Songs: Holes In The Sky by M83 ft. HAIM
Hope Builds A Home by Alex De Menthon ft. Chris White

Nie zawłaszczam "Igrzysk Śmierci" autorstwa S. Collins.


– To nie fair! – mówię gotowy się rozpłakać. Tatuś zawsze pozwala wziąć mi choć jedno ciastko.

– Co, będziesz dzidzią i się rozbeczysz? – śmieje się Luka.

– Jeśli nie zdobędziesz sam ciastka, to udowodnisz tylko, jakim bachorem jesteś – dokucza Rye.

Czuję, jak w oczach zbierają mi się łzy. To, że jestem młodszy i niższy, nie znaczy, że jestem dzieckiem. Luka i Rye zawsze mi dokuczają. Mam pięć lat, a oni osiem i jedenaście. To nie taka wielka różnica! Widziałem Delly Cartwright, jak bawiła się z jej trzyletnim bratem i wyglądali na najlepszych przyjaciół. Czasami, gdy leżę w łóżku twarzą do ściany, próbuję przestać być dużym chłopcem, którego chcę, aby wszyscy we mnie widzieli i pozwalam cicho łzom płynąć po moich policzkach. Tatuś mówi, że zdobędę w szkole mnóstwo przyjaciół, ale to jeszcze kilka miesięcy, zanim pójdę do pierwszej klasy. Chciałbym być dość dobry, aby moi bracia chcieli się bawić również ze mną.

Z wściekłości przytupuję nogą, gdy podchodzę do blatu, na którym stoi dzbanek z ciastkami. Łzy zebrały się już w kącikach moich oczy, gdy sięgam rączkami, aby chwycić się za krawędź mebla. Stawiam stopę na klamkę szafki i z całych sił podciągam się do góry. Przed moimi oczami wykwita duży gliniany dzbanek, w którym umieszczone są miodowe ciasteczka. Wyciągam rączkę i zaciskam paluszki na uchu naczynia i wtedy moja stopa ześlizguje się z uchwytu szafki. Zaciskam oczy i przez kilka sekund nie wiem co się dzieje. Dopiero roztrzaskujący się dzbanek przywołuje mnie do teraźniejszości. Nie zdążam poczuć bólu na dłoni, z której toczą się grube krople krwi, a moi bracia już pomagają mi wstać.

– Peet, szybko – pospiesza Luka. Próbuję wykonać polecenie i być silnym, ale moje nogi są jak z galarety, tracę w nich czucie. – Pospiesz się, do cholery! Chcesz, żeby-

– Co tam się dzieje, cholerne gówniarze?! – Zamieramy w miejscu. Nie ma już ratunku. Mamusia się dowiedziała.

Kocham mamusię i bardzo chcę, aby była ze mnie dumna, ale ona nigdy nie jest. Pani, która stoi w wejściu do kuchni to ktoś straszny. Jej ciemne blond włosy są związane w ciasny kok z tyłu głowy, a lodowate oczy są pełne gniewu i nienawiści. Nie ma tam miłości. Widzę, jak jej usta zaciskają się w cienką linię i wiem, że dostanę lanie.

– Coście znowu zrobili?! – syczy.

– Mamo- – próbuje Luka, ale nigdy nie ma okazji, aby dokończyć.

– To ty! – wykrzykuje nienawistnie wskazując palcem na mnie. – Wiesz ile kosztują nas nowe naczynia?! Nawet bez twojej pomocy, bezużyteczny pasożycie, mamy ich za mało! A ty jeszcze je niszczysz?! – wrzeszczy zbliżając się do mnie.

Od razu się kulę. Boli mnie głowa i ręką. Nie chcę żeby mamusia na mnie krzyczała. Przypomina mi się kiedy uderzyła mnie pierwszy raz. Było to kilka miesięcy temu. Rozsypałem trochę mąki, gdy bawiliśmy się z Luką i Ryem w berka. Moje nogi nie były jeszcze tak bardzo stabilne, jak ich. Aby złapać równowagę chwyciłem za papierowy worek z mąką. Oczywiście wcześniej były inne rzeczy. Ale za nie zostawałem tylko przełożony przez kolano i dostawałem kilka uderzeń pasa po pośladkach. Kary nigdy nie wymierzał tata, zawsze to była tylko mama.

Luka i Rye stają przede mną. Jestem im za to wdzięczny.

– Mamo, to nie jego wina – protestuje Luka.

– Chciał tylko ciastko, mamo. Przepraszamy – mówi cicho Rye.

Ona jednak nie słucha. Przepycha się i łapie mnie za ramię. Jej paznokcie wbijają się w moją skórę, a ja wiem, że zostaną ślady. W moich oczach od razu pojawiają się łzy przerażenia.

– Mamusiu, ja nie chciałem! – krzyczę wystraszony. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Proszę, mamusiu, nie, proszę! – błagam nie próbując już tamować łez, które gęsto płyną po moich policzkach.

Ona nie słucha. Ciągnie mnie po schodach, kiedy błagam ją o litość. Nie myślę, czy Luka i Rye idą za nami, czy zostali w kuchni, czy może pobiegli po tatę. Teraz chcę po prostu uciec.

Następna rzecz, jaką przyswaja moja głowa to brutalne dłonie mamy, które ustawiają mnie tak, aby ciosy pasem były najboleśniejsze. Zaciskam oczy i zagryzam mocno dolną wargę. Teraz płacz i proszenie pogorszą tylko sytuację. Pierwszy cios powoduje, że z gardła wyrywa mi się krótki krzyk. Poważnie rozważam ponowne błaganie o litość, ale zanim zapadnie decyzja czuję kolejne uderzenie skórzanego materiału po moich pośladkach. Zagryzam wargę jeszcze mocniej. Zaczynam czuć smak krwi w ustach. Kolejne uderzenia, albo są lżejsze, albo moje ciało przyzwyczaja się do bólu. Mamusia szarpie moje spodnie, aby ukryć okropnie zaczerwienioną skórę. Po tym następuje uderzenie po twarzy. Cała lewa strona mojej głowy pulsuje i piecze od wrzącej w ciele krwi. Cios posyła mnie na kolana. Padam na szorstki dywan w łazience.

