Zawsze uważałam, że pęd Adama do nauki ma związek z tym, jak bardzo utrudniony miał dostęp do edukacji w dzieciństwie. To, że zdał na studia, żyjąc w miejscu, gdzie nawet nie było szkoły, uważam za naprawdę godne podziwu osiągnięcie. Tak czy inaczej pomysł na ten ficzek nie powstałby, gdyby nie J.J. i nasza dyskusja o małym Adamie oraz książkach, a więc J.J. należy się specjalna dedykacja. Betowała natomiast niezastąpiona Tina Latawiec


Tabliczka mnożenia

— „Grzeczni chłopcy i dziewczynki w szkole skupiają się na książkach, pilnie uczą się czytać i pisać, a nie tracą czasu na błahe zabawy"*.

Ben Cartwright zerknął przez ramię na synów i uśmiechnął się ciepło. Adam siedział wciśnięty w kąt kołyszącego się łagodnie wozu, oparty o zwinięte w rulon koce. Na kolanach trzymał otwartą książkę w niebieskiej oprawie. Leżący tuż obok na ich jedynej poduszce Hoss wpatrywał się w starszego brata szeroko otwartymi oczami. Drewniany konik, wystrugany przez Bena przed tygodniem, leżał zapomniany tuż obok, podczas gdy chłopczyk z fascynacją słuchał głosu Adama. Hoss, rzecz jasna, był zbyt mały, by cokolwiek zrozumieć, ale ilekroć brat coś mu czytał lub opowiadał, zawsze słuchał go z takim zainteresowaniem, że Adam święcie wierzył, że malec, choć nie potrafi jeszcze mówić, rozumie każde słowo.

Poczuwszy na sobie wzrok ojca, Adam na moment uniósł głowę i odwzajemnił uśmiech. Rozczarowany nagłą ciszą Hoss skrzywił się i głośno wyraził swoje niezadowolenie. Adam natychmiast sięgnął po konika i pomachał nim w powietrzu, lecz kiedy brat nie wydawał się zainteresowany zabawką, wzruszył ramionami i wrócił do książki.

— „Ten, kto głośno rozmawia w klasie, nie tylko sam niczego się nie nauczy, ale też przeszkadza innym. Ten zaś, kto nie wydaje z siebie głosu, wkrótce posiądzie mądrość, a także zaskarbi sobie miłość i uznanie bliźnich".

Czytając ten ustęp, Adam niemal co drugie słowo posyłał gaworzącemu głośno braciszkowi karcące spojrzenia spod zmarszczonych brwi. Ben z trudem stłumił rozbawienie i zmusił się do skupienia się z powrotem na drodze. Chwilę później jednak jego myśli mimowolnie wróciły do książki w dłoni Adama. „Amerykański elementarz" był spadkiem po Inger Cartwright, która przybywszy tu przed laty ze swojej rodzinnej Szwecji, uczyła się z niego angielskiego. Wspomnienie niedawno utraconej żony jak zwykle zaskutkowało bolesnym ukłuciem w sercu. To ona powinna czytać swemu synkowi książki i opowiadać bajki na dobranoc…

Wkrótce jednak w niewesołe myśli Bena znów wkradł się spokojny głos Adama czytającego bratu o tym, co spotka niegrzeczne dzieci, i mężczyzna ponownie poczuł ciepło na sercu. Z rozrzewnieniem wrócił pamięcią do czasów, kiedy to on czytał swemu pierworodnemu do poduszki. Minęło zaledwie kilka lat, ale tak wiele się przez ten czas zmieniło, że Benowi zdawało się, jakby to było całe wieki temu. Adam zresztą krótko potrzebował pomocy z lekturą — bardzo szybko nauczył się czytać i od tej pory sam pochłaniał wszystko, co wpadło mu w ręce, nieważne, czy było to odpowiednie dla jego wieku. Teraz zaś najwyraźniej usiłował zaszczepić tę pasję w młodszym bracie i Ben z pewnością nie zamierzał mu w tym przeszkadzać. Pomyślał jednak, że gdy znajdą się wreszcie w jakimś większym mieście i kiedy uda mu się zarobić jakiś grosz, musi rozejrzeć się za książką, która byłaby ciekawsza dla Adama i którą być może mogliby przeczytać razem. Tymczasem stary podręcznik okazywał się najwyraźniej całkiem dobrą rozrywką dla obu chłopców, ale Ben wiedział dobrze, że wiecznie głodny wiedzy Adam zna go już niemal na pamięć.


Ben Cartwright pospiesznie lawirował pomiędzy końmi i wozami niemal szczelnie wypełniającymi szeroką główną ulicę miasta. Rzadko miał okazję przechodzić tędy w porze największego ruchu, gdyż zwykle zaczynał pracę jeszcze przed świtem, kończył ją zaś późnym wieczorem. Teraz jednak, obserwując cały ten chaos, z ulgą pomyślał, jak dobrze, że pozostał głuchy na prośby Adama i zabronił synom samodzielnie opuszczać ich niewielki pokoik na poddaszu. Ben dobrze rozumiał, że spędzanie całych dni w tej ciasnej, gorącej klitce nie było dla dzieci niczym przyjemnym. Obaj chłopcy byli wprawdzie przyzwyczajeni do siedzenia w jednym miejscu przez długie godziny, ale jadący przez prerię wóz był jednak czymś zupełnie innym od pokoiku, którego okno wychodziło na wąskie, puste podwórze. Od kiedy Hoss nauczył się chodzić, nie mógł usiedzieć w miejscu i Adam musiał nieraz dokonywać cudów, żeby go czymś zająć przez cały dzień. Mimo to myśl o dwóch małych chłopcach otoczonych przez cały ten ruch i gubiących się w plątaninie ulic napawała Bena przerażeniem. Nie zostaniemy tu przecież długo, pocieszał się. Właśnie dlatego pracował po kilkanaście godzin dziennie, żeby móc jak najszybciej zarobić dość pieniędzy, które pozwolą im zastąpić ich starą klacz młodszym, silniejszym zwierzęciem i ruszyć w dalszą drogę na zachód.

Załatwiwszy dość szybko wszystko, co zlecił mu pryncypał, zdecydował się w drodze powrotnej zajrzeć jeszcze do chłopców. Było dopiero przed ósmą i Adam mógłby jeszcze trochę pospać, ale Hoss z pewnością domagał się już jedzenia, Ben uznał więc, że choć raz wyręczy starszego syna i zapewni mu chwilę zasłużonego lenistwa. Ku swemu zdziwieniu zastał jednak obu chłopców na klatce schodowej, stojących na przewróconej skrzynce i wpatrujących się w widok za oknem, które z tej strony wychodziło na ulicę. Hoss musiał stawać na palcach, żeby cokolwiek zobaczyć, Adam jednak, choć pozornie zajęty widokiem, cały czas pilnie asekurował malucha. Ben uśmiechnął się na ten widok, podszedł bliżej i wziął młodszego synka na ręce.

— Na co patrzycie? — zapytał.

— Piesek! — oznajmił Hoss entuzjastycznie, wskazując pulchnym paluszkiem na brązowego kundla, który właśnie zaspokajał pragnienie w kałuży.

— Tato, dokąd idą te wszystkie dzieci z tobołkami? — zapytał nagle Adam.

— Do szkoły — odparł Ben automatycznie, zajęty przygładzaniem zmierzwionych włosów Hossa, który wyglądał, jakby tylko co wstał z łóżka.

— To tu jest szkoła? — Adam odwrócił się tak gwałtownie, że stracił równowagę i tylko w porę wyciągnięta dłoń ojca uchroniła go przed upadkiem ze skrzynki na drewnianą podłogę. — Tato, mogę też pójść? Mogę? — poprosił, unosząc na ojca błyszczące ekscytacją oczy.

Ben ostrożnie postawił Hossa na ziemi i odwrócił się do starszego syna.

— Wiesz, że to niemożliwe, synku — odparł łagodnie. — Jesteśmy tu tylko na chwilę, poza tym… — umilkł na moment, ale Adam bez trudu odgadł, o czym myśli.

— Poza tym ktoś musi opiekować się Hossem, kiedy ty pracujesz — dokończył chłopiec poważnym tonem i ze zrezygnowaną miną odwrócił się od okna.

