Akcja dzieje się w tym samym roku co pierwszy sezon „Fate", ale dla Supernatural jest to mniej więcej drugi sezon, co oznacza, że przeniosłam Bobby'ego o kilkanaście lat w przyszłość, ale nie powinno to mieć dla fabuły większego znaczenia. Tyle tylko, że mają lepsze Wi-Fi i smartfony :)

Motto pochodzi z piosenki „Sound the Bugle" z filmu „Mustang z Dzikiej Doliny", ponieważ mam wrażenie, że ten fik by w ogóle nie powstał, gdyby nie ten fanvid. Niestety fanvid został usunięty z YT, nie mogę więc go zalinkować.

Z dedykacją dla Tiny i J.J. w podziękowaniu za doping i wysłuchiwanie mojego marudzenia 3
Betowała Tina Latawiec.


Coś z sensem

Sound, the bugle, now — play it just for me.
As the seasons change — remember how I used to be.
Now I can't go on — I can't even start.
I've got nothing left, just an empty heart.

I'm a soldier — wounded, so I must give up the fight.
There's nothing more for me.
Lead me away or leave me lying here.

— No tak, norma, nigdy nie odbierają, kiedy są potrzebni — burknął Bobby Singer, odkładając telefon na stół.
Następnie westchnął ciężko, wyciągnął spod stołu sfatygowaną brezentową torbę i skierował się do skrytki z bronią, by rozpocząć pakowanie. Sprawdzał właśnie poziom naostrzenia maczety — całkiem niepotrzebnie, bo ostrzył ją ostatnio przed kilkoma dniami, tak na wszelki wypadek — kiedy ktoś załomotał do drzwi. Bobby zmarszczył brwi i obrócił maczetę w dłoni. Dźwięk dochodził od wejścia znajdującego się na tyłach domu, co wykluczało raczej przypadkowych gości. Korzystając jedynie ze światła dochodzącego z sąsiedniego pokoju, Bobby zbliżył się i stanął tak, by otwierane drzwi zasłoniły rękę, w której nadal dzierżył maczetę. Dopiero wtedy nacisnął klamkę.
Moment później musiał upuścić maczetę, by w ostatniej chwili złapać mężczyznę, który, gdy tylko drzwi ustąpiły, niemalże wpadł do środka. Na szczęście w tym samym momencie Bobby rozpoznał niespodziewanego gościa, w przeciwnym bowiem razie mógłby zrobić ze swojej broni użytek, który nie wyszedłby na dobre żadnemu z nich.
— Przepraszam — mruknął Saul Silva zawstydzony, prostując się pospiesznie i łapiąc się framugi, by odzyskać równowagę.
— Wyglądasz okropnie — skwitował Bobby i cofnął się, by wpuścić gościa do środka, jednak pozostając blisko na wypadek, gdyby ten ponownie się zachwiał.
Silva mimowolnie zerknął w dół na swoje obwiązane przesiąkniętym krwią prowizorycznym opatrunkiem udo. Jednak w rzeczywistości do wywołania podobnego komentarza u Bobby'ego wystarczył już sam widok jego bladej, podrapanej twarzy i podkrążonych oczu o pozbawionym blasku, niemal pustym spojrzeniu.
— Siadaj. — Bobby podsunął stojący w korytarzu taboret, po czym przyniósł z kuchni manierkę z wodą (rzecz jasna święconą) i paczkę trochę już starych, ale jeszcze zjadliwych krakersów. Rzucił je gościowi, zaczekał, by przyjrzeć się, jak Silva kilkoma łapczywymi łykami opróżnia manierkę, a dopiero potem udał się do łazienki po apteczkę.
Kiedy wrócił, Silva przesiadł się już na znacznie wygodniejszy fotel w salonie i, krzywiąc się, rozwijał stary opatrunek. Na widok gospodarza skinął głową i wyciągnął rękę po apteczkę, ale Bobby stanowczym ruchem odtrącił jego dłoń i sam przejął rolę pielęgniarki. Silva obserwował go przez moment, po czym oparł się wygodniej, zamknął oczy i nareszcie nieco się rozluźnił.
— Potrzebuję dokumentów — powiedział cicho po dłuższej chwili, nadal nie otwierając oczu. — I samochodu. Jakieś pieniądze też by się przydały, oddam, jak tylko będę mógł.
Bobby skinął głową, a gdy uświadomił sobie, że Silva go nie widzi, odchrząknął i odezwał się:
— Da się załatwić. Papiery tylko dla ciebie czy dla Farah Dowling też?
Silva nie odpowiadał przez dłuższą chwilę i Bobby uniósł głowę, by upewnić się, czy towarzysz nie stracił przytomności, jednak oczy mężczyzny były znów otwarte.
— Tylko dla mnie — wychrypiał Silva w końcu, po czym odwrócił głowę i sięgnął po wodę, dając tym samym wyraźny znak, że Bobby nie ma co liczyć na więcej informacji.
Bobby automatycznie skinął ponownie. Bez słowa już skończył bandażować nogę towarzysza i poniósł się z klęczek. Dopiero wtedy jego wzrok padł na porzuconą na sofie torbę z bronią i leżącą obok maczetę.
— Cholera — mruknął sam do siebie. — Słuchaj, mam do zlikwidowania gniazdo wampirów w Wisconsin, a nie mogę się dodzwonić do nikogo innego, kto mógłby być w okolicy. Ogarnięcie fałszywych dokumentów i tak chwilę zajmie, a ty w tym stanie nie nadajesz się do niczego, może po prostu zostaniesz tu na kilka dni i odpoczniesz, zanim wrócę?
Silva wyglądał, jakby zaczynał przysypiać, ale po słowach Bobby'ego wyprostował się i zdecydowanym tonem oznajmił:
— W takim razie jadę z tobą.
Bobby uniósł brwi i znacząco popatrzył na świeży bandaż na nodze towarzysza. Odpowiedział mu cień uśmiechu.
— Miewałem gorsze — skwitował Silva. — Poradzę sobie.
Bobby uwierzył mu bez trudu, nie oznaczało to jednak, że zamierzał ulec.
— Możliwe, ale to nie znaczy, że musisz się wykrwawić akurat w moim samochodzie — prychnął. — Wczoraj w nim sprzątałem.
Silva bez słowa podniósł się z fotela i sprawdził, czy jest w stanie oprzeć się na zranionej nodze. Test chyba wypadł pomyślnie, bo mężczyzna zrobił kilka w miarę pewnych kroków i sięgnął po maczetę. Przez moment ważył ją w dłoni, następnie wprawnie zakręcił próbnego młynka i odwrócił się do Bobby'ego z wyzywającym spojrzeniem.
— To nie miecz, wiesz? — burknął Bobby odruchowo, potem jednak wzruszył ramionami. Ostatecznie na całe gniazdo wampirów zawsze lepiej było iść ze wsparciem. — No dobra, może nawet lepiej, jeśli będę mógł cię przypilnować, na moje oko straciłeś trochę krwi. Ale żadnego pieprzonego bohaterstwa, jasne?
Silva skinął głową.
— Jasne. Ale zabierz jeszcze jeden… — Uniósł broń i przyjrzał jej się ze zmarszczonymi brwiami.
— Co, nie macie maczet w swoim magicznym świecie? — zakpił Bobby w odpowiedzi, ale posłusznie skierował się do schowka po jedno z zapasowych ostrzy. Następnie, tknięty nową myślą, pospiesznie udał się na piętro, gdzie udało mu się odnaleźć pozostawione kiedyś przez Sama Winchestera dresy.
— Łap. — Rzucił je Silvie, znalazłszy się na dole. — To nie moje, tylko jednego dryblasa, który tu czasem nocuje — wyjaśnił w odpowiedzi na krytyczne spojrzenie, jakim Silva zmierzył spodnie. — Jest wyższy od ciebie, ale od biedy powinny pasować. No i przynajmniej nie ma na nich krwi.
Silva wzruszył ramionami i posłusznie zaczął się przebierać.
— Nie masz jeszcze jakiegoś swetra? — spytał po chwili. — Wolałbym nie biegać po Pierwszym Świecie z godłem Alfei na ramieniu.
— Mnie się zdaje, że w twoim stanie bieganie w ogóle nie wchodzi w grę — zauważył Bobby zgryźliwie. — Zaraz ci coś znajdę. A skoro i tak nadal nie wyjechaliśmy, zrób nam obu pożytek i idź się trochę umyj. Ręczniki masz w szafce na prawo od umywalki.
