Tekst opiera się na fabule odcinku "The Crucible", ale chcę napisać tę historię od nowa tak, jakby mogła wyglądać, gdyby wydarzyła się w XXI wieku. Będzie zatem trochę zmian w stosunku do oryginału, na czele z tym, że postanowiłam zmienić całkowicie cel i motywację Kane'a — tak, tak, wiem, serialowa była perfekcyjna, ale nie działała mi we współczesnym kontekście, a poza tym cóż, trzymać się kanonu aż tak dokładnie byłoby jednak nudno. Mam nadzieję, że tych, którzy znają serial, nie rozczaruje moja wersja. Obiecuję, że poziom angstu zamierzam zachować kanoniczny ;)

Fik jest kompatybilny z moim pierwszym bonanzowym modern AU: „Influencer" (dostępny w zbiorze miniaturek "Fikaton 2022" jako rozdział 6), ale można czytać bez znajomości tamtego.

Betuje niezawodna Tina Latawiec


Bezimienny wędrowiec

PROLOG

Adam Cartwright wysiadł z windy i wciągnął w płuca duszne nocne powietrze. Na skąpo oświetlonym podziemnym parkingu panował zaduch, a powietrze cuchnęło spalinami, benzyną i czymś jeszcze gorszym, czego Adam wolał nie identyfikować. Po długich godzinach spędzonych w klimatyzowanym wnętrzu różnica była naprawdę wyczuwalna i choć wiedział, że temperatura musiała być znacznie niższa niż za dnia, a za miastem będzie jeszcze chłodniej, to i tak w pierwszym odruchu miał ochotę wrócić do wnętrza budynku. Wystarczyło jednak, że przypomniał sobie, co tam zostawił, by zmienił zdanie i, z ulgą luzując krawat, ruszył w kierunku swojego mustanga. Za dnia lśniąca metaliczną czerwienią sylwetka zabytkowego samochodu w tym dziwnym, przytłumionym oświetleniu miała kolor zaschniętej krwi. Adam z mściwą satysfakcją pomyślał, że to nadal ładniejszy odcień niż ten, który przybrała twarz Barneya Fullera, gdy skończyły mu się argumenty i pod naciskiem reszty zarządu musiał zaakceptować wszystkie propozycje Adama.

Nie ma nic gorszego niż negocjacje przeciągające się do późnej nocy przez jednego kretyna, który musi przyczepić się do każdego słowa, podać w wątpliwość każde zdanie, zadać każde pytanie, jakie przyjdzie mu do głowy, nieważne, jak bardzo odległe od sedna dyskusji, i nie odczepi się, póki nie dostanie wyczerpującej odpowiedzi — pomyślał Adam z rozgoryczeniem, sięgając do kieszeni po kluczyki. Wraz z nimi wyciągnął telefon, wyciszony i zapomniany na wiele godzin. Przerzucił więc kluczyki do lewej ręki i z zaciekawieniem odblokował ekran smartfona. Dwanaście nieodebranych połączeń, z czego dziewięć od ojca, stwierdził, rzuciwszy okiem na ekran. Nie żeby go to dziwiło. Nieważne, że był już dawno dorosły, zasady panujące w rezydencji Cartwrightów były takie same dla wszystkich — jeśli zamierzałeś opuścić kolację, niezależnie od powodu należało wcześniej o tym uprzedzić. Prawdę mówiąc, gdyby chodziło tylko o ojcowską nadopiekuńczość, Adam dawno już by się zbuntował. Jednak w rzeczywistości zasada ta funkcjonowała z myślą nie tyle nawet o Benie Cartwrighcie, ile o Hop Singu. Ich kucharz i kamerdyner w jednym szczerze nie znosił, kiedy liczba osób przy stole nie zgadzała się z jego założeniami, a Adam — podobnie jak jego młodsi bracia — zbyt cenił Chińczyka i jego kuchnię, by narażać się na jego gniew bez powodu.

Rzucił okiem na zegarek. Było już na tyle późno, że ojciec pewnie poszedł spać, ale co najmniej jeden z Cartwrightów z pewnością nie leżał jeszcze w łóżku, a przynajmniej nie we własnym. Adam uśmiechnął się lekko i wybrał numer młodszego brata. Przez dłuższą chwilę nikt nie odbierał, Adam skorzystał więc z okazji, by przełożyć telefon do lewej ręki, a prawą otworzyć drzwiczki mustanga. Zaciskał już palce na klamce, gdy nareszcie z głośnika dobiegł go znajomy głos. Adam cofnął dłoń i wyprostował się.