Ben przygryzł wargę.

— Przykro mi, Adam — powiedział cicho. — Chciałbym, żeby było inaczej, ale…

— Wiem, tato, to nic takiego, naprawdę — zapewnił go syn pospiesznie. Zbyt pospiesznie, by Ben mógł się na to nabrać.

— Jak dostanę wypłatę, może kupimy ci jakąś książkę — zaproponował, nagle przypomniawszy sobie o postanowieniu, które podjął przed wieloma miesiącami, a które wypadło mu z głowy, nim dotarli do pierwszego miejsca, gdzie znajdował się sklep oferujący coś więcej niż najbardziej podstawowe artykuły.

Oczy Adama na moment zalśniły, zaraz jednak znów spoważniały.

— Kup lepiej Hossowi jakąś zabawkę. Ten konik dawno mu się znudził.

Ben skinął głową, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. Kupię jedno i drugie, postanowił gorąco, w głębi ducha jednak wiedział, że bardziej palącą potrzebą było zaopatrzenie obu chłopców w nowe ubrania i buciki, a pan Johnson wcale nie płacił aż tak znowu dużo.

— Tak po prawdzie, Adam, to ty i tak umiesz już bardzo dużo jak na swój wiek. Bystry z ciebie chłopiec, masz to po mamie — powiedział, uśmiechając się ciepło, trochę do syna, trochę do własnych wspomnień.

Ku uldze ojca Adam nareszcie odwzajemnił uśmiech.


Ben pospiesznie przebiegł ulicę, ignorując zirytowany głos woźnicy, którego zmusił do zwolnienia. Pan Johnson posłał go z liścikiem do wdowy McKenzie już piąty raz w ciągu ostatnich dwóch tygodni, a drugi tego dnia. Ben zaczął podejrzewać, że pryncypał wykorzystuje go jako darmową pomoc w swoim tajnym romansie, wiedząc dobrze, że nowy pracownik nie jest stąd, nie ma z kim plotkować, a wkrótce znów wyjedzie. Ben był lekko zirytowany podobnym traktowaniem, jednak jako że dzięki temu mógł zaglądać do Adama i Hossa w godzinach pracy, tolerował te nadprogramowe zadania bez słowa skargi. Teraz też, dostarczywszy wiadomość, skierował swoje kroki do domu, ciesząc się na myśl o zrobieniu chłopcom niespodzianki.

Pokoik na poddaszu okazał się jednak pusty. Serce Bena stanęło na moment, a potem zabiło mocniej, zmusił się jednak do opanowania niepokoju. Hoss pewnie tak marudził, że Adam zabrał go na spacer, stwierdził. Nadal stanowczo zabraniał synom wychodzenia pod jego nieobecność i już zżymał się na nieodpowiedzialność Adama, którą będzie musiał ukarać — nieprzyjemność dla nich obu, lecz konieczna dla bezpieczeństwa obu chłopców — ale podejrzewał, że znajdzie obu uciekinierów nieopodal domu.

Pospiesznie zbiegł po wąskich schodach i rozejrzał się po ulicy, lecz na próżno. Sprawdził również na tyłach budynku i na sąsiednich podwórkach, ale i tam nie znalazł śladu chłopców. Wreszcie, gdy coraz bardziej spanikowany niemal biegał już po wąskich uliczkach, natknął się jedną z sąsiadek. Tak przynajmniej twierdziła nieco przysadzista kobiecina w kraciastej sukni, która wskazała mu kierunek, gdzie należało szukać Adama i Hossa. Ben mógłby przysiąc, że widział ją pierwszy raz, ale dopóki ona kojarzyła jego synów, nie miało to znaczenia. Pospiesznie podziękował i popędził we wskazanym kierunku.

Adama ujrzał, kiedy tylko wyłonił się zza rogu ostatniego budynku. Jego starszy syn stał spokojnie z rękami w kieszeniach, oparty o drzewo i odwrócony plecami od ulicy. Co zajmowało jego uwagę, Ben nie wiedział, nie miał zresztą czasu się nad tym zastanawiać, jako że nadal nie potrafił dostrzec Hossa. Zgrzytając zębami ze złości, pod którą czaił się niemal obezwładniający strach, w paru susach znalazł się tuż za synem i huknął:

— Adam!

Chłopiec podskoczył i odwrócił się błyskawicznie, blednąc na widok surowej twarzy ojca.

— Co ja mówiłem o wychodzeniu pod moją nieobecność?! — Ben miał wrażenie, że słucha go cała ulica, nie zważał jednak na to. — Myślałem, że można ci ufać! I gdzie do stu tysięcy diabłów jest… — urwał, bo jednocześnie dotarły do niego dwie rzeczy. Pierwszą było przerażenie w oczach Adama, który nigdy chyba jeszcze nie słyszał, by ojciec krzyczał na niego w taki sposób. Drugą zaś sylwetka Hossa, który siedział w kucki na skraju kałuży zaledwie kilka kroków przed bratem. Na dźwięk podniesionego głosu ojca chłopczyk zamarł w bezruchu z patykiem, którym przed chwilą mieszał w bajorku, zawieszonym tuż nad powierzchnią wody. Na końcu patyka powoli formowała się kropla i gdy wreszcie spadła, niczym za dotknięciem magicznej różdżki wszyscy trzej Cartwrightowie otrząsnęli się z osłupienia. Hoss wygiął buzię w podkówkę, gotów do płaczu. Adam zaczął spoglądać bezradnie to na niego, to na ojca, jakby niepewny, czy powinien zająć się bratem, czy czekać na zasłużoną karę. Ben pospiesznie wziął Hossa na ręce, co pomogło mu też zmusić się do zniżenia głosu. Jednak choć już nie krzyczał, nadal był daleki od spokoju.

— Miałem cię za odpowiedzialnego chłopca — zwrócił się do Adama tonem znacznie cichszym, ale pełnym wyrzutu. — Jak mogłeś tak narazić Hossa? Wiesz, co mogło się stać? Wystarczy, żeby ci się wyślizgnął i wbiegł pod jakiegoś konia albo powóz!

Adam głośno przełknął ślinę.

— Nie spuściłem go ani na moment z oczu, słowo! — zapewnił cicho.

Ben zmierzył go surowym spojrzeniem i potrząsnął głową.

— Zawiodłem się na tobie synu — powiedział ponuro. — Ale porozmawiamy o tym wieczorem, teraz muszę wracać do pracy. Idziemy!

Adam spuścił głowę, podniósł z ziemi konika Hossa i potulnie ruszył za ojcem.

Ben odprowadził chłopców do domu, wciąż wracając do swojej tyrady, nie tyle już zły, co rozczarowany faktem, że Adam, jego mądry, posłuszny, nad wiek dojrzały Adam mógł tak bezczelnie zignorować jego wyraźne polecenie i narazić młodszego brata na niebezpieczeństwo. Adam twierdził, że był to pierwszy i ostatni raz, i Ben widział, że nie kłamie, mimo to jednak raz nadszarpnięte zaufanie nie tak łatwo było od razu odbudować. Jego pierworodny syn nie był wprawdzie taki znowu mały, miał osiem lat, w jego wieku Ben biegał już dawno samopas po zaułkach Bostonu. Ale Adam nie był przyzwyczajony do miast z ich ruchliwymi ulicami, a co dopiero Hoss, który od kiedy nauczył się chodzić, nie mógł usiedzieć w miejscu i wystarczyło na sekundę spuścić go z oczu a już biegł w sobie tylko znanym kierunku.

Przez resztę dnia Ben wciąż więc wracał myślami do sytuacji, ale im bardziej się uspokajał, tym bardziej zastanawiające wydawało mu się zachowanie Adama. Wieczorem więc nadłożył nieco drogi, by z ciekawości sprawdzić, dlaczego Adam postanowił spędzić swoje małe „wagary" właśnie pod tym pozornie przypadkowym drzewem. Prawdopodobnie chodziło o kałużę, która musiała zainteresować Hossa, Ben jednak wciąż pamiętał koncentrację, z jaką Adam przyglądał się czemuś w oddali.

