiem, że jeśli sobie na to pozwolę, obudzę się z krzykiem strasząc dzieci. Chodzę więc w tę i z powrotem, przecierając oczy co pół minuty. Wzdycham w końcu głośno i siadam przy śpiącym Thomie, głaszcząc jego czarne włosy. Opieram głowę o kanapę i moje oczy mimowolnie się zamykają, gdy do moich uszu dociera delikatne pukanie do drzwi.

Zrywam się gwałtownie, z przeczuciem, że o tej porze nie można spodziewać się niczego dobrego. Wiele razy od moich Igrzysk strażnicy pokoju gościli u kogoś w nocy, a potem tej osoby więcej się nie widziało.

Odruchowo chwytam nóż, który leży na blacie w kuchni i idę do drzwi. Jest ciemno i widzę jedynie zarysy przedmiotów, co pozwala mi się nie potknąć i bezgłośnie podejść do wyjścia. Pukanie rozlega się jeszcze raz, teraz trochę głośniej. Serce zaczyna mi bić szybciej. Słyszę, jak klamka w drzwiach się przekręca. Mija kilka sekund zanim drzwi zostaję otworzone. Od razu skaczę do przodu i przykładam nóż do gardła osoby, jaka czegoś tu szuka. Zduszony jęk rozchodzi się po pokoju, gdy jedynym szarpnięciem stopy, zwalam człowieka z nóg. Głuche walnięcie o ziemię dzwoni w moich uszach, gdy wyginam agresywnie ręce osoby i przygniatam je kolanem na jej plecach.

– Ktoś ty? – syczę.

– Co, do cholery? – pyta zdezorientowany męski głos. – Jestem Luka! Luka Mellark!

Dopiero teraz zauważam proste, krótko ścięte blond włosy. Mimo poznania brata Peety, nie puszczam go. Moje ciało zamarza, a ja nie jestem pewna co zrobić. Rozluźniam chyba uścisk, bo mężczyzna jest w stanie wyswobodzić swoje ręce i zrzucić mnie ze swoich pleców.

– Everdeen? – czuję nutę dezaprobaty w sposobie, w jakim Luka Mellark wypowiada moje nazwisko. – Co ty tu robisz?

Nie odpowiadam. Chwytam z podłogi nóż i zaczynam zmierzać w stronę pomieszczenia, gdzie śpi Thom i Katherine. Brat Peety mi to uniemożliwia, chwytając mnie za ramię. Gdy mocnym szarpnięciem mnie odwraca i chce coś powiedzieć, jednym ruchem wyrywam rękę z jego uścisku i warczę:

– Odwal się.

Blondyn nie odpowiada, ale podąża za mną. Gdy wchodzimy do sąsiadującego z przedsionkiem pomieszczenia, głowa Thoma wystaje zza kanapy, jakby nie był pewny, czy uciec, czy pozostać w miejscu.

– W porządku – szepczę do chłopca, posyłając mu delikatny uśmiech.

Gdy jestem przy blatach, sięgam po świecę i zapałki. Pokój momentalnie staje się o wiele przytulniejszy, gdy rozświetla go słabe światło ognia. Nic nie mówię, gdy głośnie kroki Luki zbliżają się do kołyski z Katherine. Odwracam się powoli i widzę, że mężczyzna schyla się i całuje niemowlę w czoło. Gdy się prostuje, spogląda mi w oczy i posyła mały, ale szczery uśmiech.

– Dzięki, że ją przypilnowałaś.

– Nie ma za co – burczę pod nosem.

Na chwilę nastej cisza. Thom podchodzi do nas i przytula się do mojej nogi. Uśmiecham się do siebie, gładząc chłopca po głowie. W tym czasie Luka siada na krześle, jakby jego nogi były za słabe, aby go utrzymać. Mężczyzna wypuszcza drżący oddech.

