Witam wszystkich bardzo serdecznie!
"Smocza opowieść" to nie pierwsze opowiadanie, które publikuję, ale pierwsze pod pseudonimem Martwiała (tak, brak polskich znaków na skutkował zamianą "ł" na "l", chociaż to dalej jest " l" :). Opowiadanie ma na razie dwadzieścia jeden rozdziałów skończonych i czekających (lub już nie) na publikację. Jest ono moją własną alternatywą siódmego tomu z perspektywy Dracona Malfoya, który jednak nie zabił Dumbledore'a na Wieży Astronomicznej.
Zaczęłam je pisać w 2014 roku, potem porzuciłam na prawie dwa lata, by zeszłego lata wrócić. Za mocno pokochałam tę historię, aby nie być ciekawą, jak się skończy.
UWAGA: Jest tylko częściowo kanoniczna. Oczywiście, główny motyw wojny i horkruksów w niej występuje, ale już związki będą miały mało wspólnego z oryginalnymi "Insygniami Śmierci". Pojawi się też parę dodatkowych postaci, a niektóre zmienią odrobinę swoją osobowość.
Czekam na Wasze komentarze, mile widziana krytyka :)
Postaram się, żeby rozdziały pojawiały się w miarę regularnie. Klasa maturalna jednak wymaga (zwłaszcza zbliżająca się studniówka), więc niczego nie obiecuję.
Opowiadanie będzie także prawdopodobnie publikowane na bloggerze i wattpadzie, ale do tego jeszcze chwila.

Betowały: Desdemona i Katja

Dedykacja: Mojemu Bratu Mateuszowi w dniu jego dwudziestych drugich urodzin.

Rozdział pierwszy

Chaos przed burzą

Zaraz cię zabiję...

Mój drogi chłopcze, przestańmy się oszukiwać. Gdybyś zamierzał mnie zabić, zrobiłbyś to w chwilę po tym, jak mnie rozbroiłeś, nie czekałbyś, żeby sobie najpierw ze mną pogawędzić o sposobach i środkach.

Nie mam żadnych możliwości wyboru! Muszę cię zabić! On zabije mnie! Zabije całą moją rodzinę!

Doceniam trudność położenia, w jakim się znalazłeś. Jak myślisz, dlaczego nie zdemaskowałem cię wcześniej? Ponieważ wiedziałem, że zostaniesz zamordowany, jeśli Lord Voldemort dowie się, że cię podejrzewam. Nie śmiałem z tobą rozmawiać na temat misji, jakiej się podjąłeś, bo bałem się, że użyje wobec ciebie legilimencji. Teraz jednak możemy porozmawiać otwarcie… Nie stało się jeszcze nic złego, nikogo nie skrzywdziłeś, choć miałeś dużo szczęścia, że twoje przypadkowe ofiary przeżyły… Mogę ci pomóc, Draco.

Nie, nie możesz. Nikt nie może mi pomóc. Powiedział mi, że jak tego nie zrobię, to mnie zabije. Nie mam wyboru.

Przejdź na właściwą stronę, Draco, a ukryjemy cię tak, że nikt cię nie znajdzie, uwierz mi. Co więcej, mogę jeszcze tej nocy wysłać członków Zakonu Feniksa do twojej matki, żeby i ją ukryli. Twój ojciec jest teraz bezpieczny w Azkabanie… Kiedy nadejdzie czas, możemy i jego ochronić… Przejdź na właściwą stronę, Draco… nie jesteś zabójcą…

Nie jesteś zabójcą…

Nie jesteś…

Nie…

— NIE! — Draco Malfoy obudził się z krzykiem.

Dygotał i był zlany potem, od którego jego podkoszulka nieprzyjemnie kleiła się do zimnego ciała. Przetarł twarz ręką, a następnie wygramolił się niezdarnie z ciasnej, starej i zgrzytającej pryczy, która od początku pobytu w tym… czymś niemiłosiernie go irytowała. Zresztą jak wszystko tutaj.

Założył bury szlafrok i powoli wyszedł z sypialni na korytarz. Najchętniej w ogóle nie opuszczałby łóżka. Niestety, jego wola nie była już respektowana i obecnie nic nie zapowiadało, żeby to kiedykolwiek miało ulec zmianie. Ktoś na parterze się wydzierał, ale Draco nie zwrócił na to uwagi. Pulsujący ból głowy po kolejnej nocy wypełnionej jednym i tym samym koszmarem praktycznie nie pozwalał się skupić.

Chciał iść do łazienki, ale znowu była zajęta. Draco po raz kolejny zastanowił się, jak można żyć w domu z jedną łazienką. I po raz kolejny doszedł do wniosku, że to nie jest dom.

Na wpół spróchniałe schody głośno skrzypiały, mimo to nikt w kuchni nie zauważył, że zszedł na dół, gdzie nieprzerwanie trwała ożywiona dyskusja.

— Dumbledore chyba zdążył oszaleć przed śmiercią! — krzyknął ktoś z furią w głosie. — Ja z tą gnidą nie wytrzymam ani minuty dłużej. Albo on natychmiast się stąd wyniesie, albo poleje się krew!