Kiedy znalazł się na miejscu i stanął tam, gdzie przed paroma godzinami jego syn, nagle wszystko stało się jasne. Po przeciwnej stronie okalanej drzewami polany dostrzegł bowiem pomalowany na wesoły czerwony kolor parterowy budynek szkoły — o tej porze cichej i pustej, ale wcześniej z pewnością wypełnionej dziećmi. Dziećmi w wieku Adama. Mniej lub bardziej głodnymi wiedzy, zasłuchanymi w słowa nauczyciela rozpościerającego przed nimi różne dziwy albo może niemogącymi się doczekać przerwy i wspólnej zabawy z rówieśnikami. Ben poczuł rosnącą złość na samego siebie. Ależ byłem niesprawiedliwy, pomyślał gorzko, zawstydzony swoim wybuchem.

Następnego dnia wrócił w porę na obiad i ku zaskoczeniu Adama własnoręcznie przygotował jedzenie, a następnie usiadł z synami do stołu.

— Nie będziesz miał kłopotów w pracy, tato? — spytał chłopiec nieśmiało, wciąż jeszcze chyba niepewny, kiedy i jaką otrzyma karę za wczorajsze nieposłuszeństwo.

Ben uśmiechnął się miękko.

— Nie będę już pracował u pana Johnsona — oznajmił.

— To znaczy, że wyjeżdżamy? — Adam zadał to pytanie w taki sposób, że Ben nie potrafił się domyślić, czy kryła się za nim radość, czy też żal.

— Jeszcze nie — odparł pospiesznie. — Po prostu zmieniłem pracę. Teraz będę pracował na drugą zmianę.

Adam zmarszczył brwi.

— To znaczy, że będziesz pracował w nocy?

— Nie całkiem. Będę zaczynał po południu, a kończył późnym wieczorem. Na noc będę wracał do domu, ale prawdopodobnie będziesz musiał sam kłaść Hossa spać. Dasz radę?

Adam poważnie pokiwał głową.

— Jasne, tato! — zapewnił gorąco. — I w ogóle przyrzekam, że już nigdy więcej się nie wymknę i że będę lepszym bratem i w ogóle nie będę myślał o szkole… — urwał, bo Ben przerwał mu uniesieniem ręki.

— Obawiam się, że to niemożliwe, synku. — Uśmiechnął się lekko. — Bo widzisz, ja właśnie dziś zapisałem cię do szkoły. Zaczynasz w poniedziałek.

Adam zastygł w bezruchu z kromką chleba tuż przy ustach, wpatrując się w ojca szeroko otwartymi oczami.

— Do szkoły? — powtórzył z niedowierzaniem.

Ben uśmiechnął się szerzej.

— Obawiam się, że to tylko na moment, nim znów ruszymy w drogę, ale to zawsze coś, prawda? No chyba że nie chcesz? — zażartował i z rozbawieniem patrzył, jak Adam entuzjastycznie potrząsa głową, a następnie odrzuca chleb na talerz i zrywa się z krzesła.

— Pójdę do szkoły! Słyszałeś, Hoss? — Hoss utkwił w bracie pozornie zainteresowane spojrzenie, przy tym jednak ukradkiem sięgnął po pozostawioną przez Adama kromkę chleba. Nie było to rzecz jasna tak dyskretne, jak się malcowi wydawało, Adam jednak nie zwracał na tę zuchwałą kradzież najmniejszej uwagi. — Do prawdziwej szkoły! Takiej z nauczycielem i ławkami, i tablicą… Mają tam tablicę, tato?

Ben nie był pewien, czy Adam w ogóle wie, jak wygląda tablica, ale potakująco skinął głową, z mieszaniną rozbawienia i rozczulenia przyglądając się radosnemu tańcowi syna. To była słuszna decyzja, stwierdził raz jeszcze. Adam zasługiwał na choć namiastkę normalnego dzieciństwa. Nowa praca była zaś może nieco gorzej płatna, ale to w gruncie rzeczy nawet lepiej. Ze względu na Adama i szkołę i tak warto było zostać tu nieco dłużej, niż Ben pierwotnie planował. Przerwa w podróży nie była mu może w smak, ale mogła wyjść im wszystkim na dobre. Na szczęście zdołał już odłożyć odrobinę pieniędzy, pomyślał, taksując krytycznym spojrzeniem połatane spodnie Adama, które kończyły się już znacznie powyżej kostek.

— Uspokój się wreszcie i dokończ jedzenie — upomniał chłopca, ale na tyle wesołym tonem, by ten wiedział, że ojciec się nie złości. — A jutro pójdziemy kupić ci jakieś porządne ubranie.

Adam natychmiast się uspokoił i sam zmierzył krytycznym wzrokiem swoje spodnie.

— Trochę krótkie — stwierdził po chwili niechętnie.

Ben skinął głową.

— Za szybko rośniesz — stwierdził.

— Ja? — Adam roześmiał się i, wracając na swoje miejsce, przelotnie zmierzwił włosy młodszego brata, który zachichotał w odpowiedzi. — To nic, niedługo będą już dobre na Hossa — skwitował.


— To jest wasz nowy kolega, Adam Cartwright.

Adam stanął obok biurka pana Notta i z zaciekawieniem rozejrzał się po klasie. Była większa, niż sobie wyobrażał, miała duże okna wpuszczające do środka znacznie więcej światła niż te w ich pokoiku na poddaszu. Na biurku nauczyciela stała piękna kolorowa kula, której przeznaczenia Adam nie mógł odgadnąć. Na jej niebieskim tle znajdowały się zielone, żółte i pomarańczowe kształty, niektóre ogromne, inne bardzo małe. Przedmiot ten tak Adama zafascynował, że chłopiec zapomniał, co należy odpowiedzieć, kiedy jego nowi koledzy i koleżanki wykrzyczeli chóralne przywitanie. Adam zarumienił się i pospiesznie się ukłonił, mając nadzieję, że to wystarczy. Jego uszu dobiegło kilka zduszonych chichotów.

— Adam jeszcze nigdy nie chodził do szkoły, więc mam nadzieję, że będziecie dla niego mili i pomocni. — Pan Nott, wysoki, przeraźliwie chudy człowiek w zabawnych okrągłych okularach na nosie, pokrzepiająco ścisnął Adama za ramię. Następnie lekko pchnął go w stronę ławki pod ścianą, w której siedziała tylko jedna dziewczynka. — Tam koło Betsy Miller jest wolne miejsce, chłopcze, zupełnie jakby czekało właśnie na ciebie.

Betsy skinęła Adamowi głową, a gdy odpowiedział tym samym, zarumieniła się i spuściła wzrok, nie przestając jednak obserwować go spod przydługiej jasnej grzywki. Adam najciszej, jak umiał, zajął swoje nowe miejsce i uważnie przyjrzał się ławce. Ilekroć słyszał to słowo, przychodziły mu na myśl długie, niewygodne ławy kościelne. Tymczasem szkolne ławki miały duże, wygodne blaty, na których można było rozłożyć całą książkę i starczało jeszcze miejsca na łokcie, co Adam natychmiast sprawdził. Zaraz jednak przypomniał sobie, że skoro przy jedzeniu nie wypada trzymać łokci na stole, to w szkole z pewnością też było to niedozwolone, pospiesznie opuścił więc ręce na kolana, wyprostował się i utkwił wyczekujący wzrok w nauczycielu.

Pan Nott kończył właśnie wyczytywać nazwiska uczniów, na co trzeba było odpowiedzieć „jestem", ale Adama jeszcze na liście nie było i nie miał odwagi się o to upomnieć. Następnie wszyscy wstali i odmówili krótką modlitwę, a potem wreszcie zaczęły się lekcje. Pierwsza była arytmetyka. Pan Nott najpierw podyktował zadania starszym uczniom, a gdy ci wzięli się za ich rozwiązywanie, przeniósł uwagę na klasę Adama. Odpytał kilkoro dzieci z mnożenia przez trzy, cztery i pięć, a następnie odwrócił się tyłem do klasy i zaczął rozpisywać na tablicy działania ilustrujące mnożenie przez sześć. Adam z fascynacją przyglądał się idealnie równym słupkom cyfr, zastanawiając się, co zrobić, żeby pisać tak starannie i szybko zarazem.

Niespodziewanie ktoś uszczypnął go w ramię. Adam odwrócił się, zaskoczony, i zobaczył, jak chłopiec z sąsiedniej ławki pochyla się w jego stronę.

