Rozdział VI

Jessica Vale

What do they see when they look at me ?

Who are they to judge me

If they never spoke with me ?

Never looked without laughing

Never tried to see, see me

Paragons po nocy pełnej rozmów i zwierzeń przespali się przez kilka godzin w jednej z przyczep kampingowych stanowiących domostwo rodziny Joe'a. Wszyscy z grupy wstali bardzo wcześnie rano gdyż wiedzieli iż konieczne było, aby jak najszybciej ruszyć do miasteczka Salvation. Dzięki nocnej sesji z astralną projekcją Hope dowiedzieli się, że Jessica znajdowała się już na terenie stanu Oklahoma a zamiary jej towarzysza nie należały do najczystszych. Po spakowaniu swoich osobistych rzeczy młodzi mutanci zebrali się przy samochodzie ich nowego przyjaciela. Gruba kobieta stała naprzeciw nich a dwoje jej najmłodszych dzieci trzymało się jej spódnicy. Kilka kroków dalej stał młodszy brat Joe'a i jego siostra Molly.

- Nawet nie wiecie ile nam radości sprawiliście tą wizytą. Zdjęcia z ogniska będą dla nas czymś wyjątkowym - powiedziała gruba.

- Przestań mamuśka, bo zaraz się popłaczesz - pouczył ją Joe.

- Pewnie nasi koledzy bardzo się spieszą, więc jak najszybciej skończmy te pożegnania i ruszajmy w dalszą drogę. - dodał.

- Dziękujemy za wszystko - oznajmiła Sarah.

- My też będziemy o was pamiętać. - odparł Mark.

- Odwiedzicie nas kiedyś? - zapytała tęga kobieta.

- Oczywiście, że tak! - odpowiedziała pewnie Megan.

- Jeśli tylko będziemy mogli. - dodał Ben.

- Pamiętaj, że obiecałeś się do mnie odezwać jak to wszystko się skończy. - Molly zwróciła się bezpośrednio do Nicholasa.

- Możesz na mnie liczyć. - odparł chłopak.

- W takim razie ruszamy - oznajmił Joe klepiąc Hope po plecach.

- Pewnie już się nie możesz doczekać. - wyszeptał patrząc dziewczynie prosto w oczy.

- Tak... - Trance odparła czując się trochę zmieszana tym, że jej zachowanie zdradzało jak bardzo chciała kontynuować podróż i spotkać się z Jessiką. Gdy tylko wszyscy mutanci zajęli miejsca w samochodzie mężczyzna ruszył w drogę. Gruba machała im chustką do nosa na pożegnanie a gromadka jej podopiecznych jeszcze przez chwilę goniła ich auto po pustyni. Molly smutno spoglądała za oddalającym się jej nowym przyjacielem.

Samochód Sleepwalkera i Jessiki dojechał do miasteczka wyglądającego na całkowicie opuszczone od dziesięcioleci. Znajdowała się tam stara stacja benzynowa na której stała zardzewiała karoseria samochodu, który kiedyś został porzucony przez swego właściciela, drewniany szyld reklamujący dawno już nie istniejący lokal gastronomiczny wyblakłymi, prawie niemożliwymi do odczytania literami oraz dziwny czarny budynek wyglądający jak kościół. Pozostałe budowle zostały zamienione przez żywioły natury oraz ludzi odwiedzających cmentarzysko w sterty kamieni i drewna, które z każdym mijającym rokiem przestawały przypominać wytwory ręki człowieka. Było już po południu i słońce świeciło wysoko nad horyzontem. Para wyruszyła w drogę kilka godzin po swojej kłótni w hotelu, jeszcze przed świtem, gdy księżyc unosił się nad bezkresną pustynią. Jazda była długa, dlatego dziewczyna postanowiła ją przespać, dzięki czemu mogła nabrać sił i uniknąć rozmowy z towarzyszem któremu nie ufała już i którego się obawiała. Chłopak wyszedł z auta i delikatnie dotknął policzka śpiącej jeszcze dziewczyny.

- Jessica, pobudka. Czas wstawać! - krzyknął. Czarnowłosa powoli otworzyła oczy. Wyglądnęła za szybę patrząc na stojącego przed nią mężczyznę.

- Już dojechaliśmy? Przecież mieliśmy... cały dzień... - dziewczyna była zdziwiona tym jak szybko minął jej czas podróży.

- Pomyślałem, że na chwilę się tu zatrzymamy. - Odparł chłopak nie patrząc na swą towarzyszkę.

Jessica wyszła z samochodu. Kurz i piasek wzbił się z miejsca w którym stanęły jej stopy. Mutantka rozglądnęła się dookoła zasłaniając oczy od blasku Słońca własną ręką.

- Kurde... przecież to jakieś cholerne cmentarzysko... - oznajmiła zdziwiona.

- Miejsce, które przestało już śnić. - dodał jej towarzysz.

- Jak na cmentarzu... nie wiem czemu ale nie podoba mi się tu. Po co tutaj przyjechaliśmy?

- Pomyślałem, że może chcesz rozprostować kości, że może musisz coś zrobić...

Mówiąc te słowa mężczyzna próbował ją objąć.

- Nic mi się nie chce. I nie dotykaj mnie. Mówiłam Ci już o tym.

Jessica błyskawicznie odsunęła się od niego. W tym samym momencie zauważyła stary kościół. Budynek w tajemniczy sposób przykuł jej uwagę. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jego mury rozpadające się ze starości i okna w których tkwiły porozbijane witraże. Jej nastawienie do miejsca w którym się znalazła zmieniło się radykalnie.

