Betowały ramoncia i Gaya, dzięki!

Rozdział 1

Dziewczynka, która miała przyjaciela

Ginny umarła.

Wciąż była ciepła, gdy Harry dotykał jej dłoni i szyi, próbując przypomnieć sobie, jak na filmach ludzie badali swój puls. Gdy przykładał ucho do klatki piersiowej dziewczynki, starając się wyczuć najlżejszy ruch i usłyszeć najcichsze uderzenie serca. Gdy w końcu krzyczał i potrząsał Ginny tak, że głowa latała jej jak u lalki, to w przód, to w tył.

To ciepło było najbardziej koszmarne.

– Niech się obudzi – powiedział wreszcie. Wciąż klęcząc, odszukał na zakurzonej podłodze swoją różdżkę. Wycelował nią w Toma. – To przez ciebie ona… To przez ciebie. Zrób z tym coś.

Głos miał spokojny, a ręce mu nie drżały. W tej jednej chwili mógł myśleć tylko o tym, że to Riddle powinien być martwy, nie Ginny. A później spojrzał na chłopaka drugi raz i cała jego pewność zniknęła, zastąpiona przez przygniatające poczucie bezradności.

Tom natychmiast uciekł wzrokiem i przez dłuższą chwilę milczał, udając, że patrzy na stos bibelotów rozrzuconych na najbliższej ławie. Wyraz twarzy miał doskonale obojętny, ale jego ciężki, nieregularny oddech zdradzał, że tylko się zgrywa.

– Nie wiedziałem, że tak się skończy. Gdybym wiedział, po prostu kazałbym jej wyrzucić to draństwo dawno temu. Myślałem, że ma tylko jedno zastosowanie – powiedział w końcu matowym głosem.

– Nie obchodzi mnie to.

– Harry…

– Nie obchodzi mnie to! – Chłopiec poderwał się gwałtownie. Zacisnął palce na różdżce tak mocno, że pobielały. – Masz ją zbudzić, po prostu masz ją zbudzić, przecież to Ginny, Ginny nie mogła, no nie mogła, więc ją zbudź…

– Nie potrafię! – Przez krótką chwilę Tom wyglądał strasznie i Harry odruchowo cofnął się o krok. Zahaczył łokciem o porcelanową wazę, która z hukiem rozbiła się o podłogę. Obaj wzdrygnęli się na ten odgłos, a Riddle jakby oprzytomniał. Jego twarz znów stała się obojętna, a głos spokojny. – Ginny umarła. Nie potrafię wskrzeszać zmarłych. Nie potrafię cofać czasu. Przepraszam, Harry. Jestem tylko durniem, który wciągnął dziecko w czarną magię. – Przy ostatnich słowach głos załamał mu się lekko. Odetchnął dwukrotnie, aby się uspokoić. – Przepraszam – powtórzył.

– Ale ona…

Harry spojrzał na dziewczynkę, która leżała pomiędzy nimi. Wcale nie wyglądała na martwą. Była nieco blada, rozczochrana i ubrudzona, ale przecież przez takie bzdury się nie umiera. Harry niemal wierzył, że to jakiś żart i zaraz okaże się, że dzięki magii można chwilę udawać trupa. Albo jakaś wyrafinowana forma zemsty za to, że ostatnio nie miał czasu dla niej i dla jej dziennika.

Przypomniał sobie nagle, jak niechętnie podzieliła się z nim swoją tajemnicą – tylko dlatego, że Tom ją o to poprosił. Strasznie się jąkała i czerwieniła, trzymając przed sobą dziennik jak tarczę i co chwila zerkając przez ramię, czy na pewno są sami. Wtedy okropnie go irytowała, ale teraz pomyślał, że może być najbardziej wkurzającą istotą na świecie, byle by tylko była.

– Ale ona nie mogła tutaj zginąć – powiedział z niezachwianą pewnością w głosie. – Strasznie chciała iść do Hogwartu, więc byłoby nie fair, gdyby tutaj zginęła.

Poza tym wciąż jest ciepła, Tom. Martwi ludzie są zimni.