— Ej, ty, nowy, skąd jesteś?

Adam już otwierał usta, by udzielić odpowiedzi, nagle jednak przypomniał sobie ustęp o grzecznych i niegrzecznych uczniach z „Amerykańskiego elementarza", który czytał zeszłego wieczora, by raz jeszcze przypomnieć sobie, jak należy zachowywać się w szkole. Grzeczni uczniowie siedzą cicho, upomniał się w myślach i pospiesznie zamknął usta. Tamten trącił go jeszcze raz, ale widząc, że Adam nie reaguje, wzruszył ramionami i z powrotem się wyprostował. Adam odetchnął z ulgą, dumny z siebie, że oparł się pokusie. Kątem oka dostrzegł, jak tamten odwraca się do tyłu i mówi coś do kolegi z następnej ławki, nie zdołał jednak usłyszeć komentarza, bo w tej samej chwili pan Nott odwrócił się na pięcie i spiorunował chłopców wzrokiem. Ci pospiesznie powrócili do przepisywania działań z tablicy, Adam zaś ponownie utkwił wzrok w nauczycielu.

— Panie Cartwright, dlaczego pan nie notuje? — zapytał pan Nott niespodziewanie.

Adam drgnął i dyskretnie obejrzał się przez ramię na drzwi wejściowe, jednak taty tam nie było, pewnie dawno już wrócił z Hossem do domu. Natępnie przeniósł pytające spojrzenie na nauczyciela, który nadal patrzył na niego wyczekująco.

— To było do ciebie, głupi — parsknął ten niegrzeczny chłopiec z sąsiedniej ławki.

Adam ponownie się zarumienił i pospiesznie odpowiedział.

— Bo ja to już umiem, proszę pana.

— Peterze Walsh, jeszcze jedna podobna uwaga, a resztę lekcji spędzi pan w kącie. — Nauczyciel groźnie zmarszczył brwi. Po chwili jednak przeniósł wzrok na Adama i wyraz jego twarzy nieco złagodniał. — A więc mówi pan, że już pan to umie, panie Cartwright? A zatem ile to jest sześć razy sześć?

— Trzydzieści sześć — odpowiedział Adam z dumą.

Pan Nott zerknął na tablicę, na której przed chwilą skończył pisać właśnie to działanie. Uśmiechnął się lekko i wyciągnął do Adama rękę z kredą.

— Bardzo proszę, niech pan wypisze pozostałe przykłady.

Adam z entuzjazmem zerwał się z miejsca, podekscytowany perspektywą napisania czegoś na tej ogromnej, pomalowanej na czarno tablicy. Pisanie kredą okazało się trudniejsze, niż przypuszczał, i jego cyfry były znacznie bardziej koślawe niż te pana Notta, lecz gdy Adam skończył i odwrócił się do nauczyciela, ten z uznaniem pokiwał głową. Następnie zadał mu jeszcze parę pytań z tabliczki mnożenia, a potem z uśmiechem odesłał go na miejsce.

— Widzę, że mnożenie rzeczywiście ma pan w małym paluszku, panie Cartwright — pochwalił. — Może pan Walsh powinien wziąć z pana przykład i także przyłożyć się do nauki, bo przerabia to już drugi rok z rzędu. — To powiedziawszy, pan Nott sięgnął po leżącą na biurku książkę, otworzył ją i położył na pulpicie przed Adamem. — Proszę rozwiązać te trzy zadania.

Adam zaciekawieniem przysunął do siebie książkę i zaczął czytać. Nie były to same cyferki jak podczas lekcji z tatą, ale prawdziwe zadanie, z bohaterami i całą historyjką, którą trzeba było przełożyć na działanie matematyczne i dopiero wtedy obliczyć. Adam z zapałem zabrał się do pracy, nie zwracając uwagi na nic dookoła do momentu, kiedy znów usłyszał swoje nazwisko.

— Jak tam, panie Cartwright, jest pan gotowy?

— Tak, proszę pana! — Chłopiec energicznie pokiwał głową.

— W takim razie proszę nam przeczytać pierwsze zadanie, a następnie napisać na tablicy swoje obliczenia.

Adam wahał się tylko przez moment, nim podjął decyzję. Wstając z ławki, zabrał ze sobą książkę z zadaniem, swoje notatki zostawił jednak na pulpicie. Za wszelką cenę chciał pokazać panu Nottowi i pozostałym dzieciom, że choć nigdy nie chodził do szkoły, nie jest w niczym gorszy od reszty klasy. Przeczytawszy więc zadanie, rozwiązał je ponownie na tablicy i nawet wydawało mu się, że udało mu się tym razem napisać cyfry nieco równiej. Usatysfakcjonowany, że obronił honor Cartwrightów, z ulgą wrócił na swoje miejsce, kątem oka dostrzegł przy tym pełne uznania spojrzenie Betsy, która jednak szybko zasłoniła się grzywką.

Wkrótce potem pan Nott zarządził przerwę i uczniowie, pokrzykując wesoło, wybiegli na podwórze. Gdy znalazł się na szkolnym dziedzińcu, Adam przystanął niepewnie i rozejrzał się wkoło. Najbliżej niego znajdowali się chłopcy z ostatnich klas, zbyt duzi, żeby można było ich zagadnąć. Dalej grupka dziewcząt kłóciła się o to, kto będzie skakał na skakance, a kto nią kręcił. Dopiero po dłuższej chwili Adam odnalazł wzrokiem chłopców ze swojej klasy. Otaczali wianuszkiem Petera, który odgrywał jakąś pantomimę, i co i raz zanosili się śmiechem. Po chwili wahania Adam ruszył w ich kierunku.

— Umiem mnożyć przez pięćset! I dzielić przez milion. I to z palcem w nosie. I we śnie!

Adam bez trudu zrozumiał, kogo przedrzeźnia Peter, i błyskawicznie skręcił, udając, że od początku kierował się w całkiem inną stronę. Nagle usłyszał, jak ktoś woła go po imieniu. Rozejrzał się z zaskoczeniem, aż jego wzrok napotkał Betsy. Dziewczynka ponownie zarumieniła się lekko, ale tym razem nie przysłoniła oczu grzywką.

— Chodź, siadaj — zachęciła. — Mam jabłko, dam ci gryza, chcesz?

Adam z wdzięcznością opadł na trawę i przyjął wyciągnięty w swoją stronę owoc.

— Dziękuję — wymamrotał z pełnymi ustami, wciąż czując, jak policzki palą go ze wstydu. Nie byli tak znowu daleko od kręgu chłopców i podejrzewał, że Betsy także musiała słyszeć przynajmniej część okrzyków Petera, siedziała tu przecież chwilę dłużej niż Adam.

Jakby na potwierdzenie jego myśli dziewczynka uśmiechnęła się pocieszająco.

— Nie przejmuj się, Peter to czasami okropny pajac. Zazdrości ci, bo sam powtarza klasę.

Adam wzruszył ramionami, udając obojętność.

— Nie przejmuję się — oświadczył. — Dobre jabłko — dodał jednak pospiesznie, by zmienić temat.

— Masz jeszcze. — Betsy otarła drugą stronę owocu o fartuszek i ponownie podała Adamowi. — Kiedyś siedziałam z Alice i w czasie przerwy zawsze razem jadłyśmy jabłka, ale Alice z rodzicami wróciła na wschód i teraz zostałam całkiem sama — wyjaśniła. — A ty masz jakiegoś przyjaciela? Takiego wiesz, od serca.

Adam oddał jabłko i zawahał się na moment, udając, że pilnie przeżuwa.

— Miałem — odpowiedział w końcu. — Nazywał się Timmy. Timmy Payne.

— Też wyjechał?

Adam potrząsnął głową.

— Ty wyjechałeś?

Betsy nie zamierzała dać za wygraną, Adam westchnął więc i wyznał cicho, unikając wzroku dziewczynki:

— Umarł.

Betsy poważnie pokiwała głową.

— To się zdarza — odparła i niespodziewanie podała mu resztę jabłka. — Weź. Ja już się najadłam.

