Historia należy do gatunku AU (a dokładniej mówiąc: 'historia alternatywna') — wydarzenia potoczyły się w pewnym punkcie inaczej niż w kanonie. Gen. Graficzne sceny przemocy, przekleństwa i okazyjne aluzje do seksu. Kilka słów więcej na temat fabuły możecie znaleźć na moim profilu, a gdyby ktoś miał pytania, np. o triggery, to odpowiadam na PM-ki.

Betowała Len. Bardzo dziękuję!


1

Neville Longbottom skulił ramiona, wbił wzrok w ziemię i z wprawą wmieszał się w tłum uczniów. Droga była błotnista, przez co kilka razy poślizgnął się i niewiele brakowało, aby się przewrócił. Szlak prowadzący do Hogsmeade wił się na stromym, nieosłoniętym drzewami zboczu. Wiatr rozpędzał się aż do Czarnego Jeziora i szarpał kolorowe szaliki uczniów. Chłopak na samą myśl o upadku ciaśniej owinął się płaszczem. Znając własne umiejętności, prędzej by się podpalił, niż zdołał rzucić poprawne zaklęcie suszące, a w efekcie przemarzłby do szpiku kości.

Kątem oka sprawdził, czy Podejrzany nie zniknął z pola widzenia. Wreszcie miał pewność, że coś knuł! Neville usłyszał wcześniej zaledwie skrawek rozmowy i tyle wystarczyło, by za nim podążył. Podzielił się swoimi zamiarami z Hermioną Granger, ale dziewczyna zbyła go i wymówiła się od udziału w prywatnym śledztwie nauką. Miał nadzieję, że przedstawiając jej konkretny dowód, sprawi, że Gryfonka wreszcie mu uwierzy.

A tymczasem nie mógł zgubić Podejrzanego ani tym bardziej dać się wykryć. Dokładnie zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Wciągnął powietrze przesycone zapachem gnijących liści, wczorajszego deszczu i zbliżającego się chłodu, próbując utrzymać koncentrację i zachować kamienną twarz.

Główna droga przecinająca miasteczko była brukowana i Neville nie musiał się już martwić, że upadając, wylądowałby w błocie. Hadrian Lestrange razem z Anthonym Goldsteinem zniknęli za drzwiami Trzech Mioteł. Nerwowo przełykał ślinę, przechodząc przez próg chwilę po nich, bo ze strachu całkowicie zaschło mu w gardle.

Gospoda była przyjemnie ciepła, a zapach kremowego piwa wypełniał przestrzeń aż pod okopcony sufit. Dzwonek towarzyszący otwieraniu drzwi został zagłuszony przez zgiełk rozmów i stukanie kufli.

Zamówił coś, czego nazwę natychmiast zapomniał. Trącając mijane krzesła i prawie się potykając o porzuconą torbę, zdołał donieść gorący kubek do stołu. Ręce trzęsły mu się tak bardzo, że mało nie oblał się wrzątkiem. Popękane, porowate drewno i zaparowana szyba wydawały się prawdziwie przyjazne, gdy wreszcie usiadł na krześle. Ale, co najważniejsze, jeśli się wystarczająco skupił, wciąż mógł słyszeć interesującą go rozmowę.

Na śledzonych przez niego chłopców czekał blondyn — starsza wersja Anthony'ego. Brat, jeśli dobrze podsłuchał. Neville'owi nie spodobał się ani jego uśmieszek, ani jego postawa. Rozsiadł się na krześle, jakby miał pod sobą tron, a gospoda była jego własnością. Hadrian zajął miejsce naprzeciwko niego.

— Zobaczymy się później, Jeremy. — Anthony zostawił ich samych, odprowadzony leniwym machaniem brata.

Neville ze swojego miejsca mógł obserwować starszego Goldsteina i Podejrzanego kątem oka. Potrzebował jednak nieznacznie skręcić głowę, jeśli chciał dostrzec coś poza ich pozycjami i obszerniejszymi gestami. Zaryzykował. Hadrian i Jeremy mierzyli się oceniającymi spojrzeniami nad stołem.

Hadrian był uderzająco podobny do Bellatriks. Neville dostrzegał tę przeklętą wiedźmę w rysach twarzy, kłębowisku czarnych loków, które wyglądały, jakby nigdy nie widziały grzebienia, a nawet słyszał jej charakterystyczną chrypę, gdy Lestrange się odzywał. Każde spojrzenie w jego stronę wywoływało u chłopaka obrzydzenie, nienawiść i rozgoryczenie.

