„Pandoryka. Wybór źródeł historycznych", opracowali dr. Evelyn Smythe, Michael Wainwright, Barbara Chesterton; przekład Katarzyna Niewiadomska, Cambridge University Press, 1988, Cambridge; strony 148-151

Powieść przez pana Owena mnichom dana, gdy powróciwszy z wyprawy rycerskiej, w klasztorze ich z ran się kurował, jakich mu bestyja chimerą zwana przysporzyła

… jako, żem się od siedzib chrześcijańskich jeszcze niewiele oddalił, a pilno mi było czynem rycerskim na sławę sobie zapracować, a przy tym, że miesiąc nieboskłon, jako w dzień, rozjaśniał, na popas nie stanąłem, jeno konia tylko nieco wstrzymawszy, dalej-m pociągnął. Srebrzysta zaś była droga przede mną w blasku Luny, jakobym kraj snu przemierzał, i gdyby zjawa jakowa ukazać mi się miała, ani bym się i zdumiał.

Zajechawszy tedy do ruin zamczyska, czarnych jako bryła żelaza, ujrzałem zaraz na blankach postać od mroku czarniejszą. I dumając, jako to właśnie jest odwieczny stróż Pandoryki przedziwnej, skarby niewiadome kryjącej, uradowało się moje serce.

- Panie! - zawołałem nań – czy to z Wyspy Jabłoni przybywasz, czyliś rycerzem śmiertelnym, wyzywam cię oto! Stańmy wraz do boju na miecze lubo na topory, do pierwszej krwi, czy na śmierć, wedle twej woli.

Gdym tak zawołał, zeszedł cień z murów zamku i przybliżył się ku mnie, i ujrzałem w blasku miesiąca lśnienie hełmu, którym głowę osłaniał, na ramionach zaś jego płaszcz, i spod płaszcza łysk złotej zbroicy. I rzekł mi – Nie pierwszym-ś, który tajemnice Pandoryki przedziwnej, skarby niewiadome kryjącej, posiąść zechciał. Niemądry! Skarb bez ceny, którego strzegę, sczeźnie, jeśli go przedwcześnie z ukrycia wydobyć. Jedź w pokoju, a jeśli ci przygód braknie, podąż dalej tą ścieżką, a na pewno cię spotka.

Jam jednak wiedział, że Panowie i Damy chętnie chrześcijan zwodzą na manowce, rzekłem więc – Tego uczynić nie mogę, bom ślubował pani mojej, cnej Melisandrze, co oczy ma czarne niby nocne niebo, skarby Pandoryki przywieźć. Rycerz ja, i od ślubu nie odstąpię.

Westchnienie z piersi Stróża umknęło, a blask na hełmie jego niby w wodach potoku zamigotał. I rzekł – Czyż nie więcej spodobają jej się klejnoty, o dzielny rycerzu? Jest w sercu tego lasu zamczysko potężne, a w lochach jego rubiny i diamenty niby pięść. Na tym zaś wszystkim chimera o zimnym sercu śpi i śni czarne myśli, mieszkańców zaś zamku szpetnie pomordowała. Tę ubij, a z pożytkiem to będzie dla kraju i dla twej sławy rycerskiej, mnie zaś ostaw w pokoju.

Niebaczny! Bom ja to dictum za tchórzostwo longaevi poczytał, i sądząc, że się Stróż mej przewagi lęka, rzekłem buńczucznie – Zali się wzdragasz przed uczciwym bojem?

Tamten zaś odparł, głosem niby u czarodzieja Merlina spokojnym – Gdy mię zmusisz, do boju stanę, lecz król Artur wkrótce w wielkiej potrzebie się znajdzie, a ja rycerzy pozbawiać go nie chcę.

Jam tedy zeskoczył z mego wierzchowca i zawołałem – Stań więc!

I usłyszałem, jako miecza dobywa, i ujrzałem, jako się w ostrzu blask Luny mieni.

- Czyś pomyślał – rzekł jeszcze – zanim-ś ruszył, że skarb, który Pandoryka przedziwna ukrywa, groźnym być może, lub twojej pani nieprzydatnym? I jakżeś oną umyślił przewieźć do zamku, gdzie bogdanka twa mieszka?

- Słowo rycerskie dałem, to i sposób znaleźć się musi – rzekłem i natarłem nań, ale uniknął mego ciosu i spytał, jak gdybyśmy nad szachownicą w Dzień Narodzenia Pańskiego mówili – Zali nie mógłbyś rozważniejszych obietnic czynić?

Odpowiedziałem cięciem potężnym, on jednak i tego uniknął. I następne moje zamachy lubo odbijał, lubo w pustkę trafiały. Ni razu nie zamierzył się na mnie Stróż Pandoryki, ażem się rozgniewał, za kpinę to poczytując.

I ciąłem go potężnie, lecz klinga po hełmie zjechała i w ramię jego się zagłębiła, po brzeg. On zaś nie drgnął nawet.

- Czyś zadowolon? - zapytał, tak spokojnie, jakbyśmy przy uczcie razem siedzieli, a jam się cofnął, bo choć ciemność barwy kryła, ujrzałbym przecież krew, gdyby z rany poszła.

- Nie pragnąłem, doprawdy, potykać się z tobą.

Miecz swój schował ze szczękiem do pochwy, mój zaś wyrwał z ramienia i wzniósł, by go w mdłym blasku lepiej obejrzeć.

- Grzeczny. Takim ostrzem chimerę łacno odgłowisz, okolicę od groźnej bestyi zbawisz, sławy rycerskiej nabierzesz i błyskotek zyskasz dla swojej pani. To ci radzę, a Pandoryki poniechaj, bo to nie twoja rzecz.

I ramię ku mnie wyciągnął, by oniemiałego z ziemi dźwignąć.

- Ktoś ty? - spytałem, a on miecz mi wręczył.

- Zawiniłem, teraz winę zmazuję. O więcej nie pytaj.

- Jakąż? - rzekłem, on jednak zmilczał i głowę zwiesił.

- Wdzięczen ci będę, jeśli się oną chimerą zajmiesz – rzekł jeszcze – ja bowiem nie śmiem swego posterunku opuszczać.

Z tymi słowy odszedł pomiędzy mury zwalone, ani się na mnie oglądając. Jam zaś wierzchowca mego dosiadł i drogą pospieszyłem ku sercu lasu, a jak najdalej od onego miejsca.