Nim minęło pół godziny, Bobby siedział już za kierownicą swojego pick-upa, patrząc, jak Silva, wyglądający tylko minimalnie lepiej niż wcześniej, z wysiłkiem wspina się do szoferki. Mężczyzna oczywiście odmówił pomocy, na co Bobby tylko z rezygnacją pokręcił głową, zapalając silnik.
— Dokąd jedziemy? — zapytał Silva po chwili, choć poziom zainteresowania w jego głosie sugerował, że starał się tylko podtrzymać konwersację. Albo raczej uprzedzić pytania cisnące się już na usta jego towarzyszowi.
— Wisconsin.
— Wisconsin jest na wschód stąd, tak?
— Tak, mamy przed sobą ponad pięć godzin drogi.
— Masz mapę?
Bobby zerknął na niego z rozbawieniem.
— Myślisz, że zabłądzę we własnym kraju?
— To kraj wielkości połowy kontynentu — odgryzł się Silva. — Ufam ci, Singer, po prostu chcę się czymś zająć.
— Polowałeś już kiedyś na wampiry?
— Nie. U nas zostały wytrzebione dawno temu. Znam oczywiście podstawy. Stara dobra dekapitacja działa najlepiej, nie?
— Zgadza się. — Bobby skinął głową.
— Powinienem sobie poradzić. — Silva uśmiechnął się krzywo. — Wspominałeś coś o gnieździe. Wiesz, ile ich tam jest?
— Mój kontakt mówił o dwóch, ale podejrzewam, że na miejscu zastaniemy więcej. Zwykle w jednym gnieździe żyje przynajmniej siedem–osiem sztuk. Za dnia zazwyczaj śpią, zwłaszcza jak się najedzą, wtedy najłatwiej je podejść. Krew umarlaka działa na nie spowalniająco, ale akurat mi się skończyła, więc będzie trzeba improwizować na miejscu. W pierwszej kolejności będziemy musieli zlokalizować gniazdo. Do ataków doszło w pięciu różnych miejscach, więc może nam trochę zejść… — Bobby urwał, zerkając na swego towarzysza.
Silva siedział z głową opartą o szybę i przymkniętymi oczami, zupełnie jakby spał. Jednak kiedy Bobby umilkł, wyprostował się i zamrugał gwałtownie, po czym posłał towarzyszowi wyczekujące spojrzenie.
— Idź spać — mruknął Bobby ten na widok. — Jeszcze będzie czas na planowanie.
Silva nie odpowiedział, ale chwilę później znów opuścił głowę na szybę. W samochodzie zapadła cisza i przez pewien czas Bobby był przekonany, że jego towarzysz nareszcie się zdrzemnął. Jednak kiedy zaczął rzucać mu ukradkowe spojrzenia, zauważył, że Silva co kilka minut otwiera oczy i rozgląda się badawczo, nieustannie kontrolując sytuację.
Godziny płynęły jedna za drugą. Minęli Minneapolis od południa i zbliżali się już do granicy stanów. Bobby zauważył, że towarzysz coraz częściej bezwiednie pociera udo w okolicy opatrunku. Odczekał jeszcze trochę, ale kiedy nie doczekał się żadnego znaku, w końcu przewrócił oczami i zjechał na parking przy przydrożnej stacji benzynowej.
— Czas rozprostować stare kości — oznajmił. — Idę kupić nam po hot dogu, a ty spróbuj się trochę rozruszać.
Silva odpowiedział bliżej nieokreślonym pomrukiem, który Bobby postanowił uznać za zgodę. Nie czekając więc na towarzysza, wysiadł z samochodu i skierował się do wnętrza stacji. Niewielki parterowy budyneczek był niemal pusty. Nie było w nim baru, jedynie mały, zagracony i duszny sklepik spożywczy, który okazał się jednak nie najgorzej zaopatrzony. Bobby pospiesznie zrobił zakupy i z ulgą wyszedł na zewnątrz, wciągając w nozdrza chłodne nocne powietrze. Wróciwszy, zastał Silvę spacerującego w tę i z powrotem wzdłuż samochodu, utykając lekko.
— Jak tygrys w klatce — skomentował Bobby kpiąco, a kiedy Silva odwrócił się w jego stronę, rzucił mu opakowanie tabletek.
— Stary, wyliniały tygrys, który nawet nie był w stanie się obronić przed klatką? — prychnął Silva posępnie, ale z wdzięcznością połknął od razu dwie tabletki. Popił podsuniętą mu przez Bobby'ego wodą, po czym ze znacznie mniejszym zapałem zabrał się do swojego hot doga.
— To tak oberwałeś? — Bobby wskazał podbródkiem na jego nogę.
Silva skrzywił się lekko.
— Powiedzmy, że raczej uciekając z klatki.
— Czyli nie jest z tobą jeszcze tak źle — skwitował Bobby, zgniatając papierek po swoim hot dogu. — Jedz, do odcinania wampirom łbów potrzeba sił — ponaglił z lekkim uśmiechem i odwrócił się w poszukiwaniu kosza na śmieci. Uśmiech stał się szerszy, gdy odpowiedziało mu zirytowane prychnięcie.


Do celu dotarli w środku nocy. Zameldowali się w pierwszym napotkanym motelu, nieco obskurnym, ale w porównaniu z solaryjskim więzieniem wydającym się niemalże pałacem. Obrzuciwszy uważnym spojrzeniem okna, które znajdowały się na bezpiecznej wysokości pierwszego piętra, bez balkonu, Saul z ulgą opadł na łóżko — pierwszy raz od ładnych paru dni. Zdążył jeszcze tylko wydębić od Singera jedną z maczet, by położyć ją sobie na szafce nocnej, po czym zasnął snem sprawiedliwego. Nie przeszkadzały mu wystające sprężyny ani podejrzany zapach unoszący się w całym pokoju, sugerujący, że obsługa motelu miała ciekawsze zajęcia niż sprzątanie łazienki po każdym gości. To wszystko i tak było lepsze niż więzienna cela czy wilgotna jama w lesie. Wiedząc, że w razie czego Singer czuwa, Saul pozwolił sobie nareszcie na porzucenie ostrożności. Spał jak zabity, dopóki kilka godzin później towarzysz bezceremonialnie nie potrząsnął go za ramię.
Singer miał szczęście, że Saul wcześniej musiał odwrócić się przez sen tak, że maczeta znajdowała się teraz za jego plecami. Wpojone dawno temu odruchy, choć przez lata uśpione, po ostatnich wydarzeniach powróciły bowiem z nową siłą i nim umysł Saula obudził się dostatecznie, by w pełni ogarnąć rzeczywistość, ręka Specjalisty zaciskała się już na gardle intruza.
— Przepraszam — mruknął kilka sekund później, po raz drugi od ich wczorajszego spotkania. Puścił Singera i potarł dłonią twarz, usiłując odpędzić resztki snu.
— Moja wina. — Łowca uśmiechnął się krzywo. — Ale na nic innego nie reagowałeś, nawet na własne imię.
— Imię — powtórzył Saul bezwiednie, ponosząc się do pozycji siedzącej. — Będziesz musiał wpisać mi do tych nowych papierów jakieś inne. I w ogóle najlepiej przestań się do mnie zwracać po nazwisku.
— Aż tak się wpakowałeś? — Singer uniósł brwi. — Cóż, nie ty pierwszy — skwitował po chwili, widząc, że Saul nie odpowiada. — Masz jakieś preferencje?
Saul wzruszył ramionami.
— Liczę na twoją kreatywność. — Posłał towarzyszowi cierpki uśmiech. — A tymczasem: wampiry. Mówisz, że było pięć ataków, tak? Musimy znaleźć w miarę opuszczone miejsce, które będzie dostatecznie blisko wszystkich pięciu…
Singer prychnął cicho.
— Myślisz, że ja siedziałem z założonymi rękami, kiedy ty ogrywałeś rolę śpiącej królewny? — Rozłożył na stole mapę, która wyglądałaby na zupełnie nową, gdyby nie to, że była już pokreślona czerwonym ołówkiem. Następnie spojrzał wyczekująco na towarzysza.
Saul przeciągnął się dyskretnie i spuścił nogi na ziemię. Mimowolnie zerknął na swoje lewe udo, a kiedy nie zauważył nowej krwi na opatrunku, wstał ostrożnie i na próbę przeniósł ciężar ciała na zranioną nogę. Tym razem poszło mu nieco gorzej niż wczoraj i musiał na moment oprzeć dłoń o szafkę, nim odzyskał równowagę. Ignorując uniesione brwi Singera, dokuśtykał do stołu i opadł na puste krzesło.