– Mamusiu, proszę... – słyszę swój słaby głos.

– Jesteś bezużyteczną istotą! Najlepiej, gdybyś zdechł! – wrzeszczy i wymierza mi kopa w brzuch.

Zauważam tylko łzy gniewu, nie współczucia, gdy moja głowa uderza o podłogę. Mamusia wybiega z łazienki płacząc, a ja wiem, że znowu ją zawiodłem. Leżę i nie ważę się ruszyć. Wiem, że zrobiłem źle. Poniosłem za to karę. Ale kiedyś, gdy sam będę tatusiem, nigdy nie będę tak karać swoich dzieci.

W porównaniu do poturbowanej skóry na pośladkach, mój brzuch i miejsca nad nim są katuszami. Kiedy oddycham, mam delikatnie rozchylone usta, to pomaga. Czuję, że z obu dziurek w moim nosie coś spływa. Nie ważę się sprawdzić, co. Nie wiem ile czasu mija, kiedy czuję na pulsującej głowie ciepłą dłoń.

– Tatuś – szepczę, a mój głos brzmi jak pisk.

– Peeta – odpowiada równie cicho, podnosząc mnie jak najdelikatniej, a ja widzę, jak jego oczy błyszczą. – Już dobrze, kolego. Już dobrze – powtarza w kółko.

Chcę powiedzieć, aby nie płakał. Nic się nie stało, tatusiu. Nie daję rady tego zrobić. Tata cierpi przeze mnie. Tata jest smutny przeze mnie. To wszystko przeze mnie. Gdybym mógł, od razu odebrałbym ból tatusia i sam go wycierpiał.

Kiedy udaje mu się przekręcić mnie na kolana, ląduję przed muszlą klozetową i wymiotuję to, co miałem w żołądku. Nienawidzę wymiotować. To tylko marnowanie jedzenia. Tak zawsze mówi mamusia, gdy jestem chory i źle się czuję. Ale tatuś mówi, że to nie moja wina, i że nie powinienem się o to martwić. Mimo to, martwię się.

– Przepraszam – mówię, gdy tatuś przeciera moją twarz wilgotną ścierką.

Luka i Rye stoją z opuszczonymi głowami w połowie kryjąc się za framugą drzwi. Może myślą, że to ich wina? Chcę powiedzieć, że to nieprawda. Ja zniszczyłem dzbanek, ja poniosłem karę. Taka jest kolej rzeczy, czyż nie?

– Och, mały człowieku, za nic nie przepraszaj. – Tatuś posyła mi pokrzepiający uśmiech i głaszcze po głowie. Wtulam się w dużą, szorstką, ale także ciepłą dłoń, czując małą ulgę. Gdy kończy opatrywać ranę na mojej dłoni, pyta: – Co jeszcze cię boli?

– Brzuszek – wyznaję. Pomijam fakt, iż pieką mnie również pośladki. Jestem duży i przecierpię to małe draśnięcie.

Tatuś powoli zdejmuje ze mnie ciemną koszulkę, która została wymazana krwią, a jego oczom ukazuje się zaczerwienione ciało. Nic nie mówi, ale w jego oczach ponownie pojawiają się łzy. Próbuję być silny i się nie krzywić, gdy otrzymuję zimny okład na brzuch.

Potem tata ubiera mnie w ciepłe rzeczy i cały czas niesie w rękach, gdy wychodzimy z domu. Wtulam się w jego ciało i próbuję zignorować ból w brzuchu. Nie wiem dokąd idziemy, ale dopiero, gdy jakaś pani, o jasnych blond włosach i błękitnych oczach zdejmuje ze mnie bluzkę i delikatnie dotyka miejsc, gdzie uderzyła mnie mama, zaczynam ponownie odzyskiwać świadomość.

– Jesteś bardzo dzielnym chłopcem, Peeto – mówi uśmiechając się do mnie pokrzepiająco. Nie jestem w stanie nic powiedzieć, więc, mimo bólu, odwzajemniam jej promienny i miły dla oczu uśmiech.

– Liliah, co z nim będzie? – słyszę z boku głos tatusia, ale nie odrywam oczu od pani przede mną.

– Chłopiec jest bardzo poobijany, Enoch – mówi pani o blond włosach, odwracając się ode mnie. – Ma dwa złamane żebra. Nie wywoła to żadnych mocniejszych uszkodzeń, ale... To dziecko, Enoch. Jego kości szybko rosną. Będziecie musieli przychodzić na kontrolę przez kolejny miesiąc.

Oczywiście tatuś się zgadza, bo mnie kocha i nie chce, abym cierpiał. Żegnamy się z miłą panią i wracamy do domu. Tracę poczucie czasu. Pamiętam już jednak wrzaski rodziców z sąsiedniego pokoju, gdy się kłócą. Kiedy tatuś przychodzi, aby ułożyć mnie do snu, przynosi kolejny zimny okład. Luka i Rye siedzą na moim łóżku, jak strażnicy i przedrzeźniają się nawzajem wywołując u mnie cichy śmiech.

– Chłopcy, czas do łóżek – mówi łagodnie tata.

Luka i Rye przytulają mnie powoli, aby nie wywołać większego bólu i chowają się pod kołdrami w swoich łóżkach. Tatuś siada na brzegu mego i przykłada do boku mojej głowy chłodny materiał. Automatycznie przysuwam się do niego, wtulając się i zamykając oczy z ulgi, gdy czuję chłód, który odejmuje trochę pieczenia na twarzy.