Draco uśmiechnął się smutno i ironicznie zarazem. Nawet nie wiesz, jak bym tego pragnął.

— Opanuj się — uspokoił go dziewczęcy głos. — Jak na razie Malfoy ci nic nie zrobił. Siedzi cicho i pojawia się tylko na posiłkach…

— I nie sądzisz, że to podejrzane? — zapytał. — Może wysyła swoim kumplom po fachu informacje o tym, co się tu dzieje?

— Teraz już naprawdę przesadzasz. — Głos należał do dojrzałego mężczyzny. — Jesteśmy obecnie najlepiej chronionym domem w całej Anglii…

— Ludzie! Czy wy nie rozumiecie, że to ŚMIERCIOŻERCA?! Oni znają się na czarnej magii i nie takie rzeczy potrafią!

— Masz rację, jestem śmierciożercą — powiedział spokojnie Draco, wchodzą do obszernej kuchni, której centralną część zajmował długi, drewniany stół dla co najmniej dwunastu osób. — Ale obecnie zdezerterowałem, o czym moim „kuple po fachu" doskonale wiedzą. Jednakże w jednym miałeś rację, co jestem zmuszony otwarcie przyznać – nie takie rzeczy potrafię. Na przykład umiem wyciszyć pomieszczenie, żeby cała okolica nie słyszała, jak z samego rana się wydzieram.

Mina Ronalda Weasleya, wysokiego, siedemnastoletniego chłopaka o wściekle rudych włosach, nie wyrażała ani krztyny zakłopotania. Mało tego, Draco miał wrażenie, że największym pragnieniem Łasicy było wyrwanie mu wnętrzności. Lub coś równie drastycznego.

I nawzajem, plugawy zdrajco krwi.

— Dzień dobry, Draconie — rzekł spokojnie Artur Weasley, siedzący na rogu długiego stołu. Łysiejący pan domu, do którego tak bardzo był podobny Ron, z ciekawością wpatrywał się w najświeższe wydanie „Proroka Codziennego", jakby wcale nie zwracał uwagi na syna. A przecież Draco wyraźnie słyszał, że to on upominał Łasicę.

— Dzień dobry — odpowiedział, nawet nie siląc się na uprzejmość.

Nie mógł im dać zapomnieć, że winnym tej całej niewygodnej dla obu stron sytuacji był Dumbledore, a on czuł się największą ofiarą „żartu" starego trzmiela.

— Śniadanie dla ciebie… Draco.

Miał wrażenie, że Molly Weasley, korpuletna, niska czarownica, także z rudymi włosami, prawie się zadławiła, wymawiając jego imię. Dopiero od kilku dni zwracała się do niego w ten sposób. Przedtem udawała, że Malfoy nie istnieje, i to chyba było lepsze.

Postawiła przed nim talerz i kubek z parującą kawą.

— Dziękuję — odpowiedział oschle.

W domu nauczyli go kultury w stosunku do ludzi starszych, której chociaż w minimalnym stopniu zamierzał zachowywać się kulturalnie, nawet jeśli tymi osobami byli najobrzydliwsi zdrajcy krwi w tej części świata.

— Pójdę wyrzucić gnomy z ogrodu — oznajmił wściekle Ron.

Jego twarz była niemal bordowa.

— Przynajmniej ich mogę się pozbyć z MOJEJ posiadłości.

Trzasnął drzwiami. Draco prychnął pod nosem. Posiadłości, też coś! Łasica po raz kolejny dowiódł, że nie umiał mówić po angielsku. Malfoy mógł nazwać swój dom „posiadłością". To, w czym mieszkał Weasley, zasługiwało najwyżej na miarę urządzonego, doprawdy ze średnim gustem, chlewu.

Ojciec Rona popatrzył za nim z dezaprobatą, być sekundę później wrócić do Proroka Codziennego, którego pierwszą stronę zajmowało wielkie zdjęcie Mrocznego Znaku wyczarowanego na niebie, a nad nim migający napis „Kolejne ataki na czarodziejów i mugoli – czy śmierciożercy nie znają umiaru?", natomiast dziewczyny nic nie powiedziały, a po chwili zaczęły rozmowę.

Przy stole, oprócz Artura Weasleya, siedziała jeszcze jego córka, Ginny, i najbardziej szlamowata ze szlam, Granger, która dwa dni wcześniej przyjechała do Nory, jak zwykli nazywać tę starą szopę jej, pożal się Merlinie, mieszkańcy. Nie zwracał jednak na żadną z nich większej uwagi. Pomimo krótkiego czasu, nauczył się już praktycznie całkowicie je ignorować.

Draco w ciszy zabrał się za sadzone jajka, kawałki dobrze przypieczonego bekonu, kanapki i kawę. Czego jak czego, ale ryżej kurze (przezwisko dla Molly wymyślił już kilka godzin po przybyciu w to okropne miejsce), która właśnie sprzątała coś w salonie, nie mógł odmówić talentu do przygotowywania posiłków. Oczywiście, nie były tak wytworne, jakie nawykł jadać w Dworze Malfoyów, ale również daleko odbiegały od jego wcześniejszych wyobrażeń na temat jedzenia w domu Łasicy. Jeszcze nikt nie podał mu surowego mięsa nafaszerowanego dżdżownicami.

