Rozdział II

Znalezienie wymiętego kawałka papieru, wetkniętego między szklany klosz a metalową podstawę lampy, zajęło mu dwa dni. Winił za to swój stan, bo chwilami miewał już problemy z logicznym myśleniem. Miał wrażenie, jakby w czasie tej niewoli sukcesywnie podlewano jego mózg lepkim miodem, sprawiając, że neurony stawały się leniwe i umykało mu coraz więcej rzeczy, które nie były związane bezpośrednio z tą celą.

Ten przeklęty hitlersyn miał rację, dziczał. Feliks prychnął, rozwijając wiadomość i próbując cokolwiek dostrzec w ciemnościach ledwo rozjaśnionych zachodzącym słońcem. Szyfr. Pieprzony szyfr. Niech diabli wezmą Ludwiga i jego paranoiczną skrupulatność. Posłał jeszcze pełne żalu spojrzenie na wygasłą, zimną lampę i wstał. Wspiął się po ścianie, wbijając palce jednej dłoni w zaprawę, szukając nogami podparcia w cegłach, aż udało mu się wdrapać na wysokość może pół metra, ale tyle wystarczyło. Czerwony poblask z lufciku rozjaśnił papier, który uniósł nad głowę. Wykrzywiając boleśnie szyję i tkwiąc w tej niewygodnej pozycji, Feliks wpatrzył się w karteczkę, ryjąc sobie w pamięci układ liter.

Potem osłabione palce puściły i upadł na ziemię, klnąc cicho, gdy uraził sobie bok. Udało się; krótki ciąg znaków miał przed oczami. A teraz, jakiego szyfru użył ten cholerny Niemiec?

Spróbował najprostszego mu znanego, w myślach przestawiając litery o trzynaście miejsc w alfabecie. A potem zaśmiał się jak obłąkany, gdy pierwsza sylaba hasła zaczynała mieć sens.

Potem zamilkł. Szyfr Cezara? Feliks poczuł się nieco dotknięty. Jego ludzie pracowali nad Enigmą, a dano mu szyfr Cezara, jak dziecku w gimnazjum do zabawy? Zachichotał. Drań stanowczo go nie doceniał.

Ale to dobrze. Niedocenienie było straszliwą bronią, jeśli wiedziało się, jak ją wykorzystać. Odłożył tę myśl na potem i skupił się na dalszym odszyfrowaniu wiadomości…

A potem usłyszał, jak klucz przekręca się w zamku. Z zwinnością, jaka zaskoczyła nawet jego samego, poderwał się na nogi, zrobił kilka szybkich kroków i zgniatając papier w kulkę, rzucił nią w odległy kąt, gdzie zniknęła w ciemności i brudzie.

Potem Feliks cicho jęknął, bo chociaż ten nagły napływ adrenaliny sprawił, że zapomniał o ranie na boku, to teraz to paskudny ból powrócił. Opierając się o ścianę, przesunął bardziej w stronę środka piwnicy, akurat w chwili, w której Fischer i Radke wkroczyli do środka.

Wcale ich to nie zaskoczyło. Prawie zawsze stawał na nogi, gdy przychodzili się pobawić. Co prawda zdarzyło się raz, może dwa, że nie był w stanie ustać, ale za każdym innym cholernym razem Feliks nie zamierzał dawać im satysfakcji już na samym początku.

– Tacy jak wy – Fischer splunął, a te słowa nasączone pogardą jasno świadczyły o nienawiści do gatunku personifikacji. Feliks wiedział, że to obowiązek pilnowania i przesłuchiwania go zrodził tę emocję i przez pewien czas był tym nawet zafascynowany. Teraz zaczynało go to nudzić. – Mogą w ogóle umrzeć? Pieprzone ścierwa…

– Uważaj – zaczął lekko Feliks, patrząc w oczy Fischera. Nie zamknęli jeszcze drzwi, więc miał okazję mu się przyjrzeć. Na wychudłej twarzy, przypominającej szczurzy pysk, widniał kilkudniowy zarost, oczy mężczyzny były podkrążone, jakby nie spał od wielu dni, a głęboko w nich czaił się ten ból, który Feliks dobrze znał, starannie ukrywany.

