W zamierzeniu ma to być seria złożona 7 tekstów. Ale każdy z nich stanowi oddzielną, zamkniętą scenkę i można je czytać osobno.

Jak zwykle dziękuję za pomoc nieocenionej Tinie L.


Siedem kawałków nieba

I

Dźwięk bosych dziecięcych stóp na starym dywanie jest tak cichy, że niemal niedosłyszalny. Saul Silva zdaje sobie z niego sprawę dopiero wtedy, kiedy Sky przystaje niepewnie na środku pokoju. W zasadzie to nie sam odgłos kroków, ale jego ustanie zwraca ostatecznie uwagę mężczyzny. Saul, napotkawszy nieśmiałe spojrzenie chłopca, opuszcza książkę na kolana i pospiesznie zdejmuje nogi ze stołu.

— Silva? — zagaduje go Sky, widząc, że i tak już został przyłapany. — Czy ty czytasz moją książkę?

Saul wzrusza ramionami.

— Jako twój opiekun muszę wiedzieć, czym się interesujesz. — Po tych słowach uśmiecha się jednak, żeby Sky nie miał wątpliwości, że żartuje. — Nie możesz spać?

Sky kiwa głową, ale nadal stoi w tym samym miejscu, jakby nagle zapuścił korzenie. Saul przewraca oczami. Jeśli młody naprawdę myśli, że oberwie za bezsenność, Silva będzie chyba musiał ponownie przyjrzeć się swoim metodom wychowawczym.

— Chcesz kakao?

Chłopiec potrząsa swoją jasną czupryną, ale przynajmniej przestaje spoglądać na niego jak złodziej przyłapany z ręką w cudzym sejfie.

— Chcesz ze mną posiedzieć?

Tym razem mina Skya zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i Saul ledwo ma czas odsunąć się na bok, nim chłopiec energicznie wskakuje na ich niewielką sofę.

— Ostrożnie — śmieje się Silva.

Przez chwilę siedzą w ciszy, podczas gdy Saul zastanawia się, jak delikatnie zagadnąć chłopca, by dowiedzieć się, co go dręczy. Ostatecznie jednak to Sky pierwszy przerywa milczenie.

— Daleko jesteś?

Saul potrzebuje momentu, żeby skojarzyć, że chłopiec pyta o książkę.

— Doszłeś już do Puszka? — Sky już się niecierpliwi.

— Ej, nie zdradzaj mi, co dalej! — Silva posyła mu przyjacielskiego kuksańca. — Poza tym mówi się „doszedłeś", a nie „doszłeś".

— Terra obiecała, że mi pożyczy następną część, jak oni z Samem ją skończą. Będziesz chciał przeczytać? — Sky ostentacyjnie ignoruje upomnienie, ale Silva dobrze wie, że to nie znaczy, że nie wziął go sobie do serca, nie ciągnie więc tematu.

— Czemu nie? — odpowiada zatem, w zamyśleniu wodząc palcem po nieco wypukłych literach na okładce. Nagle przypomina sobie, nad czym się wcześniej zastanawiał. — Sky, dlaczego właściwie tak lubisz tę książkę?

Sky posyła mu zaskoczone spojrzenie.

— Bo jest fajna? — Unosi brew i w tej chwili tak bardzo przypomina swojego ojca, że Saul niemal czuje ukłucie bólu. — Bo czarodzieje są super, Harry jest strasznie fajny, Hermiona jest mądra jak Terra i w ogóle… — Sky urywa na chwilę i marszczy nosek. — I w ogóle chciałbym, żeby Hogwart był prawdziwy!

Saul z trudem ukrywa rozbawienie. Mieszkają w cholernej szkole dla wróżek, obserwują prawdziwą magię każdego dnia, a młodego fascynują historyjki o zmyślonych czarodziejach?

— A w czym Alfea jest gorsza od Hogwartu? — decyduje się zapytać, starając się, by jego pytanie zabrzmiało zupełnie poważnie. — Pomijając duchy. I gadające obrazy. I Cerbera w piwnicy. — Właściwie to w piwnicy mają coś znacznie gorszego niż przerośnięty trzygłowy pies, ale o tym przy odrobinie szczęścia Sky nigdy się nie dowie. Całe szczęście, że jego podopieczny jest mniej wścibski niż te dzieciaki z powieści…

Sky drapie się po głowie, szukając odpowiedzi, tymczasem Saula nareszcie olśniewa.

— Tu nie chodzi o Hogwart sam w sobie, prawda? Chodzi o to, że jesteś… — przez chwilę szuka nadal obco brzmiącego słowa — ...mugolem?

Sky błyskawicznie odwraca wzrok, wyraźnie zawstydzony.

— Sky, dlaczego myślisz, że mnie to rozzłości? — Saul wzdycha ciężko, po raz kolejny zastanawiając się, czy bycie ojcem przychodzi mu tak trudno, bo sam tak wcześnie został sierotą, czy może to kwestia poczucia winy, które nigdy na długo go nie opuszcza. Może mimo wszelkich jego starań Sky wyczuwa w nim coś, czego nie potrafi właściwie zinterpretować?

