To mój pierwszy fan-fic. Mam nadzieję, że się spodoba. Dla niecierpliwych- Kubo pojawia się dopiero koło chaptera 22 i odgrywa dość ważną rolę :)

For English-language people- sorry but my English is not so good to write in it.

Jeśli chodzi o głównego bohatera to tutaj jest o nim filmik(jeśli ktoś nie pamięta, jak wygląda):

http:// www. youtube. com/ watch?gl=PL&hl=pl&v=WXkUfxNHg6o&feature=channel

należy oglądać w wysokiej rozdzielczości- inaczej niewiele widać :)

1.

Chloe spojrzała na przelatujący nad jej głową samolot z uczuciem niepokoju. Kilka minut temu jej rodzina przeszła odprawę celną i za jakieś pół godziny powinni być już w drodze do Japonii. Westchnęła i wróciła do mieszkania, by jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko zapakowane. Znalazła koszulkę, którą dostała od znajomych ze szkoły i wpakowała ją do walizki, która była prawie tak samo wielka, jak ona sama(w sumie przy wzroście 1,50m niewiele trzeba, by coś było od ciebie większego). Klakson wyrwał ją ze wspomnień i oznajmił przybycie taksówki. Skrzywiła się na myśl o tym, jaką minę zrobi taksówkarz, gdy poprosi go o zaniesienie jej walizki do samochodu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zrobić sztuczki z oczami, ale zrezygnowała. W końcu nie tak trudno natrafić na zboczeńca. Przy taksówce szybko sprawdziła kieszenie. Bilety lotnicze, kartka z numerem lotu rodziców, komórka, portfel. Wbiegła do mieszkania i dopiero pod szafą znalazła paszport leżący razem z kilkoma gumkami do włosów. Wsadziła je do kieszeni- co prawda atak terrorystyczny z udziałem kilku gumek do włosów jest na miarę McGayvera, którym ona na pewno nie jest. Co wcale nie przeszkadza celnikom. Tata zadzwonił zaraz po odprawie, że tylko brakowało by mu w majtki spojrzeli. Linie lotnicze nie są przyjaźnie nastawione do ludzi z podwójnym obywatelstwem.

- Lotnisko. Dostanie pan 50dolców gratis, jeśli będziemy tam za pół godziny.