Kuchnię zalewały ostre promienie lipcowego słońca, które wpadały przed otwarte szeroko okna. Od ogrodu do wnętrza domu docierał odór trzody chlewnej hodowanej przez Weasleyów oraz krzyki gnomów wyrzucanych przez Rona za płot. Ginny i Hermiona rozmawiały o czymś, ożywione. Do Dracona, raczej mało zainteresowanego głupimi gadkami zdrajczyni krwi i szlamy, docierały jedynie niewielkie strzępki zdań.

— Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze…

— Nie jestem tylko stuprocentowo przekonana, czy znajdą odpowiednio wiele rzetelnych osób…

— Oby tak. A właściwie to w końcu ustalono datę?...

Na talerzu Draco została tylko jedna kanapka. Jeszcze chwila i zniknie znów za drzwiami „swojego" pokoju na trzecim piętrze, uprzednio (wreszcie!) biorąc orzeźwiający prysznic, i nie wyjdzie aż do popołudnia, a może nawet wieczora, póki nie padnie z głodu.

— A właśnie, tato! — krzyknęła niespodziewanie Ginny.

Artur podskoczył, a Draco poruszył się odrobinę na krześle. Kretynka.

— Kiedy w końcu przyjedzie Bill? Ślub jest przecież już za dwa tygodnie — powiedziała, uważnie wpatrując się w ojca.

Jakby komuś trzeba było o tym przypominać! — pomyślał złośliwie Draco.

Od trzech tygodni w Norze tematem numer jeden był ślub Williama „Billa" Weasleya z Fleur Delacour. Oczywiście, jeżeli w pobliżu znajdował się Dracon. Zaś gdy siedział cicho w przydzielonym mu pokoju i wszyscy sądzili, że ich nie słyszy, mówili tylko o Potterze. Ale przy Malfoyu nie wspominali o nim ani słowa. Cóż, był z wrogiego obozu.

— Bill ma pojawić się w Norze natychmiast, jak zakończy swoją pracę, Ginny — odparł spokojnie Artur.

— Łazienka wolna, Malfoy — rzucił jakby od niechcenia Fred Weasley, przeskakując przez poręcz schodów.

Nareszcie!

Fred wylądował w kuchni z głuchym łoskotem. Jego rude włosy były wciąż mokre, a twarz miał zarumienioną. Wokół bioder przewiązał zielony ręcznik. Oczy mu błyszczały z nieopuszczającej go nigdy radości.

— Witam piękne panie! — przywitał się wesoło z Ginny i Hermioną.

— Mógłbyś się ubrać, brat, wiesz? — powiedziała Ginny. — Jeszcze nam się Hermiona zarumieni!

— Ginny! — krzyknęła Hermiona.

— Panna Granger już widziała wdzięki jednego z nas. A przecież wszyscy Weasleyowie są tacy sami — zażartował Fred.

Merlinie… — powiedział żałośnie w myślach Draco, połykając ostatni kęs kanapki i pośpiesznie wstając od stołu.

Fred i George w jego obecności zachowywali się najswobodniej ze wszystkich, ale to nie oznaczało, że mieli prawo opowiadać o parzeniu się Łasicy ze szlamą zaraz po zjedzeniu przez Dracona obfitego śniadania.

Na szczęście w tym samym momencie odezwał się Artur, skrzętnie ukrywając drobny uśmiech:

— Tak, jak mówiłem, Bill wróci z Fleur najszybciej, jak będzie mógł…

Draco już miał wejść po schodach na górę, kiedy i do niego zwrócił się pan Weasley:

— W związku z tym, chciałbym, żebyś został jeszcze chwilę na dole, Draconie — powiedział spokojnym głosem.

Malfoy zatrzymał się w pół kroku. Na początku był pewien, że się przesłyszał, ale Artur ponownie zabrał głos:

— Obiecuję, że nie zajmę ci dużo czasu, Draco.

Chłopak otworzył szerzej oczy i spojrzał ze zdziwieniem na pana domu. W kuchni zaś zapanowała cisza. Artur, chociaż zaskakująco mile nastawiony do Malfoya, nigdy go nie zatrzymywał, ani nie pragnął nawiązywać dłuższej rozmowy. Ograniczał się do porannego „dzień dobry", wieczornego „dobranoc", ewentualnie popołudniowego „Draco, Molly właśnie podała obiad".

Malfoy bez słowa zszedł ze schodów. W międzyczasie opamiętał się i na nowo przybrał niewzruszony wyraz twarzy. Czego ten stary dziad, do licha, od niego chciał?

— Możesz tym razem zrobić wyjątek i usiąść bliżej mnie? — spytał łagodnie Artur.

Dracon niechętnie skinął głową i zajął miejsce obok pana Weasleya.

— Hermiona, Ginny, Fred, was też o to proszę — dodał mężczyzna.

Dziewczyny posłusznie przesunęły się o kilka miejsc, a jeden z bliźniaków stanął za nimi.