Adam nie był pewien, czy podoba mu się ten wyraz współczucia, ostatecznie jednak uznał, że Betsy wydaje się milsza niż pozostałe dzieci, a jabłko było soczyste i słodkie, przyjął więc prezent, uśmiechnął się w podziękowaniu i w mgnieniu oka spałaszował owoc.

Po przerwie pan Nott zaczął opowiadać o rządzie i ustroju Ameryki. Lekcja była skierowana do starszych klas, ale młodsi uczniowie także dostali za zadanie przysłuchiwać się słowom nauczyciela, a następnie wypisać, co udało im się zrozumieć i zapamiętać. Skończywszy wykład, w pierwszej kolejności pan Nott zabrał się jednak do przepytywania starszych uczniów. Adam odwrócił się w ławce, by lepiej widzieć, zaciekawiony odpowiedziami.

Pierwsza trójka uczniów poradziła sobie doskonale i Adam spróbował zanotować ich słowa, choć nie wszystko z nich rozumiał. Następnie pan Nott zwrócił się do ciemnowłosej dziewczynki z czwartej ławki pod oknem.

— Panno Barnes, proszę nam powiedzieć, z jakich części składa się Kongres.

Dziewczynka zmarszczyła brwi i przygryzła wargę.

— Z.. senatu? — wydukała wreszcie niepewnie.

— Dobrze. I…? — pan Nott zawiesił głos i Adam nagle uświadomił sobie, że zna odpowiedź.

Gestem, jaki zaobserwował wcześniej u innych dzieci, podniósł prawą rękę najwyżej, jak umiał.

— Lizus — syknął Peter w jego stronę, Adam jednak nie zwracał na niego uwagi.

— Tak, panie Cartwright? — Pan Nott zwrócił się do niego, wyraźnie zaciekawiony.

— Z senatu i izby reprezentantów — powiedział Adam z dumą.

— Doskonale. — Nauczyciel skinął głową. — Widzę, że zna się pan nie tylko na arytmetyce.

Adam zawahał się, niepewny, czy należało się przyznać, że wiedza ta pochodziła ze starego podręcznika macochy, który przeczytał o parę razy za dużo, a nadal nie całkiem rozumiał. Pan Nott nie dał mu jednak czasu na dłuższe zastanawianie się, zaraz bowiem podjął:

— A może podpowie pan jeszcze pannie Barnes, jak często wybierani są senatorowie?

To na szczęście Adam także pamiętał.

— Co sześć lat, proszę pana.

— Ach tak? — Pan Nott podszedł bliżej i oparł rękę o skraj ławki Adama. — A dlaczego nie co roku na przykład?

Adam zastanawiał się przez chwilę, usiłując przypomnieć sobie, czy książka lub nauczyciel mówili coś na ten temat.

— Bo w rok by nie zdążyli napisać nowych praw? — odpowiedział w końcu znacznie mniej pewnym tonem niż poprzednio, odetchnął jednak z ulgą, gdy pan Nott uśmiechnął się szeroko.

— I tak, proszę państwa, trzeba się uczyć — oznajmił mężczyzna. — Nie żadne wkuwanie na blachę, tylko z głową, ze zrozumieniem. Myślę, że wielu z was powinno wziąć przykład z nowego kolegi.

Adam poczuł, jak kolejny raz tego dnia się rumieni, tym razem jednak uczucie to było zaskakująco miłe. Ośmielony pochwałą, po zakończonych lekcjach odważył się podejść do biurka nauczyciela i zadać pytanie, które nurtowało go od rana.

— Proszę pana, co to jest?

Pan Nott posłał mu zaskoczone spojrzenie.

— Nie widziałeś nigdy globusa, chłopcze?

Adam potrząsnął głową, zastanawiając się, czy to coś, czego powinien się wstydzić. Może nie trzeba było pytać nauczyciela, tylko opisać tajemniczą kulę tacie, gdy wróci do domu? Pan Nott jednak nie wyglądał na rozczarowanego ani złego. Uśmiechnął się łagodnie i przysunął globus bliżej, by Adam mógł go sobie obejrzeć.

— To jest model kuli ziemskiej — wyjaśnił. — To niebieskie to morza i oceany, a na nich kontynenty. O, tutaj jest Ameryka Północna, a mniej więcej tutaj — Postukał czubkiem palca w żółto-zielony kształt na powierzchnię globusa. — jesteśmy w tej chwili my.

Zafascynowany chłopiec stanął na palcach, by widzieć lepiej.

— Wie pan co, panie Cartwright? — Pan Nott uderzył się dłonią w udo jak człowiek, który nagle wpadł na jakiś pomysł. — Jutro usiądzie pan ze starszą klasą i posłucha pan lekcji geografii. Postaram się rozwiać pana ciekawość. A teraz marsz do domu! — Roześmiał się nagle. — Do jutra!

— Do widzenia. — Adam rzucił ostatnie tęskne spojrzenie na globus i nareszcie wyszedł na zewnątrz.

Po pierwszym, nieco burzliwym, dniu Adam szybko przystosował się do nowej rzeczywistości. Nauczył się, kiedy można się odezwać, a kiedy należało siedzieć cicho, z kim warto się zadawać, a kogo omijać szerokim łukiem. Początkowo jego przewodniczką była Betsy, która przynosiła teraz codziennie dwa jabłka i jedno oddawała mu podczas pierwszej przerwy. Nieco go to krępowało, w końcu przyznał się więc ojcu, który już następnego dnia zadbał o to, by syn także miał się czym podzielić z nową koleżanką. Gospodarstwo rodziców Betsy znajdowało się niemal godzinę marszu od miasta, dlatego podczas długiej przerwy obiadowej zachęcony przez Bena Adam zaprosił dziewczynkę do nich. Posiłki u Cartwrightów były skromne, ale nawet mimo apetytu chłopców spokojnie wystarczało ich dla jeszcze jednej osoby. Betsy z miejsca zakochała się w małym Hossie, który teraz już codziennie w porze obiadu przy dyskretnej asekuracji ojca wspinał się na skrzynkę pod oknem, wypatrując swojej nowej ulubionej koleżanki, czy też, jak nie wiedzieć czemu zaczął ją nazywać ku ogólnemu rozbawieniu — „cioci Be".

Z chłopcami ze swojej klasy Adam nadal nie utrzymywał bliższych stosunków, podejrzewał zresztą, że to z winy Petera, który nie krył się z tym, że uważa go za kujona i pupilka pana Notta. Nie martwiło to jednak Adama zbyt mocno, ponieważ niespodziewanie znalazł kolegów wśród starszaków. Podczas lekcji pan Nott nieraz bowiem sadzał Adama ze starszymi uczniami. Czasem Adam bez trudu dotrzymywał im kroku, zwłaszcza jeśli chodziło o pisanie, literowanie i ortografię, czasem z kolei musiał korzystać z ich pomocy, jak podczas rozwiązywania trudniejszych zadań arytmetycznych. Starsi chłopcy nie byli jednak tak złośliwi jak Peter i nie zazdrościli, kiedy Adam nauczył się czegoś szybciej od nich, ani też nie nabijali się, kiedy z czymś sobie nie radził. Adamowi, wychowanemu głównie wśród dorosłych, rozmawiało się też z nimi chwilami łatwiej niż z rówieśnikami. Zauważył zresztą, że nie jest wyjątkiem, pan Nott bowiem od czasu do czasu łączył także innych uczniów z różnych roczników w pary, tak by młodsi uczyli się od starszych, starsi zaś mogli wykorzystać i utrwalić zdobytą już wiedzę, tłumacząc lekcję młodszym dzieciom. Ten system bardzo się Adamowi podobał. Nie mógł się już doczekać, kiedy sam zajdzie wreszcie na tyle daleko, by móc wcielić się choć na moment w rolę nauczyciela. W głębi serca wprawdzie wiedział, że opuszczą miasto na długo przedtem, to jednak wcale nie przeszkadzało mu marzyć.

Póki co zaś korzystał ze szkoły, ile tylko mógł, dlatego też tego dnia znów został chwilę dłużej po tym, jak inne dzieci wybiegły już na przerwę, zdeterminowany, by rozwiązać zadanie, nim coś go rozproszy. Kiedy wreszcie wyszedł na skąpane słońcem podwórze, z zaskoczeniem odkrył, że Betsy nie czeka na niego sama.