I ten wzrok. Za każdym razem miał ochotę umknąć, gdy się znalazł się w jego zasięgu, choć Hadrian nie odziedziczył oczu po żadnym przodku, którego Neville by znał. Wyblakła, jakby zmrożona zieleń, permanentne znudzenie, które czaiło się pod ciężkimi powiekami i ciągła czujność — jego oczy mogłyby należeć do gada. Inni zdawali się tego nie dostrzegać. „Jest nawet przystojny" komentowała Parvati, „Zawsze mi pomaga z runami" zachwalała Suzan, „Chciałbym go mieć w drużynie" zawodził Wood, a Neville miał ochotę coś zniszczyć. Paradoksalnie, tylko Ślizgoni traktowali go z niechęcią, szczególnie we wcześniejszych latach. „Zdrajca!", „Miał być w Slytherinie", „Musi być mięczak!" — kiedyś nietrudno było wyłapać takie komentarze. Choć Hermiona fukała przez lata, że ktoś taki niedbały i arogancki nie powinien zdać, bo przecież „wypracowania się oddaje w terminie i nigdy takie pogięte świstki!", to zawsze zbywała podejrzenia Neville'a jako nieuzasadnione. Chociaż McGonagall nie dawała się oczarować!

Neville niewiele mógł zrobić sam, ale nikt inny nie wydawał się być tym zaniepokojony. Nie mógł jednak bezczynnie patrzeć, jak Hadrian zdobywa zaufanie kolejnych znajomych. Bezczynność sprawiała, że czuł się winny. Znalezienie dowodu wydawało się jedynym rozwiązaniem i pozwoliłoby mu wreszcie udowodnić, że jest synem swoich rodziców, a do Gryffindoru nie trafił przez przypadek, co jego babcia tak często poddawała w wątpliwość.

— Od dawna miałem nadzieję cię poznać, Hadrian. Mój mały braciszek mówił na twój temat same dobre rzeczy, a jednak do tej pory nie chciał nas sobie przedstawić. Co za strata.

Neville pochylił się nad kubkiem tak, że niemal zanurzył nos we wrzątku. Ziołowy zapach łagodnie uspokajał, a para osiadała drobnymi kropelkami na twarzy. Zamknął oczy, zdeterminowany, by wyłapać każde słowo.

— Anthony twierdził, że interesują cię przede wszystkim moje umiejętności w eliksirach. Kilka lat wcześniej nie porozmawialibyśmy na ten temat. Nie miałem zbyt wiele do powiedzenia poza opisem kilku spektakularnych porażek.

Przyczyną nie wszystkich wypadków w Hogwarcie były żarty bliźniaków Weasley czy innych dowcipnisiów. Kilka niewyjaśnionych incydentów na przestrzeni lat było zbyt mocno związanych z dość zaawansowanym warzycielstwem. Toaleta plująca kwasem, której ofiarą padła nauczycielka astronomii, czy wciągające na niższe piętro kałuże w lochach można było uznać za żarty kogoś, kto miał zbyt wiele złych pomysłów i kilka z nich wymknęło się spod kontroli. Nieudane eliksiry miały to do siebie, że czasami zamiast zniknąć po rzuceniu Evanesco, zaczynały się rozrastać, nieraz dosłownie wychodząc z kociołków. Sabotaż meczu Quidditcha na pewno nie był przypadkiem, ale sprawca zdołał się wymknąć. Prawdopodobnie odleciał na przeciwną stronę boiska. Poza tym kto by podejrzewał Puchonów o takie paskudztwo? Użycie mgiełki powodującej zaburzenia równowagi jasno wskazywało winnego w oczach Neville'a.

— Mimo to wierzę, że znaleźlibyśmy wspólny język, Harry. Trzeba podjąć inicjatywę, żeby przegrać, choć moi profesorowie usiłują mi wpoić nieco inną filozofię — stwierdził Jeremy, wzruszając ramionami. Zadowolony uśmieszek, jeden z tych, które zdawały się prosić o potraktowanie pięścią, widniał na jego twarzy.

— Magomedycyna. Tak, Goldstein? — zapytał Lestrange.