– Dziękuję również, że zatrzymałaś Threada. – Widzę, że jego oczy są zaszklone. Zanim jednak jakaś łza zdąża popłynąć po jego policzku, blondyn chowa twarz w dłonie. – Primrose mówi, że się z tego wyliże... – zaczyna szlochać, a jego ciało drży. Czuję, że Thom sztywnieje obok mnie, widząc jak mężczyzna, czyli osoba, która w jego oczach powinna być niezłamana, załamuje się. – Ale Peeta nigdy nie zasłużył na taki los. – Sama robię się słaba. Moje serce bije nierówno, oddech robi się urywany. Nienawidzę patrzeć, jak ludzie płaczą. – Gdy był mały matka nie mogła wybaczyć ojcu i Peecie, że nie dostała córki. Był dzieckiem, a ona-

– Wystarczy – nakazuję twardo. Czerwone i zapuchnięte oczy spotykają moje, potem zjeżdżają na przerażonego Thoma.

– Przepraszam – mówi wymuszając uśmiech, który posyła chłopcu, dzięki czemu dziecko rozluźnia się choć trochę. – Od małego chłopca, jedyną poniewieraną i krzywdzoną osobą, jaką mógł znieść, był on sam – szepcze, a jego głos się łamie. Teraz nie daje rady powstrzymać nagłego jęknięcia, które przekształca się w szloch.

Przełykam ślinę, czując, że serce podchodzi mi do gardła. Każde słowo Luki jest prawdziwe. Peeta Mellark zawsze będzie robił z siebie most, który umożliwi ludziom ucieczkę przed niebezpieczeństwem, i sam sobie będzie wyrządzał krzywdę. Położy się na drucie, aby przepuścić innych, kiedy większość przecięłaby drut. Peeta Mellark jest za dobry dla świata w jakim żyjemy.

– Jest dobrym człowiekiem – mówię po kilku minutach. – Prim mu pomoże.

Kiedy Luka kiwa głową, wiem, że jutro będę musiała zamówić na stacji leki z Kapitolu. W warunkach, nawet takich, jakie panują u Prim, łatwo o zakażenie. Poza tym, leki na ból również by nie zaszkodziły.

Gdy siadam na kanapie z Thomem, moje oczy są nieobecne. Nie przyciąga mojej uwagi ogień lub chłopiec, który we mnie się wtula, czy brat Peety, jaki nosi Katherine, która się obudziła i zaczęła płakać. Pierwszy raz od miesięcy nie myślę o momencie, kiedy będę mogła się upić, żeby mnie zamroczyło. Teraz jestem świadoma tylko tego, że popełniłam kolosalny błąd. Może na tę chwilę uratowałam Mellarka i Posy, ale jeśli kamera z Centrum Straży Pokoju ujęła moment, kiedy staję między bat, a Peetę Mellarka i Posy Hawthorne – to właściwie postawiłam krzyżyk na nich i ich rodziny.


Gdy o czwartej nad ranem wykradam się z domu Mellarków, pozostawiając Thoma i Katherine wtulonych w ramiona śpiącego Luki, postanawiam zajrzeć jeszcze do Prim. Nie spodziewam się jednak, że zastanę Rory'ego siedzącego przed wejściem na schodach z zaczerwienionymi oczami i czubkiem nosa różowym od mrozu. Jeszcze ciemne niebo i padający śniegu, jaki zmniejsza zasięg widzenia do minimum, sprawia, że zauważam go dopiero przed samym domem. Chłopak dostrzega mnie dopiero, gdy siadam obok niego.

– Cześć – wita się ściszonym głosem.

– Cześć – odpowiadam wtulając się w jego bok.

– Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać – wyznaje.

To prawda, ale nic nie mówię. Rory choć był dla mnie bolesnym widokiem po śmierci Gale'a, to i tak zatrzymałam go przy sobie. Nie wiem czy to podobieństwo w wyglądzie, czy podobny charakter, ale pozwoliłam sobie na jego komfort, choć nikt nigdy nie widział i nie podejrzewał, że Rory Hawthorne mógłby utrzymywać jakieś ciepłe relacje ze mną. Chłopiec stał się żywicielem rodziny po śmierci Gale'a i polował w wieku trzynastu lat tak jak on. Choć nienawidzę siebie za to, to i tak czasami wyobrażam sobie, że obok mnie nie siedzi Rory Hawthorne, ale Gale Hawthorne. Tak jest łatwiej, bo wiem, że nie otworzyłabym się tak bardzo przed nikim, poza Gale'em.