— Peter. — Adam zmierzył kolegę wzrokiem, zastanawiając się, jakiej nowej złośliwości może się spodziewać z jego strony.

Ten jednak wbił wzrok w piasek i ku zaskoczeniu Adama pozostawił wyjaśnienia koleżance.

— Peter potrzebuje pomocy — oznajmiła Betsy i, nie dając żadnemu z chłopców czasu na reakcję, złapała ich za ręce i pociągnęła w najdalszy kąt podwórza. — Jego ojciec się wściekł, jak się dowiedział, że drugi raz grozi mu powtarzanie klasy — kontynuowała wyjaśnienia, podczas gdy ten, o którym mówiła, przysiadł na skraju krawężnika tyłem do nich, udając, że rozmowa zupełnie go nie dotyczy.

— Czyżby ktoś w końcu spuścił ci lanie? — Adam nie mógł się powstrzymać od tej drobnej złośliwości, zaraz jednak podskoczył, gdy Betsy z całej siły kopnęła go w kostkę.

— Nie bądź podły — skarciła go stanowczo.

— Przepraszam — burknął Adam, niezbyt może chętnie, ale szczerze, przypomniał sobie bowiem, że nie należało życzyć bliźnim, co nam niemiłe, a także że jego tata nigdy jeszcze go nie uderzył, Adam nie potrafił więc sobie całkiem wyobrazić, jak mocno bolało takie lanie.

— Gorzej — podjęła tymczasem Betsy. — Jeśli Peter nie przejdzie do następnej klasy, ojciec zabierze go ze szkoły i wyśle do pracy na farmie stryja.

— Zabierze ze szkoły?! — Adam był tak oburzony tym pomysłem, że całkiem zapomniał o swojej niechęci do kolegi. — Dlaczego miałby…?

— Bo jestem do niczego — odpowiedział niespodziewanie Peter, zrywając się na równe nogi. — Jestem głupi jak but i w szkole i tak nic ze mnie nie będzie, a jak będę pasł świnie, to przynajmniej zarobię na utrzymanie — wyjaśnił rozgoryczonym tonem.

— Nie jesteś głupi — zaprotestowała natychmiast Betsy. — Po prostu jednym coś przychodzi łatwiej, a inni muszą nad tym więcej popracować, tak mówi mój tata, a on wie, bo jego tata był pastorem.

— Co wy tam wiecie — żachnął się Peter w odpowiedzi. — Wam wszystko przychodzi łatwo!

— Nieprawda! Ja na przykład cały czas nie mogę się nauczyć równo szyć, a Adam… — Betsy urwała i spojrzała wyczekująco na przyjaciela.

Adam pospiesznie spróbował sobie przypomnieć, w czym nie jest dobry.

— Ja wiecznie przypalam jajecznicę — wyrzucił z siebie wreszcie, szczęśliwy, że znalazł odpowiedź.

Peter posłał mu dziwne spojrzenie.

— Umiesz gotować? Nic dziwnego, że kumplujesz się z dziewczynami — zachichotał, zaraz jednak skrzywił się, kiedy to w jego kostkę dla odmiany trafił czubek buta Betsy.

— Adam musi gotować, bo zajmuje się młodszym bratem — wyjaśniła dziewczynka pełnym godności tonem.

Peter milczał przez chwilę.

— Nami zajmowała się siostra — mruknał wreszcie. — Wtedy było dobrze, ale potem wyszła za mąż, a ojciec nie ma do nas cierpliwości, sam tak zawsze powtarza.

— Może ty też nie masz cierpliwości?

Peter już zaciskał pięści, gotów bronić swojego honoru, ale Adam pospiesznie potrząsnął głową.

— Chodzi mi o naukę. Może za szybko się poddajesz? Ja też się kiedyś szybko niecierpliwiłem, ale jak się jedzie cały dzień na wozie i wszystko wygląda tak samo, to człowiek ma mnóstwo czasu na naukę. Czego się musisz nauczyć?

Peter wbił ręce w kieszenie i wzruszył ramionami, Betsy więc ponownie odpowiedziała za niego.

— Tabliczki mnożenia. Jak zaliczy test, to ojciec mu odpuści. Ćwiczę z nim już drugi tydzień w drodze do i ze szkoły, ale nadal umie tylko te pierwsze słupki i już nie wiem, co mam z nim zrobić. Pomożesz? — Bezradnie rozłożyła ręce.

— A on chce, żebym mu pomógł? — Adam zmarszczył brwi. W głębi ducha cieszyła go wizja pobawienia się w nauczyciela, ale myśl, że jego uczniem miał zostać jego najgorszy wróg, zdecydowanie psuła atrakcyjność tego pomysłu.

Peter ponownie wzruszył ramionami.

— Nie mam wyjścia, no nie? Albo to, albo świnie stryja.

Adam posłał mu pokrzepiający uśmiech.

— Nie martw się, każdy może się nauczyć tabliczki mnożenia — zapewnił.

Kilka dni później był jednak gotów zweryfikować swoje poglądy. Próbował wszystkiego, co przyszło mu do głowy. Kazał Peterowi przepisywać słupki działań do znudzenia, przepytywali go z Betsy na wyrywki, usiłował podsuwać koledze sposoby na zapamiętanie części wyników, ale na próżno. Koniec końców wszystko sprowadzało się do jednego — tabliczki mnożenia należało po prostu nauczyć się na pamięć, a Peter nie był w stanie zapamiętać nawet połowy. Z dodawaniem jeszcze jako tako sobie radził, co przy mniejszych liczbach jakoś go ratowało, ale nadal nie było to wystarczająco, by mógł zaliczyć zapowiedziany przez pana Notta na koniec miesiąca test.

— Adam, coś ty taki markotny?

Zatroskany głos ojca wyrwał go z zamyślenia i Adam uświadomił sobie, że od paru minut przesuwa groszek po talerzu, przeprowadzając na nim rozmaite działania. Uśmiechnął się lekko sam do siebie, po czym znienacka zapytał:

— Tato, znasz jakieś sposoby na tabliczkę mnożenia?

Ben zmarszczył brwi.

— Przecież doskonale znasz tabliczkę mnożenia, synu — wytknął.

— To nie dla mnie, dla kolegi — wyjaśnił Adam.

— Cóż, obawiam się, że twój kolega będzie musiał zrobić to samo co ty i po prostu przysiąść do nauki.

— Ale problem w tym, że on już przysiadł, tato. I cały czas przysiada, sam widziałem i Betsy też. Tylko że on nie może. Jak nauczy się mnożenia przez siedem, to już zapomina, jak szło przez sześć, i tak w kółko. — Adam z brzękiem odłożył widelec na talerz. — Pan Nott myśli, że Peter jest po prostu leniwy, jego tata też tak myśli, ale on naprawdę próbuje. To niesprawiedliwe!

— Obawiam się, synu, że po prostu jedne dzieci są bardziej zdolne, a inne mniej — odparł Ben łagodnie i sięgnął po dzbanek, by dolać sobie kakao.

— Nieprawda! — zaprotestował Adam tak gorąco, że aż Hoss posłał mu zaskoczone spojrzenie znad swojego konika, Ben zaś natychmiast odstawił dzbanek. — Peter nie jest głupi!

— Nie powiedziałem, że jest głupi, tylko… — usiłował tłumaczyć się Ben, ale syn go nie słuchał.

— Żebyś ty słyszał, tato, jak on ładnie gra na fujarce. Sam ją sobie wystrugał, ja bym tak nie potrafił. Trzeba być zdolnym, żeby wystrugać fujarkę z drewna, to dużo trudniejsze niż nauczenie się kilku cyferek na pamięć.

Ben westchnął cicho.

— Przepraszam, źle się wyraziłem, synu. Wszyscy mamy jakieś zdolności, po prostu nie zawsze pokrywają się one z tym, czego wymaga od nas szkoła. Kto wie, może twój kolega Peter zostanie kiedyś znanym muzykiem?

— Nie zostanie — odparł Adam ponuro. — Bo jeśli nie zda arytmetyki, przez resztę życia będzie pasł świnie. Może im grać na fujarce, ale chyba nie docenią. — Po tych słowach pełnym irytacji gestem zgarnął wszystkie groszki na widelec, wpakował sobie do buzi i wstał od stołu.