- Może jednak... wejdę tam na pięć minut, dobrze? - oznajmiła wskazując na budowlę.

- Oczywiście, być może po to się tu zatrzymaliśmy.

Dziewczyna ruszyła w stronę budynku. Chłopak oparł się o samochód. Zamknął oczy wchodząc w charakterystyczny dla siebie trans.

Podczas drogi do miasta w którym spodziewano się zastać Jessikę, kilku młodych mutantów usnęło w samochodzie a jednym z nich była Hope. Dziewczyna spała z głową opartą o ciało Sarah. We śnie znalazła się na skale wystającej z morza o którą co chwilę uderzały fale a nad jej głową z dużą szybkością przesuwały się czarne chmury. Mutantka zrobiła krok do przodu. Zauważyła stojącą nad przepaścią kobietę w czarnej sukni.

- Jessie? To ty? Jessie? - zapytała zdziwiona. Próbowała się z nią porozumieć i w tym samym momencie ktoś dotknął jej ramienia. Odwróciła się. Stał przy niej Sleepwalker w swej prawdziwej postaci. Jego czarne włosy i peleryna powiewały na wietrze. Spojrzał na dziewczynę budzącym grozę wzrokiem.

- To ty zrobiłeś coś Jessice! Oddaj ją! - Dziewczyna skoczyła na niego z pięściami.

- Hope Abbot... Spotkałem się tu z Tobą, aby wyjaśnić parę spraw. Musisz zmusić swoich kolegów aby zawrócili i nie szukali już Jessiki. - mężczyzna odparł niezwykle spokojnie, w sposób wręcz nienaturalny i niepasujący do miejsca w którym przebywał.

- Ciekawe dlaczego! Grozisz nam czymś? - Młoda mutantka przybrała pozycję obronną.

- Ależ skąd. Nie taka jest moja natura. Po prostu jeśli teraz jej przeszkodzicie, sprawicie jej ogromny ból.

- To ty cały czas sprawiasz jej ból! Zwodzisz ją iluzjami, co chcesz przez to osiągnąć?

- Jest zupełnie odwrotnie. Ja pokazuję jej prawdę. Przypominam jej jaka była, jaka jest naprawdę. Chcę przywrócić jej dawne ja, uczynić ją szczęśliwą i spełnioną.

- Zabrałeś ją ode mnie, od jej przyjaciół...

- Aby dać jej to czego naprawdę potrzebuje. Zaprowadzę ją do miejsca w którym nigdy już nie będzie samotna, w którym nikt nie będzie sprawiał jej bólu, gdzie sama dla siebie będzie królową. Chcę żeby była szczęśliwa i jeśli rzeczywiście tak bardzo ją kochasz powinnaś pozwolić jej odejść! W tym świecie już kilkakrotnie zraniono ją i opuszczono a tam gdzie ją zabieram nigdy więcej się to nie zdarzy! - Sleepwalker podniósł głos. Jego włosy tańczyły na wietrze.

- Bzdura... wydaje Ci się że będzie szczęśliwa w martwym i pustym miejscu? Nigdy. Jej miejsce jest w naszej szkole, ja się nią zaopiekuję. Będę z Tobą walczyć. Wszyscy będziemy.

- Wiedziałem że nie dasz się przekonać.

Sleepwalker podbiegł do czarnej kobiety. Objął ją czule.

- Będę gotowy na spotkanie z wami wszystkimi. Pamiętajcie o tym.

Rzucił się ze skały wraz ze swą towarzyszką.

- Jessica! - Krzyknęła Hope budząc się ze snu. Wszyscy spojrzeli w jej stronę.

- Co się stało? - zapytali.

- Miałam sen. Rozmawiał ze mną chłopak, który porwał Jessikę. Musimy się pospieszyć. On chce jej zrobić coś naprawdę złego!

Drzwi opuszczonego kościoła otworzyły się z charakterystycznym, nieprzyjemnym trzaskiem. Dziewczyna ostrożnie weszła do środka a zaraz za nią podążył czarnowłosy chłopak. Powitała ich ciemność, rozświetlana jedynie w kilku miejscach przez światło wpadające przez wąskie szpary w zabitych deskami oknach. Wnętrze było zakurzone i pokryte pajęczynami oplatającymi wszystkie przedmioty, które oparły się upływowi czasu. Rzędy ław były pokryte warstwą grubego pyłu a przy jednej ze ścian stał zniszczony konfesjonał. Wszystkie pozostałe przedmioty jakie zwykle można znaleźć w tego rodzaju miejscu jak obrazy i figury zostały zabrane lub ukradzione prawdopodobnie jeszcze w czasach gdy w mieście mieszkali ludzie. Wewnątrz panowała niepokojąca cisza. Jessica usiadła na jednej z mniej zniszczonych ławek. Chłopak podszedł do niej.

- Nie wiedziałem, że jesteś wierząca. - oznajmił.

- Jestem? Sam powinieneś o tym wiedzieć, jesteś moim snem. - odparła dziewczyna.

- To ciekawe... po tym wszystkim co cię spotkało.

- Może po prostu lubię urok starych kościołów oraz innych opuszczonych i zapomnianych przez wszystkich miejsc. - oznajmiła wstając z ławki.

- Prawdę mówiąc ostatni raz byłam w kościele na pogrzebie Michelle. Wreszcie znalazłam siłę, aby przejść przez jego progi, nie myśląc o niej i pogodzić się z tym co się stało. Wiesz, naprawdę poczułam się lepiej. Nawet się tego nie spodziewałam...