Nigdy nie przynosili ze sobą światła. Nie potrzebowali go do zabawy, a jeśli już musieli coś oświetlić, używali zapalniczki. Wiedział, że to też była metoda tortur. Fischer szczególnie lubił ciemność i kopniaki padające znikąd, a już w połączeniu z zawiązanymi oczami… Feliks wywrócił oczami. Byli przewidywalni. Zawsze chodziło o dominację.

– … bo odniosę wrażenie, że Beilschmidtów również nie lubisz…

Fischer tylko zazgrzytał zębami. Powstrzymał się jednak od komentarza, ale jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło Feliksowi, by się upewnić, że nienawiść do personifikacji objęła również dwóch braci. Zaczął gorączkowo rozmyślać, jak mógłby to wykorzystać. Wystarczy ich sprowokować… i to do czegoś poważniejszego niż parę kopniaków.

Ale co by mi to dało?, zastanowił się Feliks, patrząc na Fischera i ignorując Radke. Radke był tępym trepem, który sam z siebie nie podejmował żadnej inicjatywy. Szkoda, że kurwidołek Hitlera nie składał się z samych takich Radke. Skopałby wtedy im dupy w pojedynkę i nawet się nie zmachał.

Odwołanie i kara za łamanie rozkazów Ludwiga. Przydzielenie nowych strażników. Czy współgrałoby to z tym, co planował ten drań? A zresztą… Feliks powstrzymał się od spojrzenia w kąt, tam gdzie rzucił zaszyfrowaną wiadomość, zamiast tego nieustępliwie wpatrując się w strażnika. Jakie to miało znaczenie? Ludwig chciał uratować brata. Feliks się dla niego nie liczył. Nie zdziwiłby się, gdyby ta wiadomość, której nie zdążył rozszyfrować, kazałaby mu się jebać. Chociaż Ludwig pewnie ująłby to bardziej dyplomatycznie. Czego się spodziewał? Litości? Ratunku? Byli wrogami.

– Zastanawiałem się, jak długo będę jeszcze znosił twoją parszywą mordę – warknął Fischer. Radke w końcu zamknął drzwi. W piwnicy zapanowała ciemność, rozpraszana czerwonym, krwawym blaskiem.

Wieczór i poranek, dzień siedemdziesiąty pierwszy, pomyślał tępo Feliks.

– Może czekają – wyszeptał, nawet nie zastanawiając się, jak okrutnie to zabrzmi. – Kiedy w końcu się złamiesz i powiesisz.

Uderzenie pięścią w twarz sprawiło, że uderzył o ścianę i się po niej osunął. Zamrugał oszołomiony, widząc jak oczy Fischera płoną nienawiścią.

Niech to szlag. Musiał to powiedzieć? A jeszcze parę dni temu myślał, że nie upadnie tak nisko, by kpić z tej spadającej na dom bomby i jej ofiar. Przymknął oczy i westchnął.

Nie wiedział, kto wygra tę wojnę, ale wiedział jedno; nawet jeśli kiedyś wyjdzie z tej celi, zdecydowanie nie będzie już normalny.

– Przestań – o dziwo, odezwał się Radke cichym, chociaż beznamiętnym głosem. Feliks nie przypominał sobie, by kiedykolwiek słyszał jego głos. To Fischer zawsze zadawał pytania, przynajmniej przez pierwszy miesiąc, potem dali sobie spokój z wydzieraniem z niego informacji, gdy stało się jasne, że nie piśnie ani słówka. – Zabronił.

– Jest takim samym gównem jak on – warknął Fischer, ale cofnął się, oddychając głębiej. Spojrzał na swoje dłonie i rozmasował palce. Nieco się uspokoił i sądząc po ledwie widocznym w zanikającym świetle wyrazie twarzy, chyba żałował, że stracił nad sobą panowanie.