— Ron wszystko słyszał z samego rana, gdy wy jeszcze spaliście, więc nie musimy go wołać — wytłumaczył niepotrzebnie Artur, bo o jego najmłodszego syna nikt nie pytał. — Molly, moja droga, sprawdzisz, czy Ronowi nic się nie stało? Nie słychać krzyków gnomów.

Pani Weasley spojrzała podejrzliwie na męża.

— Mam tylko nadzieję, że znasz konsekwencje… — rzekła, marnie próbując ukryć narastające zdenerwowanie.

— Molly, proszę…

Kobieta prychnęła niczym rozłoszczona kocica i wyszła do ogrodu. Artur popatrzył po nastolatkach odrobinę bardziej nerwowo, niż wskazywałaby na to sytuacja i sztucznie się uśmiechnął. Draco uniósł brew. Czy wreszcie mógłby się dowiedzieć, co to za potajemne knucie? A tym bardziej co on ma z tym wszystkim wspólnego?

— Pewnie zastanawiacie się, o czym z wami chcę porozmawiać…

Nie, w tym momencie interesują mnie tylko i wyłącznie rozgrywki ligowe quidditcha.

— Prawdopodobnie dzisiaj będziemy mieli gości… — zaczął Artur, ale zaraz przerwała mu Hermiona.

— Zebranie Zakonu Feniksa — szepnęła podekscytowana.

Artur spojrzał na nią, posyłając ciepły uśmiech.

— Tak, Hermiono — potwierdził. — Jak zawsze wiesz wszystko.

Granger zarumieniła się leciutko. Draco natomiast zaczął zastanawiać się, po co mu to mówią. Do tej pory nawet najdrobniejszą rzecz skrzętnie przed nim ukrywali, a teraz otwarcie rozmawiali o swojej supertajnej organizacji, która zrzeszała przeciwników Czarnego Pana.

Malfoy oczywiście bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, czym jest Zakon Feniksa. Zrobiło się o nim głośno, zwłaszcza w szeregach śmierciożerców, po bitwie w Departamencie Tajemnic i zamknięciu Lucjusza w Azkabanie. Życie Dracona od tego momentu diametralnie się zmieniło. Był zmuszony przejąć wszystkie obowiązki ojca.

To właśnie wtedy głównym celem sług Czarnego Pana przestało być ściganie Harry'ego Pottera, którego zostawiono na „dogodniejszy moment", a stało się likwidowanie wszystkich w jakikolwiek sposób związanych z Zakonem.

— Dzisiejsze zebranie ma być jednak nieco inne niż pozostałe — ciągnął Artur.

Zaczniemy nie od pieśni na cześć świętej pamięci wszechmogącego trzmiela, ale od wiersza ku niemu recytowanego przez mojego syna, Ronalda. Jestem taki szczęśliwy! — dokończył w myślach Draco.

Był zirytowany. Nie miał najmniejszej ochoty słuchać o ludziach, którzy wsadzili jego ojca do więzienia, a którym nawet przez myśl nie przeszło, jak zareaguje na to Czarny Pan i jakie będzie to miało skutki.

— Chciałbym, abyście w nim uczestniczyli. Wszyscy — dokończył z naciskiem, spoglądając na oniemiałego Dracona.

— Mama się zgodziła?! — krzyknęła rozemocjonowana Ginny. — Ale na sto procent?

— Ginny, spokojnie, zaraz…

— Niestety ja nie skorzystam z zaproszenia.

Draco gwałtownie wstał, o mały włos nie przewracając krzesła, i nim ktokolwiek zdążył zareagować, wbiegł po schodach na czwarte piętro.

Pokój, w którym mieszkał od niespełna trzech tygodni, dokładnie od pamiętnej nocy, w której zginął Albus Dumbledore, był niewielki. Dla Dracona, przyzwyczajonego do ogromnych komnat, wręcz klaustrofobiczny. Mieściło się tutaj zaledwie wąskie łóżko, nad którym znajdowało się tak brudne okno, że z trudem cokolwiek przez nie dostrzegał, komoda, szafa i malutkie biurko. Ściany były trochę poobdzierane, a abażur starej lampy zakurzony. Po poprzednim właścicielu (Charliem, jak wywnioskował Draco – pamiętał go z Turneju Trójmagicznego, podczas którego parokrotnie go widział) pozostały pamiątki w postaci kawałeczków skorupek smoczych jaj, fragmenty skór różnych gadów, czy też gadżety początkujących treserów smoków rozrzucone wszędzie, gdzie tylko się dało: w kątach, pod materacem, w rogach szafy.

Kiedy wszedł tutaj po raz pierwszy, pomyślał, że Weasleyowie sobie z niego kpią. Jak miał mieszkać w czymś takim? Teraz natomiast ten pokój był jego ulubionym pomieszczeniem w całej Norze. Nie pozwalano mu wychodzić nawet do ogrodu, był uwięziony w domu, więc całe dnie spędzał właśnie tu, nie chcąc słuchać debilnych tekstów Łasicy, skomlenia Wiewióry (Grzmotter ją rzucił i przez pierwsze dni wakacji, albo buczała na wszystko i wszystkich, albo włóczyła się smętnie — przeszło jej dopiero jakiś tydzień temu) lub planów bliźniaków co do konstrukcji kolejnych specyfików do Magicznych Dowcipów Weasleyów. Toteż wolał nie wyściubiać nosa zza progu pokoju, którego na szczęście z nikim nie dzielił. Tego by naprawdę nie zniósł.