— Jak się rozruszam, będzie lepiej — rzucił na swoją obronę, po czym pochylił się nad mapą.
— Mam trzy potencjalne lokalizacje — wyjaśnił Singer, wskazując kolejno zaznaczone przez siebie punkty. — Opuszczony magazyn. Blisko miasta, trochę ryzykowne, ale zapewnia łatwy dostęp do pożywienia. Stara żwirownia. Mało wygodnie, zwłaszcza kiedy mocniej popada, więc to najmniej prawdopodobne miejsce, ale jest dokładnie w centrum ataków, a do tego po drodze, nie zaszkodzi sprawdzić. Oraz ten dom. Ostatnia ofiara zginęła zaledwie milę od niego.
— To całkiem w środku lasu, jakim cudem w ogóle ktoś się tam znalazł nocą? — Saul z namysłem przyglądał się mapie.
— To był nastolatek, miał przy sobie trawkę, aż dziw, że mu nie zabrali. W każdym razie pewnie chciał sobie zajarać w spokoju albo może pohandlować.
— Znam ten typ… — Saul zamyślił się na moment, szybko jednak powrócił do rzeczywistości. — No dobra, tylko trochę się ogarnę i możemy ruszać. — Zerknął na wiszący nad łóżkami zegar, który wskazywał, że minęło już południe. — Mamy kilka godzin do zmroku, zdążymy chyba sprawdzić te trzy miejsca?
— Nie są aż tak daleko od siebie — potwierdził Singer. — Śniadanie możemy zjeść w samochodzie, kupimy coś po drodze. Jest tylko jeden problem, nie udało mi się do tej pory zdobyć krwi nieboszczyka. Nikt tu nie umarł w ostatnich dniach, wyobrażasz sobie? Co za miasto. Poza ofiarami wampirów, rzecz jasna, ale w nich nie zostało za wiele krwi, jak już z nimi skończyli…
— Trudno czekać i liczyć, ze ktoś umrze w najbliższym czasie akurat na nasze życzenie — zauważył Saul.
Singer skinął głową.
— Zamierzałem jeszcze popróbować w trochę bardziej oddalonych miasteczkach, ale to zajęłoby czas, a tymczasem wczoraj zaginął tu biegacz, może jeszcze żyć. Oni lubią zostawiać sobie jedzenie na później.
— W takim razie nie ma co czekać. — Widząc, że decyzja została podjęta, Saul powoli podniósł się z krzesła i ruszył w stronę łazienki, utykając już nieco mniej niż poprzednio. Po chwili jednak zatrzymał się i odwrócił z powrotem w stronę towarzysza. — Singer — zaczął, przyglądając się, jak ten składa mapę. — Posłuchaj, wiem, że nie jestem u szczytu formy. Ale nawet w tym stanie mogę ci się przydać. Może i nie jestem doświadczonym łowcą według waszych standardów, ale parę potworów w życiu zabiłem. W każdym razie jeśli mamy razem iść na tę akcję, musimy mieć do siebie zaufanie.
Singer uniósł głowę i posłał mu przeciągłe spojrzenie.
— Wiem — odparł krótko. — I ufam ci. Zresztą mając do wyboru kulawego Specjalistę lub porwanie się na gniazdo wampirów w pojedynkę… — Wzruszył ramionami. — Cóż, po prostu patrz pod nogi, okej?
— Okej — Saul uśmiechnął się lekko i już bez słowa zniknął w łazience.
Kiedy wsiadał do forda Singera niedługo później, właściwie już nie utykał i wspięcie się do szoferki pick-upa nie nastręczyło mu takich trudności jak zeszłego wieczora, co zwiastowało nieco lepiej nadchodzącemu polowaniu.
Stary, dawno już nieużywany, ale będący nadal w całkiem niezłej kondycji magazyn zapowiadał się obiecująco. Niestety jednak nie zastali w nim nikogo prócz trójki bezdomnych narkomanów, których obecność stanowiła dostateczną gwarancję, że wampiry nie mieszkały w okolicy. Dzicy lokatorzy nie sprawiali wprawdzie wrażenia smakowitych kąsków, jednak Saul nie miał wątpliwości, że wampiry nie były aż tak wybredne, by nie ruszyć posiłku podającego im się niemal na tacy.
W opuszczonej żwirowni natknęli się z kolei na parę młodą będącą właśnie w trakcie sesji ślubnej i dość niezadowoloną pojawieniem się dwóch intruzów. Towarzyszącym im fotograf, wyraźnie zmęczony bieganiem po wertepach i zadowolony z tej chwilowej przerwy w pracy, zapewnił łowców, że bywa tu z klientami regularnie i nigdy nie zauważył niczego podejrzanego.
— Czemu nie zrobią sobie sesji na wysypisku śmieci? — skwitował Saul gderliwie, kiedy wracali już do samochodu.
Singer posłał mu podejrzliwe spojrzenie, więc Saul zacisnął lewą dłoń w pięść, by powstrzymać się od pomasowania uda. W magazynie radził sobie zupełnie dobrze, mimo pewnej ilości schodów, tutaj jednak nierówny teren powoli zaczynał dawać mu się we znaki.
— Czeka nas ładny kawałek marszu przez las, na pewno dasz radę? — zapytał Singer, kiedy wsiadali do auta, dowodząc tym samym, że nieznaczne utykanie Saula nie uszło jego uwadze.
— Dam radę — zapewnił go Saul z większym zdecydowaniem niż to, które rzeczywiście czuł. — Muszę się czymś zająć, inaczej zwariuję. — Uświadomiwszy sobie, że zabrzmiało to znacznie żałośniej, niż zamierzał, z frustracją trzasnął drzwiami, czym zaskarbił sobie kolejne podejrzliwe spojrzenie towarzysza.
Odpocząwszy trochę w samochodzie, odzyskał siły i przez pierwsze dwie mile bez trudu dotrzymywał Singerowi kroku. Potem jednak stopniowo zaczął zwalniać i choć jego towarzysz nie powiedział ani słowa, musiał widzieć, co się dzieje, bo sam też szedł teraz wolniej i częściej przystawał pod pretekstem złapania oddech czy napicia się wody. Przy kolejnym takim przystanku Saul zazgrzytał zębami, bardziej z irytacji niż z bólu. Singer oczywiście udał, że nie widzi jego reakcji, gdy bez słowa podawał mu butelkę.
— Możliwe, że trochę się przeliczyłem — przyznał Saul niechętnie po dłuższej chwili.
Singer odpowiedział kpiącym prychnięciem.
— Jak na to wpadłeś?
— Po prostu jeśli dojdzie do walki, musisz wiedzieć, że mogę się poruszać nieco wolniej niż zwykle — odparł Specjalista, ignorując drwiący ton. — Powinieneś to wiedzieć, jeśli mamy działać jako team. Poradzę sobie, ale mogę nie dać rady jednocześnie skutecznie osłaniać ci pleców.
Singer przewrócił oczami.
— Wyobraź sobie, że wiedziałem to, zanim jeszcze ruszyliśmy. Więc jeśli nie chcesz, żebym wystrugał ci laskę albo coś, to kończ tę wodę i idziemy.
Saul uśmiechnął się lekko i wyciągnął maczetę. Singer posłał mu pytające spojrzenie.
— No co, to nie taki głupi pomysł. Przynajmniej póki co odciążę trochę tę nogę. — Wyszukawszy odpowiedniej grubości gałąź, Saul sprawnie odciął ją i obstrugał z grubsza, po czym schowawszy maczetę do pochwy, przetestował swoją nową laskę. Po paru próbnych krokach skinął głową i sam ruszył przodem we właściwym kierunku. Za jego plecami Singer parsknął krótko i przyspieszył, by się z nim zrównać.
Mimo że teraz znów mógł iść nieco szybciej, straconego w sumie czasu nie dało się odzyskać i nim znaleźli się w pobliżu opuszczonego domu, słońce chyliło się już ku zachodowi. Na otwartej przestrzeni z pewnością było jeszcze zupełnie jasno, jednak tutaj las był gęsty i między drzewami panował już niemal półmrok.