Wtedy się rozpłakał. Różdżka wypadła mu z dłoni i potoczyła się pod jeden z pocerowanych foteli. Upadł na kolana i spróbował ją wyciągnąć, obmacując na oślep przedmioty oblepione kurzem i pajęczynami. W końcu zamarł skulony, obejmując dłońmi głowę i starając się uspokoić.

...Nie wolno płakać, nie wolno krzyczeć, nie wyjdę, jeśli będę się mazgaić, jeśli będę robił te rzeczy…

Wyczuł, że Riddle do niego podchodzi i odruchowo skulił się jeszcze bardziej, ale chłopak tylko usiadł obok i ostrożnie objął go ramieniem.

– Przepraszam, Harry, tak bardzo przepraszam.

Chłopiec najpierw zesztywniał, ale po chwili przytulił się do Toma, ignorując to, że okulary wbijają mu się w nasadę nosa. Spróbował coś powiedzieć, ale zbyt dławił się łzami i śliną – wyszło więc nieskładnie i bełkotliwie.

– Tak, wiem – odpowiedział Riddle poważnie. – Ja też.

Przez dłuższą chwilę siedzieli tak razem.

Obok stygła Ginny.

xxx

Tom nieco się niepokoił. Gdy uczęszczał do Hogwartu, nikt oprócz niego nie wiedział o znikającym pokoju, ale od tamtego czasu minęło wiele lat. Poza tym Riddle nie był pewien, czy Harry i Ginny na pewno nikomu o tym miejscu nie wspomnieli – oboje mu to obiecali, ale byli dziećmi. Dzieci są kiepskie w dochowywaniu sekretów.

Choćby z tego względu powinien jak najszybciej uciec z Hogwartu. Wymknięcie się z zamku z rozhisteryzowanym Harrym byłoby jednak bardzo trudne.

Mógł go uśpić lub skłonić do posłuszeństwa magią, ale nie chciał tego. Używanie magii do kontrolowania innych nieco go brzydziło – wydawało mu się zbyt prostackie, nieodpowiednie dla człowieka inteligentnego, a przede wszystkim niezbyt zabawne.

Nie miał oporów przeciwko rzucaniu zaklęć na ludzi, których uważał za niewartych swojego czasu i uwagi – używanie sztuczek było wtedy rozsądnym wyborem, a przynajmniej akceptowalnym.

Harry jednak fascynował go od chwili, w której Ginny pierwszy raz wspomniała o nim w dzienniku.

Chłopiec, który przeżył mordercze zaklęcie. Chłopiec, który dwukrotnie zmierzył się z Voldemortem i wygrał. Wężousty. A w dodatku pupilek Dumbledore'a.

Warto było go zdobyć, choćby po to, żeby rozdrażnić nauczyciela.

Nie, nie nauczyciela. Dyrektora, uświadomił sobie Riddle.

Ciężko było mu wyobrazić sobie Dumbledore'a na tym stanowisku. Czarodziej zawsze wydawał się zbyt odległy, oderwany od codziennych spraw, jakby w Hogwarcie był tylko gościem, odpoczywającym przed kolejną bitwą. Tom łatwiej oswoił się z myślą, że dyrektor w czasie wojny prowadził ruch oporu i przyczynił do jego upadku, niż z tą, że co miesiąc rozliczał się z dostawcami produktów żywnościowych z ilości kurzych jaj i uncji mleka.

W czasie, w którym był uwięziony, świat pod pewnymi względami stał się absurdalnym miejscem.

Gwałtowny płacz Harry'ego zaczął cichnąć i z czasem zmienił się w monotonny szloch. Riddle gładził go po plecach, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu. Zastanawiał się.

Logiczne byłoby, gdyby zabił teraz chłopca. Nawet bez różdżki nie powinno to stanowić problemu – Harry był zmęczony i rozkojarzony. W zasięgu jego ręki, na ławie, leżał kanciasty, metalowy przycisk do papieru. Mógłby uderzyć nim Pottera w skroń.