O wpół do szóstej po Norze zaczął roznosić się gwar głośniejszy niż zazwyczaj, ale Dracon starał się go ignorować. Po wzięciu prysznica i udaniu się do swojego pokoju, nie wychodził z niego ani na sekundę. Długotrwałe wpatrywanie się w sufit miał wytrenowane niemalże do perfekcji. Oderwał się od tego absorbującego zajęcia dopiero, gdy usłyszał kroki w korytarzu. Odwrócił głowę w kierunku drzwi. Ktoś się zbliżał.

W chwilę później rozległo się pukanie.

— Draco, to ja, Artur — odezwał się opanowany głos. — Mogę wejść?

Malfoy prychnął pod nosem. Przez kilka godzin zastanawiał się, co zrobi, jeżeli zmuszą go do udziału w zebraniu Zakonu Feniksa. Było oczywiste, że chcą go przesłuchiwać tak długo, dopóki nie powiedziałby im wszystkiego, co wiedział, będąc śmierciożercą. Drugie tak cenne źródło informacji nie trafiłoby się zbyt prędko.

— Proszę — powiedział sucho.

Absolutnie nie zamierzał im nic powiedzieć. Nie żeby kiedykolwiek przeszło mu to przez myśl. Co z tego, że został poniekąd uwięziony na ich terytorium? Nadal był sługą Czarnego Pana, a nim staje się raz na zawsze.

Artur nieśmiało przekroczył próg. Rzucił przyjazne spojrzenie Malfoyowi, którego twarz była niezmiennie blada i wyniosła. Pan Weasley, choć może głupio to zabrzmi, polubił Draco już w momencie, kiedy chłopak przeszedł na ich stronę. Zdawał sobie sprawę, że zrobił to nie do końca dobrowolnie i prawdopodobnie bez głębszego zastanowienia się nad konsekwencjami, ale to właśnie przemawiało na korzyść Dracona – nikt, a zwłaszcza rozdygotany siedemnastolatek, nie podejmował wyrachowanych decyzji w przypływie emocji. Dlatego Artur był całkowicie pewny, że chłopak zrobił ruch, jakiego pragnął już od dawna. Bał się tylko do tego przyznać, przede wszystkim przed sobą.

— Chciałbym ci coś powiedzieć, Draco — rozpoczął Artur, stając obok jego pryczy.

Malfoy, znudzony, powrócił do podziwiania sufitu. Pan Weasley jednak się nie zniechęcił.

— Wszyscy pragniemy, abyś wziął udział w zebraniu Zakonu Feniksa nie dlatego, że zamierzamy cię przesłuchiwać, albo, co gorsza, siłą wyciągnąć z ciebie jakiekolwiek informacje o Sam-Wiesz-Kim — tutaj lekko się skrzywił. — Po prostu zależy nam na tym, żebyś do nas dołączył, nie mówię o pełnym członkostwie, ponieważ wtedy będziemy mogli jeszcze lepiej cię chronić.

Chłopak przewrócił oczami. Tym razem nie pozwolą mi w ogóle wyjść poza pokój.

— Draco — ton głosu mężczyzny niespodziewanie zmienił się ze spokojnego na niemal błagalny.

Artur niepewnie usiadł w nogach łóżka, prycz zaskrzypiała. Malfoy podniósł jedną brew, ale nie powiedział nic, co dodało trochę odwagi Weasleyowi.

— Z dnia na dzień ginie więcej ofiar. Po obu stronach — rzekł, próbując opanować drżenie głosu. — Jesteś jedną z najbardziej poszukiwanych osób w kraju. Gdybyś brał udział w naszych… szkoleniach, wiedzielibyśmy, na jakim poziomie są twoje magiczne umiejętności. Możesz wierzyć lub nie, ale chcemy cię chronić najlepiej, jak potrafimy… A ponadto… cóż, nie będę cię okłamywał , jesteś nam potrzebny — powiedział z mocą Artur. — W kraju zapanował chaos, a to, jak obaj wiemy, tylko początek. Niewinni tracą życie w bezsensownej walce z… Sam-Wiesz-Kim. Nie tylko czarodzieje, ale i zwykli mugole. Zdaję sobie sprawę, że nie pałasz do nich zbyt wielką miłością, ale to też są ludzie. I to po stokroć bardziej bezradni niż my…

— NAPRAWDĘ chce pan wiedzieć, co potrafię? — przerwał drwiąco Dracon. — NAPRAWDĘ?

Do tej pory można było pomyśleć, że nie słucha mężczyzny, teraz jednak wpatrywał się w niego z tlącą się w szarych oczach wściekłością. Gwałtownie usiadł, a stare łóżko znowu wydało z siebie rzężący jęk.