– Zamknij się – Radke rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. – Skup się na tym, co po przyszliśmy.

Feliks nagle zesztywniał i nadstawił uszu. Nie chciał uronić ani słowa, bo coś się kroiło i miał wrażenie, że wcale mu się to nie spodoba.

– Podnoś się – warknął Fischer. – Przeprowadzka.

Szyfr. Feliks wyszczerzył zęby, wolno wstając, z dłonią przyciśniętą do boku. Miał nadzieję, że gdziekolwiek go zabiorą, znajdzie się jakiś lekarzyna, który na widok ropiejącej rany odczuje przebłysk litości i jakoś go załata. Gorączka trochę za bardzo utrudniała życie.

– Pozwolicie panowie – powiedział usłużnie, nie zapominając oczywiście zabarwić swojego głosu szyderstwem. – Że przed… wyjazdem skorzystam z toalety? – znacząco spojrzał w ciemny kąt.

Fischer odwrócił się ze wstrętem. Radke obserwował Feliksa zmrużonymi oczami, ale w końcu on wlepił wzrok w drzwi i zaczął głośno pogwizdywać. Chociaż w tym nie znajdywali przyjemności, pomyślał ponuro Feliks, szarpiąc za rozporek. Nigdy nie upokorzyli go w sposób jakikolwiek związany z fizjologią.

Kilkanaście sekund później, chwycenie porzuconego na ziemi świstka i wciśnięcie go za pasek od spodni, nim żołnierze znów na niego spojrzeli, było już tylko formalnością.

– Mówiłem, żeby nie dawać mu pić i jeść – burknął Fischer do Radke, jakby Feliksa wcale tu nie było, obracając się i sięgając po pistolet. Wycelował Lugera w głowę Feliksa, podbródkiem wskazując na drzwi. – Potem cały mundur mi cuchnie. Wszystko przesiąka…

– Rozważałeś codzienny prysznic? – zaproponował niewinnie Feliks, ruszając w stronę drzwi, które Radke aktualne otwierał. – Powinny pomóc na twoje problemy z nadmiernym wydzielaniem smrodu, chyba, że lubisz, oczywiście, cuchnąć… Ja nie lubię, ale wiesz, zważywszy na okoliczności…

Au. Uderzenie kolbą pistoletu w skroń może nie było najbardziej bolesnym doświadczeniem z tej celi, ale kwalifikowało się do tych najmniej ulubionych. Przynajmniej obyło się bez mroczków przed oczami, a to Feliks uznawał za zaletę.

– Jeszcze jedno słowo, a wybiję ci tym zęby – zawarczał Fischer, popychając go na korytarz i pośpiesznie wiążąc mu ręce z tyłu. – Ciekawe, czy wtedy też byłbyś taki wyszczekany, ścierwo.

Mimo wszystko Feliks uśmiechnął się z triumfem. Radke, idąc przed nim, posłał mu tylko złośliwe spojrzenie… i odpalił papierosa. Dym uderzył w twarz Feliksa, budząc nikotynowy głód. Kurwa.

Czując, że jednak przegrał tę potyczkę, zbluzgał piękną niemiecczyzną obu żołnierzy. A potem zręcznie uchylił się przed ciosem skierowanym w jego żuchwę.


Wciąż bez zmian. Ludwig patrzył otępiały na nieruchome ręce i powieki, na klatkę piersiową, która jako jedyna zdradzała, że Gilbert żyje, bo unosiła się w głębokim oddechu, tym samym rytmem od tygodni.

Dlaczego?

Za każdym razem, gdy próbował to zrozumieć, jego starania spełzały na niczym. Ten dziwny stan, ni to sen, ni to śpiączka, zaczerwienione pod powiekami białka, utrata kolorytu cery, lodowatość kończyn… Nie był w stanie dopasować tych cichych objawów do żadnej ze znanych chorób, ani on, ani lekarze, bo przecież wysłał po najlepszych w całej Rzeszy. Noce spędził nad tomami o medycynie, pośród łacińskich nazw próbując odnaleźć tą jedną, która odpowiedziałaby mu na to, jak go ocalić. Nie było nic.