Przez chwilę myśl ta bardzo go kusiła. Nigdy jeszcze nie zabił nikogo własnymi rękami – przy szlamie posłużył się bazyliszkiem, przy Ginewrze dziennikiem – więc zastanawiał się, jakie to uczucie.

Zmrużył oczy, wyobrażając sobie ciepłą krew ściekającą po palcach.

Potter wzdrygnął się i odsunął, bezmyślnie pocierając bliznę. Okulary zjechały mu na koniec nosa, więc mrużył oczy, próbując dostrzec twarz Toma.

Riddle opanował się.

Nie, nie z Harrym, nie teraz. Ten chłopiec był zbyt cenny, by niszczyć go dla takiej błahostki. I zbyt interesujący, żeby ot tak porzucić.

Nawet gdy Tom istniał tylko w dzienniku, wyczuwał w Harrym coś znajomego, bliźniaczego, czego wciąż nie potrafił dokładnie zidentyfikować. Gdy dotknął go w realnym świecie, to uczucie się pogłębiło. Nie było nieprzyjemne, raczej niejasne. Fascynowało go.

– Jak się czujesz? – spytał miękko.

Harry wzruszył ramionami i spróbował wstać. Tom pomógł mu i przytrzymał, ponieważ pod chłopcem niemal natychmiast ugięły się nogi.

– Muszę powiedzieć Ronowi. To jego siostra – wymamrotał Harry.

– Najpierw usiądź.

– Ale Ron…

– Później mu powiesz, teraz usiądź.

Przez chwilę Potter wyglądał, jakby chciał się zgodzić, ale w końcu potrząsnął głową.

– To jego siostra – powtórzył. – Wszyscy jej szukają.

– Harry, jesteś pewien… – Zawiesił głos na odpowiednio długą chwilę, by można było odczytać tę pauzę jako oznakę wahania. – Na pewno chcesz mu powiedzieć, że zabiliśmy Ginny?

Harry zbladł jeszcze bardziej, ale skinął głową. Otarł oczy, poprawił okulary. Był poważny i zdeterminowany.

Tomowi podobał się jego wyraz twarzy.

– Więc pójdę z tobą – stwierdził. – Przyznam się, że zmanipulowałem was, żeby wydostać się z dziennika i po to właśnie ją zabiłem, ale powstrzymałeś mnie przed ucieczką, ponieważ nie miałem różdżki – powiedział rzeczowo. – Możesz uderzyć mnie jakimś zaklęciem, żeby brzmiało to bardziej prawdopodobnie.

Harry patrzył na niego niepewnie, jakby przestraszony.

– Tom, czemu ty…?

– Morderstwo dokonane przy pomocy czarnomagicznego artefaktu – powiedział, jakby coś cytował.

– Nie rozumiem.

– Tak to się nazywa, Harry. – Odwrócił się i podszedł do Ginny, miażdżąc po drodze parę odłamków porcelany. Podniósł dziewczynkę delikatnie. Była bardzo lekka, wychudzona. Choć starał się pobierać od niej energię życiową stopniowo, aby nie zwrócić uwagi nauczycieli, i tak wyglądała, jakby od dawna chorowała. Zastanowił się przelotnie, dlaczego opiekun jej domu się tym nie zainteresował. – Biorąc pod uwagę okoliczności, nie powinienem dostać dożywocia.

– Przecież nie chciałeś – zaprotestował chłopiec gwałtownie.

– Morderstwo to morderstwo.

Zaczął iść w stronę drzwi, ale powoli. Dawał Harry'emu szansę.

– Powiem, że ciebie w ogóle nie było. Znaczy, że nikogo nie było. Że to była moja wina.

– Nie bądź głupi.

Potter złapał go za rękaw szaty, więc Riddle zatrzymał się i spojrzał na niego.

Naprawdę lubił wyraz twarzy tego dziecka.

– Myślisz, że mogę po prostu uciec i pozwolić ci wziąć na siebie winę? – spytał chłodno. – Po tym, jak przeze mnie ona… – Kolejny raz zwiesił głos. Odwrócił wzrok, odczekał odpowiednią chwilę i dodał, starając się, aby kolejne słowa brzmiały jak rzucone z roztargnieniem: – Zresztą… przywykłem.