– Tak bardzo przepraszam, Peet – szepcze tata głaszcząc mnie po głowie. Moje blond loki padają na moje oczy, ale tatuś momentalnie je odgarnia, a ja jeszcze bardziej wtulam się w bezpieczeństwo jego rąk. Zasypiam w bólu, ale ze świadomością komfortu, jaki daje mi tata.


Gdy otwieram oczy, jedyne co czuję to drętwość. Mija ona szybko, a rzeczą, jaka ją zastępuje jest ból. Okropny ból. Ten koszmar był inny, myślę. Ten koszmar nie był do końca koszmarem, bo to się wydarzyło. Był to pierwszy raz kiedy matka poważnie mnie pobiła. Przypominam sobie, jak jej dłoń trzaskała mnie po twarzy, a pulsowanie w głowie od razu się nasila. Przez chwilę nawet zastanawiam się, czy tak właśnie czuje się Haymitch Abernathy, gdy przez dłuższy czas nie pije alkoholu. Światło, jakie pada na moją twarz powoduje jeszcze bardziej nierówne łupanie w głowie. Mój język można śmiało porównać do papieru ściernego, co uniemożliwia mi stworzenia jakichkolwiek słów. Mam wrażenie, że ktoś zrywa skórę z moich pleców, gdy chcę się podnieść. Z mego gardła wydobywa się zachrypnięty i wypełniony cierpieniem jęk. Mam wrażenie, jakbym słuchał i oglądał inną osobę, ale to ja.

– Sz... Sz... – czyjś głos mnie uspakaja. – Spokojnie. Nie ruszaj się.

Próbuję odpowiedzieć, zapytać co się stało, ale jedyne co jestem w stanie wydusić to stęknięcie zmieszane z wibracją zdartego gardła. Wydaje mi się, że moja głowa jest dwa razy za duża, a powieki zbyt ciężkie, więc z rezygnacją opadam na równię, na jakiej się znajduję i pozwalam sobie zamknąć oczy.

Mija dłuższa chwila, nim zaczynam ponownie czuć oddziaływanie świata zewnętrznego. Gdy na moich plecach ląduje coś bardzo chłodnego, nie potrafię kontrolować skomlenia, którego jestem źródłem. Próbuję zacisnąć pięści i przeboleć początkową torturę, ale napinając mięśnie, karzę sam siebie jeszcze bardziej. Oczy zaciskam tak bardzo, iż po kilku chwilach czuję, że po policzkach spływają mi łzy. Kolejna warstwa zimnej substancji ląduje na moich plecach, a ja wydaję jeszcze bardziej przeraźliwy jęk. Przestań, nakazuję sobie. Czuję czyjeś dłonie, jakie zaczynają zdejmować coś z mego ciała. Pot spływa po szyi i czole, gdy zaciskam zęby, aż do bólu. Przestań, przestań, przestań, dasz radę. Gdy coś zostaje zerwane z moich pleców wydaję głośny ryk. Ucisz się, bezużyteczna istoto! Nie potrafię powstrzymać łez, które spływają z moich oczu z bólu. Moje serce wali jak młot, gdy z hukiem padam na coś drewnianego. Sekundy komfortu nadchodzą, gdy ktoś otwiera drzwi i do pomieszczenia wpada chłodzący rozpalone ciało wicher.

– Katniss – teraz rozpoznaję głos Prim.

– Jak on się miewa? – Głos Katniss jest cichy, zrezygnowany i niezdecydowany. Musiała pić, inaczej by warknęła.

– Przeżyje. – Na chwilę nastaje cisza. – Jak twoje oko?

– Już prawie o nim zapomniałam – burczy pod nosem brunetka. – Załatwiłam leki z Kapitolu. Morfalina, coś na zakażenie i leki na przeziębienie i gorączkę

– Dobrze. Przydadzą się nie tylko Peecie. Dużo dzieci z domu komunalnego choruje o tej porze roku.

W następnej chwili słyszę jedynie szeleszczenie torebki, w której prawdopodobnie znajdują się lekarstwa. Chcę poprosić, aby nie przestawały mówić. Desperacko pragnę słyszeć głosy Katniss i Prim, aby wiedzieć, że wciąż tam z nimi jestem, że wciąż żyję. Jestem w stanie wydusić z siebie niewyraźne Proszę.

– Daj mu morfalinę – nakazuje Katniss. – Nie widzisz, jak cierpi?! – jej głos staje się dziwny, dość wysoki i niepodobny do niej.

Proszę – powtarzam błagalnie, czując jak na moim ciele pojawia się więcej potu.

– Mów do niego – rozkazuje Prim, a ja nie potrafię zrozumieć, jak taka delikatna osoba może być tak stanowcza.

– Nie – po tonie brunetki wiem, że nie zmieni zdania.

– Więc mów do mnie – nakazuje blondynka, tym razem łagodniej. – Muszę przygotować leki, Katniss. Nie ważne co, po prostu mów.

– Nie jestem dla niego nikim bliskim, Prim. A on nie jest dla mnie. Niech się cieszy, że wyratowałam go na placu. Wątpię, aby Thread się nad nim ulitował, gdyby Hazelle do mnie nie przybiegła.

Przez moment czuję ból w sercu. Och, Katniss. Gdybyś wiedziała, jaka jesteś mi bliska. Może cię nie znam, jak Prim, czy Madge, ale moje serce od najmłodszych lat należy do ciebie. Szkoda, że bez wzajemności.

Szybko jednak zaczynam być zdezorientowany, ogarnia mnie zaskoczenie. Co brunetka ma na myśli, mówiąc, że mnie uratowała? Szlag, ile bym dał, aby wiedzieć, co wydarzyło się na Placu Głównym, gdy zemdlałem. Thread odpuścił mi resztę kary? Wątpię w to. Najbardziej boję się, że przyjdzie skrzywdzić moją córkę lub resztę rodziny, za to, że nie odbyłem swojego wyroku.

