Nie posiadam praw autorskich do gry Enzai: Falsely Accused ani żadnych związanych z nią produktów.

Ostrzeżenia: Bollanet (znowu!)… poza tym praktycznie brak nieprzyjemnych elementów, choć obaj mężczyźni występujący w prologu są sadystami i nie wstydzą się tego. Krótkie, choć bardzo paskudne nawiązanie do tego, co Ellis zrobił Vallewidzie po pierwszej ucieczce z armii, samo w sobie raczej nikogo nie zabije.

Od autorki: Przepraszam za patetyczny tytuł. Niestety, akurat idealnie pasuje do konceptu całego fanfika.

Chciałam opisać pierwszy raz Durera i Vallewidy, ale nie mogłam tego zrobić tak po prostu bez wstępu, dlatego zamiast namiętnego randez vous we francuskim więzieniu wyszła mi z pod palców poniższa abominacja. Przyznaję, że uwielbiam sceny ojciec-syn, a na dodatek fajnie się tworzyło Durera, który nie robi tego, co zazwyczaj robi najlepiej, ale i tak musiałam się hamować, żeby nie przejść od razu do rzeczy.

Btw, za "córkę ministra", wspomnianą parę akapitów dalej, każda fanka Durera może podstawić samą siebie – patrzcie i uczcie się, to nie jest idealny kandydat na męża! Ani do chowania pod łóżko. (Moja własna obsesja na punkcie Vallewidy ma się tymczasem dobrze i stale rośnie).


Przedsmak Wieczności

Autorka: Lucrecia LeVrai


— To były najnudniejsze trzy godziny w moim życiu — oświadczył Durer, wsiadając do krytego powozu i zajmując miejsce naprzeciwko ojca. — Następnym razem, kiedy znów będziesz się wybierał na obiad do jakiegoś nadętego błazna, podziękuję ci z góry.

— Bez poparcia tego człowieka nigdy nie dostanę stanowiska w rządzie. — Bollanet zmarszczył brwi. — Półoficjalne spotkania są równie ważne co łapówki. To doskonała szansa, żeby zaprezentować się w korzystnym świetle — urwał i dał znak forysiowi, który właśnie zamykał drzwi. — Nie zmuszaj mnie, żebym tłumaczył ci tak elementarne rzeczy.

Durer rozumiał doskonale, o co chodzi w tej grze, a mimo to nie miał najmniejszego zamiaru umizgiwać się do wysoko postawionych ministrów, ani uczestniczyć w nużących rozmowach o polityce. Nie podobało mu się, że ojciec przedstawia go zawsze jako coś w rodzaju trofeum, modelowy egzemplarz udanego syna. Szlag trafiał go zaś przede wszystkim dlatego, że większość ludzi z kręgów, do jakich aspirował jego ukochany papa, nadal patrzyła na nich obu z góry, z pozycji swoich tytułów, koneksji i starych majątków.

Mógł tylko liczyć na to, że sytuacja wkrótce się odwróci. Od czasów wielkiej rewolucji minęło już dwanaście lat, a dzisiejszym światem rządziły wyłącznie pieniądze, których jego ojciec posiadał teraz w bród. Jeszcze niedawno Bollaneta nie stać było na czterokonny powóz i liczną służbę. Zamiast jadać faszerowane bażanty na srebrnej zastawie (od czego zresztą tył w zastraszającym tempie), mozolnie piął się po szczeblach wojskowej kariery. Wojna stworzyła mu jednak ogromne możliwości, żeby się wzbogacić – i Bollanet wykorzystał je bez wahania, nigdy nie oglądając się na trupy, które zostawił po drodze.

Powóz podskoczył na wybojach, kiedy ruszali z miejsca.

— Durer, do wyborów zostało już tylko pięć miesięcy — westchnął Bollanet, wygładzając poły nienagannie skrojonego surduta. — To nie jest najlepszy czas na grę w otwarte karty. Miałem wrażenie, że podczas obiadu nie do końca panowałeś nad sobą. Postaraj się następnym razem o więcej subtelności.

— Daj spokój, widziałeś tę jego córkę? — Durer prychnął lekko. — Cały czas tylko przebierała nogami na mój widok. Miałem ochotę trzasnąć ją w twarz, żeby się wreszcie zamknęła.