Harry też milczał przez chwilę, patrząc na Ginny pustym wzrokiem.

A jeśli uciekniemy razem?, pomyślał Tom zachęcająco.

– Ucieknę razem z tobą – stwierdził Harry. To nie było pytanie.

– Nie zgadzam się.

– Ale…

– Nie. Nie ma powodu, żebyś niszczył sobie przeze mnie życie.

– Ale nawet jeśli weźmiesz winę na siebie, i tak oberwę. Nie zgłosiłem nikomu dziennika, choć wiedziałem czym jest, więc nawet jeśli nie wsadzą mnie do więzienia, złamią moją różdżkę i zakażą czarować, tak jak Hagridowi – powiedział spokojnie, niemal oschle. – A jeśli nie będę mógł czarować, Voldemort w końcu mnie dorwie i zabije. Nie wierzę, że umarł w zeszłym roku.

– Voldemort – powiedział Tom z odrazą. Nie musiał nawet udawać nienawiści.

Harry skinął głową.

– Więc jeśli teraz mnie zostawisz, to tak, jakbyś sam mnie zabił – powiedział, patrząc mu prosto w oczy.

Riddle pomyślał, że od dawna nie bawił się tak dobrze.

xxx

Tom położył Ginny na białej sofie, a Harry usiadł obok, podciągając kolana pod brodę. Bezmyślnie skubał popękaną tapicerkę, która kiedyś mogła imitować skórę, ale teraz wychodziły z niej szare włókna.

Ciągle zastanawiał się, czy robi dobrze.

Uciekanie było złe. Wiedział o tym. Gdyby chodziło tylko o niego, poszedł by już do Dumbledore'a. Nawet gdyby mieli go zamknąć w więzieniu do końca życia. Nawet gdyby Ron i Hermiona mieli go już zawsze nienawidzić. I pani Molly. I pan Artur. I Fred, George, Percy. I wszyscy inni.

Bo na to zasłużył.

Ale nie chciał, żeby Tom znowu cierpiał.

Chłopiec patrzył, jak Riddle odsuwa fotel i wyciąga spod niego różdżkę, oczyszcza ją z pajęczyn, a następnie znika wśród przykurzonych mebli i bibelotów. Powiedział, że zanim wyjdą, musi zabrać stąd parę rzeczy. Harry'ego nie interesowało, czego szuka, ani co zrobią, gdy opuszczą Hogwart. Gdyby to od niego zależało, mógł nawet umrzeć.

Ale Tom by uznał, że to też jest jego wina.

Harry przygryzł dolną wargę do krwi. Wściekłość, jaką czuł na chłopaka w pierwszym momencie, zastąpiło przygnębienie. Wcześniej myślał, że będzie się cieszył, gdy Tom uwolni się z dziennika. Próbowali znaleźć na to sposób od chwili, kiedy dostał ten przeklęty przedmiot do rąk.

Przyjaciele go ostrzegali, ale ich nie słuchał. Denerwowało go, że Hermiona chciała o wszystkim powiedzieć Lockhartowi, a Ron kazał mu wyrzucić dziennik, skoro został stworzony przez samego Voldemorta. Oboje uważali, że Tom tak naprawdę nie istnieje, a przedmiot jest wyłącznie pułapką.

Ale to nie oni rozmawiali z Riddle'em całymi dniami w czasie ferii świątecznych. Nie poznali go. Nie rozumieli, jak jest tam.

Nie zostawiaj mnie tutaj samego.

Harry uświadomił sobie, że gładzi Ginny po głowie. Zastygł, czując, jak żółć podchodzi mu do gardła. Niemal zapomniał, że umarła.

Gdy do mnie piszecie, czuję się, jakbym odrobinę bardziej żył.

Ginny czasem skarżyła się, że jest senna i zmęczona. Harry myślał, że to dlatego, ponieważ siedzi nad dziennikiem zamiast sypiać w nocy. Nie miała apetytu i chęci do nauki, ale sądził, że to przez zmartwienia. A Tom… Tom przecież nawet jej nie widział. Jak więc mógł się zorientować?