– Katniss, zważaj na swoje słowa – odwarkuje Prim. – Pamiętaj, że to Peeta uratował Posy. Gdyby nie on, siostra Gale'a byłaby martwa! On ledwo to przeżył! Myślisz, że jej ciało wytrzymałoby tyle batów? – krzyczy, a po tonie jej głosu można poznać, że w jej oczach zbierają się łzy. Może kilka się już wymknęło i spływa po jej bladej twarzy z zarumienionymi policzkami?

Nastaje dłuższa chwila ciszy. Zastanawiam się, czy straciłem świadomość, czy po prostu kobiety zamilkły. Nie obchodzi mnie to. Pragnę tylko usłyszeć czyjś głos. Wiedzieć, że nie jestem sam. Wiedzieć, że nie pozostawili mnie na śmierć w samotności.

– To nie zmienia faktu, że jest głupcem – szepcze Katniss głosem, który łamie się na ostatnim słowie.

Po kilku sekundach słyszę trzaśnięcie drzwi. Mam wrażenie, że przechodzi mnie dreszcz. I przez to, że Katniss wyszła, i przez strach przed tym, co może się stać w najbliższych dniach.

Niedługo później ktoś ponownie wchodzi do domu. Rozpoznaję męski głos.

– Delly Cartwright zajmuje się Katherine – mówi Rory. Po dłuższej chwili pyta: – To znowu Katniss, prawda?

Nie wiem o co mu chodzi. Co znowu zrobiła starsza siostra Everdeen? Pomogła? Zaszkodziła? Uciekła? Wtrąciła się? Nie mam pojęcia. Ból w głowie się zwiększa, a ja nie mogę myśleć. Teraz chcę tylko stracić przytomność, aby nie cierpieć. Wiem, że to egoistyczne i głupie, ale teraz pragnę tylko tego.

– Przytrzymaj go – odpowiada Prim ignorując kompletnie pytanie jej męża. Szumienie w głowie nasila się. Na moim ramieniu zaciskają się dwie dłonie. Następnie coś wbija się w moje ciało, a ja ponownie daję wymknąć się krótkiemu krzykowi. Szybko jednak nadchodzi ulga i czuję, jak moje napięte mięśnie się rozluźniają. – Morfalina zaczyna działać – wyjaśnia ktoś. – Na pewno mu pomoże.

Zasypiam.


Gdy otwieram oczy po raz kolejny, zachodzące światło, które pada przez okno, nie powoduje już takiego bólu. Choć czuję pewien dyskomfort, a mój policzek leży na czymś twardym i wiem, że będę miał odbity ślad, to i tak jestem rozluźniony. Może to przez zmęczenie, jakie znalazło miejsce w moich mięśniach, może przez chwilę spokoju, jaki panuje wokół mnie, ale nie mam ochoty, ani się podnosić, ani robić cokolwiek. Mrugam kilka razy, a wtedy dociera do mnie głos, który towarzyszy mi od pierwszego dnia szkoły.

– Och, Peeta! – Delly jest bliski załamania.

– Delly – mruczę, uśmiechając się delikatnie i przymykając powieki. Zauważam, że trzyma w rękach jakieś zawiniątko i od razu przypominam sobie o Katherine. – Wiesz co z moją córką? – pytam niewyraźnie, bo jedna strona mojej twarzy jest przyciśnięta do stołu, na którym prawdopodobnie leżę. Zapewne u Prim. Nie raz wpadałem na górnika z poparzeniem, który leżał na tym stole, gdy zaglądałem do Prim.

– Spokojnie. To ona – wyjaśnia, pokazując mi owiniętą w chustę Katherine, która spokojnie śpi w jej ramionach. – Moi chłopcy dręczą dzisiaj babcię. Ja podzieliłam się na zmiany z Luką i Ryem. Kiedy są w pracy, ja będę robić za niańkę, a wieczorami się zamienimy.

– Dzięki, siostra – śmieję się cicho, a Delly kołysze w ramionach moją córkę, sama uśmiechając się. Ten wyraz szybko znika z jej twarzy, a ja wiem o czym myśli. Od razu czuję się winny. – Przepraszam – szepczę.

– Nie masz za co przepraszać, Peeto – mówi, jej głos drży. Pierwsze łzy pojawiają się w jej ciemnoniebieskich oczach. – Posy Hawthorne to niewinna dziewczyna, która chciała wykarmić swoją rodzinę. A ty... Nikt nie był na tyle odważny, aby jej pomóc. Nie wiem, czy zrobiłeś to ze względu na to, co stało się twemu ojcu, czy z innego powodu. Ale powinieneś być świadomy, że... uratowałeś jej życie.

– Delly, przestań- – chcę zaprotestować.

– Nie! – jej głos się łamie, a policzki są już mokre od łez. Dziewczyna siada na stołku przy stole i odgarnia włosy z mego czoła. Skóra na jej dłoni jest miękka i delikatna, jak u Madge. Zamykam oczy, gdy przeczesuje palcami moje włosy, a jej paznokcie delikatnie zahaczają o czaszkę. – Nie wiem dlaczego ciebie to spotyka. Nie wiem dlaczego tak dobrodusznego i poświęcającego się człowieka, spotyka takie zło.

Wiem o czym mówi. Najpierw byłem tylko niechcianym synem. Matka nigdy nie wybaczyła mi, że jestem chłopcem, co jest absurdalne, bo nie miałem na to wpływu. Za każdy błąd, jaki popełniłem w dzieciństwie, ponosiłem karę. Nie jestem w stanie zliczyć liczbę lań, jakie dostałem. Pamiętam, jak pragnąłem aprobaty ze strony mojej rodzicielki. Każdą rzeczą, jaką robiłem, próbowałem ją zadowolić. Przestałem się starać w wieku piętnastu lat, gdy uznałem, że to bezcelowe i nigdy nie przekonam czarownicy, jaką była moja matka, aby pokochała jej trzeciego syna. Kolejną karą była utrata osoby, którą szczerze kochałem. O tym wiedziała tylko Delly i Madge. Moi bracia i ojciec mogli się jedynie domyślać. Potem były inne porażki, które jakoś przebolałem. Jednak kiedy w wieku dwudziestu czterech lat moja własna matka dopuściła się na naszej rodzinie zdrady, jaka kosztowała naszego ojca życie, sam zadałem sobie pytanie: Co zrobiłem, aby zasłużyć na taki los? Ojciec, który kochał mnie od moich pierwszych dni, ten który wspierał mnie mimo wszystko, musiał umrzeć. Nie. Och, nie. Nie była to czarownica, jaką obdarzyli mianem matki. Nie była to kobieta, która biła swoje dzieci. Był to piekarz. Dobry mężczyzna, który nie chciał pozostawiać podłego człowieka, jakim była... i jest Eleonora Mellark.