Czarodziej wyprostował się i przybrał przepraszającą minę, zupełnie ignorując aluzję.

— Wybacz, Harry, czuję się, jakbym znał cię od lat i nawet nie pamiętałem, by się oficjalnie przedstawić. Jeremiah Goldstein.

— Hadrian Lestrange. — Prychnął. — To nie tak, że nie wiedziałem, jak się nazywasz. Za to wciąż nie rozumiem, czym cię przyciągnąłem aż tutaj. — Przyglądał mu się spod przymkniętych powiek. Pochylony do przodu i z łokciami na blacie wydawał się wręcz napastliwy. Krzywy stolik przechylał się w jego stronę i Neville złośliwie życzył sobie, by koślawe nogi zawiodły.

— Według mojego brata jesteś geniuszem — zapewnił Goldstein.

— Młodszego brata. Młodszych braci zwykle nie bierze się na poważnie. — Zmrużył oczy. — A tym bardziej ich kolegów.

— Mam dobrego nosa. I gdy stanęła przede mną okazja, by spotkać kogoś takiego jak ty, kogoś, kto eksperymentuje, tworzy, nie mogłem się oprzeć. — W jego głosie brzmiało coś na kształt zachwytu, rodzaj niezdrowej fascynacji.

Hadrian uniósł brwi.

— Tak, z pewnością wyczułeś pokrewieństwo dusz przez relację z drugiej ręki — powiedział z drwiną.

— Pokrewieństwo umysłów — poprawił chłopaka — to zupełnie co innego! Nie potrzebujesz wiedzieć, czy ten drugi woli ognistą czy kremowe piwo albo jak często zmienia spodnie, by to rozpoznać.

— A co takiego wiedziałeś, Jeremiah? — Przesunął wzrok na okno. Ze swojego miejsca pewnie ledwo widział zachmurzone niebo. Neville skulił się, by przypadkiem nie zostać zauważonym. — Babranie się w eliksirach nie jest zajęciem, które cokolwiek mówi o człowieku. Każdy idiota potrafi mieszać chochlą. Nie wiesz, dlaczego ani jak to warzę. Może szukam leku na smoczą ospę, a może planuję, jak wysadzić budynek Ministerstwa.

— Wiedziałem, że masz pasję.

Wskazówki zegara nad barem przesuwały się leniwie. Wykonały pełny obrót, zanim Hadrian przetrawił pretensjonalne słowa. Neville zmusił się, by pociągnąć łyk, przerwać jakoś bezruch. Nogi już dawno mu ścierpły od podkurczania, a gdyby spróbował je rozprostować, pewnie by w coś kopnął. Wolałby się zamiast tego zwinąć jak pancernik — ale tak bezprecedensowe zwrócenie na siebie uwagi kłóciło się z ideą konspiracji.

— Ach, pasja. Moja pasja to tylko jedna z rzeczy, którymi mógłbym się zajmować, zamiast tracić z tobą czas. Z pewnością zrozumiesz, skoro ją dzielisz. Mam inne miejsca, w których wolałbym teraz być.

— Wyjścia do Hogsmeade zawsze wydają się krótkie, prawda? Dobrze, że nie masz problemu z ich ilością.

— Goldstein, jeśli zamierzasz się podniecać tym, co o mnie słyszałeś…

— Pozwól, że zamówię ognistą, by trochę uśmierzyć twoją niecierpliwość. Nie śmiałbym marnować twojego czasu, Hadrian. Miałem jedynie nadzieję, że zdołam poznać postać z opowieści Anthony'ego, zanim przedstawię ci moją propozycję. — Zdołał szybko przywołać madame Rosmertę, machając energicznie i oferując uśmiech pełen nienagannie białych zębów.

— Robię Anthony'emu uprzejmość, spotykając się z tobą. Nic więcej. Wysłucham cię i pójdę.

Szklanka z alkoholem wylądowała jednak przed nim i Hadrian okręcał ją w dłoni, zaprzestając prób zakończenia spotkania. Bursztynowy kolor wydawał się jaśniejszy, gdy przechylał naczynie i podejrzanie mętny, gdy trzymał je prosto. Uniósł w końcu ognistą do światła. Odcienie złota, pomarańczu, a przy brzegach czerwieni nie miały w sobie niczego podejrzanego. Pociągnął łyk.

