Uznałam, że ten serial ma za dużo ojców, a za mało matek, i trzeba jakoś to wyrównać. Tymczasem okazało się, że tak naprawdę po prostu chciałam jeszcze trochę podręczyć Silvę xD


I

— Saul! Saul, jesteś tu?

Saul naciąga kołdrę na głowę i zwija się w jeszcze ciaśniejszy kłębek, ale nim upływa minuta, łóżko ugina się pod ciężarem dodatkowej osoby i czyjaś dłoń odkrywa go zdecydowanym ruchem.

— Saul, naprawdę nie mam dziś nastroju na zabawę w kotka i myszkę. — Matka wzdycha ciężko, po czym wstaje i sięga po porzucony pod biurkiem plecak syna. — Zacznij się już pakować. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Resztę ktoś nam później przyśle.

Saul zaciska palce na kołdrze.

— Naprawdę nie możemy tu zostać?

Kobieta na moment odwraca wzrok, ale kiedy ponownie spogląda na syna, jej twarz jest pozbawiona emocji.

— Saul, rozmawialiśmy już o tym. Zamieszkamy na jakiś czas u cioci. Znajdziemy ci nową szkołę, poznasz nowych kolegów, zobaczysz, obojgu nam dobrze to zrobi.

— Ale ja nie chcę…! — Nim Saul ma czas dokończyć zdanie, dzwoni telefon.

Matka bez słowa kładzie plecak na brzegu łóżka, rzuca chłopcu ostrzegawcze spojrzenie, po czym wychodzi pospiesznie, zamykając za sobą drzwi.

Saul wysuwa nogi spod kołdry, odruchowo podnosi plecak, który spadł przy tym na ziemię, po czym staje na środku pokoju i rozgląda się bezradnie. Dopiero po dłuższej chwili otrząsa się z odrętwienia, wyrzuca z plecaka zeszyty i podręczniki, a na ich miejsce wkłada gumowego dinozaura, plastikowe żołnierzyki, drewniany mieczyk i domowej roboty procę. Następnie z namysłem przesuwa palcami po grzbietach książek ustawionych równo na półce nad biurkiem, aż zatrzymuje się się na tej o najbardziej sfatygowanej okładce. Wyciąga ją, otwiera, przysiada na brzegu krzesła i bezgłośnie odczytuje dedykację, po czym gwałtownym ruchem ciska tomem przez pokój, jak najdalej od siebie. Książka odbija się od ściany, a okładka odrywa się od reszty i osobno opada na podłogę. Saul ze złością ociera zaciśniętą pięścią wilgotny policzek, rzuca zniszczonej książce pełne wyrzutu spojrzenie i wraca do pakowania plecaka.

Hałas musiał być jednak głośniejszy, niż mu się wydawało, bo chwilę później matka ponownie zagląda do jego pokoju. Kobieta chce coś powiedzieć, ale zauważa książkę na podłodze i zamiast tego posyła synowi zaskoczone spojrzenie.

Saul wzrusza ramionami i odwraca się tyłem do drzwi.

— Nie chcesz jej zabrać? — pyta matka, podchodząc bliżej.

— Nie, możesz ją wyrzucić!

— Saul… Przecież to pamiątka po tacie.

— Wyrzuć ją, powiedziałem! — krzyczy chłopiec, odwracając się gwałtownie. — Nie chcę jej, nie chcę żadnych pamiątek! — „Chcę taty". Niewypowiedziane słowa wiszą w powietrzu. Zarówno Saul, jak i matka wiedzą, jak miały brzmieć.

Kobieta kładzie mu dłoń na ramieniu i chłopiec wreszcie wybucha płaczem.

— To przeze mnie wyjeżdżamy, prawda? — pyta ochrypłym głosem, kiedy wreszcie jest w stanie znów złapać powietrze. — Mamo? To dlatego, że zabiłem tatę?

Palce kobiety boleśnie zaciskają się na jego barku.

— Tatę zabił Spalony, rozumiesz? Spalony i nikt inny!

— Nieprawda! — Saul gwałtownie potrząsa głową, połykając łzy. — Spalony go zranił, ale to ja… — urywa, kiedy dłoń matki uderza go w twarz. Cios nie jest silny i nawet nie boli zbyt mocno, ale Saul jest tak zszokowany, że słowa więzną mu w gardle.