– Wie, że mnie wybatożyli? – pytam w końcu, a ostatnie słowo powoduje, że przez moje ciało przebiega dreszcz bólu.

– Lepiej byłoby zapytać, kto nie wie, Peeto – wyznaje cicho Delly, nadal kołysząc Katherine. – Twoja matka nie podaruje ci za to, że wziąłeś karę za dziecko ze Złożyska.

– Nie obchodzi mnie to. Moja matka nie ma wstępu do życia mego i mojej rodziny od czasu, kiedy zmarł ojciec. – Zaciskam zęby, bo przez to, iż się denerwuję czuję coraz większy ból. I nie tylko fizyczny.

– Peeto, wiem, że nie chcesz mieć z nią nic wspólnego, ale wątpię, aby dała ci spokój, biorąc pod uwagę, że w całym wydarzeniu brali Zwycięzcy.

– Co? – nie rozumiem.

– O nie... – Oczy Delly się zwiększają, a ona otwiera usta, jakby zabrakło jej słów. Marszczę brwi w zmartwieniu. Co się stało? Jacy Zwycięzcy? O czym ona mówi? – Peeto, nic ci nie powiedzieli, prawda? – pyta w szoku.

– Nie mieli okazji. Cały czas byłem nieprzytomny – wyjaśniam coraz bardziej zdezorientowany i zdenerwowany.

– Nie otrzymałeś całej kary. – Moje oczy się rozszerzają w zdumieniu. – Po pięćdziesiątym bacie Katniss Everdeen wskoczyła między ciebie a Threada. Potem dobiegł Haymitch Abernathy.

Nie wiem co o tym myśleć. Moja głowa próbuje wyciągnąć jakąkolwiek myśl, na której będę mógł się skupić, ale żadna nie może opisać tego, co czuję. Przecież... Och! O tym mówiła Katniss. Gdyby nie ona, Thread wycisnąłby ze mnie ostatnią kroplę krwi. Katniss Everdeen uratowała mi życie. Nigdy nie zamieniła ze mną więcej niż kilka słów, a teraz... Ratuje mi życie.

Do mojej głowy wdziera się dzień, którego się wstydzę. Dzień, którego zachowałem się jak tchórz. Jej drobna sylwetka pod starą jabłonią przy piekarni przemyka przez moje myśli. Powinienem do niej wybiec, powinienem był otulić ją w swoją kurtkę i zaprowadzić ją do domu, dając przy okazji chleb i jeszcze trochę jedzenia. Widziałem, że było źle. A jedyne co zrobiłem, to rzuciłem jej dwa bochny chleba, jak zwierzęciu.

– Thread rozkazał ci za trzy tygodnie wrócić po pozostałe trzydzieści batów, bo... – Delli się waha.

– Co zrobi? – pytam zniecierpliwiony, maskując strach.

– Zagroził, że ukaże twoich bliskich, Peeto – szepcze bardziej przyciskając Katherine do piersi. Na jej twarzy jest wymalowany ból.

– Och, Delly... – Moja rodzina jest dla Delly, jak rodzona. Wiem, że boi się o nich tak samo, jak ja o jej synów, męża lub młodszego brata. – Spokojnie, siostra. Zgłoszę się po te baty... W trzy tygodnie rany powinny się zasklepić. – Dam radę, Delly, mówię sam do siebie.

– Nie, Peeto – protestuje gwałtownie kręcąc głową. – Nie możesz tam wrócić. Nie możesz wrócić na pręgierz. – Z zawiniątka, którym Delly coraz mocniej kołysze wydobywa się ciche chlipanie dziecka.

– Delly, uspokój się – proszę. Zaczynam próbować wstać mimo bólu, bo blondyna wygląda na coraz bardziej roztrzęsioną.

– Nie, Peeto! – wykrzykuje, a moja córka płacze coraz głośniej. – Nie możesz tam wrócić! On cię zabije!

Gdy podnoszę się na rękach, czuję jak cienka warstwa skóry, która już się utworzyła, zostaje przerwana. Mimo iż coś lepkiego i ciepłego zaczyna płynąć po mojej kości krzyżowej, nadal próbuję podnieść się na drżących teraz rękach. Okropny ból, jakby szarpnięcie mięśni, przechodzi przez moje ciało, gdy podginam kolana, aby móc zmienić pozycję na siedzącą. Zawroty w głowie stają się coraz większe. Pulsowanie również wzrasta, gdy Delly błaga, abym nie zgłaszał się po baty, i żebym pozostał w miejscu, a Katherine płacze jeszcze mocniej. Odpycham się rękoma od stołu i przez sekundę myślę, że jestem w stanie usiąść. Ale po tej brawurowej akcji, moje nogi stają się jak z galarety. Nie zdążam o nic się oprzeć i padam jak długi na stół. Chyba o coś zahaczam, bo słyszę, jak jakieś naczynie się tłucze.

– Co tu się dzieje? – dociera do mnie zdezorientowany głos. – Peeto! Nie możesz wstawać! – krzyczy ktoś. – Twoje ciało nie nabrało jeszcze siły! Co ty sobie myślałeś?!