Saul nadal szedł przodem, po trochu dlatego, że z nich dwóch miał więcej doświadczenia w poruszaniu się bezszelestnie po lesie, po trochu po to, by to on mógł dyktować tempo marszu. Dotychczas nie usłyszeli ani nie natrafili jeszcze na nic podejrzanego, Singer podejrzewał też, że wampiry jeszcze śpią, tak czy inaczej poruszali się jednak najciszej i najostrożniej, jak umieli. Wiedząc, że stworzenia te odznaczają się doskonałym węchem, okrążali dom od zachodu, dbając, by iść jak najbardziej pod wiatr. W pewnej chwili Singer wyjął z torby niewielką, pozbawioną etykietki buteleczkę i, spryskawszy się zawartością, podsunął ją towarzyszowi.
— Co to? — Saul zmarszczył nos.
— Eau de Vampire — zażartował łowca w odpowiedzi. — Mieszanka ziół i innego świństwa, tylko na specjalne zamówienie. Maskuje naturalny zapach, żeby krwiopijcy za szybko nas nie wyczuli.
— To naprawdę działa? — spytał Saul z niedowierzaniem, wciągając w nozdrza specyficzny, ostry zapach.
— Nie, po prostu lubię tym śmierdzieć — odburknął Singer ironicznie.
Saul wzruszył ramionami i spryskał się specyfikiem, po czym oddał buteleczkę towarzyszowi i podjął marsz.
Las był tu dziwnie cichy, z rzadka tylko odezwał się jakiś ptak. Mech tłumił kroki łowców, którzy musieli uważać przede wszystkim na momentami dość gęste zarośla. Nagle zupełnie znienacka gdzieś nieopodal rozległ się głośny krzyk. Męski głos, wyraźnie przerażony, usiłował jakby wzywać pomocy, ale ugrzązł w gardle wołającego, nim ten zdołał wypowiedzieć całe słowo. Saul zamarł i ostrzegawczo uniósł dłoń, niepotrzebnie jednak, bo Singer także zastygł już w bezruchu, nasłuchując uważnie. Po chwili Specjalista bez słowa wskazał kierunek, z którego dobiegło wołanie. Jego towarzysz skinął głową i gestem dał znak, by zbliżyli się do celu z dwóch różnych stron. Saul skinął głową, oparł swoją prowizoryczną laskę o drzewo i najciszej, jak umiał, wyciągnął maczetę.
Singer, choć nieco starszy, miał dwie sprawne nogi, dotarł więc do niewielkiej przesieki wcześniej. Gdy zatem Saul ostrożnie wyjrzał zza zarośli, ujrzał już tylko głowę wampira toczącą się po mchu. Chciał skomentować ten widok, wtedy jednak jego wzrok padł na wykrzywioną bólem i strachem twarz ofiary i natychmiast zamknął usta. Nie spieszył się jednak, podchodząc bliżej. Po reakcji Singera widział już to, czego sam się domyślał — facet nie miał szans. Spomiędzy palców, które ranny gorączkowo zaciskał na poszarpanej kłami potwora szyi, jasnoczerwona krew tryskała jeszcze mocnym, ale słabnącym już wyraźnie strumieniem. Mężczyzna poruszał jeszcze ustami niczym ryba wyciągnięta z wody. Zdawało się, że tylko usiłuje łapać powietrze, Singer jednak pochylił się nad nim, jakby nasłuchując, po czym wyprostował się, skinął głową i powiedział coś cicho, patrząc tamtemu w oczy. Chwilę później mężczyzna umarł.
Saul otrząsnął się pierwszy.
— Nie marnuj krwi — mruknął, chcąc przerwać jakąś tę pełną napięcia chwilę.
Singer przeniósł na niego pytające spojrzenie.
— Krew umarlaka. Sam mówiłeś, że to broń na wampiry.
— No proszę, ktoś mnie jednak słuchał — zakpił łowca, przytomniejąc błyskawicznie, po czym pospiesznie wyłuskał z torby pustą buteleczkę i począł napełniać ją krwią zmarłego.
Saul przez krótki moment przyglądał się zakrwawionej, zastygłej w wyrazie bólu i przerażenia, stosunkowo jeszcze młodej twarzy mężczyzny. W końcu jednak zmusił się do oderwania od niej wzroku, odwrócił się i, zbliżywszy się do skraju przesieki, ruszył powolnym marszem dookoła pracującego towarzysza, nasłuchując, czy nie zbliża się kolejne niebezpieczeństwo.
— Zdążył mi powiedzieć, że porwali jego dziewczynę. Mam nadzieję, że wzięli ją sobie na deser, a nie do towarzystwa — odezwał się Singer po chwili, nie odrywając wzroku od wykonywanej czynności.
— Jeśli ją ugryzą, ale nie zabiją, przemieni się w wampira? — zapytał Saul, przystając i odwracając się w jego stronę.
Singer potrząsnął głową.
— Ofiara musi mieć kontakt z ich krwią, żeby się przemienić. Tak czy inaczej, musimy się pospieszyć. — Wyprostował się i sięgnął po zakrętkę, by zamknąć napełnioną krwią butelkę. W tej samej chwili coś zaszeleściło i z krzaków za jego plecami wyłoniła się męska sylwetka.
Saul zadziałał automatycznie. Nie pamiętając już nawet o urazie, skoczył naprzód. Wpadł na odwracającego się dopiero Singera bokiem, popychając go na ziemię, a jednocześnie unosząc maczetę. Znacznie lżejsza od mieczy, do których był przyzwyczajony, broń przecięła powietrze zbyt szybko i zamiast w szyi potwora, zatopiła się w jego ramieniu, jednak to wystarczyło, by spowolnić jego atak. Pamiętając, że wampiry mogą być równie szybkie jak Spaleni, Saul odwrócił się błyskawicznie, gotów odparować kolejny cios. Niestety ten ruch zmusił go do oparcia całego ciężaru ciała na zranionej nodze. Ta zaś, mocno już nadwyrężona marszem, po prostu się pod nim ugięła. Usiłował jeszcze łapać równowagę, ale śliski od krwi truposza mech okazał się równie zdradliwy. Saul runął jak długi wprost na leżące na ziemi zwłoki. Pospiesznie przetoczył się na plecy, zasłaniając się maczetą, ale niepotrzebnie. Te kilka sekund wystarczyło Singerowi, by ten zdążył umoczyć swoje ostrze w krwi nieboszczyka i wbić je z całej siły w bok wampira. Potwór zawył z bólu i osunął się na ziemię tuż obok Saula, który już bez trudu odrąbał mu łeb.
— Niezły z nas team — stwierdził Singer i z uznaniem skinął głową, wyciągając rękę, by pomóc towarzyszowi wstać.
Choć w jego głosie przebrzmiewała szczera wdzięczność, w odpowiedzi Saul skrzywił się tylko, niezadowolony z siebie, i krytycznym wzrokiem spojrzał na zabrudzoną krwią zmarłego nogawkę dresów.
— Chyba już ich nie oddam twojemu znajomemu — mruknął. — Daj jeszcze trochę tych wampirzych perfum, bo inaczej wyczują mnie z daleka.


Teraz, kiedy mogli iść po śladach wleczonej przez wampira kobiety, widocznych doskonale nawet mimo coraz mniejszej ilości światła, odnalezienie opuszczonego domu nie nastręczało już żadnych trudności. Bobby jednak i tak ponownie puścił Silvę przodem. Specjalista utykał znów znacznie mniej, zapewne przez przypływ adrenaliny, dlatego też Bobby postanowił zaufać jego umiejętnościom. W końcu to, że zawdzięczał mu życie, stanowiło chyba najlepszy dowód, że instynkt Silvy nie ma sobie równych.
Nie zatrzymując się, schował maczetę do pochwy, a zamiast tego wyciągnął z torby kuszę i osadził w niej jeden z bełtów umoczonych w świeżej krwi nieboszczyka. Zmitrężyli tyle czasu, że nie sposób było nadal liczyć, że zastaną potwory śpiące. Gdyby sytuacja przedstawiałaby się inaczej, możliwe, że Bobby zdecydowałby się jednak na porzucenie misji i powrót następnego dnia. Jednak obaj z Silvą zgodnie uznali, że póki porwana kobieta oraz zaginiony poprzedniego dnia mężczyzna mogą żyć, trzeba zaryzykować.
— Powinniśmy się rozdzielić — szepnął Silva w pewnej chwili, zatrzymując się w cieniu rozłożystego świerku.
Bobby zawahał się. To była logiczna propozycja, jednak mieli tylko jedną kuszę, do tego Silva był ranny i jeśli chodzi o polowanie na wampiry — mimo wszystko niedoświadczony.