To Harry mógł zrozumieć, co się dzieje, ale zbyt przejmował się nadchodzącym meczem i tym, że Wood zagroził mu wyrzuceniem z drużyny, jeśli się nie przyłoży. Pomyślał, że nic się nie stanie, jeśli na parę dni zostawi ją samą z dziennikiem. Poza tym, gdy on pisał z Tomem, zawsze czuł się dobrze, dlatego niezbyt przejmował się słowami Ginny.

Właściwie dlaczego…?

Potarł czoło odruchowo, ale myśl umknęła mu, nim zdołał ją sprecyzować.

To i tak już nieważne, pomyślał ze złością.

Riddle wrócił. Przez ramię przerzuconą miał skórzaną torbę, równie starą jak wszystko w tym pokoju, a w lewej ręce trzymał otwartą książkę. Szedł wolno, równocześnie czytając.

– Muszę rzucić na ciebie jeden czar – powiedział, gdy dobrnął do sofy.

Harry wzruszył ramionami.

– Okej.

Chłopak machnął nad jego głową parę razy różdżką, kreśląc w powietrzu dziwaczny znak. Harry nie rozpoznał zaklęcia, ale w tej chwili nie ciekawiło go szczególnie do czego służy.

Riddle skończył i spojrzał w stronę drzwi z namysłem. Wydawał się zmęczony, choć przez większość czasu próbował utrzymywać obojętny wyraz twarzy.

– Nadal nie wiem, jak się stąd wydostać – powiedział, kiedy zauważył, że Harry się mu przygląda.

– Zabrałem pelerynę niewidkę – powiedział Potter obojętnie.

– Naprawdę?

– Myślałem, że się przyda. Najpierw w ogóle nie pomyślałem, że mogła przyjść tutaj, tylko że coś jej się stało. – Umilkł na chwilę, przełknął ślinę i wyciągnął z kieszeni pelerynę. – Czemu ona tu przyszła? – spytał nagle, znowu czując złość, choć tym razem na nikogo konkretnego.

– Nie jestem pewien. Chyba pokłóciła się z koleżankami z dormitorium i chciała chwilę pobyć sama.

To tłumaczyło, dlaczego nikt nie zgłosił jej zaginięcia przed pierwszymi zajęciami.

Potter zacisnął mocno palce na pelerynie.

– Gdyby tylko tutaj nie przyszła – powiedział.

– Wiem. – Riddle wrzucił książkę do torby i zapiął starannie obie klamry, choć jedna niemal całkiem zardzewiała. – Musimy już iść, Harry. Możesz ponieść Ginny?

Harry skinął głową i wstał niepewnie. Wziął dziewczynkę na ręce, zaskoczony, jaka jest lekka. Znowu miał ochotę płakać, ale obiecał sobie, że tego nie zrobi. Nie, dopóki nie wyjdą z Hogwartu.

Tom popchnął go delikatnie w stronę drzwi. Zanim jednak do nich doszli, Riddle raz się zatrzymał. Wziął do ręki stary, matowy diadem i parę razy obrócił w dłoni, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili jednak wrzucił przedmiot do reszty rupieci, zalegających na stole wokół gipsowego popiersia.

– Nieważne – odpowiedział na niezadane pytanie.

Przed drzwiami narzucił na siebie i Harry'ego pelerynę niewidkę. Była na tyle obszerna, by zakryć wszystkich, choć musiał się przygarbić, a Potter mocniej objąć Ginny.

Gdy wychodzili, Harry pomyślał, że gdyby wcześniej powiedział o dzienniku Dumbledore'owi, dziewczynka wciąż by żyła.

Ale Tom – nie.

xxx

Największy problem stanowił Namiar ciążący nad Harrym. Ten, który wisiał nad Tomem, prawdopodobnie zniknął, gdy Voldemort skończył siedemnaście lat – Riddle wątpił, aby zaklęcie odnowiło się wraz z jego odrodzeniem. Jednak to, że nie mógł czarować przy Harrym, było kłopotliwe.