Przed moją twarzą zjawia się rozmazana Prim. Dziewczyna podnosi moje powieki, które teraz mimowolnie opadają i miga mi czymś po oczach. Za jej plecami słyszę chlipiącą Delly, która w kółko przeprasza i Katherine, jaka chce dać całemu światu znać, że się obudziła. Gdybym dał radę, uśmiechnąłbym się. Jestem w stanie jedynie runąć na stół i w ostatnich chwilach świadomości słuchać, jak Prim uspakaja Delly.


Budzę się z nieprzyjemnym smakiem w ustach i zaschniętym gardłem. Wokół mnie panuje cisza, a ja boję się ją przerwać. Nie wiem nawet dlaczego. Mam po prostu wrażenie, że popełnię okropny błąd, gdy będę chciał zakłócić nienaruszony spokój. Poza tym, mogę przyznać, że jest mi wygodnie. Mam pod policzkiem coś miękkiego, może poduszkę? Moje plecy są nagie i wchłaniają chłodne powietrze, aby zmniejszyć temperaturę pooranego ciała.

Dopiero teraz sobie przypominam. Byłem wybatożony. Prawie podskakuję, gdy do pamięci wraca mi bat smagający mnie po plecach. Syczę cicho z bólu i przeklinam się za złamanie ciszy. Gdy otwieram oczy, nie razi mnie słońce. Pokój pogrążony jest w półmroku. Pewnie jest już późno, więc postanawiam nie alarmować nikogo, że wstałem. Mimo, iż pragnę zapytać, jak się miewa Katherine, to i tak powstrzymuję się. Domyślam się, że zapewne wszyscy mieli przy mnie sporo roboty i warto dać im odpocząć. Ciekawe jak trzymają się moi bracia i Delly? Co z Prim, Rorym, Thomem, Katniss...

Chcę czegoś się napić, aby zmniejszyć ból w gardle. Moje ciało jest zmęczone, ale powoli podnoszę dłoń i sunę palcami po chropowatej powierzchni stołu. Myślę, że niczego nie znajdę, jednak w końcu natykam się na zimne szkło szklanki. Będę musiał podziękować osobie, która pomyślała o tym, że będę spragniony i zostawiła naczynie w zasięgu mojej ręki. Ledwie unoszę głowę, aby sprawdzić, co jest w kubku. Mimo ciemności, widzę przezroczystą cieć, jaką jest woda. Drżącą rękę przysuwam szklankę do ust i przekręcam trochę głowę, aby móc sprawnie napić się. Gdy płyn nawilża moją jamę ustną i gardło, wzdycham z ulgi.

Nacisk na głowę zmniejsza się. Czuję, jak moje całe ciało rozluźnia się i przygotowuje do ponownego spoczynku. Wypijam do końca wodę i powoli układam głowę na miękki materiał, który był pod moim policzkiem, gdy już się obudziłem. Moje powieki stają się nienaturalnie ciężkie. Uświadamiam sobie, iż nawet jeśli próbowałbym nie zasypiać, to i tak odleciałbym. W ostatniej chwili dociera do mnie, że woda była zbyt słodka. Syrop nasenny.


– Dobra.

Dociera do mnie szuranie krzesła. Nie wiem czy coś czuję. Może tak? Może nie. Mam wrażenie, że ból jest obecny, ale gdzieś daleko. Jakby próbował po mnie sięgnąć, ale nie mógł. Nastaje cisza i mój oddech staje się urywany. Słyszałem kogoś. Ktoś coś powiedział. I desperacko pragnę, aby kontynuował. Chcę, aby odciągnął moje myśli od bólu, który zaczyna mnie doganiać, który już chwyta mnie za rękę. Przechodzi przeze mnie szok, gdy rozpoznaję głos Katniss.

– Cóż... Mogę opowiedzieć ci, jak zdobyłam Damę dla Prim – oznajmia nonszalancko. Nie wiem, czy zwraca się do mnie, czy do kogoś innego. Nie otrzymuje odpowiedzi, ale kontynuuje: – Uh, mam nadzieję, że nie słyszysz mojej papraniny. No ale... Ty jesteś nieprzytomny, ja nietrzeźwa i znudzona, więc wątpię, aby zrobiło to ci jakąś wielką różnicę. – Och, Katniss, żebyś wiedziała ile to dla mnie znaczy. Chcę się uderzyć w twarz, za to, że mam nadzieję, iż ona skrycie wie, że się w niej kocham. Ale ona nie ma pojęcia. Nigdy nie zwracała na mnie uwagi. – Poza tym, Prim burczała, że nieprzytomni lubią, jak się do nich mówi. Więc, proszę! Oto jestem. Ja, Katniss Everdeen! Teraz wysłuchasz jej bełkotu – śmieje się szorstko. Słyszę odgłos połykania i domyślam się, że popija alkohol z butelki. Na potwierdzenie do mego nosa po kilku sekundach dociera woń bimbru. – Był piątkowy wieczór, dzień przed jej dziesiątymi urodzinami, które wypadają pod koniec maja. Po lekcjach... Po lekcjach wyruszyłam do lasu, bo chciałam upolować jak najwięcej zwierzyny, którą zamierzałam wymienić na jej prezent. Planowałam załatwić szczotkę do włosów, może materiał na nową sukienkę. Dzięki wnykom i łukowi upolowałam sporo zwierzyny, ale w gruncie rzeczy łupu było tyle, ile zawsze. Gdy wracałam natknęłam się na młodego i pięknego jelenia. Jego poroże zaledwie kiełkowało. Stracił na urodzie, gdy przeszyłam go dwiema strzałami. Rooba, nasza rzeźniczka, dała mi jednak wystarczająco monet, abym wymieniła je na coś ładnego. Kolejnym krokiem było utargowanie zwierzęcia u koziarza. Początkowo nie chciał się zgodzić, bo miał umowę z Roobą. Gdy rzeźniczka przybyła, oznajmiła, że zwierzę było w gorszym stanie niż ostatnio, więc oczywiście, aby pozbyć się kozy, mężczyzna sprzedał ją mnie. Była w złym stanie, poraniona i z zakażeniem, ale Prim się nią zajęła. Pamiętam jeszcze, jak wybłagała, aby mogła spać w domu. Gdy się nią zajmowała, koza lizała ją w policzek, jakby całowała na dobranoc. Od razu pokochała Prim.