— Potrafię torturować, zabijać i gwałcić. Bez mrugnięcia okiem. Bez żadnych wyrzutów sumienia. Przez większość czasu ćwiczyłem na mugolach, których pan teraz tak żarliwie broni. Dumbledore wykorzystał moją chwilę słabości, tyle. A państwa oszukał, zmuszając do przyjęcia pod swój dach może najgorszego śmierciożercę, jaki chodzi na wolności. Tak więc proszę stąd wyjść, bo nie sądzę, żeby Zakon rzeczywiście chciał w szeregach kogoś takiego, jak ja.

Draco powiedział wszystko na jednym wydechu. Mimo to jego słowa były ostre i dobitne. Może miał cichą nadzieję, że nareszcie Artur straci cierpliwość i wyrzuci go z domu? Albo ściągnie z dołu Aurorów i poprosi, żeby niezwłocznie zabrali go do Azkabanu? Ale na pewno nie myślał, że pan Weasley uśmiechnie się do niego ciepło, jak ojciec, który jest dumny z dziecka, że strzeliło pierwszego gola w quidditchu, i cierpliwie odpowie:

— Wystarczyło powiedzieć, że dzisiaj masz zły humor i nie weźmiesz udziału w zebraniu. Cóż — wzruszył ramionami — jeszcze ten raz jakoś sobie bez ciebie poradzimy.

Malfoya zamurowało i nawet nie starał się tego ukryć. Artur natomiast wstał z łóżka, otworzył drzwi i już miał wychodzić, kiedy odwrócił się po raz ostatni w kierunku chłopaka.

— Szczerze, nie sądzę, żebyś był najgorszym śmierciożercą na wolności — rzekł pogodnie. — Mógłbyś mi to wmówić, gdybym nie znał twojej ciotki. I Avery'iego. I Dołohowa. I jeszcze paru innych. Więc nie ceń się tak wysoko. Trochę samokrytyki, Draco.

Drzwi zamknęły się powoli, ale chłopak jeszcze długo wpatrywał się w miejsce, w którym stał Artur Weasley.

Dzisiejsze zebranie Zakonu Feniksa nie było nietypowe tylko ze względu na to, że uczestniczyła w nim młodzież. To spotkanie stanowiło pierwsze w Norze od śmierci założyciela stowarzyszenia, Albusa Dumbledore'a. Ponadto niezmiernie ważne, prawdopodobnie najważniejsze od czasu reaktywacji dwa lata wcześniej. Mianowicie, miano na nim dokładnie przedyskutować sprawę przeniesienia Harry'ego Pottera z domu jego wujostwa do domu Weasleyów.

— Uważam, że wybranie drogi z Surrey prosto tutaj, bez żadnych przystanków, jest najlepszym rozwiązaniem — powiedział Kingsley Shacklebolt, czarny, łysy, barczysty czarodziej.

Wszyscy z trudem mieścili się w małym salonie. Zebrało się około dwudziestu osób – najważniejszych członków Zakonu wraz z dzieciakami. Fred, George, Ron, Ginny i Hermiona siedzieli ściśnięci na kanapie, a wokół nich specjalnie poustawiane krzesła zajęli pozostali. Molly wybrała najbliższe obok swoich pociech i co chwilę zerkała na nie zaniepokojona. Mówiła Arturowi, który teraz jak gdyby nigdy nic opierał się spokojnie o gzyms kominka, że to doprawdy idiotyczny pomysł. Byli zdecydowanie za młodzi na obrady wojenne. Powinni się bawić, uczyć i zakochiwać, a nie przejmować wojną.

— To niemożliwe — odparł rzeczowo Szalonooki Moody, to znaczy Alastor Moody, znany Auror, który posiadał więcej protez niż własnego ciała.

Drewniana noga skrzypnęła o podłogę, gdy z ciężkim westchnieniem wstawał z krzesła, kierując się do paleniska, w którym wesoło buchał ogień. Z przedpołudniowego ciepła nie zostało nic. Na zewnętrz zrobiło się chłodno, a niebo zasnuły ciemne chmury. Zbliżała się burza.

— Odległość jest za duża, Shacklebolt — rzekł rzeczowo Auror. — Myślę, że napotkalibyśmy przynajmniej dwie grupy tych kurewskich śmierciojadów.

— Moody — syknęła ostrzegawczym tonem Molly.

Dzieci tego słuchały!

Alastor posłał w jej kierunku znudzone spojrzenie.

— A co ty o tym sądzisz, Arturze? — zapytał Kingsley.

— Według mnie — rozpoczął ostrożnie pan Weasley — powinniśmy zrobić jeden przestanek… Daj mi dokończyć, Kingsleyu… Tylko jeden, aby nasza uwaga nie została uśpiona. Wielce prawdopodobnym jest, że jeżeli śmierciożercy zechcą nas zaatakować i jakimś cudem uda im się przyszykować zasadzkę, będzie ona umiejscowiona właśnie w pobliżu mojego domu…

— Niby skąd mieliby znać datę i twój adres? — prychnęła jakaś czarnowłosa czarownica siedząca z boku.