W kubku Neville'a było ciemno jak w studni. I bardzo dobrze, niewątpliwie szybko zakręciłoby mu się w głowie od tych wszystkich kolorów.

— Na pewno nie, Hadrian. Nie przyszedłbym z byle czym, zajmuję się tylko poważnymi sprawami.

— Wątpię. — Bo co mógł mieć do zaproponowania poza nieskończoną arogancją i niezaliczonymi egzaminami?

— Od kilku miesięcy odbywam praktyki w Świętym Mungu. Większość to banalne przypadki. Niekompetentni czarodzieje i ich przyziemne wypadki, zamówienia na eliksiry i czarownice w ciąży. Nic wartego uwagi. — Machnął lekceważąco ręką.

Neville wołałby wypić eliksir własnego warzenia niż trafić na uzdrowiciela takiego jak Goldstein.

— Pod moją opiekę trafiło kilku pacjentów, którzy posiadają podobne symptomy…

— Masz na myśli do skrzydła, w którym praktykujesz? Czy twoja opieka obejmuje cały szpital? — wciął się Hadrian. Goldstein zacisnął szczękę, szybko jednak wygładził ściągnięte rysy.

— Zajmuję się nimi. Nie musisz próbować być złośliwy, Hadrian. — Zacmokał. — Na szczęście okazało się, że to nie nowa choroba.

— Nie?

— Nowy eliksir. — Jeremiah postawił na stole fiolkę.

Wypełniał ją nieprzezroczysty płyn w kolorze ultramaryny. W świetle barowych lamp zdawał się być całkiem jednolity.

— Pierwszy raz widzę coś takiego, więc nie powiem ci, co to jest. Mam pytać, skąd to wziąłeś? — Marszczył brwi, wciąż obserwując fiolkę. Jego wymowa natychmiast straciła na dokładności, zaczął lekko mamrotać, gdy przeniósł uwagę na co innego niż rozmowa.

Czarodziej uśmiechnął się z zadowoleniem.

— Ofiary miały więcej niż wystarczająco trucizny w swojej krwi. Uzyskałem próbkę, postępując zgodnie z zasadami. Na pewno jednak rozumiesz, że fiolka nie powinna opuścić szpitala.

— Widzę, że osobiście tego pilnujesz.

— Chciałbym, żebyś to dla mnie zbadał — powiedział Goldstein, ignorując słowa rozmówcy.

Oczywistym było, że gdyby nie działał za plecami przełożonych, mistrz eliksirów już dawno by nad tym pracował.

— A już zaczynałem myśleć, że to twój własny wynalazek. — Skończył ognistą i odstawił szklankę ze stuknięciem. — Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

— Oferuję ci okazję na zbadanie czegoś unikatowego. Przyglądałem się temu wcześniej, nie potrzebowałbym pytać o coś prostego. Ale nigdy wcześniej nie widziałem nic takiego. Zupełnie nowa technologia. — Z każdym słowem jego głos zniżał się, aż osiągnął coś na kształt uwodzicielskiego szeptu.

— Co chciałbyś o tym wiedzieć?

— Chciałbym, żebyś nie tylko zbadał skład próbki, ale też stworzył działające antidotum.

— Chcesz wziąć kredyt za wyzdrowienie tych pacjentów. Czy oni w ogóle wiedzą to, co ty, Goldstein? Zdają sobie sprawę, że ktoś ich otruł?

— Naprawdę cię to obchodzi?

— Nic mi nie przyjdzie z pomocy przy tym. — Hadrian odsunął od siebie szkło. — Moje badania nigdzie nie trafią, a ty nie piśniesz ani słowa o moim udziale. Pacjenci cudownie wyzdrowieją i nikt nie dowie się o nowych technologiach, którymi mi machasz przed nosem, ani o tym, jak leczyć to paskudztwo w przyszłości. To mnie obchodzi.

Gdyby podążył za oficjalnymi procedurami, wyniki badań stałyby się ogólnodostępne. Uzyskując je od Hadriana, byłby jedynym lekarzem z kwalifikacjami do leczenia podobnych przypadków. To był powód jego prośby o pomoc, inaczej Goldstein nie próbowałby rozwiązać problemu w tak pokrętny sposób.