— Joe? Jesteś w domu? — W tle słychać było jakąś muzykę, ale Adam nie był w stanie stwierdzić, czy to dźwięki imprezy, czy po prostu telewizor. — Powiedz tacie i Hop Singowi, że przepraszam za kolację, ale rozmowy się przeciągnęły… No to powiesz im rano, przecież nie każę ci ich budzić. A właśnie, wprowadziłeś te dokumenty do systemu? Joe? Dobra, dobra, nie udawaj, wiem, że masz zasięg. Nie obchodzi mnie, gdzie jesteś, zadałem ci proste… Cóż, może nie musiałbym być pracoholikiem, gdybyś ty od czasu do czasu przyłożył rękę do prowadzenia firmy, braciszku. Tata wie, że znowu balujesz? Tak, zaraz wyjeżdżam, dotrę na śniadanie. Nie daruję sobie przecież przyjemności zobaczenia, jak tata prawi ci kazanie. Ale tych dokumentów też ci nie daruję, więc lepiej postaraj się nie mieć za dużego kaca… Dobranoc? I tak wiem, że nie będziesz spał. Dobra już, dobra, do jutra, dzieciaku.

Adam rozłączył się i z rozbawieniem pokręcił głową.

Zajęty rozmową, mimowolnie odszedł o kilka kroków od samochodu. Zostawił przy tym lekko uchylone drzwi, na szczęście jednak o tej porze parking był pusty i nie miało to większego znaczenia, pomyślał, rzucając torbę z laptopem i dokumentami na fotel pasażera i zajmując swoje miejsce za kierownicą. Po chwili zastanowienia zdjął jeszcze krawat i także odłożył go na siedzenie obok, rozpiął ostatni guzik koszuli i z westchnieniem ulgi wsunął kluczyk do stacyjki, wiedząc, że już po chwili wiatr wlatujący przez okno rozwieje ten paskudny zaduch.

Silnik zawarczał drapieżnie i Adam uśmiechnął się na ten dźwięk. Cała irytacja i zmęczenie z ostatnich godzin powoli z niego uchodziły i, ruszając z miejsca, Adam cieszył się już na myśl o milach pustej drogi, jakie miał przed sobą.

W tej samej chwili poczuł na karku zimny dotyk metalu.

— Jedź przed siebie.

Zaskoczony Adam na zdrętwiał na moment, po czym mimowolnie dodał gazu. Zawsze spodziewał się, że głos złoczyńcy odzywający się tuż przy uchu zaskoczonej ofiary powinien brzmieć złowieszczo, może chrapliwie, pomyślał, usiłując opanować nerwy. Tymczasem ktokolwiek czaił się na tylnym siedzeniu, brzmiał, jakby mógł być kolegą z roku Joego. Ciekawe, jak w ogóle dostał się na tylną kanapę? Adam, zdeterminowany, by ignorować obecność broni tuż przy swojej szyi tak długo, jak się dało, skupił się na analizie ostatnich minut. Mustang miał tylko jedną parę drzwi z przodu — czy Adam naprawdę tak się zajął rozmową z bratem, że nie usłyszał, jak tajemniczy mężczyzna się zbliża, otwiera drzwi szerzej, odchyla fotel, a następnie przywraca go do pierwotnego położenia? A może napastnik dostał się do środka już wcześniej — miał przecież dość czasu, by sforsować zamki — i nieopatrzne pozostawienie auta otwartego na czas rozmowy nie miało tu żadnego znaczenia? Może Adam powinien był sprawdzić wszystkie klamki, nim wsiadł do środka? Nie, to już by była paranoja, skarcił się w myślach. Spokojnie, tylko spokojnie, myśl…

— Skręć w lewo — padło kolejne polecenie i Adam musiał wrócić myślami do rzeczywistości.

Zacisnął zęby, ale bez słowa włączył kierunkowskaz.