- To miejsce jest dobre jak każde inne... - wyszeptał chłopak. Wyglądał na wyraźnie niezadowolonego z tego co przed chwilą usłyszał.

- O co ci chodzi... na co dobre? - czarnowłosa była zdziwiona i zaniepokojona jego zachowaniem. Oczy Sleepwalkera zaświeciły na fioletowo w mroku pomieszczenia.

- Co ty chcesz zrobić? - spytała Jessica. Zauważyła, że za oknami ściemniło się i zaczął wiać bardzo silny wiatr. Uchylone drzwi do kościoła klekotały targane podmuchami wichru. Jessica zdenerwowała się jeszcze bardziej.

- Co tu się do cholery dzieje!

- Przebudź się. - powiedział czarnowłosy i położył rękę na twarzy dziewczyny. Umysł Jessie został zalany powodzią wspomnień. Zobaczyła siebie jako kilkunastoletnią dziewczynkę.

I can't believe that it is only me

The person to hate,

The only left out

I can't believe how they can be so mean

If they could feel the brutal stings of their words,

And the bitter cold when they laugh

" Wraca do domu z płaczem. Jej matka usiłuje jej coś przekazać. Ona krzyczy do niej, że nienawidzi tego miejsca, że chce wracać do jej prawdziwego domu, że nigdy nie będzie mogła się tu zaklimatyzować. Matka podaje jej list od siostry ale ona go targa i wyrzuca jego resztki do kosza na śmieci. Wybiega z domu płacząc. "To wszystko Twoja wina, nie chcę Cię znać. To przez Ciebie jestem taka samotna. Zostawiłaś mnie!" Wybiega na ulicę. Rozgląda się dookoła, widzi świat mokry od jej własnych łez. Po chwili krzyczy jeszcze głośniej: "Nienawidzę tego miejsca! Chcę być gdzieś indziej, gdzie nikt mnie nie znajdzie!" Jej życzenie niespodziewanie się spełnia. Przestrzeń wokół niej ulega niewiarygodnej transformacji. Wyrasta przed nią jakiś dziwny, czarny, monumentalny budynek. Wbiega do niego bez chwili zastanowienia, przechodzi przez dziesiątki pomieszczeń, otwiera setki drzwi - staje się gościem hotelu o tysiącu drzwiach. W końcu znajduje dziwną przestrzeń w jednym z pokoi. Szaleje tu burza na morzu a ona biegnie po skale wystającej ze wzburzonego żywiołu. Jej ubranie zamienia się w czarną suknię. "NIE" mówi sama do siebie. Po chwili znów jest przy swojej matce i płacze w jej ramionach. "

- Co to było! Co to było? - Jessica zapytała zaniepokojona.

- Prawda. Twoja przeszłość. Twoja prawdziwa przeszłość. - czarnowłosy odpowiedział jej spokojnie.

- To niemożliwe. Moje zdolności to tylko przewidywanie przyszłości. Nic więcej. - Dziewczyna próbowała przekonać samą siebie, że to ona miała rację.

- Nie. Twoje zdolności to kreacja rzeczywistości. Jesteś jej tkaczem.

- Nie prawda! Zostaw mnie! Nie chcę tego słyszeć! - czarnowłosa była coraz bardziej przerażona tym co się z nią działo. Wybiegła z budynku otwierając szeroko spróchniałe drzwi. Owionął ją zimny, wyjątkowo nieprzyjemny wiatr. Nad opuszczonym miasteczkiem przesuwały się czarne chmury, zupełnie takie jak w wizji ze skałą wystającą ze wzburzonego morza.

- Co tu się do cholery dzieje ! - Jessica powiedziała sama do siebie patrząc z niepokojem na dziwne zjawisko pogodowe. Zrobiło się naprawdę ciemno i zimno, zapanował mrok jak podczas całkowitego zaćmienia Słońca. Dziewczyna zauważyła, że kilkanaście metrów przed nią stoi posępny, czarny jak smoła budynek z jej wspomnień.

- Co to jest? - zapytała załamującym się głosem.

- Hotel o tysiącu drzwiach! - wykrzyczał Sleepwalker. Jessica odwróciła się. Mężczyzna był w swej prawdziwej postaci a jego peleryna powiewała na przenikliwie zimnym wietrze.

- Dalej! Idź tam! - Mężczyzna ponaglił mutantkę. Popchnął ją w kierunku budynku. Dziewczyna niechętnie doszła do drzwi i je otworzyła. Wiedziała, że musi wejść do środka bo inaczej czarnowłosy mógłby ją nawet zabić. Przekroczyła próg i nie zastanawiając się nad celowością swego działania pobiegła po schodach do kolejnych drzwi. Sleepwalker zamknął wejście do budynku. Uśmiechnął się.

- Ja muszę przywitać naszych małych gości.

Samochód Joe zatrzymał się na pustyni. Wszyscy jego pasażerowie wysiedli i spojrzeli w stronę opuszczonego miasteczka. Unosiły się nad nim czarne chmury a cała okolica było spowita we mgle. Pomimo panującej dookoła ładnej pogody nad miastem szalała nienaturalna burza.

- Co się tam dzieje? - zdziwił się Joe.

- To ona... to Jessica... te chmury są takie jak w moim śnie - odparła Hope.

- Co ten skurwysyn z nią robi? - zapytała retorycznie Sarah.

- To on! Stoi tam, śmieje się z nas! - krzyknął Nicholas. Wpadł w szał i pobiegł szaleńczo w kierunku miasta.

