Przed kominkiem siedziała tylko jedna, samotna figura

Przed kominkiem siedziała tylko jedna, samotna figura. Pełgający jak wąż po szczapach drewna ogień delikatnie oświetlał przygarbioną postać – w pomarańczowej poświacie para ciemnych oczu wydawała się pusta i zimna jak dwie bliźniacze szmaragdowe kule.

- Co mu jest…? – rudowłosy chłopak ukrywający się za nieznacznie uchylonymi drzwiami prawie podskoczył, gdy usłyszał cichy szept tuż obok ucha.

- Wystraszyłaś mnie Lenalee… - wymamrotał, przyciskając rękę do walącego mu jak młotem serca.

- Yuu siedzi tu odkąd wyszedł z kaplicy. Nie rusza się, nic nie mówi…

Egzorcystka ściągnęła brwi w zamyśleniu, luźno opierając się o ramię Lavi'ego.

- Ta śmierć dotknęła wszystkich, ale… - w kącikach przymglonych, fioletowych oczu dziewczyny znów pojawiły się łzy – Kto by pomyślał, że Kanda…

Długie włosy miękką, bazaltową smugą spływały mu po plecach i niedbale narzuconym na ramiona biało-czarnym płaszczu egzorcysty. Starannie owinięta bandażem klatka piersiowa unosiła się i opadała w automatycznym, równym oddechu, serce biło chłodnym, spokojnym rytmem. Yuu Kanda przez wielu uznawany za nieludzki blok lodu nie miał prawa czuć bólu – więc skąd ta drobna sterylna igiełka, którą ktoś ukradkiem wbił w skamieniałe, metaforyczne wnętrze…? Obrazy uparcie nie chciały go opuścić – nawet kiedy zamykał oczy zdawały się być wyryte na wewnętrznej stronie powiek. Mimo żywo płonących polan wciąż czuł wcześniejsze zimno oblepiającego śniegu. Gorzki zapach krwi kręcił w nosie zdając się osiąść na jego skórze jak warstwa brudu. To miała być normalna misja – nie zdążył uchwycić momentu, gdy dookoła wyrosło piekło.

Rozdzieliła ich nagła, śnieżna zawieja i napływające fale przeciwników. Potem były tylko krótkie błyski wypełnionej Innocence katany, precyzyjne pchnięcia, czoło zmarszczone w skupieniu – fuzja ciała i broni w jedno.

Nagły krzyk, który ostro jak bicz przeciął powietrze, wibrował, przyprawiał o mdłości. Śmiech – okrutny, zdławiony sypiącym śniegiem odgłos, mogący być wydany każdego.

Wystarczyło jedno, krótkie spojrzenie, gdy dopadł nieruchomo leżącej w puchu figury – egzorcysta umierał. Karminowe krople boleśnie kontrastowały z bielą, perłowy blask szarych tęczówek powoli zmieniał się w matowy, stalowy odcień.

- Moyashi…? – głos bruneta był dziwnie zachrypły, szorstki jakby zaschło mu w gardle.

- Zimno mi… - padła cicha odpowiedź. Ręce Kandy samoistnie, niemal mechanicznie podniosły przeklętego chłopaka, przyciskając do klatki piersiowej ciemnookiego. Mimo swojej siły i wiecznej pogody ducha, zamknięty w ramionach starszego egzorcysty Walker nagle wydał się zadziwiająco mały i kruchy jak porcelanowa lalka.

- Moyashi?

- Mam na imię Allen, Ba-Kanda… Kiedy w końcu zapamiętasz… – wymamrotał białowłosy. Słabł, powieki zaczęły opadać. Na chwiejnej granicy świadomości poczuł przyciśniętą do czoła parę warg i usłyszał miękki, cichy szept:

- Słodkich snów… Allen…

Szloch bezlitośnie, konwulsyjnie wstrząsnął ciałem siedzącego. Tylko on jeden usłyszał wibrujący trzask, zdolny rozerwać klatkę piersiową.

Yuu Kandzie, chodzącemu blokowi lodu pękło serce.

owari