Udało im się wyjść poza bramę, której pilnowały uskrzydlone kamienne dziki, więc Tom zdjął z siebie pelerynę, przykrywając nią jedynie Harry'ego i Ginny. Wrzosowiska pomiędzy Hogwartem a Hogsmeade musiały zostać już wcześniej sprawdzone, ponieważ większość osób na miotłach krążyła teraz nad lasem, a dwie nad jeziorem. Z tej odległości nauczyciele przypominali trochę przerośnięte wrony.

Tom sięgnął do torby, której wnętrze wcześniej powiększył, i przez chwilę szukał interesującej go książki. Odklejał się jej grzbiet, a większość kartek wyglądała, jakby miała lada chwila wypaść. Zebrał je razem, czując lekką irytację. Nie lubił popsutych przedmiotów.

– Jak długo będziemy iść? – spytał Harry cicho.

– Dopóki nie nauczę się tworzyć świstoklików – odpowiedział, otwierając książkę na spisie treści.

– Co to jest?

– Artefakt przenoszący. Trudniej go wyśledzić niż aportację.

Choć wciąż jest to możliwe, pomyślał, wertując kolejne rozdziały.

Zaczynał marznąć, ale było to przyjemne uczucie. Po latach spędzonych wśród pustki, wszystko sprawiało mu radość. Powietrze kłujące w płuca, rozmoknięta, błotnista droga, śnieg zalegający w cieniu, nawet słońce rażące go w oczy.

Tom nagle przystanął i odwrócił się, przyglądając podłożu. Widział tylko ślady swoich butów.

– Idziesz po trawie? – spytał.

– Tak.

– To dobrze.

Raz podleciała do niego kobieta, ostrzyżona krótko, jak mężczyzna, i zbyt młoda, by mogła go pamiętać. Chwilę rozmawiali. Powiedział, że szukał w okolicy wrzeknika złocistego do eliksirów, ale zmarzł już kompletnie pomimo zaklęć termoregulacyjnych, więc idzie do Hogsemeade na piwo. Obiecał, że poinformuje szkołę, jeśli zobaczy rudą dziewczynkę. Stwierdził, że chce pomóc, wiedząc, że prawdopodobnie nie mają wolnych mioteł. Był tak zmartwiony jak powinien być człowiek w tej sytuacji.

Harry stał parę kroków dalej, nic nie mówiąc i starając się jak najciszej oddychać.

Poza tym incydentem nic nie zakłócało mu spaceru. Zanim dotarli do Hogsmeade mniej więcej orientował się, w jaki sposób stworzyć świstoklik. Odłożył książkę do torby i roztarł zmarznięte ręce.

– Stój w tym miejscu – powiedział, wyciągając z kieszeni różdżkę. – Muszę odejść od ciebie na tyle, aby twój Namiar nie wyczuł zaklęcia.

– Okej – odpowiedział chłopiec obojętnie.

Tom zszedł z drogi, starannie licząc kroki. Na wszelki wypadek poszedł dalej, niż potrzebował, bo nie wiedział, czy Namiar w międzyczasie nie został ulepszony. Wydawało mu się to mało prawdopodobne. Zaklęcie, którego używało Ministerstwo, było bardzo stare. Niektórzy badacze twierdzili, że wywodziło się ze starożytnego Rzymu i Tom uważał to za prawdopodobne. Nie odkryto nigdy klątwy, której odległym echem miał być Namiar, ale budowa inkantacji, pewne słowa i ich śpiewna wymowa, wskazywały, że rdzeń czaru pochodził z czasów, w którym jeszcze nie używano różdżek. Próbowano zrekonstruować pierwotne zaklęcie – z różnym skutkiem – a Tom z ciekawością o tym czytał. Gdy miał dwanaście lat, Namiar bardzo go interesował. Przede wszystkim zastanawiał się, jak go ominąć, ale nie mógł zaprzeczyć, że po prostu było coś pasjonującego w zaklęciu, dzięki któremu przez lata można śledzić innych ludzi. Namiaru nie dało się rzucić na osobę, która skończyła siedemnaście lat, ale Riddle wierzył, że potrafiłby go zmodyfikować – naprawić formułę – i z czasem ominąć to ograniczenie. Musiałby jednak poświęcić temu wiele czasu.