- Niech go ktoś zatrzyma! - rozkazał Ben.

- Megan! - odezwał się Mark. Skrzydlata dziewczyna wzniosła się w powietrze. Szybko znalazła się przy uciekającym mutancie. Złapała go za ramię. On szybko się jej wyrwał i rzucił się na nią z pazurami. Pixie tylko dzięki refleksowi uniknęła zranienia. Po chwili Nick ochłonął.

- Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.

- O mało mnie nie rozszarpałeś! - krzyknęła Megan patrząc na kolegę ze strachem.

- WolfCub! Co się z tobą dzieje! - zapytał Match.

- Nie wiem, po prostu wyczułem, że on się z nas śmieje. Miałem ochotę go zabić.

- Pójdziemy tam Nicholas. Ale jako grupa - oznajmił Ben.

- Przebieramy się w nasze stroje! - dodał.

- Hej! Dziewczyny mogą się przebrać w samochodzie - zaproponował Joe.

Mutanci szybko ubrali się w stroje Paragons, a Sarah w niebieską wersję ich kostiumu jaką nosiła będąc członkinią Alpha Squadronu. Match podszedł do Joe'a. Podał mu rękę.

- Dziękuję za wszystko. Dalej pójdziemy sami. Odjedź jak najdalej stąd. Nie wiadomo co się tu zdarzy. - poradził mu.

- No dobra... w końcu to misja X-Men. - Po tych słowach Joe wrócił do swego samochodu. Odjechał.

- Teraz zacznie się prawdziwa część naszej wyprawy. - powiedziała Sarah.

- Nie ma na co czekać - dodał Nick.

- Idziemy po Ciebie Jessie - oznajmiła Hope.

- Avengers Assemble! - krzyknął Mark. Wszyscy na niego spojrzeli ze zdziwieniem.

-O co wam chodzi ? Zawsze chciałem to powiedzieć!

- Ruszamy! - Grupa podążyła w kierunku miasteczka.

Once more I'm running

Running away, I must hide

Can't take anymore

A fight to free me from an endless struggle with life

Running, tell me how far should I go

If they're all the same

This fight...

I am fighting my way through

Jessica pokonywała kolejne drzwi. Za każdymi napotykała dziwny, surrealistyczny widok. W pierwszym pokoju widziała czające się w ciemności światełka małych oczu i słyszała oddechy dziesiątek płuc, które próbowały dotknąć ją prawie fizycznie. Do jej uszu dochodziły dziecięce głosy recytujące pozbawioną sensu rymowankę. Kiedy mrożący krew w żyłach szept stawał się coraz głośniejszy, dziewczyna przyśpieszyła kroku aby opuścić tamto pomieszczenie. W kolejnym pokoju stały dwie żelazne skrzynie. Każda z nich miała zakratowane okienko z którego wystawały blade, kobiece ręce. Dłonie próbowały się dotknąć, lecz pojemniki położone były zbyt daleko od siebie by mogło się to kiedykolwiek spełnić. Kolejne pomieszczenie było jeszcze bardziej przerażające od poprzednich, całe jego ściany pokryte były siatką pulsujących naczyń krwionośnych. Jedna z żył była pęknięta i lała się z niej krew niczym woda wytryskająca z górskiego źródła. Za następnymi drzwiami ukryty był dziwny anioł skrępowany drutem kolczastym, z którego połamanych skrzydeł sypał się deszcz białych piór. Jessica nie mogąc znieść widoku jego cierpiącej postaci przeszła do następnego pomieszczenia. Pokój był bez okien i mebli, całkowicie skąpany w mroku, kurzu, uschniętych kwiatach i pajęczynach. W końcu dziewczyna dotarła do ostatnich drzwi. Będąc w transie otworzyła je bez dłuższego namysłu. W pokoju wyglądającym tak jak poprzedni stało ogromne lustro wykonane z czarnego szkła. Jessica na jego widok otworzyła usta, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Przypomniała sobie wszystko to co naprawdę zdarzyło się tamtej nocy, kiedy próbowała skończyć ze swoim życiem i jaki charakter miała naprawdę jej moc.

Tymczasem w instytucie Xaviera, Emma wbiegła do gabinetu Scotta Summersa. Była bardzo zdenerwowana.

- Scott... ślad naszej szóstki zniknął na granicy Stanów Oklahoma i Nowy Meksyk! Ponadto pojawiła się tam strasznie duża energia. Brakuje skali na Cerebrze! Odczyty wskazują, że jej źródłem jest Jessica. Komputer podaje że to Omega!

- Omega? Przecież Jessica... - zdziwił się Cyclops.

- Dokładnie. Nie ma potencjału na stanie się Omegą. Dlatego zleciłam Kathrine, aby sprawdziła z czym znanym pokrywa się ten odczyt.

Po kilku minutach niepewności do pokoju wbiegła Kitty Pryde.

- Słuchajcie! Komputer zrobił analizy. Najbliższe trafienia z naszej bazy danych to Proteus, Jamie Braddock i Wanda Maximoff. Nasza Jessica jest reality warperem i wszystko wskazuje na to, że nie potrafi kontrolować swoich zdolności.

- Cholera jasna - zaklęła Emma.

- Kitty! Zbierz Hanka, Piotra i Logana. Natychmiast wyruszamy do Oklahomy. Niech w pogotowiu będą grupy Alexa i Ororo. Emma! Spróbuj skontaktować się z Charlesem. Sytuacja jest poważna. - rozkazał Scott Summers.