Mężczyźnie na myśl o dodatkowym zarobku aż się zaświeciły oczy. Ruszyli z kopyta. Chloe obróciła się i spojrzała z rozmarzeniem na dom, w którym mieszkali od równo trzech lat. Jej tata, jako poliglota, został wysłany przez jedną z firm telekomunikacyjnych na podbój europejskich i amerykańskich rynków najnowszą technologią rozmów konferencyjnych. Często śmiali się nazywając to międzynarodową akwizycją. Niemniej jednak spędzili rok w Niemczech, skąd po roku przeniesiono ich do Stanów Zjednoczonych. W obu krajach czuła się obca. Niemcy zbytnio zwracali na obcych uwagę, podczas gdy amerykanie traktowali ją jak powietrze. Sama nie wiedziała co jest lepsze. W Niemczech zostawiła swojego przyjaciela z dzieciństwa, który został tam, by trenować piłkę. Później nie miała już nikogo bliskiego. Dlatego poświęcała się nauce. Rano szkoła, popołudniem treningi (aby zostać pomocnikiem trenera musiała się nieźle napracować- przyjęło się, że w drużynie piłkarskiej kobieta może być jedynie cheerlederką), następnie szkoła baletowa. Piłka nożna w Ameryce jest na znacznie niższym poziomie niż japońska i niemiecka. Każdy zawodnik chce być bohaterem boiska i zmuszenie go do podania piłki koledze niemalże graniczy z cudem. Ponadto każdy twierdzi, że coś mu się należy już za samo to, że przychodzi dwa razy w tygodniu na godzinny trening. Głupota. W Niemczech trenuje się cztery razy w tygodniu po dwie godziny, a w Japonii sześć razy w tygodniu po cztery godziny minimalnie. Za to szkoły baletowe… Bez porównania lepsze. W jej kraju jest niewiele szkół baletowych, które przyjmują ludzi spoza elity społecznej, w Niemczech zaś wszystko jest niesamowicie sztywne- każdy ruch ma określony kąt, pod którym powinien być wykonany. Za to balet amerykański jest cudownie, dziko wolny. Improwizacja sama w sobie jest sztuką, a im większa pomysłowość, tym lepsze noty. Nie tylko „Jezioro Łabędzie", ale także taniec do jazzu, rocka i wielu innych rodzajów muzyki. Cudowne uczucie- móc robić to, co się lubi tak, jak się czuje i jeszcze być za to chwalonym. Za to sam dom… Dom był dla Chloe tam, gdzie była jej rodzina. Mama, która wiecznie przypalała obiad, tata wrzeszczący na porozwalane po całym mieszkaniu skarpetki, Yui nie umiejąca odnaleźć zagubionych par skarpetek(tych, o które czepiał się tata) i ona sama pomagająca mamie w zwęglaniu każdej możliwej potrawy. Każde z nich było inne. Tata był wesołkiem o krewkim temperamencie, mama była introwertyczką, ale starała się, jak tylko mogła. Yui była jeszcze dzieciakiem, w dodatku nieco rozpuszczonym. Wszędzie jej było pełno, a jej szafy były pełne nowych sukienek. Chloe była chłopczycą. Wolała grać w piłkę z chłopakami, niż siedzieć na ploteczkach z dziewczynami. Mimo to w domu było zawsze wesoło. Nieraz brakowało im do pierwszego, ale odkąd zaczęła zbierać nagrody pieniężne za konkursy baletowe i modeling było im znacznie łatwiej. Mimo to cieszyła się, że wracają do Japonii. Cztery lata to niby niewiele, ale czuła, że po długiej wędrówce wraca do domu. Do tego prawdziwego. Odetchnęła spokojnie i nastawiła się psychicznie na odprawę celną. Ku jej zaskoczeniu wszystko poszło sprawnie i szybko. Rozluźniła się dopiero, gdy usiadła na swoim miejscu w samolocie. Z powodu opieszałości szkół amerykańskich musiała wsiąść w samolot odlatujący dwie godziny po tym, którym leciała jej rodzina. Bez wyliczenia wszystkich jej ocen z trzech lat i kilku opinii mogła się nie dostać do prywatnej szkoły sportowej. Martwiła się, że jej rodzinę nie będzie na to stać, ale po powrocie tata miał objąć stanowisko kierownicze, więc zapewnił, że będzie mógł opłacić jej ostatni pozostały rok nauki w wymarzonej szkole. Obok niej usiadł starszy jegomość i wyciągnął kanapki. Chloe zaschło w ustach i przeklęła nowe przepisy, które zabraniają wnoszenia napojów na pokład. Wyciągnęła odtwarzacz mp3 wraz z materiałami do książki, którą miała w plecaku- „Japoński dla zaawansowanych". Po tych kilku latach bała się, że mogła czegoś zapomnieć, lepiej się poduczyć, ma na to sporo czasu.

Lądowanie przebiegło spokojnie, odprawa celna także. Z zadowoleniem odnotowała, że prawie nic nie zapomniała z języka. Dopiero na sali odpraw zobaczyła ogromny tłum ludzi i dziennikarzy. „Pewnie znowu jakieś strajki, będzie problem z przejechaniem przez miasto". Podeszła do okienka informacji i zapukała w szybkę. Niewiele od niej starszy chłopak błysnął wystudiowanym uśmiechem i grzecznie zapytał się w czym może pomóc. „Chwal Panie uprzejmość Japończyków"! Jakże mi tego brakowało.".

- Nazywam się Ichigamoto Chloe. Moi rodzice mieli zostawić dla mnie wiadomość. Ichigamoto Shiro i Julie. Powinni być tu ze dwie godziny temu. Lot numer 8473 ze Stanów Zjednoczonych.

Chłopak zbladł, uśmiech spełzł mu z ust.

- Na pewno lot 8473?

- Na pewno- spojrzała na kartkę i zamaszystym pismem jej taty były wyraźnie nakreślone te liczby.

- Ale jest pani na sto procent pewna?

- Jestem!- zaczęła się irytować. Co on? Głuchy, czy jak?

- W takim razie przykro mi. Samolot rozbił się przy lądowaniu. Nikt nie przeżył.