Ben posłał mu długie, pełne namysłu spojrzenie, ale nic nie odpowiedział. Dopiero w niedzielę, gdy Adam niemal nie pamiętał już o rozmowie, Ben niespodziewanie zatrzymał go przy stole po skończonym obiedzie i oznajmił:

— Mam sposób na tabliczkę mnożenia. Próbowałeś kiedyś mnożyć na palcach?

Adam posłał mu pełne powątpiewania spojrzenie.

— Człowiek nie ma tylu palców, tato.

Ben roześmiał się na to i wyciągnął przed siebie zaciśnięte pięści.

— Ile tu mam palców? — Pomachał prawą ręką.

— No przecież pięć.

— Zgadza się. — Ben wyprostował dwa palce. — A teraz dodaj jeszcze te. Ile to będzie?

— Siedem.

— Tak jest. A więc z tej strony mamy siedem. A tutaj? — Ben wyprostował trzy palce lewej dłoni.

— Osiem? — odpowiedział Adam ostrożnie, niepewny, czy ojciec nie stroi sobie z niego żartów.

— Dokładnie. Czyli będziemy mnożyć siedem przez osiem.

— Pięćdziesiąt sześć. — Adam wzruszył ramionami, nie rozumiejąc, w czym miałby tkwić tu haczyk.

— Czekaj, nie pytałem jeszcze o wynik — Ben powstrzymał go z rozbawieniem. — Dodaj do siebie najpierw wyprostowane palce.

— To będzie pięć.

— Tak jest. I to są nasze dziesiątki. Czyli pięćdziesiąt. Teraz zostały nam te zgięte palce, tu dwa, a tu trzy. I te musisz przez siebie pomnożyć.

— Sześć! Pięćdziesiąt sześć. Och tato, to naprawdę działa! — Rozentuzjazmowany Adam zerwał się na równe nogi.

— Tak? No to spróbuj z innym przykładem. Na przykład… osiem razy dziewięć. — Ben wyprostował odpowiednie palce.

Adam energicznie wyciągnął przed siebie dłonie i krok po kroku wykonał całe działanie.

— A gdyby było osiem razy trzy, to wtedy jak? — zapytał nagle.

Ben opuścił ręce na stół.

— Obawiam się, że ta metoda działa dopiero przy liczbach powyżej sześciu — przyznał.

Adam nie wyglądał na specjalnie zmartwionego.

— To nic, tato, to przecież już i tak połowa. Poza tym z mnożeniem przez małe liczby Peter trochę sobie radzi. Razem powinno mu wystarczyć, żeby zaliczył test.

Przez resztę dnia Adam nie mógł usiedzieć w miejscu. Wciąż przeprowadzał na palcach kolejne działania i tłumaczył każdy swój ruch nieco znudzonemu już tym Hossowi, wyobrażając sobie, że uczy nie brata, lecz Petera. Wieczorem, kiedy korzystając z tego, że jest niedziela, Ben osobiście położył obu synów do ich jedynego łóżka, Adam zatrzymał go i zapytał pełnym niepokoju szeptem:

— Tato, a co jeśli Peter nie zrozumie albo pomyli palce?

Ben czułym gestem otulił syna kocem i odgarnął ciemne loki z jego czoła, nim w końcu odpowiedział:

— Najpierw spróbuj. Potem będziesz się martwił. Dobranoc, synku.

Adam poważnie pokiwał głową i zamknął oczy.

— Dobranoc, tato.

Wbrew obawom Adama Peter zrozumiał. Wraz z Betsy odetchnęli z ulgą, patrząc, jak kolega powoli i z mozołem, lecz poprawnie wylicza rozwiązania kolejnych działań.

— Udało się! — Rozentuzjazmowana Betsy aż ścisnęła dłoń Adama.

— A do testu jeszcze ponad tydzień, zdążysz to wyćwiczyć — dorzucił Adam, równie szczęśliwy co koleżanka.

Peter opuścił ręce, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

— Dzięki tobie, Cartwright. Byłbyś klawym nauczycielem, wiesz? Miałem cię za lizusa, ale teraz widzę, że ty po prostu lubisz szkołę. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego, ale i tak się cieszę.

Adam roześmiał się lekko.

— Nie rozumiesz, bo nigdy nie musiałeś uczyć się sam. Pan Nott opowiada nam o takich rzeczach, o które sam bym nie zapytał, bo nawet by mi do głowy nie przyszły. Na przykład globus. A poza tym kiedy coś tłumaczy, ma dużo więcej cierpliwości niż mój tata.

Peter zachichotał cicho, zaraz jednak spoważniał.

— Twój tata przynajmniej chce ci coś wytłumaczyć. Mój tylko każe, a jak nie umiem, zaraz sięga do pasa.

— Nie przejmuj się, teraz to my będziemy ci tłumaczyć! — wtrąciła się Betsy wesoło. — My to znaczy Adam — poprawiła się zaraz.

Adam potrząsnął jednak głową.

— Ty też dobrze uczysz, Betsy. Na pewno sobie poradzisz, kiedy wyjadę — zapewnił ze szczerym przekonaniem.

Dziewczynka spłonęła rumieńcem, słysząc tę pochwałę, Peter zaś przewrócił oczami.

— Zakochana para, Jacek i Barbara — zaczął skandować kpiąco, podskakując na jednej nodze.

— Pajac — ofuknęła go Betsy, ale spąsowiała jeszcze bardziej.

Adam niespodziewanie sam dla siebie zrobił zaś użytek z lekcji, której wielokrotnie udzielała mu przyjaciółka, i posłał Peterowi solidnego kopniaka w kostkę.

— I jak idzie twojemu koledze z mnożeniem? — zagadnął Ben syna parę dni później przy kolacji.

— Doskonale! — odparł Adam z dumą. — Wszystko dzięki tobie, tato!

— Miło mi to słyszeć, ale myślę, że to jednak przede wszystkim twoja zasługa.

— I Betsy — dodał Adam. — Gdyby nie ona, nigdy nie zakolegowałbym się z Peterem.

— Masz wielu kolegów, prawda? — spytał Ben poważnym tonem. — I koleżanek rzecz jasna.

Adam wzruszył ramionami.

— Jak to w szkole — odpowiedział obojętnym tonem, usilnie starając się nie myśleć o Betsy w obawie, by się nie zaczerwienić.

Ojciec uśmiechnął się lekko, ale uśmiech ten wydał się Adamowi dziwnie smutny.

— Coś nie tak, tato?

Ben westchnął cicho i upił łyk kakao, nim w końcu odpowiedział:

— W przyszłym tygodniu kończę pracę.

Adam przypatrywał mu się przez chwilę w napięciu, czekając na dalszy ciąg, w końcu jednak sam uświadomił sobie sens tych słów.

— Ruszamy w drogę? — spytał cicho, niemal szeptem.

— Obawiam się, że nie możemy zbyt długo zwlekać. Kiedy przestanę zarabiać, utrzymywanie tego pokoju stanie się nieopłacalne. Stać nas już na nowego konia i odłożyliśmy dość na kolejne kilka tygodni podróży.

Adam przygryzł wargę i powoli pokiwał głową.

— Przykro mi, synu — powiedział Ben łagodnie, wyciągając rękę, by oprzeć ją na przedramieniu chłopca. — Wiem, że polubiłeś szkołę i dzieci…

— To nic — Adam przerwał mu stanowczo, potrząsając głową. — Przecież od początku wiedziałem, że to tylko na trochę.

Ben uśmiechnął się smutno i ścisnął go za rękę, udowadniając tym samym synowi, że zna go na wylot.

— Tato, mogę cię o coś prosić? — szepnął Adam i zamrugał gwałtownie, by ukryć cisnące się do oczu zdradliwe łzy. — Czy możemy zostać do testu z arytmetyki? Chcę wiedzieć, jaką dostanę ocenę.

— I jaką dostanie Peter? — Ben z ciepłym uśmiechem skinął głową. — Oczywiście, synku, zostaniemy. Sam jestem tego ciekaw.