— Daj trochę tej krwi. — Nie czekając na odpowiedź, Silva sam sięgnął po buteleczkę wystającą z kieszeni kurtki Bobby'ego i obficie skropił szkarłatnym płynem ostrze swojej maczety. — Idź w lewo, w ten sposób będziesz nadal pod wiatr.
Bobby się skrzywił.
— Co ja mówiłem o zgrywaniu bohatera, Silva?
Jego towarzysz wzruszył ramionami.
— Wybacz, Singer, ale idziesz tak, że słychać cię na milę. Poza tym jeśli wierzyć twojej mapie, idąc w lewo, to ty będziesz miał więcej do przejścia. W tej sytuacji to logiczne rozwiązanie — wyjaśnił spokojnie, choć z jego twarzy można było wyczytać rosnącą niecierpliwość.
Chcąc nie chcąc, Bobby musiał przyznać mu rację.
— Nie podchodź za blisko — ostrzegł na odchodnym. — W miarę możliwości najlepiej byłoby wywabić ich jakoś pojedynczo i najpierw osłabić z odległości.
— Nie pamiętam, kiedy ostatnio los aż tak mi sprzyjał — prychnął Silva w odpowiedzi, uśmiechając się kwaśno. Chwilę później zniknął między drzewami.
Bobby usłyszał wampiry na długo przed tym, jak je zobaczył. Wbrew złowieszczemu komentarzowi Silvy szczęście wydawało się sprzyjać łowcom. Grupka potworów stała przed chatą, kłócąc się zawzięcie, a ich podniesione głosy prawdopodobnie skutecznie tłumiły wszelkie dźwięki dochodzące z lasu.
— Przysięgam, zatłukę tego kretyna, jak tylko wróci. Niby jak mamy się wszyscy najeść jedną panienką? — Wysoka, jasnowłosa wampirzyca oparła ręce na biodrach i z pogardą wyszczerzyła kły.
— Czego się spodziewałaś? Brian zawsze był egoistą. — Skwitował dość obojętnym tonem jeden z jej towarzyszy.
— Chyba raczej pieprzonym sadystą — prychnął inny ze złością. — Po co przyprowadzić ofiarę do domu i doić przez miesiąc jak normalny wampir, nie? Lepiej wypić parę łyków i rozszarpać gardło na miejscu tylko po to, żeby popatrzeć jak zdycha.
— Dobrze chociaż, że był z nim Vane — zauważyła kolejna wampirzyca.
— Jakby Brian kiedykolwiek posłuchał Vane'a…
— No ale przynajmniej przyprowadził tę laskę. Gdyby nie on, wszyscy poza Brianem chodzilibyśmy głodni.
— Może pójdziemy go jednak poszukać, zanim znowu coś odwali? — wysunął jeden z młodszych, przynajmniej pozornie, wampirów.
Blondynka wzruszyła ramionami.
— Już Michael poszedł i też przepadł. Rób sobie, co chcesz, Ron, ja za tym idiotą uganiać się nie będę.
Wampir zwany Ronem wymienił spojrzenia z drugą z kobiet, ta po chwili wahania skinęła głową i oboje ruszyli w stronę, gdzie wedle wszelkich przypuszczań Bobby'ego powinien znajdować się Silva. Łowca stłumił przekleństwo. Jeśli Specjalista nie zdążył jeszcze dojść dostatecznie blisko, by słyszeć tę kłótnię, wampiry mogą go zaskoczyć. Jeżeli natomiast był równie blisko co on, oznaczało to, że gdy zaatakuje, pozostająca na polance trójka usłyszy walkę i zdąży się do niej przyłączyć.
Bobby poprawił palec na spuście kuszy i ostrożnie zrobił kilka kroków w lewo, by zająć dogodniejszą pozycję do strzału. Teraz skrywał go sporych rozmiarów krzak, dość gęsty, by ewentualny napastnik musiał go okrążyć, atakując, co zapewniało łowcy trochę czasu.
Minuty mijały, blondynka weszła do środka, pozostałe przed domem wampiry toczyły zaś obecnie równie ożywioną dyskusję na temat tego, która gwiazda rocka smakowałaby najlepiej — temat, który zdaniem Bobby'ego z pewnością doceniłby Dean Winchester. Wkrótce potem blondynka ponownie wyszła na zewnątrz i kazała im się zamknąć, co doprowadziło do kolejnej kłótni. Z kierunku, dokąd odeszła pozostała dwójka, nie dobiegał natomiast żaden podejrzany dźwięk. Czy oznaczało to, że potwory wymknęły się z pułapki, czy też Silva zdołał jakimś cudem dopaść je głębiej w lesie i wykonać swoją robotę po cichu? Tak czy inaczej, nie można było liczyć na to, że pozostała trójka będzie się darła w nieskończoność. Okno domu wychodzące na tę stronę było zabite dyktą, co utrudniało stwierdzenie, czy wewnątrz znajduje się ktoś jeszcze poza wspomnianym Vane'em. Zarazem gwarantowało to jednak, że nikt stamtąd nie zobaczy zbyt łatwo, co dzieje się na polanie.
Podjąwszy decyzję, Bobby działał błyskawicznie. Pierwszy bełt zanurzył się w gardle najbliżej stojącego potwora, a opryskana krwią blondynka pisnęła w sposób kompletnie nielicujący z wampirzymi kłami zdobiącymi jej uśmiech. Zaskoczenie trwało jednak krótko i zanim Bobby zdążył przeładować, wampirzyca była już w połowie drogi do jego krzaka. Na szczęście zgodnie z przewidywaniem łowcy gałęzie powstrzymały napastniczkę na tyle długo, by zdążył ją ustrzelić. Nim jeszcze całkiem osunęła się na ziemię, Bobby wypadł zza zasłony i wprawnym ruchem odciął jej łeb. Jej towarzysz na polanie leżał już bezwładnie, osłabiony krwią nieboszczyka, dobicie go nie było więc najpilniejszą kwestią. Trzeci wampir jednak gdzieś zniknął, wykorzystawszy zamieszanie, i to właśnie on mógł teraz stanowić największe zagrożenie.
Łowca zaklął pod nosem, wycofał się tak, by za plecami mieć plątaninę gałęzi, i pospiesznie zabrał się do kolejnego przeładowywania. Był jeszcze w trakcie, gdy wampir wyłonił się gdzieś z boku i kopniakiem wytrącił mu kuszę z ręki. Bobby'emu pozostał jednak nadal w dłoni nasączony krwią umarłego bełt, kiedy więc potwór rzucił się mu do gardła, łowca wykorzystał impet uderzenia, by zanurzyć grot głęboko w trzewiach wampira. Stwór jęknął chrapliwie i odruchowo cofnął się, nim jego kły zdążyły przebić skórę przeciwnika. Bobby pospiesznie wyrwał się z jego uchwytu, a gdy miał pewność, że tamten nie ma już siły do ponownego ataku, zrobił użytek ze swojej maczety. Następnie odwrócił się w stronę chaty, zaraz jednak opuścił broń, ujrzawszy, jak Silva spokojnie dobija postrzelonego w gardło wampira. Gdy ich spojrzenia się spotkały, Bobby z uznaniem skinął głową i cofnął się, by wytrzeć ostrze o skraj bluzy zabitego przez siebie potwora. Nagle dostrzegł, jak drzwi domu uchylają się nieznacznie.
Silva był wciąż zwrócony tyłem do budynku — błąd godny amatora, gdyby nie fakt, że to nie on, lecz Bobby był tu specjalistą od wampirów i powinien był pamiętać, ile stworów liczy typowe gniazdo. Obaj jednak pomyśleli zapewne to samo: gdyby wewnątrz było więcej stworów, powinny były przyłączyć się już do walki. Najprawdopodobniej to któraś z ofiar musiała więc sprawdzać źródło zamieszania i czy możliwa jest bezpieczna ucieczka.
Łowca otworzył już usta, by na wszelki wypadek ostrzec Silvę, jednak słowa uwięzły mu w gardle. W drzwiach ukazała się bowiem nie jedna, a dwie osoby — przerażoną dziewczynę popychał przed sobą jeszcze jeden wampir, a trzymany przez niego nóż znajdował się niebezpiecznie blisko jej krtani. W tej samej chwili Silva także ich usłyszał. Zerwał się i odwrócił jednocześnie, zaskakująco sprawnie jak na człowieka ze zranioną nogą. Zobaczywszy zapłakaną twarz ofiary, natychmiast opuścił jednak dłoń z maczetą.