Więc nie teraz, może później, a najlepiej – gdy będzie miał kogoś, komu mógłby to zlecić.

Harry?

Tom podniósł z ziemi kamień, zastanawiając się nad tym.

Nie, Harry pod tym względem był prawdopodobnie zupełnie bezwartościowy. Riddle znał go na tyle dobrze, żeby orientować się w jego wadach. Chłopiec miał trudności z prostymi zagadkami logicznymi, często nie rozumiał przeczytanego tekstu i nie potrafił skupić się na dłuższych wykładach, a przede wszystkim zaskakująco słabo interesował się magicznym światem. Równocześnie był sprytny i potrafił szybko podejmować decyzje w stresujących sytuacjach – więc Riddle podejrzewał, że inne problemy wynikały nie z powodu jego wrodzonych predyspozycji, a ze sposobu, w jaki go wychowano.

Harry bardzo niechętnie opowiadał mu o swoim domu, ale Tom potrafił wielu rzeczy się domyślić.

Jeszcze raz wyjął książkę i upewnił się, że dobrze zapamiętał inkantację. Największy problem stanowiło wybranie miejsca, do którego chciał się udać. Świstoklik tym różniły się od aportacji, że człowiek, który go tworzył, musiał potrafić wyobrazić sobie miejsce, do którego przedmiot miał go przenieść. W końcu Riddle zdecydował się na wybrzeże, na które kiedyś pojechał na wycieczkę ze swojego sierocińca. To był pierwszy raz, gdy zobaczył morze, więc widok wyrył się głęboko w jego pamięci. I tamta jaskinia… Tak, ona też była ważna.

Stworzył świstoklik za drugim podejściem i ustawił go tak, aby aktywował się po dziesięciu minutach. Bez pośpiechu wrócił do Harry'ego

Przeniesienie było nieprzyjemne. Poczuł mocne szarpnięcie w okolicy pępka i z trudem utrzymał się na nogach, gdy wylądował. Potter upadł na kolana, a peleryna zsunęła się na ziemię, odsłaniając Ginny.

– Co dalej? – spytał chłopiec martwym głosem.

Tom rozejrzał się, sprawdzając, czy w okolicy nie ma ludzi. Na wszelki wypadek włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na różdżce, ale na klifach byli sami.

Wylądowali parę stóp od urwiska i nic nie odsłaniało ich od zimnego, wilgotnego wiatru. Riddle poczuł, że zaczyna drżeć. Znów roztarł dłonie.

Podejrzewał, że nadchodzi sztorm. Niebo było ciemne, a morze wzburzone, choć nie padał deszcz. Tom podszedł do skaju urwiska i spojrzał na fale, które wrzynały się głęboko w kamienistą plażę, momentami uderzając o skały. Znów przeszedł go dreszcz.

Z trudem oderwał wzrok i zmusił się do cofnięcia o parę kroków.

– Musimy ją pochować – odpowiedział w końcu.

Z torby wyciągnął szpadel, który wydobył spod sterty kapeluszy w znikającym pokoju. Czasami miał wrażenie, że w tamtym pomieszczeniu można było znaleźć wszystko. Choć mimo wszystko wolałby łopatę.

Harry podniósł się chwiejnie i wyciągnął dłoń po narzędzie, ale Tom pokręcił głową.

– Nazbieraj kamieni.

Pomimo tego, że ziemia nie była zamarznięta, Riddle miał problem z wykopaniem dołu. Co chwila natrafiał na kamienie i szybko dotarł do warstwy litej skały. Uznał jednak, że płytki grób wystarczy – i tak zamierzał zabezpieczyć go później czarami.

W końcu odłożył szpadel. Czuł się zmęczony, ale było to na swój sposób przyjemne.