Paragons i Network rozglądali się po zanurzonym w mroku opuszczonym pustynnym mieście. Nad ich głowami wirowały czarne chmury a punktem ich obrotu okazał się być czarny, mroczny budynek królujący w oddali nad okolicą. Grupa poszukiwała mężczyzny, który porwał Jessikę i była gotowa rozprawić się z nim raz na zawsze.

- Gdzie on jest? - spytał Ben.

- Nie wiem. Jego zapach jest wszędzie. Tak jakby to on był tą mgłą, chmurami, mrokiem. Nic z tego nie rozumiem. - odpowiedział Nicholas.

- Musimy odnaleźć Jessie. Przenieść ją w bezpieczne miejsce. - Oznajmiła stanowczym głosem Hope.

Pojawił się przed nią Sleepwalker.

- Hope! - krzyknęła Sarah widząc niebezpieczeństwo zagrażające jej koleżance. Mężczyzna złapał dziewczynę za rękę.

- Tak bardzo spieszy Ci się do Jessiki? Nie pamiętasz co Ci przedtem powiedziałem? Musisz przekonać się o tym na własne oczy ?

- Oddaj Jessikę! - Trance była bardzo zdenerwowana. Podbiegli do niej jej koledzy gotowi na walkę z czarnowłosym. On rozbawił się ich widokiem.

- A idź sobie do niej! - Sleepwalker ruszył ręką i w tej samej chwili dziewczyna zniknęła.

- Hope! - Mark zawołał z przerażeniem.

- Co jej zrobiłeś draniu? - Nicholas rzucił się na niego z pazurami. Mężczyzna zasłonił się od jego ataku swoją czarną jak bezksiężycowa noc peleryną.

- Już ci mówiłem, że jesteś wstrętny. - Sleepwalker uderzył chłopaka i powalił go na ziemię. Match wystrzelił w kierunku wroga strumień ognia a Megan chmurę pyłu halucynogennego. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia, stał w miejscu niewzruszony pomimo szalejących wokół jego ciała płomieni.

- Zobaczymy jak na to zareagujesz! - zawołał Mark i używając najostrzejszej muzyki jaką znalazł na discmanie wytworzył ścianę energii pędzącą na przeciwnika. Sleepwalker upadł rażony jej siłą, ale bardzo szybko się podniósł. Spojrzał na chłopaka z nienawiścią.

- Ty... najbardziej z waszej piątki należysz do mnie. Może czas abyś się przebudził? Zobaczył prawdę, swoją przeszłość, prawdziwą przeszłość.

- O czym ty mówisz? - zapytał zdziwiony Mark.

Czarnowłosy tylko się uśmiechnął i usunął w cień. Zza budynków wyszło kilku mężczyzn. Wszyscy byli uzbrojeni w pistolety, rewolwery i shotguny. Kilku z nich zaczęło strzelać do mutantów. Network i Match znaleźli schronienie za zrujnowaną stacją benzynową. Mark pomógł wstać Nickowi a potem razem z nim ruszył w kierunku kościoła. Pixie pobiegła za nimi.

- Kim oni są! Skąd się tu wzięli? - dziwił się Mark.

- Może są halucynacją? Pył z moich skrzydeł nie trafił w tego gościa i odurzył nas samych? - domyślała się dziewczyna.

- I widzimy to samo? Niemożliwe. - odparł DJ.

- Oni są prawdziwi. Czuję to. - Nick podzielił się z grupą swoim spostrzeżeniem.

- Cholera! Megan, złóż skrzydła! Kucnij! - rozkazał Ben wołając ze stacji.

Ostrzeżenie przyszło minutę za późno. Jeden z mężczyzn strzelił do dziewczyny. Kula przebiła jej skrzydło. Ranna Megan osunęła się na trawę przed kościołem. Wolfcub szybko do niej podbiegł i wciągnął ją do wnętrza budynku. Dziewczyna skuliła się a jej twarz wyrażała ból. Inny człowiek wystrzelił z rewolweru w stronę Bena. Kula musnęła ramię mutanta. Sarah próbowała mu pomóc, ale on odepchnął ją. Dziewczyna bardzo zdziwiła się jego zachowaniem.

- Moja krew też jest gorąca. Dosłownie... - oznajmił.

- Nick. Zajmij się Megan. Ja spróbuję z nimi walczyć. Moja fala energii nie działała na tego gościa w czerni, ale ludziom może połamać kości! - krzyknął DJ. Wyszedł na zewnątrz puszczając muzykę w swoim odtwarzaczu na cały regulator. Szedł pewnym krokiem przez przykościelny cmentarz na spotkanie z napastnikami. W pewnej chwili potknął się o coś. Spojrzał w dół a jego twarz zbladła i w oczach pojawiły mu się łzy. Zauważył leżącą na ziemi swą byłą dziewczynę, która zginęła gdy pierwszy raz, nieumyślnie wytworzył bardzo silną energię kilka lat temu, na zabawie w szkole, zupełnie w innym miejscu i czasie. Chłopak nie zastanawiał się dlaczego ona była na tym pustynnym odludziu. Strach i ból oraz pamięć o tamtych wydarzeniach sparaliżowały go całkowicie. Rozpoznał wszystkich napastników z bronią. Byli nimi szeryf z jego miasta i inni ludzie, którzy ścigali go wtedy jak dzikie zwierzęta. Był załamany, nie chciał już walczyć ani uciekać. Chciał, aby go zastrzelili, w końcu zasłużył na to, zabił kogoś kogo bardzo kochał. Mężczyźni zbliżyli się do mutanta. Wycelowali w niego swą broń.