Mężczyzna z tyłu wydawał się doskonale wiedzieć, dokąd zmierza. Sprawnie pilotował Adama po plątaninie bocznych uliczek, aż w końcu jasno oświetlony znak poinformował, że opuszczali granice Salt Lake City. Powoli wszelkie ślady cywilizacji zostały za nimi. Wciąż trzymali się bocznych dróg i Adam, który nigdy nie zjeżdżał tu z głównej autostrady, coraz bardziej tracił poczucie kierunku. Nie znał mapy tak dokładnie, by stwierdzić, czy w pobliżu znajdowały się jeszcze jakieś osiedla, ale nawet jeśli, odnalezienie ich zależałoby po prostu od łutu szczęścia. Wiedział jednak, że droga krajowa numer pięćdziesiąt, która musiała znajdować się gdzieś na południe stąd, była jedną z najbardziej odludnych tras w Stanach i można było jechać nią przez wiele, wiele godzin, nie natrafiając na żaden przejaw cywilizacji, nie mówiąc już o zasięgu czy wodzie pitnej.

Prócz świateł mustanga nic nie oświetlało już drogi przed nimi i Adam zwolnił, obawiając się, by nie wypaść z trasy i nie wpakować się na jakąś zdradliwą skałę. Uderzenie lufy o kark zmusiło go jednak do ponownego dociśnięcia gazu.

— Mam nadzieję, że wiesz, dokąd jedziemy — mruknął z przekąsem, czując, że zachowywany dotąd z wysiłkiem spokój zaczyna ustępować miejsca rosnącej irytacji, u której źródeł czaił się lęk.

Odpowiedziało mu ciche prychnięcie.

— My? Ty jedziesz donikąd, kolego. A reszta to już nie twoja sprawa.

Adam zacisnął palce na kierownicy, zastanawiając się, czy jeśli nagle skręci, jaka jest szansa, że wytrąci przeciwnika z równowagi, nim tamten zdąży przestrzelić mu kręgosłup na wylot. W głębi duszy wiedział jednak, że niewielka, powstrzymał się więc od nierozważnych ruchów i zmusił się do poluzowania uchwytu.

— Co zamierzasz ze mną zrobić? — zapytał najspokojniej, jak potrafił.

Odpowiedziała mu cisza. Adam poczuł, jak strach i złość znów biorą górę nad jego opanowaniem.

— Skoro tak dobrze znasz drogę, to czemu sam nie poprowadzisz? — warknął, odwracając lekko głowę, tamten jednak kolejnym ostrzegawczym uderzeniem lufy zmusił go do spojrzenia z powrotem na drogę. — Miałeś do wyboru kilkanaście samochodów, i to mniej rzucających się w oczy. Czemu, do cholery, trafiło akurat na mnie?

Kolejne prychnięcie.

— Lubię twój styl — padła rozbawiona odpowiedź. — Zresztą jeśli chcesz wiedzieć, marny ze mnie włamywacz, więc miło, że sam mi otworzyłeś.

Więc jednak. Adam zacisnął zęby.

— Okej, więc nie ścigają cię za włamania. Za co w takim razie? — zapytał wyzywająco w nadziei, że przeciwnik nareszcie będzie z nim rozmawiał.

Ku rozczarowaniu Adama odpowiedziała mu jedynie cisza.

Godziny mijały, mustang wciąż krążył po pustyni, a Adam całkiem nie miał już pojęcia, gdzie się znajduje, podejrzewał tylko, że daleko od wszelkiej cywilizacji, bo od dawna nie minął ich żaden samochód, nie widać też było żadnych innych dowodów ludzkiej obecności. Przypuszczał, że nawet gdyby zdołał wyciągnąć telefon, nie złapałby zasięgu. Miał nadzieję, że w baku wystarczy mu benzyny, w przeciwnym razie znaleźliby się w niezłych tarapatach. Podejrzewał, że są gdzieś pomiędzy autostradą numer osiemdziesiąt, którą pokonywał wielokrotnie w drodze z Virginia City do Salt Lake City i z powrotem, a drogą numer pięćdziesiąt, która spotykała się z osiemdziesiątką dopiero nieopodal Reno. W otaczającej ciemności nie był jednak w stanie dostrzec niczego, co pomogłoby mu zorientować się dokładniej w swoim położeniu. Pozostawało mu więc tylko starać się zapamiętać każdy skręt i każdą odległość, rysując w głowie coraz bardziej skomplikowaną mapę w nadziei, że na coś mu się przyda.

Gdzieś w oddali zaczynało już świtać, co pozwoliło Adamowi przynajmniej ustalić, gdzie leży wschód. Usiłował właśnie połączyć tę nową informację z zapamiętaną wcześniej trasą, gdy nagle poczuł nowe dźgnięcie w kark.