Podszedł do Ginny, ściągnął z niej pelerynę niewidkę i schował do torby. Wziął dziewczynkę na ręce. Harry patrzył na niego czujnie, więc musiał pamiętać, żeby traktować zezwłok delikatnie. Dotykanie trupa nieco go brzydziło – choć wiedział, że minęło za mało czasu, aby mięso zaczęło się rozkładać. Nie lubił martwych ludzi.

Położył dziewczynkę w grobie i sięgnął po szpadel, żeby ją zakopać, ale Harry wciągnął gwałtownie powietrze, więc zamarł zaalarmowany. Jak dotąd był tylko na jednym pogrzebie, szlamy, którą zabił, ale wtedy mógł łatwiej odgadnąć, jak powinien się zachowywać – przyszło wielu uczniów, a uroczystość przebiegała w ustalony z góry sposób. Teraz musiał improwizować.

Spojrzał znów na trupa, zastanawiając się, czego mu brakuje. Przypomniał sobie, że zazwyczaj zwłoki wkładano do trumien. Ściągnął więc z grzbietu szatę, zostając w samej koszuli i spodniach, i przykrył nią dziewczynkę, tak jakby otulał ją kocem. Harry po chwili podał mu swoją, choć cały dygotał z zimna.

– Daj jej pod głowę – poprosił.

Tom zrolował więc ubranie i zrobił z niego prowizoryczną poduszkę.

Teraz ktoś powinien powiedzieć coś ckliwego, uznał.

– Wybacz, Ginny. – Kątem oka obserwował Harry'ego, żeby zobaczyć jego reakcję.

Ten stał nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w twarz dziewczynki i dłońmi zaciśniętymi w pięści.

– Zabiję Voldemorta – powiedział w końcu. – Obiecuję.

Tom naprawdę miał ochotę się roześmiać.

Później zakopał ją i ubił ziemię, a na grobie, nad głową dziewczynki, ułożyli stosik z kamieni. Riddle wyciągnął z torby składany nóż i poczekał, aż Harry wydrapie na jednym inicjały Ginny. Wyszły mu krzywe i płytkie, ale to nie miało znaczenia.

Później stali jeszcze długą chwilę w milczeniu, choć wiatr zmagał się coraz bardziej. Tom wpatrywał się w horyzont, myśląc o rzeczach, których chciał dokonać.

O zabiciu Voldemorta również.

Harry rozkaszlał się i objął rękoma. Riddle spojrzał na niego z zatroskanym wyrazem twarzy.

– Rozchorujesz się – powiedział, sięgnął do torby. – Ubierz choć pelerynę.

– Nic mi nie będzie – wymamrotał Harry.

Wyglądał jakby już miał gorączkę, więc Riddle przyłożył mu dłoń do czoła. Chłopiec był rozpalony.

Dobrze, pomyślał Tom. Dzięki temu nie musiał przejmować się, że Harry mu ucieknie, gdy tylko zostawi go samego. Musiał załatwić parę spraw.

– Idziemy – powiedział oschle i narzucił mu niewidkę na ramiona.

Potter spojrzał na niego zamglonym wzrokiem.

– Ginny nic nie będzie? – spytał.

– Później wrócę tu, żeby wszystko zabezpieczyć i ukryć – powiedział zgodnie z prawdą. – Ale nie mogę zrobić tego przy Namiarze.

– Aha. Dzięki.

Zaczął iść niepewnie wzdłuż urwiska, więc Tom ruszył za nim, próbując oddechem rozgrzać swoje dłonie i przypomnieć sobie, jakich czarów powinien użyć. Właściwie było mu obojętne, co stanie się ze zwłokami, ale podejrzewał, że dla Harry'ego ten grób stanie się ważny, więc chciał w przyszłości go wykorzystać.

Jedyny namacalny dowód ich wspólnej zbrodni.


Do osób, które zastanawiają się, czemu ja piszę jakiś dziwny fanfik zamiast Maski – moja wena tak chce ;_; Próbuję z nią walczyć, ale na razie mam tylko to. No i dziesięć stron kolejnego rozdziału z Jamesem, ale uwierzcie, dziesięć stron na Jamesa to nic.