- Co on tam robi? Co się z nim dzieje? Zupełnie go zamroczyło. - dziwił się Match. Cały czas trzymał się za bolącą rękę.

- Kurcze... nie mam pojęcia. - Sarah także nie wiedziała o co chodziło.

- Zaraz a może...to co on tam zobaczył. Wygląda jakby płakał. Cholera jasna! Chyba wiem o co chodzi! - dodała.

- O co? - zapytał Ben.

- Jesteś liderem a się nie domyśliłeś? Mark w przeszłości niechcący zranił swą dziewczynę. Opowiadał nam, że wtedy chciał aby go zastrzelili. Ten szaleniec powołał do życia przeszłość Marka! Zmienił ją, tak aby Mark uwierzył, że ją wtedy naprawdę zabił!

- Co zrobimy?

- Mam pomysł. Cholera, musi się udać! - oznajmiła czarnowłosa. Wyciągnęła rękę w stronę nieprzytomnego DJ-a. Zamknęła oczy. Słuchawki discmana chłopaka zaczęły iskrzyć i wydały nieprzyjemny dźwięk. Mark upadł na ziemię a mężczyźni z bronią rozpłynęli się w powietrzu. Network i Match szybko ruszyli w stronę kolegi.

- Co mu zrobiłaś? - zapytał chłopak.

- Zmusiłam jego discman do krótkiego spięcia i puszczenia bardzo, bardzo wysokiego dźwięku do uszu.

- Co z jego bębenkami?

- Nie wiem, ale to jedyne co mogłam wymyśleć. Inaczej dałby się im zabić.

Sarah klękła przy chłopaku. Ułożyła go w bardziej wygodnej pozycji.

- Nic mu nie będzie. - oznajmiła.

- Pięknie. Początek i już jeden z nas wykończony. - Ben był niezadowolony z zaistniałego obrotu spraw.

- Dwóch. - oznajmił WolfCub wyprowadzając ranną Pixie.

- Megan! Postrzelili ją? - zapytał zdziwiony Ben.

- Tak. W skrzydło. Musi mieć bardzo unerwione bo strasznie ją boli. Straciła dość dużo krwi.

WolfCub pomógł dziewczynie usiąść. Ben podszedł do niej i przyłożył dłoń do jej rany.

- Trochę gorąca powinno zatamować krwawienie. Będzie cię boleć Megan, ale nie mamy wyboru. Zaciśnij zęby.

Dziewczyna poczuła ogromny ból. Opuściła głowę starając się nie krzyczeć. W jej oczach pojawiły się łzy.

- Ben... padło nas trzech... nie zapominaj że on... porwał Hope... - wyszeptała.

- W porządku Megan, nie mów więcej. - Sarah zaopiekowała się koleżanką. Ułożyła ją na ziemi.

- Teraz powinnam opatrzyć Twoją ranę. - zwróciła się do Matcha.

- Nie ma potrzeby. Sama się zamknęła. Mówiłem Ci że mam gorącą krew.

Sleepwalker stał razem z Hope na skale sterczącej ze wzburzonego morza. Obejmował dziewczynę a jego peleryna powiewała na zimnym wietrze. Oczy Trance były mętne tak jakby nie miała kontaktu z otaczającą ją rzeczywistością.

- Hope... spójrz na prawdę o Jessice. Zobacz co spotkała po drugiej stronie lustra. - wyszeptał spokojnie. W tym samym czasie Preview stała przed czarnym zwierciadłem. Widziała w nim siebie w czarnej sukni stojącą na skale a w oddali Sleepwalkera i Hope. Przypomniała sobie jaki charakter miała naprawdę jej moc.

- Jessica Vale nie jest prekognitką, Hope. Jest reality warperem, bardzo skrzywionym przez swoją zranioną psychikę. Pierwszy raz użyła zdolności, gdy w gniewie chciała przenieść się do innej rzeczywistości, gdzie nie byłoby nikogo, kto w jakikolwiek sposób mógłby ją skrzywdzić. Stworzyła miejsce w którym teraz jesteśmy. Hotel o tysiącu drzwiach, miejsce w którym rozpoczęła poszukiwania swego świata. Znalazła go tu, gdzie teraz stoimy. Skała stojąca wśród szalejącego morza, ostoja spokoju wokół zgiełku rzeczywistości. Miejsce w którym była bezpieczna bez względu na to co działo się dookoła. Wtedy przestraszyła się tym wyborem i wróciła do normalnego świata. Gdy Jessica poznała Michelle, jej własny świat zaczął blednąć, hotel zamknął tysiąc drzwi a mroczna wersja Jessiki, która pozostała na skale, odeszła w zapomnienie. Wtedy twoja przyjaciółka rozdzieliła się na dwie części. Jej mroczna połowa mogąca zmieniać świat pozostała na skale a druga wróciła na ziemię gdzie zapomniała o tamtych wydarzeniach i wymyśliła dla siebie moc - przepowiadanie przyszłości. Jej zdolności nie zniknęły całkowicie, lecz zostały uśpione. Wizje, które miewała sprawdzały się, gdyż ona sama je sprowadzała do rzeczywistości. Kiedy zginęła Michelle, wszystko się zawaliło a Hotel znów otworzył swoje progi. Lecz tym razem ona nie chciała odejść gdzie indziej, chciała zniknąć, umrzeć. Stworzyła mnie jako czarną część swej duszy, jej największą namiętność i najokrutniejszego kata. Stworzyła swojego Thanatosa, pragnienie śmierci które przyjęło ludzką postać. Tamtej nocy nie miała odwagi odebrać sobie życia. Dlatego przywołała mnie. To ja podciąłem jej żyły i zostawiłem żeby się wykrwawiła. Kiedy zrozumiała swój błąd chciała mnie zniszczyć, ale była już zbyt słaba. Nie zniknąłem. Jestem jej wiernym sługą, chcę spełnić jej prośbę i przynieść jej śmierć. Lecz to nie jest takie proste. Jessica w chwili słabości pragnęła aby wszyscy dookoła jej zginęli. A ja, skromny sługa muszę jej słuchać. Nie jestem w stanie zniszczyć całego świata, potrzebuję do tego jej mocy. Dlatego ukartowałem to wszystko, aby Jessica odnalazła drogę do swej mrocznej połowy i połączyła się z nią. Mając jej moc będę mógł zmienić całą planetę w miejsce tak piękne, spokojne i bezpieczne jak ta skała. Wtedy ja spełnię jej pragnienie a Jessica będzie naprawdę szczęśliwa.