— Zatrzymaj się.

Adam zmarszczył brwi i rozejrzał się po okolicy. Dopiero szarzało, ale nawet w tym nikłym świetle widział doskonale, że wokół nie ma dosłownie niczego prócz piasku, karłowatych krzaczków i skał.

— Wysiadaj — zabrzmiało kolejne polecenie.

Adam zbladł, ale kiedy tamten ponaglił go kolejnym uderzeniem lufy, z ociąganiem wykonał polecenie.

— Dziesięć kroków naprzód. I nie odwracaj się!

Nawet gdyby zamierzał się opierać, coś w głosie przeciwnika zabrzmiało dość groźnie, by Adam zmienił zdanie. Czując instynktownie, że z tajemniczym mężczyzną nie ma żartów, bez słowa wykonał więc kolejne rozkazy.

— Na kolana. Ręce na kark. Tak jest, doskonale.

Adam przełknął ślinę, gdyż nagle zaschło mu w gardle. Widział podobne sceny w filmach dostateczną liczbę razy, by wiedzieć, czego się spodziewać. Mimowolnie pomyślał o ojcu i o tym, jak ten zniesie kolejną stratę.

— Jeśli zamierzasz mnie zastrzelić, bądź mężczyzną i przynajmniej spójrz mi w oczy — warknął.

Czuł, że serce wali mu jak oszalałe.

Tamten tylko roześmiał się krótko.

— Mordercą też nie jestem. Wyjmij telefon i portfel i rzuć za siebie. Tylko powoli. Dobrze, dzięki.

Gdzieś z tyłu rozległ się zgrzyt kamieni pod podeszwami butów, gdy napastnik podszedł i schylił się po oba przedmioty. Następnie do uszu Adama doszło znajome skrzypnięcie. O cholera, pomyślał, uświadomiwszy sobie, co oznacza ten odgłos. Moment później usłyszał warkot silnika — dźwięk, który dotąd zawsze niezawodnie go relaksował, teraz zaś jedynie wzmógł jego panikę.

— Dzięki za podwózkę! — rzucił tamten wesoło, zatrzaskując drzwi.

Adam zerwał się na równe nogi, nie zważając już na broń w ręku przeciwnika.

— Stój! — zawołał, odwracając się i ruszając biegiem za odjeżdżającym, ale na próżno.

Światła mustanga malały w zastraszającym tempie, a Adam, choć w dobrej formie, nie miał szans, by go dogonić. Poddał się zresztą szybko, świadom, że skoro nie ma wody i pożywienia, najrozsądniej będzie oszczędzać siły. Słońce dopiero wstawało i na pustyni zalegał jeszcze nocny chłód, ale nietrudno było przewidzieć nadchodzący żar.

Adam przystanął i rozejrzał się bezradnie. Jak okiem sięgnąć, pustynny krajobraz pokrywały tylko karłowate byliny, które nie mogły zapewnić ni wody, ni pożywienia. Wąska, nieutwardzona droga przecinała je w prostej linii, niknąc za horyzontem, nad którym majaczyły ciemne sylwetki wzgórz. Adam podejrzewał, że prędzej czy później droga zaprowadzi go do autostrady — fakt, że bandyta uciekający jego samochodem i najwyraźniej nieźle orientujący się na tej pustyni, nie zawrócił, stanowił zresztą dodatkowe potwierdzenie tej teorii. Nie kierunek sam w sobie martwił więc Adama, prawdziwy problem stanowiło właśnie owo „prędzej czy później". Zamknął na moment oczy, próbując przypomnieć sobie mapę Wielkiej Kotliny. Pamiętał siatkę dróg i pojedyncze, bardzo rzadko rozrzucone kropki oznaczające osady ludzkie. Jedna z nich mogła znajdować się tuż za horyzontem, równie dobrze mogły go jednak od niej dzielić dziesiątki mil.

Adam otworzył oczy i potrząsnął głową. Tkwienie w miejscu i czekanie na olśnienie nie miało najmniejszego sensu. Jedyne, co mu pozostało, to obrać kierunek i ruszyć przed siebie, możliwie szybko, póki temperatura była jeszcze względnie niska. I liczyć na cud. Adam rozejrzał się ostatni raz, mrużąc oczy w promieniach wstającego słońca, po czym zdecydował i już bez ociągania ruszył wzdłuż drogi.

Nad pustynią budził się dzień.