Lekarze parę razy dawali diagnozy, które szybko okazywały się błędne. Leki nie działały. Z każdym dniem Ludwig czuł coraz większy strach.

Łukasiewicz mówił, że to lęk. Czy lęk był w stanie ich zabić, skoro nie dawały im rady pistolety i gazy bojowe? Może oni, przeklęte personifikacje, zapadali na zupełnie inne choroby, niż ludzie? Słabli podczas kryzysów. Wegetowali, snując się posępnie i bez sił, gdy ich kraje traciły wolność albo przegrywały. To Ludwig potrafił zrozumieć, sam tego doświadczył po Wielkiej Wojnie. Ale lęk? Uczucie?

Spojrzał jeszcze raz na brata. Gilbert sporo schudł, choroba sprawiła, że wyglądał krucho i słabo. Czy tak wyglądał Rzym, zanim odszedł, nikt nie wie gdzie?

– Niech pan się nie martwi, znajdziemy jakieś rozwiązanie…

Ludwig poderwał głowę i spojrzał groźnie na młodego lekarza, który dzisiaj przybył z Wiednia. Na ten widok absolwent medycyny zbladł i powstrzymał się od wesołości. Niestety, personifikacje nie były w stanie zabijać wzrokiem. Ludwig kwaśno pomyślał, że byłoby to cholernie przydatne.

– Odpowiedz szczerze – wycedził, wpatrując się w lekarza. Ten wyraźnie stracił pewność siebie. – Nie macie pojęcia, co spowodowało ten stan, prawda?

Lekarz uciekł wzrokiem.

– Cóż… patrząc na badania… – mówił o tych stosach dokumentacji, których Ludwig nienawidził, a które leżały na stoliku obok, kpiąc sobie z niego. – Wynika z nich, że pana brat jest… cóż, wszystkie badania są w normie… pomijając oczywiście osłabienie wynikające z braku poprawnego odżywiania w czasie hospitalizacji, ale to nie zagraża jego życiu, tak jak panu… cóż… pan Gilbert… jest tak jakby zdrowy, nie rozumiemy, czemu nie chce się przebudzić…

Ach, przeklęci szarlatani. Ludwig machnął ręką, przerywając lekarzowi, a potem wskazał drzwi. Mężczyzna szybko uciekł. Bezużyteczni.

Zacisnął palce na zimnej dłoni, w naiwnej próbie ogrzania jej.

Jeśli lęk był w stanie ich zabić, on niedługo stanie się kolejną jego ofiarą.


Nas nauczono, przypomniał sobie treść rękopisu. Luźne kartki rozrzucone na biurku, dłoń w natchnieniu przenosząca gorzkie słowa na papier, pośpiesznie, ledwo nadążając za ulotną myślą. Blask księżyca za oknem, oblepiający wszystko srebrną warstwą. Tak srebrną, jak srebrne było kobiece ciało w jednym ze starszych wierszy.

Feliks lubił przychodzić do tego młodego poety, chociaż ten nigdy go nie ujrzał. Jeśli chciał, potrafił pozostawać niezauważony. Wolał przychodzić, gdy niespokojny sen łapał w swoje ramiona żołnierza, i dopiero wtedy pochylał się nad kartkami, znajdując na nim myśli, które jakby wyciągnięto mu z umysłu.

Chciał czasem porozmawiać z tym chłopcem, ale postanowił sobie nie robić tego, by nie sprowadzać na niego niebezpieczeństwa. W okupowanej Warszawie Feliks pojawiał się i znikał, przemykał kanałami, pomagał, ale nigdy nie zostawał na dłużej niż parę chwil w jednym domu. Starał się być nieuchwytny… i przez prawie pięć lat mu się to udawało.