"no tears, no more cries"

Jessica dotknęła czarnego lustra. Jego powierzchnia zaczęła pękać.

"no predicted paradise"

Zwierciadło wybuchło. Jego odłamki zraniły dziewczynę, odnowiły rany na jej nadgarstkach. Ochlapana własną krwią zaczęła się zmieniać.

"no dreams - no more scars"

Ubranie znikło z jej ciała a w jego miejsce pojawiła się czarna suknia. Mutantka otworzyła oczy.

"no love to forever last"

Stała na skale, słyszała szum morza. Widziała przed sobą Sleepwalkera i Hope. Lekko się uśmiechnęła.

- Jessica! To ja! Ocknij się! Jessie! Walcz z tym! - krzyczała Trance.

- Na darmo. Ona cię nie słyszy. A może chcesz aby spełniła twoja marzenie? Tak? - Spytał Thanatos.

Czarnowłosa uśmiechnęła się. Uniosła rękę ponad głowę. Ciało Hope zaświeciło i wkrótce dziewczyna została przeniesiona w zupełnie inne miejsce. Znalazła się w jakimś zaciemnionym pokoju. Słyszała czyjeś głosy, jakieś jęki. Podeszła bliżej i zauważyła łóżko pokryte miękką pościelą i osłonięte różowym baldachimem. Leżały w nim dwie dziewczyny, jedna z nich była identyczna jak Hope a druga do złudzenia przypominała Jessicę. Obie nie miały na sobie ubrań, obejmowały się, całowały się i dotykały wzajemnie. Trance znieruchomiała. Czuła na własnym ciele każdy pocałunek i dotknięcie czarnowłosej kochanki. Poczuła się szczęśliwa.

- To jest twoje prawdziwe pragnienie. Chcesz mieć jej ciało tylko dla siebie. Po to tutaj przyjechałaś. Spełniłem twoje pragnienie. Dotknij ich a zajmiesz miejsce twojego sobowtóra. Będziesz mogła spędzić resztę życia w świecie niekończącej się przyjemności. - Mówiąc te słowa Sleepwalker zniknął.

Hope upadła na kolana. Coraz intensywniej czuła kontakt ze swą przyjaciółką. Wyciągnęła rękę w jej stronę. Chciała sama dotknąć jej skóry. W jej oczach pojawiły się łzy.

- Nie. To co mi pokazałeś nie jest prawdziwe. Nigdy nie myślałam o Jessice w ten sposób. Nigdy nie była dla mnie przedmiotem tak jak ty chcesz to przedstawiać. A poza tym to nie jest Jessica. To fantom stworzony z głębi podświadomości wykrzywiony przez Ciebie potworze. Moje prawdziwe pragnienie...- Wyszeptała Hope a łóżko z kochankami rozpłynęło się w nicości.

- Być teraz z Jessicą, prawdziwą Jessicą.

Hope znów znalazła się na skale sterczącej w morzu. Czarne chmury na chwilę ustąpiły ukazując wielki niebieski księżyc. Dziewczyna zauważyła Jessikę stojącą samotnie nad przepaścią. Zobaczyła jej twarz w świetle księżyca wyrażającą spokój i smutek. Podeszła blisko koleżanki.

- Jessie. Przyszłam Cię stąd zabrać. Wszyscy czekają na zewnątrz. Tęsknią za Tobą. Podaj mi rękę.

- Hope... nie pomyślałaś o tym, że może ja nie chcę wracać? Kiedy wrócę znów zostanę zraniona. Dobrze mi tutaj, tu jest tak spokojnie. - Jessica powiedziała uśmiechając się lekko.

Thanatos pojawił się przed grupą mutantów. Spojrzał na nich z pogardą.

- Przybyłem spełnić teraz wasze prawdziwe pragnienia. Przygotujcie się. Będziecie mi za to wdzięczni, zobaczycie.