— Silva, a ty nigdy nie chciałeś umieć czarować? Tak jak pani Dowling? — Sky tymczasem unosi wzrok i spogląda na niego, choć nadal nieco niepewnie.

Saul uśmiecha się nieznacznie, przywołując wspomnienia.

— Kiedyś pewnie trochę chciałem — przyznaje. — Ale potem coś sobie uświadomiłem. Widzisz Sky, wróżki polegają na wrodzonej magii, którą uczą się kontrolować, ale która nawet ujarzmiona, tak naprawdę zawsze pozostaje żywiołem. My, Specjaliści, uczymy się polegać na sobie. Na naszych umiejętnościach, zdobytych i udoskonalonych przez lata ciężkiej pracy. Wolę ufać sobie niż żywiołowi. No i nie znam lepszego powodu do dumy.

Sky powoli kiwa głową, ale najwyraźniej opowieści o małych czarodziejach nie dają mu nadal spokoju. Chwilę później Saul uświadamia sobie, że traktując te książki jako nieszkodliwe bajeczki dla dzieci, przegapił coś bardzo ważnego.

— Bo wiesz, Silva… — podejmuje Sky z wahaniem. — Pomijając czary, to właściwie Harry jest trochę jak ja. Jego tato też był bohaterem i też umarł bardzo wcześnie, i Harry już go nie pamięta, a wszyscy dorośli go znali, jego tatę znaczy się, i mówią mu, jaki jest do niego podobny, a Harry… — urywa i rumieni się nieco.

— A Harry nie lubi tych porównań? — podsuwa Silva, zrozumiawszy nareszcie, że wcale już nie rozmawiają o Harrym Potterze.

— A Harry widzi, że oni by chcieli, żeby był taki jak James. A jak ma być, skoro go nie pamięta?

Umysł Saula działa już na pełnych obrotach, kiedy mężczyzna gorączkowo szuka właściwej odpowiedzi.

— Wiesz, ja myślę, że to nie chodzi o to, żebyś… żeby Harry był kopią swojego ojca. Tylko o to, żeby starał się być takim chłopcem, z którego jego tata byłby dumny.

— Ale skąd ma wiedzieć, z czego jego tata byłby dumny, skoro go nie zna? — Sky ze złością ściska poduszkę, po czym układa ją sobie na kolanach i obejmuje ramionami, przytulając ją tak, jak dawniej pluszowego misia, na którego w swoim mniemaniu jest już za duży.

Silva ma ochotę go objąć, ale wie, że to także denerwuje Skya, który ma ostatnio kręćka na punkcie zachowywania się jak mały dorosły. Czy to możliwe, by u podstaw tego zachowania leżało właśnie to, o czym rozmawiają?

— Dumbledore jest z niego dumny — przychodzi mu nagle do głowy idealna odpowiedź. — A Dumbledore znał Jamesa. Więc wie — kończy niezbyt zgrabnie, ale najwyraźniej to wystarczy, bo kiedy Sky znów na niego spogląda, jego spojrzenie jest znacznie mniej pochmurne.

— A ty jesteś Dumbledore'em? — pyta chłopiec z cieniem uśmiechu, ponownie zaskakując Silvę. A więc jednak młody był równie świadomy jak on, że rozmowa przestała dotyczyć książki?

Dopiero po chwili Saul dostrzega wyczekującą minę chłopca i zmusza się do odwzajemnienia uśmiechu.

— Mam nadzieję, że jestem nim, a nie Vernonem Dursleyem — żartuje i nie mogąc się powstrzymać, pospiesznym, niemal ukradkowym gestem czule mierzwi jasne włosy chłopca. — I jestem z ciebie bardzo dumny, Sky — dodaje, poważniejąc. — A ponieważ dobrze znałem Andreasa, mogę cię zapewnić, że on także by był.

Sky posyła mu długie, badawcze spojrzenie, a potem poważnie kiwa głową. Jego mina jest w tej chwili tak uroczo dorosła, że Saul miałby ochotę się roześmiać, gdyby nie fakt, że Sky znów wygląda jak mała kopia swojego ojca.

— Dzięki, Silva. Myślę, że pójdę już spać — mówi tymczasem Sky tym swoim głosem małego starego i podnosi się z kanapy. — Miłej lektury. Nie zaglądaj na ostatnią stronę, dopóki nie skończysz! — dorzuca nagle i z szerokim uśmiechem grozi przybranemu ojcu palcem, naśladując przy tym ton i akcent, z jakimi Saul nieraz wypowiadał do niego te same słowa. Teraz już Silva nie może się nie roześmiać.

— Dobrze, tatusiu — odpowiada wesoło i rzuca poduszką za oddalającym się chłopcem. Ten pozornie nie reaguje, ale jego chichot dobiega Silvę jeszcze z przedpokoju. Kiedy Saul znów otwiera książkę, czuje na sercu ciepło, jakiego nie czuł od dawna, a mały czarodziej z kart powieści zaczyna nagle budzić w nim nowe pokłady sympatii.