Westchnął ciężko, patrząc na swoje rozlatujące się buty sunące po leśnej ścieżce. Lufa przytknięta do jego szyi – naprawdę, czy temu żołnierzowi nie zdrętwiała już ręka? Szli tak ponad godzinę, klucząc między drzewami – zmuszała go do patrzenia w dół. Czemu po prostu nie zawiązali mu oczu?

To nie tak, że strzał mógłby go zabić, ale Feliks zdecydowanie chciał tego uniknąć. O ile śmierć nie była mu dana, to ból i owszem, a postrzał w głowę czy kark wyeliminowałby go z gry na dobrych parę tygodni. Nie mógł sobie na to pozwolić, zwłaszcza że i tak ledwo kontaktował z powodu gorączki i jątrzącej się rany na boku.

Oczywiście, hitlerysyny wiedziały o jego wytrzymałości przewyższającej ludzką – trzeba podziękować Ludwigowi, który pewnie w pierwszy dzień urzędowania Hitlera wyskamlał mu na kolanach tajemnice personifikacji – i nie omieszkiwali tego wykorzystywać.

– Łeb do góry – warknął do niego żołnierz.

Feliks jeszcze przez kilka sekund opierał się, przeciągał chwilę, uśmiechając się lekko, bo słyszał, jak żołnierz zgrzyta zębami ze złości. Wgapiał się w ściółkę leśnej ścieżki, którą prowadzono go, odkąd wykopano go z auta, odliczając sekundy. W końcu uznał, że dość nadwyrężenia cierpliwości i uniósł wzrok.

Wiedział, że jest w Polsce, mówiło mu o tym powietrze. Zawsze potrafił to rozpoznać, wyczuć woń ojczystej ziemi, zapach leśnego runa i tego wszystkiego, co wirowało tu w powietrzu, zbyt subtelne dla ludzkich nozdrzy.

– Zadekowaliście się tutaj? – zapytał cicho, patrząc na złożony kompleks wyłaniający się spomiędzy drzew. Drewniane wieże strażnicze. Kilkadziesiąt budynków postawionych na jego ziemi. Drogi wytyczone pomiędzy nimi… Poczuł gniew. Jak śmieli kaleczyć ten piękny las tym pieprzonym betonem? Jak śmieli rozsiadać się na jego ziemi po tym, jak obficie zrosili ją krwią? – Kryjecie się po lasach jak pieprzone króliki? Pieprzycie się też jak one? W koszarach musicie się nieźle bawić, chłopcy

Zgrzytanie zębami stało się jeszcze głośniejsze, tak głośne jak ostry świst wciąganego powietrza, jaki wydał z siebie drugi z pilnujących go żołnierzy. Feliks uśmiechnął się do siebie.

– Idź – warknął żołnierz za nim, nie reagując na prowokację. A szkoda. Feliks zaczynał tęsknić za Fischerem i Radke. W celi z nimi było zabawniej niż z tą dwójką, która bała się cokolwiek mu zrobić, nim dostarczą go na miejsce.

Ścieżka, do tej pory prosta i względnie łatwa do pokonania, tutaj dość ostro schodziła w dół, a jej powierzchnię zaczęły przebijać wystające korzenie gęściej rosnących drzew. Feliks podziękował w duchu żołnierzom, że nie zawiązali mu oczu, bo na tym odcinku pewnie skręciłby sobie kark.

Schodząc w dół, nadal z lufą czającą się w okolicach szyi, zaczął zastanawiać się, jak to by na niego wpłynęło. Do tej pory w swoim tysiącletnim życiu nie miał jakoś okazji doznać takiego urazu, mimo że brał udział w walkach i bijatykach niezliczoną ilość razy. Nawet był ciekawy… Potknął się o korzeń, który znikąd znalazł się gdzieś koło jego stóp. Stracił równowagę i padł na kolana, łapiąc odruchowo za pień najbliższego drzewa i zadzierając skórę dłoni o szorstką korę. Pociemniało mu w oczach, a bok znów zaczął rwać przeklętym bólem.