— Hestio — zwrócił się do niej Artur — skoro Pius domyślił się, że chcemy przenieść Harry'ego do Nory przed jego siedemnastymi urodzinami, jest też w stanie przekazać śmierciożercom adres. A data? Przecież wiadomo, że stanie się to przed trzydziestym pierwszym lipca…

— Więc jesteś przekonany, że Thicknesse należy do nich? — spytał Dedalus Diggle, niski mężczyzna, siedzący obok Hestii i trzymający w ręku fioletowo-różowy cylinder.

— Och, przecież to oczywiste — żachnął się Moody, zaglądając do wnętrza kominka. — Pierdolony Szef Departamentu Przestrzegania Prawa! Zasraniec!

— Alastorze, na litość Merlina! — wrzasnęła Molly. — Mógłbyś się powtrzymać, chociaż przy dzieciach.

Bliźniacy zaprotestowali, przecież już od dosyć długiego czasu byli pełnoletni, natomiast Ginny nie omieszkała głośno przypomnieć matce, że za niecały rok skończy siedemnaście lat.

— Gdybyś, droga Molly, wiedziała, co te dzieci wyprawiają — powiedział spokojnie Szalonooki. — Do tej pory nie masz pojęcia, że takie rzeczy w ogóle istnieją…

— Ale skąd pewność, że Pius Thicknesse jest śmierciożercą? — upierał się Dedalus.

— Takiego ku… — zaczął Moody, ale napotkał ostry wzrok pani Weasley i w porę się powstrzymał, kiwając głową z dezaprobatą. — Takiego kretyna Sami-Wiecie-Kto — po zebranych przeszedł dreszcz — nie chciałby w swoich szeregach. Thicknesse jest tylko ich pionkiem, mało kosztownym, lecz bogatym źródłem informacji z ministerstwa. Oczywiście, moglibyśmy zyskać stuprocentową pewność, ale…

— Wiem, do czego pijesz, Alastorze, a ty, że ja się na to nie zgadzam — powiedział chłodno Artur. — Nie będziemy wykorzystywać Dracona…

— O jakim ty, do cholery, wykorzystywaniu mówisz? — zdenerwował się Auror, ignorując głośną reprymendę Molly. — Przeszedł na naszą stronę, był w najbliższym otoczeniu Sam-Wiesz-Kogo, a my mimo to przyjęliśmy go do siebie…

— Na wyraźną prośbę Dumbledore'a — wtrącił Kingsley, ale Szalonooki go nie słuchał.

— … chociaż nadal może coś knuć. Wiesz, czym ryzykujemy?!

— Najwyżej atakiem śmierciożerców na Norę — Artur nie dał się sprowokować i nadal miał opanowany głos, jakby napad popleczników Sami-Wiecie-Kogo na jego dom był tylko niewinną wizytą nieproszonych gości.

Moody głośno prychnął. Jego magiczne oko poruszało się z prędkością światła, mierząc pana Weasleya wściekłym spojrzeniem.

— To wstręty śmierciojad! — wrzasnął Alastor, chwiejąc się na swojej protezie. — Zapomniałeś, co wyczyniał jego ojczulek siedemnaście lat temu?!

— I tu jest twój słaby punkt, drogi Moody — odparł Artur. — Postrzegasz ludzi poprzez utarte stereotypu. Draco nie jest swoim ojcem. Przyłączył się do Sam-Wiesz-Kogo — starał wypowiedzieć to tym razem bez drgnięcia i prawie mu się udało — za namową Lucjusza, który, obawiam się, nie zostawił mu żadnego wyboru.

— Nie broń go! Jest taki sam! — huknął Moody, cały czerwony na tej części twarzy, która mu pozostała.

Ginny i Hermiona odruchowo cofnęły się na kanapie. Nigdy nie widziały tak wściekłego Szalonookiego. Każdy wiedział, że nie wolno go wyprowadzać z równowagi.

Tymczasem pan Weasley nie wyglądał na przestraszonego, lub chociażby poruszonego. Nadal ze stoickim spokojem opierał się o gzyms kominka, co chwilę sprawdzając, czy ogień nie gaśnie. Po południu w domu zrobiło się zimno.

— A czy kiedykolwiek z nim rozmawiałeś? Nie sądzę. Poza tym, argumentem, któremu nie możesz się przeciwstawić, jest wola Dumbledore'a, aby Draco znalazł się pod opieką moją i mojej żony. Tak więc Dracon Malfoy nie wieźmie udziału w zebraniu Zakonu Feniksa, dopóki sam nie wyrazi chęci.

W salonie nastała cisza. Magiczne oko Moody'ego wciąż z furią wpatrywało się w sylwetkę Weasleya, ale czerwony kolor stopniowo odpływał z pokiereszowanej twarzy Aurora. Inni natomiast spoglądali na pana domu z zaskoczeniem lub niedowierzaniem. Czy on właśnie stanął w obronie syna Lucjusza Malfoya, nastoletniego śmierciożercy, który o mało co nie zabił Albusa Dumbledore'a?

Najbardziej wstrząśnięty był Ron. Jego ojciec bronił tej zawszonej tlenionej fretki, która przez całą szkołę zatruwała życie jego dzieciom! Jak mógł?! Ronald po prawdzie zauważył zmianę zachowania Artura w stosunku do Malfoya, jednak do tej pory wmawiał sobie, że pana Weasleya zmusiły do tego okoliczności. Ale teraz nie miał już żadnych złudzeń. Rodzony ojciec Rona polubił tego samego Dracona Malfoya, którego rodzina z chęcią by ich zamordowała. To się po prostu nie mieściło w głowie!