– Spieprzyłam – mówię w końcu zamykając oczy, aby wiatr ich nie podrażniał i nie wycisnął żadnych łez. – Spieprzyłam i to bardzo.

– Myślisz, że Snow się dowie? – pyta cicho obejmując mnie ramieniem.

– Na pewno się dowie. – Rory wie, że słowa nie pomogą, ale czuję, jak jego mięśnie się napinają. Wiadomo, że martwi się o Posy. Dziewczyna ma jeszcze dwa losowania przed sobą. – Ile Posy ma wpisów? – pytam w końcu.

– Szesnaście – wzdycha i po chwili milczenia dodaje: – Jestem zmęczony, Katniss. Jestem zmęczony tym życiem. Mam dosyć odliczania dni do kolejnych Igrzysk i strachu, czy to ty, a co gorsza, ktoś ci bliski zostanie wysłany na śmierć. To co stało się na placu... Vick mi wszystko opowiedział. Jak myślisz, kto powinien ponieść karę? – W odpowiedzi spoglądam na niego jedynie z uniesioną brwią w pytaniu. – Nikt. To co wydarzyło się na placu nie powinno mieć miejsca. Peeta Mellark to najuczynniejszy i najniewinniejszy człowiek, jakiego znam. Każdy kupiec, a nawet mężczyzna ze Złożyska zawsze przegania głodujące dzieci z krzykiem. Peeta Mellark nigdy nie odprawił żadnego bez ciastka w dłoni. Czasami, gdy zdarzało mi się zajść do nich, gdy Madge była w ciąży... Peeta zawsze szedł do łóżka, dopiero wtedy, gdy wiedział, że jego żona i rosnąca w jej brzuchu córka są syte. Nie narzekał, nawet się nie żalił jak przyjaciel przyjacielowi, gdy szedł do łóżka z pustym żołądkiem. Gdy go zapytałem, dlaczego sam trochę nie zje, Madge nic by się nie stało, oznajmił, że jest szczęśliwy, iż jego żona i dziecko nie są głodne i to mu wystarczy do przeżycia. – Rory milknie, a ja zauważam jego trzęsącą się dolną wargę. Patrzę przez chwilę na jego profil twarzy, a wtedy chłopak wydaje zduszony szloch i kuli się, jakby dostał z kopa w brzuch. Automatycznie obejmuję go ręką. Teraz nie widzę męża mojej młodszej siostry, który jest gotowy nastawić głowę dla rodziny. Teraz widzę małego chłopca, który rozwalił kolano i płacze z bólu. – Och, Katniss... – jego głos się łamie, gdy wypowiada moje imię. – On uratował życie mojej siostrze. Nie jestem w stanie spłacić tego długu... Nie jestem w stanie...

– Wiem – wyrzucam nagle powodując, że Rory sztywnieje. – Ja też nie jestem w stanie spłacić swojego długu.

Nie wiem, jaki miałam cel, mówiąc mu to. Może chciałam go pocieszyć, a może sekret skrywany od prawie dwóch dekad był dla mego serca już za ciężki i musiałam go komuś powiedzieć. Choć czuję, jak robi mi się lżej na sercu, to i tak żałuję, że to powiedziałam. Teraz muszę wyjaśnić, przyznać, że kiedyś byłam słaba i przyjęłam darmochę, powiedzieć, iż Katniss Everdeen była gotowa umierać, kiedy zjawił się chłopiec z chlebem.

– Gdy miałam jedenaście lat, Peeta Mellark uratował mi życie. Nawet mu nie podziękowałam.

Nie jestem w stanie powiedzieć czegokolwiek więcej. Moje słowa wiszą w powietrzu, kiedy staję na równe nogi i zaczynam iść do mego domu w Wiosce Zwycięzców.


*kitty - kiciuś; kat [cat] - kot
**Kotna [Catnip] - inaczej Kocimiętka


tumblr: wwrebel1992