Chwilę widział jedynie mrok, ale wkrótce ciemne plamki zaczęły ustępować normalnej wizji. Feliks, czując, że siły go opuszczają, zerknął za siebie, pierwszy raz mając okazję przyjrzeć się mężczyznom. Drugi żołnierz, trzymający się z tyłu, miał dystynkcje podoficera. Patrzył na Łukasiewicza zamyślonym wzrokiem brązowych oczu i wyglądał, jakby był myślami gdzieś bardzo daleko.

– Chryste… – westchnął ten, który do tej pory trzymał Feliksa na muszce. Na naramienniku nie miał żadnych oznaczeń; musiał być szeregowym. Mizerna szczecina na podbródku zdradzała jego młody wiek. Żołnierz opuścił rękę z bronią, rozmasował przedramię i spoglądał to na Feliksa, to na oficera. – Herr Unteroffizier, on tu nie zejdzie za chwilę?

– Da radę – stwierdził podoficer. Pochylił się, opierając dłonie na kolanach. – Łukasiewicz – brzmiało to tak, jakby mężczyzna ćwiczył wcześniej, jak wymawia się to nazwisko. – Słuchaj. Jest rozkaz, by cię tu przyprowadzić, więc jak nie wstaniesz, będę musiał sam cię tam zawlec, rozumiesz?

Myśl, że miałby zostać wciągnięty do kompleksu jak zabita zwierzyna, jak upolowany na ucztę jeleń przerzucony przez konia myśliwego, dodała Feliksowi sił. Zagryzając mocno zęby, podniósł się, postanawiając ignorować gorączkę i ból. Nie dałby się w końcu tak upokorzyć. Nie, on wkroczy do Wolfschanze z podniesioną głową, rzucając wyzwanie wszystkim, których napotka w środku.

Podoficer wydawał się wiedzieć, że jego słowa zadziałają. Uśmiechnął się pod nosem.

– Zabrzmi to jak przekupstwo… ale na pewno nie pozwolą ci stanąć przed führerem w takim stanie. Mamy tu lekarza, świeże ubrania i wanna też się znajdą.

Lekarz. Ubrania. Ciepła woda. To było pierwsze, co wpadło Feliksowi do mózgu. Zrobił krok do przodu, ucieszony jak naiwne dziecko, po czym zdał sobie sprawę z najważniejszego.

Führer.

O kurwa, kurwa, kurwa jego mać.


– Zabrali go? – warknął Ludwig, patrząc zirytowany na Radke. – Gdzie? Nie skończyłem z nim.

– Nie wiem – powiedział żołnierz. – Przyszedł rozkaz z góry, przyjechali po niego. My tylko go im przekazaliśmy.

Ludwig westchnął ciężko. Coś się działo. Czy ktoś coś podejrzewał? Czy te wizyty w celi Polski wzbudziły jakieś zainteresowanie? Może błędnie założył, że góra uzna to za zwykłą chęć odegrania się za pięcioletnią grę w kotka i myszkę? Jego niechęć do Łukasiewicza była powszechnie znana, każde słowo padające z jego ust na naradach, a dotyczące Polaka, przesycone było pogardą. Ludwig dbał o to, by nikt nie pomyślał, że Feliks może liczyć na jakąkolwiek pomoc z jego strony.

Może się przeliczył? Przecież nie ukrywał swoich wizyt, zdawał raporty. Budował starannie siatkę kłamstw, wiarygodnych kłamstw; o tym, że o ile tortury żołnierzy nie były w stanie złamać tego bandyty, tak metody Ludwiga, znającego wszak psychikę Łukasiewicza lepiej niż jakikolwiek człowiek, powoli zaczynały przynosić efekty. Udało mu się przekonać szefa, że jest blisko wydarcia z ich jeńca tajemnic wojskowych. Szef nawet pochwalił go w obecności generałów. A teraz zabrano Feliksa?