Kobieta z przerażeniem zasłania usta ręką.

— Och, synku, przepraszam cię. Tak bardzo cię przepraszam.

Drżące palce usiłują pogładzić go po policzku, który jeszcze pali od uderzenia. Saul odsuwa się od tego dotyku. Przez chwilę wpatruje się schnącymi już oczami w twarz matki, która staje się z kolei coraz bardziej mokra od łez. Następnie chłopiec odwraca się, sięga po porzucony na podłodze plecak i beznamiętnymi, automatycznymi niemal ruchami ładuje do niego kolejne, przypadkowe już właściwie zabawki.


II

Saul ostrożnie przekracza próg, by nie strącić żadnego z ustawionych jeden na drugim kartonów.

— Mamo? — pyta, rozglądając się niepewnie.

— Saul, co ty tu robisz? — Kobieta wychyla się z kuchni i na widok syna omal nie upuszcza trzymanej doniczki.

Chłopak wzrusza ramionami, wciąż nie przestając się rozglądać.

— Wpadłem na weekend. Chciałem ci zrobić niespodziankę, nie widzieliśmy się od początku roku szkolnego.

— Przejechałeś sam taki kawał drogi? — Matka kręci głową i pospiesznie odstawia kwiatek na jeden z kartonów. — Chodź, spakowałam już większość talerzy, ale możemy zamówić pizzę i zjeść ją z pudełka.

— Mam szesnaście lat, a nie sześć — prycha Saul w odpowiedzi, odruchowo poprawiając doniczkę, by ta nie stała zbyt blisko brzegu kartonu. — Więc może po prostu mi powiesz, co tu się dzieje?

Kobieta zastyga w miejscu i odwraca wzrok do okna.

— Sprzedałam mieszkanie — mówi ledwie słyszalnym głosem.

— Co?!

— Sprzedałam mieszkanie, wyprowadzam się. Twoje rzeczy zaniosłam do cioci, obiecała je dla ciebie przechować.

— Jak to się wyprowadzasz? — Saul przeczesuje palcami włosy, starając się zachować spokój. — Dokąd?

— Do Pierwszego Świata. Dostałam już zgodę i wszystkie niezbędne dokumenty. Wiesz, nam ludziom dużo łatwiej to wszystko załatwić niż wróżkom. Mniejsze zagrożenie, mniej biurokracji… — Teraz matka wyrzuca z siebie słowa w pośpiechu, jakby chciała zdążyć, nim Saul wybuchnie.

— Słucham?!

— Saul, zrozum… — Kobieta spogląda na niego błagalnie.

Chłopak kręci głową z coraz większym niedowierzaniem.

— Co mam zrozumieć? Że teraz, kiedy w końcu się mnie pozbyłaś, postanowiłaś uciec na drugi koniec świata? A właściwie do innego świata. Aż tak mnie nienawidzisz?

— To nie tak! — Matka podchodzi, bierze go za rękę i zmusza go, by usiadł przy niej na jednym z pudeł. — Teraz, kiedy jesteś w Alfei, wiem, że nic ci nie grozi. Żaden Spalony nie przedrze się przez Barierę, nie kiedy Rosalind jest dyrektorką. W końcu nie muszę się martwić, w końcu miałam czas pomyśleć…

— Pomyśleć o sobie? — Saul prycha ironicznie w odpowiedzi.

— Saul, zrozum! — powtarza matka. — Od śmierci twojego taty cały czas żyję w strachu, czuję się, jakbym cały czas przed czymś uciekała. Już dłużej tak nie mogę. Starałam się być silna ze względu na ciebie, próbowałam, przysięgam, ale ty jesteś już duży, wyprowadziłeś się, zaczynasz mieć własne życie, a ja… Zwariuję, jeśli zostanę tu chwilę dłużej, rozumiesz? — Kobieta ukrywa twarz w dłoniach.

Saul zamyka oczy i bierze głęboki oddech.

— Zamierzałaś mi o tym w ogóle powiedzieć czy miałem przyjechać na ferie i odkryć, że mieszkają tu obcy ludzie? — pyta gorzko, ale już spokojniej.

Matka kręci głową.

— Już dawno miałam ci powiedzieć, ale jakoś nie mogłam zebrać się na odwagę, przepraszam — szepcze, ocierając łzy.