Bobby zacisnął zęby i, starając się nie wydać ani jednego dźwięku, spróbował sięgnąć po porzuconą wcześniej kuszę. Ta jednak niestety leżała w miejscu doskonale widocznym z polany i sięgnięcie po nią wymagałoby wyjścia z doskonale osłaniających go w tej chwili zarośli. Poddał się więc szybko i z powrotem przypadł do ziemi, gorączkowo przypatrując się rozwojowi sytuacji. Wzrok wampira skupiony był na Silvie, możliwe więc, że nie zorientował się jeszcze, że łowców było dwóch — w ich fachu praca zespołowa nie stanowiła przecież powszechnego zjawiska.
— Rzuć to — polecił tymczasem wampir, ruchem podbródka wskazując na trzymaną wciąż przez łowcę maczetę.
Silva zrobił krok do tyłu, ale nie wypuścił z ręki broni.
— Żeby stracić swój jedyny argument? — odparł wyzywająco.
W odpowiedzi wampir wysunął kły i zawarczał głucho. Dziewczyna wyszlochała coś niezrozumiałego, na co stwór oblizał się ze smakiem. Bobby poczuł, jak dreszcz przechodzi mu po plecach. Wiele dałby w tej chwili, żeby być na miejscu partnera, nie miał jednak wyjścia, musiał zaufać, że Silva nie popełni żadnego błędu nowicjusza.
Tymczasem Silva, zupełnie jakby czytał mu w myślach, skinął głową i powoli odłożył maczetę na ziemię, po czym zrobił kolejny krok w tył, unosząc przy tym drugą rękę w uspokajającym geście.
— Mądra decyzja. I tak nie miałeś żadnych argumentów. — Wampir roześmiał się drwiąco. — Jesteście tak żałośnie powolni, że zdążyłbym ją zabić ze trzy razy.
— Ale nadal tego nie zrobiłeś — wytknął Silva.
Bobby ponownie stłumił przekleństwo i mimowolnie zerknął na kuszę, mimo że nadal znajdowała się równie poza jego zasięgiem co przed chwilą.
— Nie spieszy mi się. — Wampir wzruszył ramionami i z paskudnym uśmiechem powąchał szyję dziewczyny, która zamarła w niemym przerażeniu, spodziewając się zapewne, że za chwilę poczuje na sobie jego kły.
— Nie — zgodził się Silva. — Bo wiesz, że kiedy będziesz ją zabijał, ja zdążę podnieść maczetę, a wtedy to ty nie będziesz miał już żadnego argumentu.
— Myślisz, że przestraszę się jednego łowcy? — warknął stwór wyzywająco.
Silva cofnął się ponownie i nagle do Bobby'ego dotarło, co robi Specjalista. Z każdym krokiem w tył Silva przesuwał się też nieznacznie w bok, tak że podążający za nim wampir nieświadomie zaczynał zwracać się powoli bokiem zamiast twarzą do kryjówki Bobby'ego. Gdyby tylko Silvie udało się jeszcze przez pewien czas odwracać uwagę potwora, być może łowca byłby w stanie dyskretnie dosięgnąć swojej kuszy…
— Nie jestem łowcą — odparł Silva spokojnie i znów zrobił ledwo dostrzegalny kroczek w bok. — Chociaż właśnie zabiłem twoich kumpli, więc może właściwie już mogę się tak nazywać?
Bobby uśmiechnął się pod nosem. W tej chwili był nawet bliski przyznania mu racji.
Wampir zaryczał z niespodziewaną wściekłością, wywołując kolejny niekontrolowany pisk u przerażonej dziewczyny. Pchnięciem zmusił ją do ruszenia naprzód, bliżej przeciwnika, a tym samym dalej od ukrytego w zaroślach Bobby'ego.
Łowca nie wahał się dłużej. Nie spuszczając wzroku z odwróconego już dość znacznie i pochłoniętego Silvą wampira, ostrożnie wysunął się zza krzaka i najciszej, jak umiał, podpełznął do kuszy. Uchwyciwszy broń, błyskawicznie wskoczył za najbliższe drzewo. Udało się, potwór nie zwrócił na niego uwagi. Bobby pospiesznie sięgnął po nowy bełt i umoczył go we krwi nieboszczyka. Wychyliwszy się odrobinę, spróbował wycelować, nie nacisnął jednak spustu. Mimo pokusy wiedział dobrze, że potrzeba chwili, by trucizna zaczęła działać, wampir natomiast wciąż trzymał nóż przy gardle ofiary, a i jego kły znajdowały się niewiele dalej.
Bobby nie miał pojęcia, czy Silva także zdążył się już dostatecznie zorientować w działaniu specyfiku i jego ograniczeniach. Na razie jednak nie było wyjścia — musiał czekać i liczyć na to, że jego partner zdoła ugrać coś jeszcze, nim wampir ostatecznie straci cierpliwość. Silva, najwyraźniej równie przewidujący jak Bobby, odrzucił wcześniej swoją maczetę właśnie w kierunku, w którym się teraz przesuwał, czy oznaczało to jednak, że ma jeszcze jakąś sztuczkę w zanadrzu? Jeśli bowiem obaj czekali w tej chwili na ruch tego drugiego, szanse dziewczyny malały z każdą sekundą. Bobby wciąż jeszcze myślał, co mógłby zrobić, by pomóc, a nie zaszkodzić dwójce ludzi na polanie, gdy ponownie doszedł go wciąż opanowany, przynajmniej pozornie, głos Silvy.
— Mam pomysł, jak przerwać ten impas.
— Czyżby? — Głos wampira ociekał jadem.
— Wypuścisz dziewczynę. — Silva nadal brzmiał na kompletnie spokojnego, ale coś w jego tonie wydało się Bobby'emu niepokojące. Twarz Specjalisty miała zdeterminowany wyraz kogoś, kto podjął właśnie decyzję, Bobby zaś nie wiedzieć czemu miał przeczucie, że ta decyzja nie przypadnie mu do gustu.
— Świetny pomysł — zakpił wampir, równie nieprzekonany do propozycji.
— Jeszcze nie skończyłem. — Silva uniósł rękę. — Wypuścisz dziewczynę, a w zamian dostaniesz mnie. Bez walki, bez broni i bez żadnych sztuczek, masz na to moje słowo honoru.
Wampir utkwił w nim niedowierzające spojrzenie, a Bobby poruszył wargami, bezgłośnie wypowiadając słowo „idiota".
Silva tymczasem, znów nieznacznie przesuwając się w bok, przekonywał dalej:
— Popatrz na nią tylko, skóra i kości, ile ona może ważyć? Połowę tego co ja, więc i krwi będziesz miał z niej mniej. Poza tym sam dobrze wiesz, co oni robili w tym lesie, pili albo i ćpali. Nie powiesz chyba, że wolisz taką krew od nieskażonej? — Kusząco obniżył głos i gdyby nie powaga sytuacji, Bobby miałby ochotę parsknąć śmiechem, słysząc ten pseudouwodzicielski ton.
Wampir także nie wyglądał nadal na przekonanego.
— A co mnie powstrzymuje przed wypiciem was obojga? — wytknął, automatycznie podążając kolejny krok za przeciwnikiem.
Choć nie widział już w tej chwili dokładnie twarzy Specjalisty, Bobby miał wrażenie, że dosłownie słyszy, jak ten przewraca oczami.
— Chyba już to ustaliliśmy? — Silva prychnął w odpowiedzi, sugestywnie wskazując czubkiem stopy leżącą na mchu maczetę.
„Idiota" — powtórzył Bobby w myślach, na wszelki wypadek unosząc jednak ponownie kuszę.
— A więc jak będzie? — podjął tymczasem Specjalista. — Parę łyków z tej chudzinki, a potem walczymy? Czy może jednak moja pyszna, świeżutka krew, i to zupełnie bez wysiłku?
Wampir milczał i Bobby ze zdziwieniem stwierdził, że potwór chyba zaczynał się wahać. Cholerny Silva może i był kretynem zgrywającym bohatera, ale najwyraźniej przy tym dość przekonującym. Tymczasem Specjalista, zapewne także widząc pierwsze, niepozorne jeszcze efekty swoich słów, chyba postanowił pójść w swoim kuszeniu o krok dalej.