— Być może już nigdy nie będziesz miał okazji eksperymentować z czymś tak interesującym, Hadrian, czy to nie nagroda sama w sobie? Nie ciekawi cię to? Zrobisz to wyłącznie dla siebie, dla poszerzenia swojej wiedzy i zobaczenia, co się stanie. I będziesz pierwszy. Takie rzeczy nie trafiają do byle kogo. Następną musiałbyś wynaleźć sam.

— Cudowny doktor, tak? — Przygarnął fiolkę i uniósł w górę, obracając i przez zmrużone oczy obserwując, jak płyn oblewał ścianki, pozostawiając za sobą niebieskawą poświatę. — Zdaje się, że trzymam twój awans w ręku.

— Na pewno dostarczy ci to dużo rozrywki. Daj mi znać, gdybyś czegoś potrzebował. Wiem, że w Hogwarcie czasami ciężko coś załatwić. Chociaż nie wątpię, że ty dostałbyś wszystko, co możliwe.

Tak, tak, cieszył się Neville, ktoś jeszcze widzi w tobie podstępną żmiję. Tylko czemu musiał to być ktoś równie paskudny? Gdyby nie przekonał się właśnie, że Goldstein był równie oślizgłym typem, już ciągnąłby go do zamku, by donieść o wszystkich zasugerowanych wykroczeniach. A przynajmniej próbowałby.

— Ile mam czasu? — zapytał Hadrian.

— Czasu? Czasu na…? — Goldstein nie zrozumiał w pierwszym momencie. — Ach, pacjenci. Nie musisz się nimi martwić. Podałem im eliksir żywej śmierci i utrzymam ich w śpiączce tak długo, jak będzie trzeba.

Hadrian pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Goldstein, nie tyko wisisz mi przysługę. Masz dług. Choćby za to, że nie wyślę tego świństwa do twoich przełożonych.

— Liczę na ciebie, Hadrian. Powiem mojemu bratu, że jesteś tak interesujący, jak mówił. — Obiecał z uśmieszkiem, wstając z krzesła.

Neville poczekał, aż obaj wyjdą, siedząc zupełnie nieruchomo. Potem wlał w siebie resztę naparu w kilku łykach i zerwał się z miejsca. Zaczął szybko przeciskać się do wyjścia, starając się uciec z wnętrza, które z przyjaznego zmieniło się w duszące. Potknął się jednak i zderzył się z kimś.

— Jak łazisz, Longbottom! — warknął Goyle. Zacisnął ciężkie łapska na ramionach Gryfona, ratując go przed upadkiem.

— J-ja… W-wybacz. — Umknął w popłochu. Zgarbiony i spanikowany nawet nie zwrócił uwagi, że choć był znacząco chudszy od Goyle'a, to ich oczy znajdowały się na tej samej wysokości nawet, gdy się garbił.

Neville chciał pobiec do Hermiony i podzielić się z nią każdym szczegółem, zobaczyć jak jej oczy zaczynają błyszczeć, gdy próbowałaby znaleźć rozwiązanie i stworzyć plan dokonania zemsty. Gdyby tylko miał odwagę… A potem… A potem co? Poczuł się gorzej, niż gdy Snape kazał mu wypić breję, którą uwarzył. Nie wyobrażał sobie, by mógł cokolwiek zrobić. Bez żadnego dowodu i z perspektywą kolejnego gnojka, któremu trzeba by udowodnić jakoś winę, mógł co najwyżej doprowadzić Hermionę do furii.

Za kilka miesięcy Hadrian Lestrange zostanie Śmierciożercą, pomyślał ponuro. Czy nie najlepiej by było, gdyby zginął? Być może to by wystarczyło, by pomścić moich rodziców, rozważał. Twarz Bellatriks Lestrange wykręciłaby się w paskudny grymas i kobieta zawyłaby na wieść o śmierci syna. Być może nawet naprawdę by oszalała.

Nie chciał nawet myśleć, do jakich tragedii mógłby doprowadzić kolejny Lestrange. Zła krew, jak mawiała jego babcia. Neville wierzył, że skoro obłęd płynął w żyłach Bellatriks, to na pewno dziedzictwo nie minęło jej syna. Zamierzał dowieść jego winy — a gdyby to zawiodło, znaleźć inny sposób.

Zresztą, czy ktoś z tak poważanego rodu zostałby w ogóle postawiony przed Wizengamotem? Znalezienie dowodu przeciwko Hadrianowi wydawało się z każdym krokiem mniej sensownym planem.