— Nie zwróciłem uwagi — drugi pasażer wzruszył ramionami.

Durera to nie dziwiło. Choć większość mężczyzn w wieku jego ojca nie mogłaby oderwać oczu od piętnastoletniej cnotki w mocno ściśniętym gorsecie, upodobania Bollaneta biegły w zdecydowanie innym kierunku – co Durer sam doskonale rozumiał. Nie, żeby przekadzały mu kobiety. Niektóre z pewnością były piękne i jęczały rozkosznie, jednak z ich urodą zawsze łączyła się kruchość. Za łatwo się poddawały, na dodatek Durer musiał się ostro hamować w ich obecności – o ile miały wysoko postawionych ojców i braci. Nie lubił tego.

Starszy mężczyzna sięgnął po leżące obok niego papiery.

— Trzymaj. To akta nowego więźnia, którego mieli ci przywieźć dzisiaj po południu.

— Od kiedy tak bardzo interesujesz się moją pracą? — Durer skrzywił się lekko, biorąc dokumenty. — Rozumiem, że to ktoś specjalny. Polityczny?

— Wojskowy. Mam z nim pewne porachunki i chcę, żebyś się nim zaopiekował.

Durer uniósł brew. "Zaopiekowanie się" skazańcem z reguły oznaczało przedwczesny zgon w krwawych okolicznościach, ale głos ojca brzmiał nieoczekiwanie poważnie, co w połączeniu z poprzednimi słowami sprawiało wrażenie, jakby mężczyzna właśnie sobie z niego kpił.

— Chodzi ci o coś innego niż zwykle? — spytał.

Bollanet wydął wargi.

— I tak, i nie. Baw się z nim na swój zwykły sposób, jeśli chcesz, ale ma żyć, dopóki nie wyciągnę z niego wszystkich zeznań, których potrzebuję.

— Mogę ci w tym pomóc. — Złote oczy Durera rozbłysły.

— Liczyłem na to. — Bollanet rozparł się wygodniej na siedzeniu powozu. — Posłuchaj, bo to ważne, w przeciwnym wypadku nie zawracałbym ci głowy. Bezczelny sukinsyn uniósł się honorem i ukradł kilka moich lewych faktur na zboże. Odzyskałem większość z nich, kiedy go złapano, oprócz jednej. Teraz za żadne skarby nie mogę z niego wydusić, co się z nią stało.

— Jeśli to tylko jedna… — zaczął Durer.

— Na jej podstawie mogę nie tylko stracić dobre imię i majątek, ale też wylądować w więzieniu — przerwał mu ojciec. — Tam jest wszystko, od potwierdzenia konfiskaty pszenicy po odbiór zapłaty liczonej w tysiącach franków.

— Dałeś się podejść byle… — młody mężczyzna zerknął do akt — porucznikowi?

— Był porucznikiem wywiadu w siłach specjalnych — Bollanet żachnął się z irytacją. Nie lubił być pouczany przez własnego syna. — Mniejsza o to. Teraz, kiedy wreszcie go skazano, kamień spadł mi z serca, ale dalej niedobrze, że nie odzyskałem papierów. Mógł je komuś przekazać albo gdzieś ukryć, i teraz tylko czekają, żeby wpaść w niepowołane ręce.

— Nie mów, że go nie przesłuchiwałeś.

— Moi ludzie przesłuchiwali go prawie dwa miesiące. — Mężczyzna potarł swędzącą powiekę. — Dość intensywnie, ale bezskutecznie. Oczywiście, odpuściliśmy mu przed samym procesem, żeby jego wygląd nie wzbudził podejrzeń sędziego ani ławników.

— Sądzili go z oskarżenia cywilnego?

— Inaczej dostałby szubienicę za dezercję, a ja potrzebuję go żywego.

— Jasne. — Durer znów spojrzał w papiery i uśmiechnął się lekko. — Cudzołóstwo? Próba porwania żony ambasadora? Co za bzdury… W życiu nie widziałem tak idiotycznego pretekstu.

— Wszystko jedno. — Bollanet wzruszył ramionami. — Ponoć faktycznie miał romans z tą kobietą. A Guildias i tak załatwi każdą sprawę, jeśli odpowiednio mu się zapłaci.

Durer uniósł głowę i napotkał wzrok ojca.