Saul potrząsa głową, ale nic już nie mówi, kobieta podejmuje więc po chwili milczenia:

— Wiesz, że to nie przed tobą uciekam, tylko przed sobą, prawda? Między nami nic się przecież nie zmieni. Będziesz do mnie przyjeżdżał na wakacje i ferie. Jak tylko się urządzę, zaproszę cię na weekend, będę regularnie dzwonić…

— Tak? — Saul uśmiecha się cierpko. — A pamiętasz, kiedy ostatnio dzwoniłaś?

Matka marszczy brwi.

— Przecież rozmawialiśmy tydzień temu, pamiętam dokładnie, opowiadałeś mi o tym, jak dostaliście z tym twoim Andreasem karę za strzelanie z łuku do słoneczników w szkolnym ogrodzie…

— Rozmawialiśmy — przerywa jej Saul — bo to ja do ciebie zadzwoniłem. Tydzień przedtem też. Masz rację mamo, w gruncie rzeczy nic się nie zmieni, prawda? — Zdecydowanym ruchem podnosi się z kartonu. — Telefon już też odłączyłaś czy mogę zadzwonić po tę pizzę?


III

— Hej, Saul! — Andreas zwinnie przeskakuje przez ławkę i przysiada obok przyjaciela. — Farah mi powiedziała. Wiesz, że możesz spędzić wakacje u nas? Starym to nie zrobi różnicy. Pewnie nawet nie zauważą.

Saul uśmiecha się lekko, ale potrząsa głową.

— Dzięki, ale rozmawiałem już z panią dyrektor, pozwoliła mi po prostu zostać w Alfei.

— Serio? — Andreas pochyla się do przodu i wbija w niego badawcze spojrzenie. — Wolisz siedzieć całe lato w budzie niż balować z najlepszym kumplem?

Saul parska w odpowiedzi.

— Balowanie z najlepszym kumplem załatwiło mi miesiąc karnych treningów w weekendy, dziękuję bardzo — wytyka, posyłając przyjacielowi kuksańca.

— Ej, to nie moja wina. Jakby Ben szybciej przelazł przez ten płot, toby nas nie przyłapali — obrusza się Andreas.

— Jakbyś go nie spił, to nie zapomniałby, na którą stronę ma zeskoczyć — chichocze Saul na wspomnienie nocnej przygody. — Ale serio, Andreas, nie mam nic przeciwko zostaniu w Alfei na lato. Czasem mam wrażenie, że to jedyne miejsce, które mogę nazwać domem. Myślałem, żeby zostać, wiesz? — dodaje po chwili. — Spaleni znowu się rozkręcają, w tej sytuacji na pewno więcej absolwentów zostanie przyjętych do batalionu. Wiem, że to nie to samo co szkoła, ale to nadal Alfea…

Andreas kiwa głową.

— No w sumie… Ej, Rosalind mnie uwielbia, na pewno uda się ją przekonać, żeby nas przyjęła. Razem? — Wyciąga rękę do przyjaciela.

— Razem. — Saul ściska podaną mu dłoń. — Ale to mnie uwielbia bardziej — odgryza się automatycznie, choć bez przekonania.

— Kto cię uwielbia? — Głos Farah Dowling sprawia, że obaj Specjaliści podskakują.

— Dyrektorka, oczywiście — odpowiada Andreas wesoło, robiąc jej miejsce pomiędzy nimi. — I tak biedaka urobiła, że postanowił zostać w szkole na wakacje, wyobrażasz sobie?

Ignorując go, Farah odwraca się do Saula i posyła mu zatroskane spojrzenie.

— Więc jednak zdecydowałeś, że nie pojedziesz do Pierwszego Świata?

Saul potrząsa głową.

— Po co? — pyta cicho, utkwiwszy wzrok w skrzącej się w słońcu tafli stawu. — Matka ma swoje życie, ja mam swoje.

— Ale przecież sama poprosiła, żebyś z nią pojechał, prawda?

Saul wzrusza ramionami.

— Zaprosiła mnie, bo czuje się winna. Albo odpowiedzialna czy coś. Serio, Farah, chciałabyś zabrać swojego nastoletniego syna, gdybyś jechała na zjazd rodziny swojego nowego faceta?

