Ostrze przecięło powietrze, kreśląc krwawą pręgę na jej udzie Deedlit upadła na ziemię, lecz odwróciła się, chcąc spojrzeć w oczy zabójczyni. Jej krew była na ostrzu miecza ciemnej elfki, która uniosła je i wytarła o swą szatę, brudząc jej nieskazitelną biel czerwienią.

Deedlit patrzyła, nie wiedząc czego ma oczekiwać. Nie oczekiwała tylko jednego – litości.

- Idź – powiedziała ciemna elfka.

- Czemu ?

- Zabicie cię byłoby zbyt proste – jej głos był niski, ale i głęboki - wystarczy, że nigdy więcej mnie nie ujrzysz – odwróciwszy się, odeszła. Gdy rozległ się tętent koni, Deedlit zaniosła się spazmami płaczu.