Oniemiały Bobby patrzył, jak jego partner sięga do pasa i zaczyna… zsuwać spodnie. Wampir wydawał się równie skonsternowany zachowaniem przeciwnika i Bobby'emu przeszło przez myśl, czy nie spróbować wykorzystać nieuwagi potwora. Wycelował i poprawił palec na spuście, jednocześnie kątem oka obserwując nadal Silvę. Moment później zrozumiał plan — Specjalista pospiesznie zdarł odsłonięty opatrunek z uda i, krzywiąc się nieznacznie, rozerwał szwy. Na widok wypływającej krwi wampir poruszył nozdrzami, a jego oczy zalśniły. Ułamek sekundy później po prostu pchnął dziewczynę na ziemię i z gardłowym warkotem rzucił się na Silvę.
Specjalista chyba nie docenił szybkości potwora i nie zdążył dopaść maczety, miał jednak dość refleksu, by przyjąć atak i odepchnąć napastnika, nim ten sięgnął jego gardła. W tej samej chwili Bobby dostrzegł swoją szansę i nareszcie wystrzelił z kuszy. Bełt zanurzył się w ramieniu stwora, który nawet chyba tego nie poczuł, przypuszczając kolejny atak na Silvę. Ten zaplątał się w nadal zsunięte spodnie i chyba zbyt mocno oparł się na zranionej nodze, bo stracił równowagę. Na jego szczęście jednak właśnie dzięki temu kły wampira kłapnęły w powietrzu gdzieś obok jego szyi. Upadając, Silva pociągnął stwora ze sobą, usiłując utrzymać go pod kontrolą. Człowiek i wampir przetoczyli się po mchu, zwarci w śmiertelnym uścisku. Specjalista usiłował sięgnąć po maczetę, jednak jego przeciwnik był dość silny i szybki, by utrzymanie go w ryzach wymagało pełniej koncentracji. Bobby za to nareszcie mógł działać.
Wypadłszy ze swojej kryjówki, wyszarpnął z pochwy maczetę w tej samej chwili, w której wampir nareszcie opadł z sił i pozwolił przeciwnikowi się zrzucić. Nim Bobby dopadł potwora, Silva sam przetoczył się do swojego ostrza i własnoręcznie odrąbał osłabionemu nareszcie wampirowi głowę. Następnie opadł na mech, dysząc ciężko, i odruchowo docisnął wolną rękę do rany, usiłując zatamować krwawienie.
— A tak się napracowałem przy tych szwach — burknął Bobby z udawanym wyrzutem, chowając maczetę. — Czekaj, mam w torbie apteczkę.
Silva skinął głową.
— Wszystko w porządku? — odezwał się do wciąż klęczącej i wpatrującej się w przerażeniem w zwłoki wampira dziewczyny.
Ta przełknęła głośno ślinę i skinęła głową.
— Co z Gregiem? — szepnęła, ale coś w wyrazie jej twarzy powiedziało Bobby'emu, że znała już odpowiedź.
— Przykro mi — mruknął więc tylko. — Czy w środku jest ktoś jeszcze?
— Jeden facet, ale martwy.
Bobby i Silva wymienili spojrzenia.
— Sprawdzę — zadeklarował łowca.
Wrócił po chwili, kręcąc głową.
— Ten biegacz z wczoraj, martwy, ale raczej od niedawna — poinformował. — Miałaś kontakt z ich krwią? — upewnił się jeszcze na wszelki wypadek.
Dziewczyna potrząsnęła głową. Bobby nie dostrzegł żadnych widocznych ran na jej ciele, postanowił więc jej uwierzyć i przeniósł swoją uwagę na nadal siedzącego nieruchomo tam, gdzie go zostawił, Silvę. Apteczka, nieruszona, leżała na mchu obok mężczyzny.
— Powiesz mi, co to do cholery było? — warknął Bobby, przyklękając obok.
— Improwizowałem — odmruknął Specjalista, ale bez przekonania.
— Oczywiście, mogłem się spodziewać, że nie odpuścisz sobie zgrywania cholernego bohatera. Ty po prostu należysz do tego typu ludzi — ciągnął Bobby, coraz bardziej podnosząc głos. — A skąd to wiem? Bo byłem na zbyt wielu cholernych pogrzebach! Wiesz, jak mało brakowało, żebym miał tu troje zwłok zamiast jednych? — zakończył już bardziej z frustracją niż złością.
W odpowiedzi Silva wzruszył tylko ramionami. Bobby uniósł na chwilę wzrok znad jego rany i przyjrzał się uważnie bladej, zmęczonej twarzy Specjalisty. Silva wytrzymał pod tym badawczym spojrzeniem zaledwie ułamek sekundy, potem odwrócił wzrok. Bobby zacisnął zęby, nie podjął jednak swojej tyrady.
— Wrócimy do tego — burknął tylko i ponownie skupił się na zakładaniu opatrunku. — Zresztą marsz z powrotem do samochodu będzie dla ciebie dostateczną karą za idiotyczną brawurę.


Koniec końców teraz, gdy nie musieli już się skradać i ukrywać swojej obecności, Singer sam wrócił do auta i przyprowadził je znacznie bliżej, oszczędzając w ten sposób swemu partnerowi forsownego marszu. I całe szczęście, bo Saul, choć gotów dalej robić dobrą minę do złej gry, w rzeczywistości był już całkowicie wycieńczony. Czas oczekiwania na powrót łowcy po prostu przesiedział na progu chaty, pocieszając uratowaną dziewczynę i usiłując przynajmniej odpowiadać na jej pytania dotyczące wampirów, o których sam miał nadal ograniczone pojęcie.
Gdy Singer wrócił, ustalili, że to Saul odwiezie dziewczynę do domu, pozostawiając łowcy zatarcie śladów. Przejście krótkiego odcinka drogi dzielącej ich od samochodu i wspięcie się do szoferki pick-upa wyczerpało go ponownie. Był więc w zasadzie wdzięczny za fakt, że wciąż otrząsająca się z szoku dziewczyna nie przestawała gadać, bo jej paplanina pomagała mu utrzymać się w rzeczywistości. Nim dotarł do miasteczka i upewnił się, że jego podopieczna znalazła się bezpieczna w towarzystwie bliskich, marzył tylko i wyłącznie o łóżku i tabletkach przeciwbólowych, które bezmyślnie pozostawił w motelu. Niestety mieli tylko jeden samochód, chcąc nie chcąc musiał więc wrócić do lasu po partnera.
Gdy dojeżdżał do celu, drogę zastąpili mu miejscowi policjanci. Saul zaklął pod nosem, uświadomiwszy sobie, że za chwilę zostanie poproszony o dokumenty, których nadal nie ma. Jednak ku jego zaskoczeniu moment później na drodze pojawił się Singer i powiedział do funkcjonariuszy coś, co najwyraźniej skłoniło ich do zaniechania kontroli.
— Co im powiedziałeś? — zapytał, gdy łowca otworzył drzwi samochodu.
Singer uśmiechnął się przebiegle.
— Że jesteś ze mną — odparł wymijająco. — Zmienić cię?
— A przedtem? — Saul nie zamierzał odpuścić, póki jego ciekawość nie zostanie zaspokojona. W międzyczasie ulgą jednak przesiadł się na fotel pasażera.
— Że jesteśmy z Wildlife Service i badamy sprawę ataków wilków. — Łowca pokazał mu legitymację ze swoim zdjęciem opatrzonym nazwiskiem „Clint Wayne".
Saul uśmiechnął się lekko.
— Fan westernów? — zakpił.
— Może. A ty? — odgryzł się Singer, zapalając silnik. — Czekaj, niech zgadnę. „James Bond"?
— Nie nazwiesz mnie „James Bond" — obruszył się Saul. — Jeszcze chwila i zacznę żałować, że pozwoliłem ci wybrać.
W odpowiedzi Singer zachichotał złowieszczo. Saul przewrócił oczami, ale nie odezwał się. Z ulgą opuścił głowę na zagłówek i przymknął powieki, mimowolnie pocierając dłonią udo. Z zamyślenia wyrwał go po chwili głos Singera.
— A właściwie dlaczego mi pozwoliłeś?
Saul zawahał się, w końcu jednak wzruszył ramionami.
— Bo jest mi wszystko jedno — odparł, nie otwierając oczu.
— Tak jak było ci wszystko jedno tam na polanie?
Saul zamrugał gwałtownie, unosząc głowę.
— Nie jestem ślepy, Silva — prychnął łowca. — I z mojego punktu widzenia to wyglądało tak, jakby naprawdę nie zależało ci na tym, co ten wampir ci zrobi.