— Farah, masz nastoletniego syna? A tak młodo wyglądasz! — wtrąca Andreas i natychmiast się krzywi, ukarany przez przyjaciółkę magicznym odpowiednikiem pstryczka w nos.

— Czemu nie? — odpowiada Farah, nawet nie odwróciwszy się w stronę Andreasa. — Może byłoby jej raźniej, gdyby miała przy sobie kogoś bliskiego?

— Mnie też by było — mamrocze Saul pod nosem, a zaraz potem rumieni się, uświadomiwszy sobie, że przyjaciele usłyszeli jego słowa.

Farah dyskretnie przysuwa się bliżej i przytyka swój bok do jego, milcząco dodając mu otuchy.

— A ja się zgadzam z Saulem — wtrąca się Andreas, opierając mu dłoń na ramieniu. — Ona się na niego wypięła, to dlaczego on nie miałby się wypiąć na nią?

Saul prostuje się, zrzucając przy tym rękę przyjaciela. Farah odsuwa się odruchowo.

— To nie tak — protestuje Saul pospiesznie. — To nie jej wina, że nie mogła pozbierać się po śmierci taty. I cieszę się, że kogoś ma, może w końcu będzie w stanie zapomnieć. Tylko po prostu… po prostu to już mnie nie dotyczy, okej?

— Ale to nadal twoja mama — zauważa Farah i obejmuje go delikatnie.

Saul krzywi się, ale mimowolnie sam przysuwa się bliżej i stopniowo rozluźnia się pod wpływem tego dotyku.


IV

— Saul! Przyjechałeś! — woła matka radośnie, wybiegając mu na spotkanie.

Saul potulnie pozwala się objąć i pocałować w oba policzki, sam nie odwzajemnia jednak uścisku.

— Nieczęsto ma się okazję być na ślubie własnej mamy — odpowiada w końcu, zmuszając się do uśmiechu.

Matka rumieni się odrobinę, bierze go za rękę i prowadzi w stronę domu, nie przestając mówić.

— Tom jest u brata, mieli wczoraj wieczór kawalerski, chyba jeszcze trzeźwieje. Zresztą postanowiliśmy, że zobaczymy się dopiero jutro w kościele. Wiesz, żeby nie zapeszyć. Ale nie może się doczekać, żeby cię poznać. Ciągle żartuje, że chyba go unikasz, skoro nie udało wam się zobaczyć przez te wszystkie lata. Nie unikasz go, prawda? — pyta nagle, kiedy są już w przedpokoju, i zastępuje mu drogę, zmuszając go do odpowiedzi.

Saul krzywi się i, aby to zamaskować, koncentruje się na rozpinaniu kurtki, udając, że zamek się zaciął.

— Nie unikam go — mówi w końcu niechętnie. — Po prostu nie byłem aż tak ciekawy.

Matka przełyka głośno ślinę, ale kiwa głową i nareszcie schodzi mu z drogi.

— Ciocia przyjeżdża jutro rano, potem przyjdą też dwie moje przyjaciółki z pracy, żeby pomóc mi zrobić się na bóstwo — podejmuje paplaninę, prowadząc syna do kuchni. — To będzie skromna ceremonia, oczywiście. Tylko kilkanaście osób, obiad w restauracji, którą prowadzi siostra Toma, i to wszystko. Poznasz ich jutro, Saul, na pewno się polubicie, to bardzo mili ludzie. Ale dziś wieczór jesteśmy sami, ja i ty. Może w końcu spokojnie porozmawiamy…

Saul posyła jej badawcze spojrzenie, pod którego ciężarem kobieta milknie ponownie i już bez słowa krząta się po kuchni, przygotowując kolację. Saul przez chwilę kręci się po salonie, przyglądając się obcemu wnętrzu, w końcu wraca do kuchni i również w milczeniu bierze się za nakrywanie do stołu.

— A co u ciebie, synku? Jak służba, ciężka? — pyta matka, kiedy już kończą kolację.

— Chcesz słuchać o Spalonych, naprawdę? — odgryza się Saul głosem ociekającym ironią. — Myślałem, że to nadal temat tabu.