– Gdzie Fischer? – warknął Ludwig, przypominając sobie o drugim strażniku.

Radke zawahał się.

– Miał iść na dół i sprawdzić celę – powiedział z namysłem. Zmarszczył brwi. – Ale coś długo mu schodzi… Pytałem się, czy iść z nim, ale powiedział, że potrzebuje chwili spokoju.

Przeczucie uderzyło Ludwiga z delikatnością armatniego pocisku. Zacisnął wargi.

– Idziesz za mną.

Zeszli na dół. Piwnica nadal cuchnęła i Ludwig wątpił, czy ten zapach dałoby się wywabić, gdyby ktoś chciał korzystać z niej w innych celach niż przetrzymywanie więźniów. Radke zatrzymał się przy drzwiach, ale nie wszedł do środka, zamiast tego kierując spojrzenie na Ludwiga.

Niemcy zmarszczył brwi. Drzwi do celi były uchylone, ale nie dochodził stamtąd żaden odgłos. Nie było stąd innej drogi, niż ta, którą przyszli, ani innych pomieszczeń, w których Fischer mógłby się schować.

Ludwig otworzył drzwi na rozcież i spojrzał przed siebie. Radke, zerkając mu przez ramię, wciągnął głośno powietrze i cicho przywołał Matkę Boską, jakby miała mu w czymkolwiek pomóc.

Wysokie buty wiszące nad ziemią. Ohydna erekcja pośmiertna, efekt nacisku na móżdżek. Głowa przechylona do przodu, szeroko otwarte oczy. Sznur starannie spleciony w pętlę, zaciśnięty wokół sztywnej szyi.

– Fischer… – Radke wykonał ruch, jakby chciał podejść. Ludwig na niego zerknął; drugi żołnierz wyglądał na poruszonego. – Dlaczego…?

– Wiesz, dlaczego – mruknął Ludwig, odwracając wzrok od ciała. Śmierć… była obrzydliwa, nawet jeśli dotyczyła Aryjczyka. A samobójstwo Ludwig uważał za oznakę największego tchórzostwa. Syknął pod nosem z irytacji. Zezwłok Fischera przykuje niepotrzebną uwagę. Szlag. Teraz to on musiał wykonać ruch.

– Mówił, że zginęła cała jego rodzina – odezwał się cicho Radke, patrząc jak zahipnotyzowany w ciało wiszące u sufitu. Ludwig pierwszy raz widział w jego oczach tyle ludzkich emocji. – Wcześniej chwalił się, że urodził mu się syn…

Ludwig nie zamierzał tego słuchać. Odwrócił się i ruszył w stronę schodów, zostawiając piwnicę, by jego wściekły, okrutny wilk wyciem pożegnał członka stada, z którym kąsał i okaleczał więźniów bez litości. Bo litości zwierzęta w końcu nie znały.

– Odetnij go.


Spokojnym krokiem minął lśniącego Mercedesa 770, ledwo obdarzając spojrzeniem najpiękniejsze auto, jakie widział kiedykolwiek w życiu, a które należało do niego, odkąd tylko zjechało z taśmy produkcyjnej. Okrągłe reflektory, chromowana chłodnica, idealna czerń karoserii… Gdzieś tam na dnie serca poczuł jednak ukłucie żalu.

Czasy, w których jeździł takim autem w defiladach albo, po prostu, przemierzając ulice Berlina, mijały. Mercedes Ludwiga coraz częściej stał w tym garażu. Coraz rzadziej pokazywał się w mieście, a jeśli wsiadał za kierownicę, wybierał wojskowe Volkswageny. To nie był dobry czas na jeżdżenie najdroższym autem w kraju…

Ludwig zaczął spokojnym tempem przeszukiwać metalowe szafki w garażu, a gdy odnalazł schowane kanistry z benzyną, uśmiechnął się pod nosem.