Nie zauważam na początku, ale jej delikatny głos, odciąga moje myśli od bólu. Jedyne na czym się skupiam to oddychanie i słowa Katniss. Każde jej zdanie daje mi do myślenia. Domyślam się też, że pominęła dużą część historii. Jak przemieściła jelenia, lub prezent dla Prim? Jest silna, ale spójrzmy prawdzie w oczy, wygłodzona czternastolatka nie zdołałaby podnieść takiego ciężaru, a co dopiero dźwigać go taki kawał drogi do Rooby. To jasne, że nie wspomniała Gale'a. Zawsze chodzili razem na polowania.

Gdy przypominam sobie Gale i to, że był partnerem Katniss, do mojej głowy od razu odnajduje drogę Madge. A kiedy o niej myślę, przypomina się mi nasz zatruty związek, którego nie byłoby, gdybyśmy nie byli samolubni, zdesperowani i spragnieni jakiejkolwiek miłości. Ból wraca pełną parą. Z gardła wyrywa mi się jęk w agonii. Ciekawe czy był to głośny odgłos, czy może mi się tylko tak wydawało. Katniss nadal milczy, ale nie mogę zdiagnozować dlaczego. Wystraszyła się, gdy jęknąłem w bólu, czy może skończyła swoją opowieść i nie ma niczego więcej do powiedzenia.

Słyszę szczękanie szkła i zastanawiam się co to może być. Po chwili czuję, że coś wbija mi się w rękę. Ból po wbitej igle jest nieprzyjemny, ale znika, gdy coś wpływa do moich żył. Zaczynam czuć ulgę. Czuję, że moje mięśnie mimowolnie się rozluźniają. Jestem gotowy odpłynąć w kompletną mgłę, świat, gdzie wszystko jest okrągłe i miękkie, ale pełne zakamarków, gdzie kryje się zło. Znikam, ale zanim całkowicie się ulotnię, słyszę słowa:

– Ty draniu, masz szczęście, że mnie masz.

Że mnie masz? Ale kogo...


Gdy się budzę, najpierw myślę o tym, że ten sen, gdzie miałem wrażenie, że Katniss do mnie coś mówi... Ten sen, gdy opowiadała o kozie dla Prim... Przyjemnie było śnić o czymś innym, niż koszmary. Następnie przypominam sobie, jak bardzo nie chce mi się iść do piekarni. Będę musiał zanieść chleb dla Haymitcha i Katniss... Katniss, która wskoczyła między bat i mnie. Zostałem wybatożony. Nie idę do piekarni. Moje ciało mi na to nie pozwoli. Moja córka. Gdzie jest Katherine? Co z Delly, Luką, Ryem? Czy Thread ukarał ich zamiast mnie? Jak długo byłem nieprzytomny? Za ile dni będę musiał zgłosić się po kolejne baty? Czy ja w ogóle żyję?

Mój oddech staje się urywany, nierówny. Czuję, jak serce mi przyspiesza. Chcę zerwać się na równe nogi i działać, bronić moich bliskich. Choć czuję wielki strach, gdy myślę o bacie Threada, wiem, że muszę chronić rodzinę, przyjaciół.

W końcu zdołuję otworzyć oczy. Razi mnie jasne światło, jakie wlewa się zza okna. Do nosa wpada mi zapach świeżego chleba i coś jeszcze... Topiony ser. Bułki z serem. Serowe bułki z piekarni. Uspakajam się, gdy otacza mnie ciepłe powietrze w kuchni, a nozdrza otula zapach świeżego pieczywa. Mój oddech powoli staje się równomierny, a oczy przyzwyczajają do jasności.

– Jak się czujesz?

Dosłownie podskakuję, gdy słyszę głos Katniss. Spodziewam się cierpienia, bólu ze względu na plecy, ale jedyne co czuję to dyskomfort z powodu zbyt mocno napiętej skóry, która prawdopodobnie zrasta się. Biorę kilka głęboki wdechów, aby się uspokoić.

Gdy spoglądam w lewo, widzę ją. Siedzi z założonymi rękoma i delikatnie spuszczoną głową, patrzy na mnie spode łba, mimo iż wyraz jej twarzy nie jest specjalnie szorstki. Plecami wsparta jest o oparcie krzesła. Nogi ma wyprostowane, schowane pod stołem. Gdy dociera do mnie ten fakt, dopiero teraz uświadamiam sobie, jak blisko mnie siedzi.

– Peeto, wszystko w porządku? – pyta, marszcząc brwi w zmartwieniu.

Jestem w stanie tylko kilka razy otworzyć usta i je zamknąć. Mrugam na próbę, aby wiedzieć, że to nie sen. Nigdy nie miałem problemów z wysławianiem się. Jednak w tej chwili tracę głos. Każde słowo, jakie chcę do niej skierować, każde podziękowanie za uratowanie mnie tkwi na czubku mego języka, ale nie potrafię znaleźć głosu, bo ona siedzi tak blisko mnie, nazywa mnie po imieniu i martwi się o mnie.

– Ja...

Milknę, gdy czuję, jak bardzo moje gardło jest zaschnięte. Katniss chyba to zauważa, bo zrywa się na równe nogi mówiąc:

– Och... Przepraszam, na pewno jesteś spragniony i głodny. – Słyszę, jak napełnia szklankę wodą, a następnie szeleści czymś, możliwe, że papierową torbą z piekarni. – Rye podrzucił serowe bułki i chleb – wyjaśnia.

