Samochód był dość duży jak na średniej wielkości ssaka, który w nim siedział...

Stoję na górce pokrytej małymi suchymi źdźbłami polnej trawy. Niebo jest puste od chmur. Zastanawiam się co to za miejsce. Ciepły wiatr delikatnie muska moje futro. Między palcami czuje coś dziwnego. Nie mogę ich złożyć w pięść, figę, ani w żaden inny sposób. Nie mogę ruszać dłońmi. Czuje jakby cienka nić przetaczała się między mymi palcami. Przewija się dalej, aż poza me ręce, ale jej nie widać. Nie da się na nią spojrzeć oczyma mimo jej ogromu. Da się ją tylko czuć.

Między palcami zaczęły wyrastać mi kiełki. Nie bałem się, choć zdziwił mnie fenomen tego zjawiska. Kiełki zmieniły się w kwiaty. Małe zielone włócznie, a na ich czubku majestatycznie usytuowany niebieski kwiat. Był bardzo dziwny. Nie znałem tego gatunku. Wyglądał dość pospolicie, ale był jakiś inny. Był bardzo piękny. Tak piękny, jakby był przerysowany. Jakby artysta namalował obraz i umieścił kwiat w jego tle. Oko arcymistrza malarstwa musiało spolądnąć na ten kwiat. Następnie przerzucił jego piękno na osobny obraz. Obraz poświęcony tyko temu kwiatowi. Lecz kwiat nie widzi artysty. Ale może odczuwać jego obecność. Kwiaty nagle zaczęły usychać.Ich uroda została zamazana. Mimo to nadal było w nich coś pięknego.

Podszedłem bliżej czubku wzniesienia. W dole widziałem piękny niebieski strumyk, a w nim piękne kamyki. Nie chodziło tu o to, że się błyszczały, ani o to, że były białe. Poprostu były piękne. Różowo-fioletowe kwiaty na krzewach porastały brzegi strumyku. Kłosy porastały drugi brzeg strumienia. Wysokość troszkę przerażały, bo stałem tuż przy krawędzi małego urwiska, ale piękno tej scenki wygnało ze mnie strach. Niebo trochę pocięmniało, ale nadal zachowywało piękno.

W tej chwili nagle pojawiła się czarna postać. Była dziwna. Sylwetką nie przypominała żadnego znanego światu gatunku. Była dość wysoka. Wyciągnęła do mnie dłonie. Na jednej był nóż, a druga dzierżyła wielką igłę. W umyśle kazała mi wybrać jeden przedmiot. Nie powiedziała mi tego wprost. Poprostu wiedziałem o co jej chodzi. Niestety nie mogłem dokonać decyzji. Nadal moje dłonie były unieruchomienie przez uschnięte kwiaty. Postać wyjęła czarne, jakby przypalone nożyce. Obcięła kwiaty i podrzuciła je wysoko nad przepaść. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu kwiaty unosiły się do góry ku niebu. W końcu zniknęły w chmurach. Nie mam pojęcia co może być za tymi zwykłymi chmurami. Dalej mój umysł nie sięgał. Postać chwyciła mnie niczym jak matka podnosi swoje dziecko. Z troski ułożyła moje ciało w ramionach. Nie bałem się. To było dobre uczucie. Dawno nie czułem czegoś takiego. Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Niestety nie trwało to długo. Nie zdążyłem przytulić się do miękkiego ciała tej istoty i powoli usunąć. Dłonie stworzenia zrobiły się zimne, sztywne i twarde. Spojrzałem, za jego bark. Zobaczyłem rodzinę. Stała daleko z tyłu ze spuszczonymi głowami w dół. Tylko moja mama patrzyła na mnie. Jej oczy były obojętne. Jej uszy były obojętne. Jej usta były obojętne. Jej wzrok był obojętny. Jej słuch był obojętny. Jej mowa była obojętna. Postać trzymająca mnie zaczęła biec w stronę urwiska. Podrzuciła mnie do góry nad czeluść. Uniosłem się wtedy bardzo wysoko, ale przed samymi chmurami, gdy już miałem wsadzić głowę za ich sekret. Wtedy zaczęło się swobodne spadanie w stronę strumienia. Byłem tak oszołomiony, że nie wiedziałem co robić. Usłyszałem tylko płacz mojej matki. Wybiegła jakby chciała skoczyć i mnie chwycić, ale było już za późno. Wpadłem do strumienia, a wtedy woda w jednej chwili stała się zimna i brudna. Leniwy strumyk zmienił się w żwawą i agresywną rzekę. Chwyciłem konar, by spróbować uratować się z opresji. Usłyszałem potwory szum. Odwróciłem się i za sobą zobaczyłem wielki wodospad. Wielki wodospad, a ja nad nim trzymający konar. Powoli wyślizguje mi się z ręki. Zaraz spadnę.