— Prawnika rzeczywiście masz dobrego, ale śledczych do dupy — powiedział spokojnie. — Wyciągnę z twojego dezertera to, co trzeba. Możemy się między sobą założyć o butelkę dobrego burgunda, że zrobię to najwyżej w miesiąc — oświadczył. Jego uśmiech przywodził na myśl zęby głodnego szakala.

— Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. — Bollanet uśmiechnął się w podobny sposób. — Zakład stoi, chociaż obawiam się, że go przegrasz. Widzisz, jest jeden haczyk. Sukinsyn twierdzi, że nic nie pamięta.

— To cię dziwi? — prychnął Durer. — To oczywiste, że nie usłyszysz nic innego, dopóki go nie przyciśniesz.

— Nie rozumiesz. — Bollanet potrząsnął głową. — Kiedy złapali go za pierwszym razem, jeden z oficerów zabawił się cudnie jego kosztem. Dał go w prezencie swojemu oddziałowi, żeby przelecieli go wszyscy naraz. — Westchnął i oblizał wargi. — Żałuję, że mnie przy tym nie było.

— Poważnie? — Durer zarechotał głośno, uderzając otwartymi dłońmi o uda. — Kimkolwiek był ten twój oficer, już go lubię!

— Niestety, z tego co słyszałem, od tamtej pory żołnierskiej dziwce trochę pomieszało się w głowie — dokończył starszy mężczyzna, wymownie pukając palcem w skroń. — Mówi, że nie pamięta ostatnich miesięcy w armii, a podczas przesłuchań często zachowuje się jak lunatyk. Bardzo możliwe, że tylko udaje, w końcu do wywiadu nie biorą idiotów. Trafiają się momenty, w których jest całkiem normalny. Wczoraj w sądzie był ponoć przytomny.

— Więc udaje — zawyrokował Durer. — Nie można jednocześnie być pomyleńcem i nim nie być.

Bollanet wzruszył ramionami.

— Może masz rację. W każdym razie zostawiam go w twoich rękach. Pamiętaj, ma być w jednym kawałku — podkreślił z naciskiem, a Durer przewrócił oczyma — dopóki nie dostanę tych dokumentów, choćbyś miał mu je wyrwać z gardła.

— Oczywiście. — Strażnik uśmiechnął się lekko. — Jesteśmy na miejscu. Dzięki za podwiezienie.

Powóz zatrzymał się płynnie przed bramą więzienia. Nie czekając na forysia, Durer sam otworzył drzwiczki i wyskoczył na zewnątrz. Ziemia była mokra, a powietrze pachniało świeżo po niedawnym deszczu. Naprawdę, aż chciało się żyć.

— Durer — odezwał się głos z powozu — w przyszłym tygodniu wydaję obiad dla hrabiego d'Mont. Oczekuję, że się zjawisz.

Durer zmełł w ustach przekleństwo, ale skinął głową. Po chwili czterokonny zaprzęg odjechał, zostawiając go samego pod murami małej, posępnej fortecy. Jego fortecy. Pracował w tym więzieniu dopiero od trzech lat, rządził od niespełna roku, a mimo to nigdzie indziej nie czuł się równie dobrze – zupełnie jak w domu. Ba, lepiej nawet niż w domu, bo tu nikt nie mówił mu co ma robić ani z kim się zadawać. Tu był tylko i wyłącznie panem.

Sądowa więźniarka wciąż jeszcze stała na dziedzińcu, kiedy Durer przekroczył żelazne drzwi, trzymając w ręku papiery nowego skazańca. Zamierzał wygrać zakład z ojcem, ale nie musiał się przy tym spieszyć. Dziś wieczorem porozmawia sobie z dezerterem o wszystkim, tylko nie o skradzionych dokumentach. Czuł, że będzie to jednak bardzo krótka rozmowa. Istniało przecież tyle innych, o wiele ciekawszych sposobów, na jakie dwaj mężczyźni mogli spędzać razem czas.

Prędzej czy później wypróbuje każdy z nich.


Od autorki: Jak na opowiadanie, które miało z zamierzenia dotyczyć pary Durer/Vallewida, zaskakująco mało tu Vallewidy – udało mi się nawet ani razu nie wspomnieć, jak nazywa się więzień. A zatem – ciąg dalszy musi nastąpić. ;)