Gdy wraca na miejsce, nie siada. Widzę, że jej warkocz nie jest w najlepszym stanie, więc wnioskuję, że nocowała u Prim i również niedawno się obudziła. Jestem wytrącony z moich myśli, gdy brunetka odzywa się po raz kolejny. Zauważam, iż jest bardzo rozmowna, jak na codzienną naburmuszoną i zamkniętą Katniss.

– Prim odbiera poród... Pani Clarke. Ale powiedziała, że jeśli się obudzisz, możesz już usiąść. Przespałeś najgorsze. A plecy podobno dobrze się goją – wyjaśnia, posyłając mi na koniec mało efektowny uśmiech. Ale i tak jestem za niego wdzięczny. Katniss mało kiedy się uśmiecha. – Chcesz usiąść? – pyta po chwili niezręcznej ciszy.

Kiwam delikatnie głową i wtedy do mnie podchodzi. Brunetka bierze mnie pod rękę i pomaga przekręcić się, aby nie urazić pleców i zwiesić nogi ze stołu. Przy małej pomocy moich rąk i wysiłkowi Katniss oraz kilku niezgrabnych ruchów, w końcu siedzę. Jestem zmęczony tylko tym, że próbowałem usiąść, a na moim ciele pojawiła się cienka warstwa potu. Wzdycham głośno i powoli, jakby wypróbowując każdą kończynę, sięgam po szklankę wody. Momentalnie przypomina mi się ostatnia mieszanka cieczy z syropem nasennym i podejrzliwie spoglądam na naczynie. Katniss chyba to zauważa, bo szybko mówi:

– Och! Spokojnie. Ostatnio Prim dolała ci trochę syropu, bo byłeś przed zastrzykiem, właściwie to przed szczepionką. Miała ci powiedzieć, ale nikogo nie zawołałeś, wypiłeś syrop i zasnąłeś. Nie było okazji.

Odpowiadam delikatnym uśmiechem i szybko zaczynam pić wodę, bo jestem spragniony, ale również chcę ukryć szok, że Katniss tak wiele do mnie mówi. Mam wrażenie, że przez ostatnie dziesięć minut powiedziała do mnie więcej, niż przez... cóż, przez całe życie.

Gdy odstawiam naczynie, zauważam, że brunetka mi się przygląda. Przeczyszczam więc gardło i patrząc jej w oczy, zaczynam mówić.

– Uh... Jak długo mnie nie było? – pytam cicho.

– Prawie dwa tygodnie – odpowiada cicho.

Zasysam głęboko powietrze, aby zachować spokój. Prawie dwa tygodnie?! Tyle mogło się wydarzyć w ciągu tego czasu! Chcę zapytać o Katherine, Thoma. Pragnę wiedzieć, jak miewają się moi bliscy. Powstrzymuję się, bo wiem, że teraz muszę załatwić coś innego.

– Ja... Ja chciałem ci podziękować. Za to, co zrobiłaś na placu i-

– Nie. Proszę, przestań – przerywa mi. Jej twarz tężeje, jest sroga, nieustępliwa. – Zrobiłam to, co do mnie należało, Peeto. – Jej wyraz znowu staje się niezdecydowany, a policzki delikatnie się rumienią. – Zrobiłam to, bo to ja powinnam ochronić Posy i-

– Czy ktoś ci już mówił, że jesteś okropnym kłamcą, Katniss? – tym razem ja jej przerywam. Ewidentnie widzę, że kłamie mi prosto w oczy.

– Słyszało się parę razy – burczy cicho pod nosem.

Nastaje cisza. Ona unika mego wzroku, a frustracja we mnie rośnie z sekundy na sekundę. W końcu nie wytrzymuję i pytam:

– Powiedz mi prawdę, Katniss! Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego stanęłaś między mnie, a Threada? Dlaczego uratowałaś mi życie?

Jej głowa wystrzela do góry. Widzę burzę w jej spojrzeniu. Przez chwilę tylko patrzy mi w oczy i myślę już, że nic nie powie, ale w końcu odzywa się.

– Bo ty uratowałeś kiedyś moje. Ten dług ciągnął się za mną prawie od dwudziestu lat, Peeto. W końcu miałam okazję go odpłacić – warczy przez zaciśnięte zęby.

– O czym ty... – nie rozumiem początkowo, ale wtedy mnie olśniewa. – Prawie od dwudziestu lat? Ty mówisz o...

Katniss kończy za mnie.

– Tak, mówię o chlebie.


A więc, jest i kolejny rozdział. W sumie nie wnosi on nic ciekawego, ani konkretnego, ale... Zapewne zauważacie, iż Katniss zmniejszyła swój dystans do Peety i na pewno wyjaśni się to w kolejnych rozdziałach. Cóż, mogę jedynie powiedzieć, że naprawdę przez te "prawie dwa tygodnie" dziewczyna się namęczyła, użerając się z bliskimi, plotkarskimi paniami z miasteczka, Haymitchem, "niezastąpioną" Strażą Pokoju, której Thread tym razem nie ma raczej zamiaru opuszczać ORAZ alkoholem. Mam też złe i dobre wiadomości. Zła jest taka, iż w okresie wakacyjnym nie udostępnię raczej, ani jednego nowego rozdziału. Dobre wiadomości, są natomiast dwie. Pierwsza - to że nie udostępnię, nie oznacza, iż nie będę pisać. Chcę napisać jeszcze kilka rozdziałów do przodu, aby móc je udostępniać, gdy kolejny rok pełen nauki się zacznie. Druga - w relacji Everlak będzie teraz tylko lepiej. Przynajmniej przez kilka rozdziałów, w których planuję trochę pluszu. Ale potem oczywiście Katniss i Peeta będą musieli wszystko spieprzyć... Ach! Spoilery, haha. Nadal czekam na soczystą krytykę i wasze opinie. ;) No więc to tyle. Wszystkim, którzy skończyli szkołę, życzę udanych wakacji i niech los zawsze Wam sprzyja!
tumblr: wwrebel1992