Potem wyszedł na zewnątrz i oparł o ścianę budynku. Wpatrywał się w przestrzeń, na pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie znudzonego cywila popalającego papierosa. Ludwig przytknął wolnym ruchem papierosa do ust, nie zaciągnął się jednak. Zamiast tego uważnie przyjrzał się otoczeniu, ale nikt niepożądany nie chciał przechodzić właśnie tego wieczoru tą ponurą, brudną, zdewastowaną uliczką, która jeszcze pięć lat temu była całkiem uroczym miejscem.

Nie czekał długo. Chudy jak szkapa chłopak wyrósł spomiędzy cieni i zarośli jak zjawa. Mimo lata otulony w stary prochowiec, który wisiał na nim jak na wieszaku, spoglądał na Ludwiga z tym charakterystycznym, zadziornym uśmieszkiem, jacy mogą tylko mieć dumni, nastoletni i przymierający głodem włóczędzy. Ciemne sińce pod oczami, parodia zarostu na brudnej szczęce, nos, który ktoś nie raz przetrącił…

Na jego widok dzieciak uśmiechnął się szeroko, ukazując drobne braki w uzębieniu. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął stamtąd kluczyki.

Ludwig zwinnie je złapał.

– Gdzie stoi?

– Najpierw szmal – zażądał dzieciak. Dziecko wojny, pomyślał Ludwig, patrząc na wyrostka, ni to chłopca, ni to mężczyznę, który najwidoczniej był na tyle sprytny, że radził sobie sam. Ile miał lat? Piętnaście? Szesnaście?

– Z którego transportu uciekłeś? – zapytał zamiast tego Ludwig, nasycając swoje słowa lodem i pogardą. Omylił się w pierwszej chwili; nos był garbaty nie z powodu ulicznych bijatyk. – Mów, gdzie stoi auto, zanim odeślę cię tam, gdzie twoje miejsce.

Chłopak nagle stracił swój rezon. Cofnął się i chyba rozpoznał w nim wojskowego, może nawet zorientował się, że ma do czynienia z samym Ludwigiem Beilschmidtem, bo skulił się nieco i wymamrotał:

– Stoi nad Sprewą… po drugiej stronie, blisko torów… Zmieniłem tablice… Nikt nie widział…

– Spieprzaj.

Dzieciakowi nie trzeba było tego powtarzać. Ludwig upuścił papierosa i przydeptał go, a potem sięgnął do kieszeni.

Walther PPK miał jedną zaletę – łatwo można było schować go w cywilnych ubraniach. Miał też jedną wadę – dla dobrze zbudowanego mężczyzny niezbyt wygodne było naciskanie spustu.


Nie jestem młody
niech was smukłość mego ciała
nie zwodzi

(...)

mam lat dwadzieścia
jestem mordercą
jestem narzędziem
tak ślepym jak miecz
w dłoni kata
zamordowałem człowieka
i czerwonymi palcami
gładziłem białe piersi kobiet.

(...)

T. Różewicz - Lament


Dzięki za tak miłe przyjęcie pierwszego rozdziału, mam nadzieję, że kolejne nikogo nie rozczarują ^^

1. Szyfr Cezara - prosty szyfr, polegający na zastąpieniu litery inną, oddaloną od niej o określoną liczbę pozycji w alfabecie, inaczej szyfr przesuwający.

2. "Nas nauczono" - "Pokolenie" Baczyńskiego, of course ^^
3. Mercedes 770 - luksusowe auto, którego wyprodukowano 205 sztuk. Jeździli nim naziści wysokiej rangi. W 1938 był to najdroższy samochód możliwy do kupienia w III Rzeszy (dostępny "na życzenie"). Ni w ząb nie znam się na motoryzacji, ale jeździłabym, bo ma w sobie "to coś".
4. Walther PPK - niemiecki nieduży pistolet, często używany do samoobrony przez oficerów, też stosowany w policji (jako uzbrojenie dla policjantów służących po cywilnemu). Założyłam, że Ludwig ma raczej większe grabki i nie przepada za małymi pistoletami.