— To nie tak, Saul… — Matka spuszcza wzrok. — Nawet sobie nie wyobrażasz, jak ja się bałam. Pamiętasz, że przez ponad rok nie wychodziłam z domu po zmroku? A nawet potem nie było dnia, żebym choć przez chwilę nie miała wrażenia, że jeden z nich mnie obserwuje. Nawet tutaj, nawet jeszcze teraz nie jestem w stanie wejść do lasu na dłużej niż minutę. Kiedy Tom zabrał mnie na piknik-niespodziankę, dostałam histerii. Nie wiem, jak możesz dobrowolnie na nich polować. Rozumiem, że ktoś musi, ale dlaczego ty? Ja na twoim miejscu nie dałabym rady.

Saul wzrusza ramionami.

— Nie wiem, może na przykład po to, żeby żaden więcej dziesięciolatek nie został zmuszony, żeby dobić własnego ojca? — stwierdza gorzko.

Matka prostuje się gwałtownie, jakby ją ktoś uderzył.

— Och, powiedziałem to na głos? Wybacz — ironizuje dalej Saul i z hukiem odstawia kubek z niedopitą herbatą na stół. — Tylko wiesz, tak właściwie to ja miałem znacznie więcej powodów, żeby bać się lasu, niż ty. Myślisz, że tylko tobie było ciężko? Kiedy ty się bałaś Spalonych, ja umierałem ze strachu, że ktoś się dowie, że to ja, że… Że zabiorą mnie do więzienia albo jeszcze gorzej. Nawet kiedy już dorosłem na tyle, żeby wiedzieć, że nic mi nie grozi, zajęło mi dwanaście lat, zanim komukolwiek opowiedziałem, co naprawdę się wtedy stało. Dwanaście lat, mamo! A ciebie to nie obchodziło — wytyka oskarżycielsko, uderzając ręką w stół, aż stojąca na nim zastawa brzęczy cicho.

Kobieta niepewnie wyciąga rękę i przykrywa nią jego dłoń.

— Wiem, że wiele razy cię zawiodłam, Saul — mówi cichym, drżącym głosem. — Zbytnio zamknęłam się w swoim własnym bólu i nie miałam już siły, by zająć się należycie twoim. Ale to nie tak, że go nie widziałam czy że mi na tobie nie zależało. Po prostu nie dałam rady inaczej, rozumiesz?

Saul potrząsa głową.

— Miałem dziesięć lat, mamo. Za cholerę tego wszystkiego nie rozumiałem. Wystarczyło, żebyś choć raz dała mi odczuć, że to nie moja wina, zamiast pozwolić mi dochodzić do tego wniosku latami. Żebyś, do kurwy nędzy, chociaż raz na mnie popatrzyła tak jak przed jego śmiercią.

Matka zaciska mocniej palce na jego ręce i spogląda mu prosto w oczy.

— W niczym tu nie było twojej winy, Saul. Jestem z ciebie dumna i wiem, że tata też by był. Powinnam była ci to powiedzieć dawno temu, ale może jeszcze nie jest za późno?

Saul uśmiecha się kwaśno i zamyka na moment oczy. W końcu jednak sięga wolną ręką i w pokrzepiającym geście klepie dłoń matki.

— Nie wiem — odpowiada cicho, jakby z rezygnacją. — Może? Ale teraz chodźmy już spać, nie możesz pójść jutro do ołtarza z podkrążonymi oczami.


V

Saul zjawia się niespodziewanie, późnym wieczorem, blady, wymięty, z sińcami pod oczami i śpiącym dzieckiem na rękach. Tom nie pyta go o nic, po prostu zabiera od niego plecak, woła żonę i wycofuje się do kuchni, by wstawić wodę na herbatę.

Saul wciąż stoi w progu, wpatrując się zmrużonymi oczami w jakiś bliżej nieokreślony punkt na podłodze.

— Saul? — Matka podchodzi bliżej i wyciąga ręce, by zabrać od niego wciąż smacznie śpiącego chłopczyka.

Saul cofa się i odruchowo zacieśnia uścisk wokół dziecka, ale pospiesznie reflektuje się i pozwala kobiecie wziąć małego na ręce.

— Powiesz mi, kim jest ten uroczy kawaler? — pyta matka, uśmiechając się ciepło do malca, choć ten nadal śpi i nawet nie zdaje sobie sprawy, że trzyma go obca osoba.