— Twój punkt widzenia był głęboko w krzakach — odburknął Saul obronnym tonem.
Singer zerknął na niego z ukosa, Saul jednak, utkwiwszy wzrok w drodze przed nimi, przez dłuższą chwilę udawał, że nie widzi tego spojrzenia. Cisza przeciągała się i kiedy żaden z nich już chyba nie liczył na kontynuację rozmowy, Specjalista odezwał nagle, zaskakując również samego siebie:
— To nie była skomplikowana próba samobójcza, jeśli o to ci chodzi.
— Tylko...? — zachęcił go Singer ostrożnie.
Saul ponownie wzruszył ramionami i spuścił wzrok, mimo że towarzysz i tak nie mógł mu się dokładniej przyjrzeć, bo musiał skupić się na krętej i wyboistej leśnej drodze.
— Potrzebowałem tego, wiesz? — przyznał cicho.
— Czego, gry w berka ze śmiercią? — prychnął Singer.
— Powiedziałem ci już, że nie chciałem dać się zabić — odwarknął Saul z irytacją, wzmożoną dodatkowo rosnącym zmęczeniem i bólem w nodze.
Zaraz jednak odetchnął ciężko, opanowując emocje. Nie miał najmniejszej ochoty na tę konfrontację, Singer jednak był gotów drążyć do skutku, a Saul nie miał także siły dłużej z nim walczyć. Koniec końców zresztą sam zaczął te zwierzenia…
— Potrzebowałem zrobić coś… coś z sensem, rozumiesz? — wyjaśnił. — Jeśli pytasz, czy byłem gotów oddać życie za tę dziewczynę, to tak, byłem. Ale nie chodziło o mnie, tylko o nią. I wiesz, myślę, że mógłbym to robić regularnie. Być łowcą, jak wy to nazywacie. To wcale tak bardzo nie różni się od bycia Specjalistą. Chronicie zwykłych ludzi przed tym, co kryje się w mroku. To trudna służba, ale bardzo potrzebna. A ja, do cholery, potrzebuję zająć się czymś potrzebnym. Znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
— Sens? Wybacz, Silva, ale właśnie gadasz bez sensu.
Saul westchnął z frustracją.
— Farah nie żyje — powiedział nagle, po czym potrząsnął głową, ponownie zadziwiony własną szczerością. Znali się z Singerem od lat, wiedzieli o sobie całkiem sporo, mimo to nie rozmawiali nigdy dotąd tak otwarcie o prywatnych sprawach. — Farah nie żyje, a ja jestem spalony. Nomen omen — roześmiał się ponownie, nieco histerycznie, nie zważając na spojrzenie, jakie posłał mu towarzysz. — Nie zrozumiesz — mruknął po chwili.
— Przykro mi — zaczął Singer ostrożnie. — A ten chłopak, którego wychowujesz? — spytał po chwili.
Saul zacisnął zęby.
— Nienawidzi mnie — odparł po upływie kilku sekund. — Pewnie nie chce mnie znać.
Singer posłał mu kolejne badawcze spojrzenie.
— Wiesz, nie jestem ekspertem w tych sprawach, ale wydaje mi się, że dzieciaki nieraz mówią dorosłym, że ich nienawidzą, i zwykle wcale nie mają tego na myśli.
Saul uśmiechnął się na poły gorzko, na poły ironicznie.
— Tydzień temu dowiedział się, że to ja zabiłem jego ojca. Nadal uważasz, że to element nastoletniego buntu?
Ku jego zaskoczeniu, Singer nacisnął na hamulec i zjechał na pobocze. Saul posłał mu zaniepokojone spojrzenie, mimowolnie sięgając do zapięcia pasa. Łowca tymczasem zgasił silnik i odwrócił się do niego. W wyrazie jego twarzy Saul nie dostrzegł jednak złości, wyrzutu czy rozczarowania, a jedynie coś na kształt troski. Specjalista westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią.
— Nie mam ochoty na ckliwe zwierzenia — mruknął.
— Nie wątpię — odparł Singer spokojnie. — Ale obaj wiemy, że ci pomogą. A przynajmniej lepsze to niż szukanie sensu w kolejnych idiotycznych bohaterskich wyczynach.
Saul westchnął ponownie i utkwił wzrok w wiewiórce, która właśnie zeskoczyła z drzewa i pokicała wzdłuż drogi.
— Co chcesz wiedzieć?
Stworzonko przysiadło na środku i przekrzywiło łebek, przyglądając się pick-upowi z takim samym zaciekawieniem, z jakim prawdopodobnie Singer przyglądał się w tej chwili Saulowi.
— Co się stało z Dowling? Dlaczego zabiłeś ojca tego dzieciaka? I dlaczego i przed kim uciekasz?
Zapytany wzruszył ramionami.
— Uciekam przed ludźmi, którzy zabili Farah i przejęli Alfeę. Uciekam, bo aresztowali mnie za morderstwo sprzed szesnastu lat, które popełniłem, żeby powstrzymać ich przed inną zbrodnią. Tylko że i tak mi się nie udało, masa ludzi zginęła, a teraz okazuje się, że facet, którego zabiłem, jednak żyje, a ja zostałem kozłem ofiarnym.
Zerknął ostrożnie na Singera, który uniósł brwi. Saul jęknął z frustracją i uderzył głową w szybę.
— Tak, to jest dokładnie tak popieprzone, jak brzmi — mruknął w przypływie wisielczego humoru.
— Nie, to w miarę rozumiem — odparł Singer, ponownie go zaskakując. — Jedno, czego nie rozumiem, to dlaczego, do cholery, po prostu się poddałeś. Bo poddałeś się, prawda? Po to ci te dokumenty. Żebyś mógł zaszyć się w naszym świecie, może pozgrywać trochę bohatera, żeby poprawić sobie samopoczucie, a potem dać się zabić w kolejnej kretyńskiej akcji, wmawiając sam sobie, że to nie twoja wina, bo przecież poświęcałeś się dla bliźniego w potrzebie. To dlatego chcesz zostać łowcą. Bo potrzebujesz jakiejś cholernej namiastki, żeby usprawiedliwić sam siebie…
— A co mam zrobić?! — warknął Saul, odwracając się gwałtownie. — Prawisz mi tu pieprzone kazania o zgrywaniu bohatera, a jednocześnie oczekujesz, że pójdę sam odbijać doskonale chronioną szkołę magii, pełną dzieciaków w roli zakładników, z rąk najpotężniejszej wróżki Innoświata, wspieranej przez królową o równie potężnej mocy oraz jej armię? Ciekaw jestem, jak ty byś się do tego zabrał, mając do dyspozycji tylko miecz! A nie, wybacz, co najwyżej tę twoją pieprzoną maczetę, bo miecz też mi zabrali. Jeśli masz jakieś genialne pomysły, Singer, to czekam na propozycje! — wyrzucił z siebie, dysząc ciężko.
Łowca wyraźnie się zawahał. Saul parsknął cicho, ale po jego wybuchu nie było już śladu, czuł się jedynie jeszcze bardziej wyczerpany.
— Przepraszam — mruknął Singer po chwili milczenia.
Saul spojrzał na niego z zaskoczeniem.
— Masz rację, nie mnie oceniać. Więc naprawdę chcesz zostać łowcą?
Specjalista skinął głową.
— Może i masz rację, że szukam namiastki — przyznał niechętnie. — Ale to najlepsze wyjście, jakie w tej chwili dla siebie widzę. Muszę się czymś zająć, przynajmniej dopóki nie wymyślę, co dalej. A tak przynajmniej mógłbym zrobić coś pożytecznego. Dziś, kiedy uratowałem tę dziewczynę… Po raz pierwszy od ponad tygodnia czułem, że moje życie ma jeszcze jakiś sens, wiesz?
Ku uldze Saula Singer wydał pomruk aprobaty, a przynajmniej zrozumienia.
— Podrzucę ci parę łatwych spraw na rozgrzewkę — zaoferował. — Jeśli będziesz potrzebował informacji, dzwoń. I tak połowa łowców w tym cholernym kraju traktuje mnie jak darmową infolinię.
— Ciekawe czemu. — Saul uśmiechnął się krzywo.
— Bo jestem najlepszy, właśnie temu — prychnął Singer w odpowiedzi, przekręcając kluczyk w stacyjce. — Ale pamiętaj, jeśli dasz się zabić w jakiś kretyński sposób, osobiście przywołam twojego ducha tylko po to, żeby skopać ci tyłek.