Nagle wstałem z czegoś miękkiego na proste nogi. Byłem w swoim obskurnym mieszkanku. To był sen. Co on oznacza. Nie wiem. Na całym ciele miałem gęsią skórkę. Czułem się jakbym wogóle nie spał. Cały kark mi zesztywniał. Byłem zmęczony, zmarznięty i głodny. Idealnie jak na początek poniedziałku. Spoglądając za siebie widziałem swoje niechlujnie ułożoną pościel i kołdrę. Wieczorem była ładnie poukładana. Musiałem bardzo rzucać się w nocy. Ten sen był jakiś inny. Z regóły nie pamiętam swoich snów, albo szybko je zapominam. Ten pamiętałem z każdym szczegółem. Postanowiłem, że nie będę sobie tym za krzątał mojego umysłu. Tak, mojego umysłu i tak pełnego już wielu chaotycznych myśli. Bardzo nie spójnie ze sobą zestawionych...

No, ale czas nagli, pomyślałem. Szybko nałożyłem na siebie mundur i wrzuciłem do ust parę niebieskich borówek. Miałem lekki problem z ich przełykaniem. Niemądry połknoł wiele na raz bez gryzienia. Czułem jakby wielką kula powoli przetaczała się przełykiem zanim wylądowała w żołądku. Kiedyś się w ten sposób wykończe do reszty. W dodatku sypiam zaledwie po parę godzin. To nie jest tak, że z mojej winy. Po prostu te wszystkie myśli przed snem powodują, że boje się usnąć. Boje się, że przyśni mi się koszmar, którego nie zapomnę do końca życia. Jestem co prawda dorosły, ale przy mojej gonitwie myśli to dodatkowo wyrwało by mnie ze tego względnego niby spokoju. Ten sen... to nie całkiem był koszmar...

Czas nagli. Ostatnie poprawki i wychodzę. Przekraczając próg drzwi poczułem na całym ciele ten chłodny powiem dobiegający z klatki schodowej. Zamykając drzwi mój wzrok przyciągnął mały niepozorny dla mnie przedmiot. Był to krzyż. Wisiał na ścianie nad moim łóżkiem. Zapomniałem zupełnie, że go mam... i ...po co.

Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa... Ssaki idą obojętnie zapatrzeni na siebie. Szarymi chodnikami w szarych humorach z szarymi myślami w szarych strojach pod szarym niebem. Zastanawiam się, po co? Po co oni tak się spieszą. Gdzieś pokaleczony ptak pełznie po ziemi w uścisku śmierci. Bezdomny prosi sprzedawcę o kawałek chleba. Woda kapie z rynny, ale niestety nie spada na roślinkę rosnącą obok. Ssaki patrzą w siebie. Widzą swoje problemy. Reszta ich nie obchodzi. Jak Ikar na obrazie tonie, a ani rolnik, ani rybak nie pomagają mu. Jesteśmy ślepi na problemy innych. Świat goni, a kto stoi w miejscu ten w nim zanika. Wyścig w bezsensownych zawodach. Uczucia to pojęcie względne. A ja? Idę z nimi, bo muszę...

Dotarłem do Tramwaju. Miał piękną, żółto-czerwoną obudowę. A siedzenia! Lepsze niż moje łóżko. Wyjątkowo dziwne... Przy komisariacie przed przejściem zatrzymała mnie mała dziewczynka.

- Pan Nick Bajer?

- Tak, a co cię tutaj do mnie sprowadza? Gdzie twoja mama?

- Jest w sklepie.

Mała brązowa kuzka wyciągnęła mały notesik.

Słyszałam o panu. Jest pan bardzo odważny. Chciałabym od pana Autograf.

- Mój pierwszy autograf w życiu jaki komuś podpisuje. Podaj długopis.

Moja ręka lekko trochę zadrżała. Chciałem żeby był jak najbardziej ładnie napisany.

- Dziękuję panu.

- Proszę bardzo moja dziewczynko, a teraz szybko leć do mamy.

- Tak jest!

W sposób jaki zasalutowała bardzo mnie rozbawił i ucieszył. Dzieci są najważniejsze. Musimy dbać o ich niewinność. W nich nadzieja społeczeństwa. By inni mieli lepsze życie od nas. Może to nowo pokolenie coś zmieni. Może ono zaważy o historii tego świata.

- Nick, Co tak stoisz tak sam na środku chodnika.

- Ach ten głos! Karotka! Haha co ty na wyścig kto pierwszy dobiegnie do komisariatu!?