Kiedy pan Nott zaczął odczytywać wyniki testów, Adam poczuł, że poci się z niepokoju, choć nie o swoją ocenę, lecz swojego „ucznia". Nauczyciel wyczytał już zdecydowaną większość klasy i Adam kątem oka zerknął na Petera, który wydawał się dziwnie blady. Jeszcze kilka osób i wreszcie:

— No i pan Walsh. — Pan Nott wziął do ręki ostatni test, ale nie podał go chłopcu. — Panie Walsh, proszę do tablicy.

Peter posłał Adamowi i Betsy przerażone spojrzenie, ale chcąc nie chcąc, podniósł się z ławki i z ociąganiem poczłapał do przodu.

— Panie Walsh, proszę rozwiązać te przykłady. — Nauczyciel szybko napisał na tablicy kilka działań i podał kredę chłopcu.

W klasie zapadła cisza. Peter zamarł w bezruchu, wpatrując się jak zaczarowany w liczby przed sobą. Pan Nott uśmiechnął się z przekąsem. Niespodziewanie Adam podniósł rękę.

— Dziękuję, panie Cartwright, ale chciałbym, żeby odpowiedzi udzielił pana kolega — powiedział nauczyciel, nie odrywając wzroku od Petera.

Adam potrząsnął głową.

— Wiem, proszę pana, chciałem tylko zapytać, czy Peter może liczyć na palcach.

— Na palcach? — Pan Nott zmarszczył brwi. — Nie sądzę, żeby starczyło mu palców na te przykłady, ale jeśli chce, to tak, proszę bardzo.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Peter drgnął, odłożył na moment kredę i wyciągnął przed siebie zaciśnięte pięści. Kolejno rozprostowując i zginając palce, powoli obliczał kolejne wyniki i zapisywał je na tablicy, podczas gdy zarówno nauczyciel, jak i reszta uczniów wpatrywali się w niego z fascynacją. Gdy skończył i odwrócił się w stronę biurka, wyraz twarzy pana Notta był znacznie bardziej przyjazny, a nawet nieco zawstydzony.

— Doskonale, panie Walsh — pochwalił nauczyciel. — Prawdę mówiąc, miałem wątpliwości, czy rozwiązał pan test samodzielnie, ale muszę przyznać się do błędu. Gdzie pan się nauczył takiej oryginalnej metody?

Peter zerknął na ławkę przyjaciół i zawahał się na moment, chyba w obawie, by nie ściągnąć na nich kłopotów.

— To Adam go nauczył! — oznajmiła Betsy usłużnie.

— Pan Cartwright? — Pan Nott zmarszczył brwi. — Myślałem, że za sobą nie przepadacie.

Adam wzruszył ramionami.

— Już nam przeszło, proszę pana — odparł.

Ku zaskoczeniu chłopca pan Nott uśmiechnął się ciepło.

— Uważam, że obu wam należą się gratulacje. Panu Walshowi za wytrwałość w dążeniu do celu, jaka może wynikać tylko ze świadomości znaczenia edukacji w życiu, panu Cartwrightowi zaś za koleżeńskość, uczynność oraz niekonwencjonalne metody. Brawo, panowie. — To powiedziawszy, nauczyciel kolejno uścisnął dłonie osłupiałych chłopców, za ich plecami zaś rozległy się nieśmiałe brawa.

Tego dnia Adam niemal biegł do domu na przerwę, dosłownie pękając z dumy. Jego radość udzieliła się też Benowi, który wysupłał kilka centów z ukrytych pod łóżkiem oszczędności i polecił Adamowi, by kupił sobie i przyjaciołom cukierki. Po skończonych lekcjach usiedli więc na okalającym szkolny dziedziniec parkanie i kiedy zjadali się słodyczami, Adam w końcu zebrał się w sobie i powiedział Betsy oraz Peterowi, że wyjeżdża.

— Co? Nie możesz teraz wyjechać! W przyszłym miesiącu zaczynamy czytać o życiu Aleksandra Hamiltona i… — Betsy urwała, bo jej wargi zaczęły niebezpiecznie drżeć.

Peter zamarł z cukierkiem w pół drogi do ust.

— Nie możesz jeszcze trochę zostać? I tak przez pół dnia radzicie sobie z Hossem sami, wasz tata nie mógłby pojechać i wrócić po was w wakacje?

Adam ponuro pokręcił głową.

— Mówiłem wam, że jesteśmy tu tylko na chwilę — przypomniał. — Musimy jechać dalej.

— Dokąd niby? — Peter pogardliwie wydął wargi.

Adam zawahał się na moment.

— Nie wiem. Na zachód — powiedział w końcu. — Jak już tam dotrzemy, to będziemy wiedzieli, że to tu. Tak mówi tata.

— Ale to może być wszędzie — stwierdziła Betsy płaczliwym tonem.

Adam wzruszył ramionami.

— Może. Ale gdzieś na pewno jest.

Czas pozostały do końca jego ostatniego tygodnia w szkole upłynął nadzwyczaj szybko i nim Adam się obejrzał, przyszedł czas pożegnania. Na szczęście jeszcze nie z Betsy i Peterem, jako że mama dziewczynki postanowiła wydać dla nich pożegnalne przyjęcie, na które zaproszone było jeszcze kilka osób z ich klasy. Całą resztę szkoły Adam widział jednak ostatni raz i kiedy zabrzmiał wreszcie dzwonek oznajmiający koniec lekcji, chłopiec z ciężkim sercem zwlókł się z ławki. Powoli zbierając swoje rzeczy, poczekał, aż pozostałe dzieci opuszczą budynek, i dopiero wtedy nieśmiało zbliżył się do biurka nauczyciela.

— Proszę pana — zaczął z wahaniem, niepewny, jak wyrazić to, co chciałby powiedzieć.

Mężczyzna uśmiechnął się ciepło w odpowiedzi. Nie czekając na dalsze słowa Adama, sięgnął do szuflady i wydobył z niej owinięty szarym papierem pakunek.

— To dla ciebie, chłopcze. Żebyś miał co robić w drodze. I żebyś o nas pamiętał.

Adam wybełkotał nieskładne podziękowanie i z entuzjazmem rozpakował zawiniątko, czując już pod palcami, że musiało zawierać książkę.

— „Peter Parley uczy dzieci geografii"** — przeczytał na głos, a potem pospiesznie przekartkował dzieło, z fascynacją spoglądając na kolejne mapy i ilustracje. — Dziękuję, proszę pana! — powtórzył głosem drżącym od emocji. — Bardzo za wszystko dziękuję i obiecuję, że nigdy nie zapomnę!

Pan Nott pochylił się i oparł mu rękę na ramieniu.

— Ucz się dalej pilnie, chłopcze, i nie trać rozsądku ani dobrego serca, które dałeś nam tu poznać, a możesz zajść naprawdę daleko.

— Tak jest, proszę pana — odparł Adam pokornie, onieśmielony słowami nauczyciela. — Do widzenia, proszę pana.

— Do widzenia, panie Cartwright.

Wychodząc, Adam nie oglądał się już za siebie. Zaciskał palce na okładce swojej nowej książki, walcząc z pokusą, by choć na chwilę zajrzeć do środka. Obiecał sobie jednak, że otworzy ją dopiero, gdy opuszczą miasto. W ten sposób wizja zbliżającej się podróży stała się nagle o wiele bardziej kusząca niż jeszcze przed kilkoma minutami.

KONIEC


* Wszystkie cytaty pochodzą z „The American Spelling Book", czyli „Amerykańskiego elementarza" (w moim luźnym tłumaczeniu). Był to popularny w XIX wieku podręcznik dla amerykańskich dzieci autorstwa Noah Webstera (którego nazwisko wchodzące w skład nazwy Merriam-Webster można znaleźć na wielu współczesnych słownikach). Zaczynał się od podstaw języka, jak litery i głoski, po czym „rozwijał się" wraz z uczniami, tak że ostatnie strony zawierały już znacznie bardziej skomplikowane teksty, kończąc na tych o konstytucji i ustroju politycznym USA.

** „Peter Parley's Method of Telling about Geography to Children" (1830) to jedna z serii XIX-wiecznych amerykańskich książek edukacyjnych dla dzieci autorstwa Samuela Goodricha.

Natomiast wzmianka o zmarłym przyjacielu Adama to odniesienie do trzeciego odcinka flashbackowego, czyli „Journey Remembered".