— Popieram pomysł Artura ze zrobieniem przystanku podczas przenosin Harry'ego — rzekł słabym tonem, przerywając niezręczną ciszę, Remus Lupin, który do tej pory nie zabrał głosu.

Na kilka dni przed pełnią zawsze był osłabiony i apatyczny. Tonks krzepiąco ścisnęła go za rękę. Lekko się do niej uśmiechnął.

— Moim zdaniem jest najrozsądniejszy — ciągnął. — Zatrzymalibyśmy się w możliwie najbliżej położonych w stosunku do Nory mieszkaniach.

— Mieszkaniach? — szepnęła Hestia. — To ma być ich kilka?

— Tak — odrzekł spokojnie Remus.

Potem głęboko westchnął, wstał i podszedł do kominka, obracając się twarzą do zebranych. Był przygarbionym mężczyzną z płowymi włosami oraz licznymi bliznami na całym ciele. Dzisiaj dodatkowo pod miodowymi oczami pojawiły się jasnoszare sińce.

— Dyskutowaliśmy z Dorą na ten temat, z Arturem też — tu posłał porozumiewawcze spojrzenie w kierunku pana domu — I doszliśmy do wniosku, że moglibyśmy użyć Eliksiru Wielosokowego. Tak, aby w razie… eee… komplikacji, maksymalnie zmylić śmierciożerców.

— A na czym miałoby to polegać, Lupin? — zapytał Moody, który zdążył się już prawie w zupełności uspokoić i opanować.

Uważnie zlustrował zmęczone oblicze wilkołaka swoim magicznym okiem.

Remus popatrzył po wszystkich. Nie lubił grać pierwszych skrzypiec, zwłaszcza gdy stawał przed liczną widownią. W czasach szkolnych, kiedy jeszcze jego kontakt z magiczną społecznością był silny, robili to za niego James i Syriusz. Potem przez całe dwanaście lat trzymał się z dala od ludzi. Teraz na nowo musiał nauczyć się żyć jak normalny czarodziej. Pomimo tego, że krył w sobie bestię. Dostrzegł pełne miłości spojrzenie Tonks i odkaszlnął lekko.

— Nie muszę mówić, że plan musi być dopracowany do perfekcji, nie mieć żadnych luk i słabych punktów, dlatego liczę też na waszą pomoc… Ale dobrze, już wszystko tłumaczę…

Spotkanie skończyło się dopiero kwadrans przed północą. Draco nie mógł zasnąć, więc dobrze słyszał, jak kolejni członkowie Zakonu Feniksa opuszczają Norę (był to cholernie dźwiękonośny budynek). Dotarły do niego także wrzaski Alastora Moody'ego. Nie sądził, że stary Weasley stanie w jego obronie. Co prawda, nie mógł na czwartym piętrze dokładnie podsłuchać całej rozmowy, dolatywały tu tylko głośniej wypowiedziane pojedyncze słowa lub krzyki, jednak dużo można było z nich wywnioskować.

Draco nie chciał się zastanawiać nad pobudkami kierującymi mężczyzną. Jedyna myśl, którą do siebie dopuścił, dotyczyła podstępu, którego Artur użył, aby następnym razem jednak zaciągnąć go na zebranie Zakonu. Stary wielbiciel mugoli był zapewne przekonany, że on, Draco, się na to nabierze. Nic bardziej mylnego.

Zakon Feniksa był najbardziej znienawidzoną przez chłopaka organizacją działającą przeciwko Czarnemu Panu. Jego członkowie widzieli tylko czubki własnych nosów. Nie obchodziły ich straty w ludziach ani tragedie, jakich byli przyczyną. Wszelkie ataki odpierali ulubionym hasłem starego trzmiela: DLA WIĘKSZEGO DOBRA.

Pieprzony, wymyślony przez naiwniaków slogan, jakim było dobro. Dracon dobrze wiedział, że nie istniało dobro ani zło. Była tylko władza i potęga.

To, że w magicznym świecie zapanował chaos i wszystko stawało na głowie — Dumbledore nie był już dyrektorem Hogwartu, bo dał się zamordować na szczycie Wieży Astronomicznej, Harry Potter, ukrywając się u mugoli, przyznał, że bez ochrony boi się stawić czoła Czarnemu Panu, a on, Dracon Malfoy, nigdy nieskażony szlamem arystokrata, mieszkał w domu Weasleyów, wielbicieli brudnej krwi — tak naprawdę nie miało znaczenia. Bo w rzeczywistości najważniejsze się nie zmieniło.

Nieważne, po której stronie barykady się stało. Wszyscy walczyli o to samo, co zwykle. O władzę i o potęgę.

***
I jak się podobało? Mam nadzieję, że znośnie :)
Jak już wspomniałam, czekam na komentarze. Miłych ferii wszystkim, którzy je mają, i mniej pracy dla tych, którzy nie są takimi szczęściarzami ;)