— To… — zaczyna Saul zduszonym głosem. — To syn Andreasa, jest pod moją opieką. Jego ojciec nie żyje. Jego też zabiłem… — Ostatnie słowa wypowiedziane są histerycznym tonem, niemal na granicy szlochu, ale Saul opanowuje się błyskawicznie. — Możemy tu zostać? Chociaż na parę dni? — Posyła jej błagalne spojrzenie.

Matka wyciąga wolną rękę i ściska jego przedramię.

— Jak długo zechcesz, synku. Chodź, opowiesz mi o wszystkim.

I Saul opowiada. Tom dyskretnie zachowuje dystans, Sky nadal śpi spokojnie i beztrosko, nieświadom niczego, matka zaś po raz pierwszy od wielu, wielu lat obejmuje Saula i pozwala mu wypłakać się sobie w rękaw. Nie dosłownie wprawdzie — Saul nie ma nawet siły na łzy, a zresztą i tak cały czas pilnuje się, by nie podnosić głosu. Przy tym co chwilę z niepokojem zerka na śpiącego chłopca i równie pospiesznie odwraca wzrok.

— Wiesz, chyba zaczynam rozumieć, co czułaś po śmierci taty — mówi cicho po chwili milczenia, skończywszy swoją opowieść. — Nie mam pojęcia, jak ja spojrzę mu w oczy, kiedy się obudzi. Kiedy go zabierałem, a on roześmiał się na mój widok i tak po prostu mnie objął, miałem ochotę coś rozwalić…

Matka ze zrozumieniem kiwa głową.

— Nie będzie ci łatwo, ale dasz radę. Poradziłeś sobie już z tyloma rzeczami, które na ciebie spadły zupełnie niezasłużenie…

— Niezasłużenie? — Saul prycha kpiąco.

Matka jednak nie odpowiada, a on nie ma siły się kłócić.

— Pamiętasz, co ci powiedziałam dzień przed moim ślubem? — pyta matka niespodziewanie.

Saul marszczy brwi i spogląda w jej stronę.

— Że jestem z ciebie dumna, synu — przypomina kobieta miękko. — I nadal jestem, tak samo albo i bardziej. Wiem, że wychowasz tego chłopca najlepiej jak umiesz. W końcu znasz moje błędy z pierwszej ręki, jeśli może być z nich jakakolwiek korzyść, to chyba ta, że teraz ty ich nie popełnisz…

Saul odwraca głowę, by znów popatrzeć na śpiącego Skya.

— Będę musiał być z nim szczery — mówi drżącym głosem. — Będę musiał powiedzieć mu o wszystkim, prawda? — Spogląda błagalnie na matkę, ale ta wydaje się nie wiedzieć, czy prosi, by się z nim zgodziła, czy wręcz przeciwnie. Możliwe, że sam Saul też tego nie wie.

— Tak chyba będzie najlepiej — odpowiada kobieta ostrożnie. — Ale nie spiesz się z tym aż tak, daj mu się nacieszyć beztroskim dzieciństwem.

— Mam go okłamywać? — Saul podnosi głos, po czym natychmiast z niepokojem zerka na Skya, który porusza się niespokojnie.

Matka wzrusza ramionami.

— Sam musisz zdecydować, co będzie dla tego chłopca najlepsze. Bo teraz to jego dobro jest najważniejsze, nie twoje.

— Gdyby to było takie proste — prycha Saul ironicznie i z wahaniem kładzie dłoń na ramieniu chłopczyka. Ten drobny, trochę niezdarny gest wystarcza, by Sky przestał się wiercić, a nawet nieznacznie uśmiechnął się przez sen.

— To nigdy nie będzie proste — mówi matka smutno. — Nikt nie wie tego lepiej niż ja.

Saul mruga gwałtownie i w końcu odrywa wzrok od chłopca.

— Pomożesz mi? — pyta cicho, utkwiwszy spojrzenie w ścianie gdzieś ponad jej głową.

Matka nie odpowiada, ale uśmiecha się ciepło i ściska go za rękę. Saul z wdzięcznością kiwa głowa, po czym odwraca się i delikatnym, nieśmiałym gestem odgarnia jasne włoski z czoła Skya. I po raz pierwszy od dwóch dni czuje, jak na jego twarzy także pojawia się cień uśmiechu.