Match i WolfCub byli gotowi do walki z przeciwnikiem. Sarah objęła Megan starając się ją ochronić. W tym samym momencie każdy z młodych mutantów został przeniesiony do pokoju hotelowego pozbawionego okien i drzwi. Nicholas znalazł się w lesie w którym drzewa wykonane były z tektury a zielony dywan imitował trawę. Wokół chłopaka pojawiło się kilku ludzi przebranych w uszyte z różnych materiałów kostiumy przedstawiające wilku. Zaczęli tańczyć wokół niego wyjąc do papierowego księżyca. Megan biegała po styropianowych ruinach zupełnie naga a jej skrzydła posypywały wszystko złocistym pyłem. Na jednej z wież w kształcie wysokiego walca czekał na nią Mark. Chłopak rozłożył ręce a Pixie podbiegła do niego z uśmiechem i razem z nim zniknęła w czeluści fallicznej budowli. Match unosił się zanurzony w szklanym akwarium. Ze zdziwieniem stwierdził, że może swobodnie oddychać pomimo tego, że przebywał w wodzie a ponadto jego płomień zdawał się znikać. W tym samym momencie przed akwarium pojawiła się Sarah. Dziewczyna zaczęła się powoli rozbierać uśmiechając się do swego kolegi.

Czarny Blackbird pędził w stronę opuszczonego miasta. Na jego pokładzie byli wszyscy Astonishing X-Men, gotowi do konfrontacji z tym co na nich czekało. Czarna poświata otaczająca miasto dosięgła również ich. Mrok zalał całą kabinę dostając się do wnętrza umysłu każdego z mutantów.

- Tyle śmierci na Twoich rękach... a pomimo to pozwoliłeś odejść tym które kochałeś... - Logan usłyszał w swoich myślach głos Sleepwalkera.

- Zobacz swoje prawdziwe pragnienie. Wszyscy zobaczcie. - dodał głos.

- Mariko! Silver Fox! - Wolverine zaczął krzyczeć. Wysunął pazury.

- Logan wpadł w szał! - poinformowała Emma.

- Henry! Przytrzymaj go! Henry! - Cyclops chciał wydawać rozkazy.

- Henry? - spytał zdziwiony.

Dr McCoy siedział skulony na fotelu nie mogąc się ruszyć.

- Co tu się dzieje !

- Spotkajcie się ze swoimi demonami! - wszędzie słychać było śmiech Thanatosa. Każdy z mutantów pogrążył się we własnym szaleństwie. Colossus przeżywał po raz kolejny śmierć rodziców, siostry Illyany, próbę poświęcenia się dla innych gdy wstrzyknął sobie lek na wirus spuścizny, ogromny smutek jaki czuł gdy zdradzał X-Men dla Magneto i gdy do nich powracał po upadku Avalon. Kitty Pryde znów widziała ojca ginącego w Genoshy wraz z tysiącami innych mutantów z Hammer Bay. Wolverine walczył z Sabretoothem i Tsurayabą przy ciałach Silver Fox i Mariko. Cyclops przeżywał śmierć Jean po tysiąckroć, oddanie swego syna Askani, znów czuł mrok jakim napełnił go Apocalyspe. Na Emmę spoglądali martwi członkowie Helions, Generation X i inni których zawiodła. Samolot został całkowicie pochłonięty przez falę mroku.

I don't really want to be like them

The way they behave,

The way that they live

I don't really need someone

No people like that,

But someone in a world with warmth and respect

A world without the feeling

Hope i Jessica stały na przeciwko siebie w świecie iluzji.

- O czym ty mówisz Jessica? Tutaj nigdy nie będziesz szczęśliwa. Tu jest ciemno i ponuro. Twoja dusza nie jest taka, musisz sobie przypomnieć prawdziwą siebie. - Hope próbowała ją przekonać do powrotu.

- Co ty możesz wiedzieć o mojej duszy? Nie rozumiesz tego, ja wtedy chciałam zniknąć. Chciałam się zabić, zraniłam siebie, żeby zniknąć z tego świata. Jestem tak samo mroczna i ponura jak to miejsce. To wnętrze mojego serca. Nic nie może go już zmienić. Zamknęłam je dla świata. - odparła Preview.

Hope zaczęła płakać.

- Jeśli naprawdę tak uważasz to w porządku, zostań tutaj... Ale tamtej nocy, gdy siedziałaś w łazience z żyletką jakie było Twoja prawdziwe pragnienie?

Jessica opuściła głowę. Zastanowiła się.

- Przypomnij sobie... czy to co pokazał nam Sleepwalker było prawdą?

- Tak...

- Oznacza to, że nie chciałaś umrzeć. W ostatniej chwili zrezygnowałaś ze śmierci, to on Cię zranił, to on przeciął Ci nadgarstki. Ty tego nie pragnęłaś, prawda?

Czarnowłosa zacisnęła pięści. W jej oczach zalśniły łzy. Hope odwróciła się w kierunku nieba. Patrzyła na chmury i wyglądające spoza nich gwiazdy.

- Pamiętasz jak rozmawiałyśmy w Sali Ćwiczeń o nocnym niebie? Powiedziałaś mi wtedy, że iluzję od rzeczywistości można odróżnić po gwiazdach. Wiedziałaś, że te stworzone w Danger Roomie są fałszywe... I wiesz co? To miejsce też nie jest prawdziwe, jest iluzją... Popatrz na gwiazdy... widzisz... są sztuczne. Nie mogą być odbiciem twego serca.

Jessica zaczęła płakać.

- Nawet jeśli wrócę... znów będę zraniona. Znów będę cierpieć. Wszystko zacznie się od nowa.

- Wiesz... dlaczego mama dała mi na imię Hope? Twierdziła, że dzięki niemu nigdy się nie załamię. Że nawet gdyby wszystko wokół mnie się zawaliło to zawsze będę miała nadzieję... Zawsze będę o niej pamiętać. Teraz chcę abyś ty także w to uwierzyła. Podaj mi rękę.

Jessica wyciągnęła dłoń. Dotknęła skóry przyjaciółki. Jej umysł zapełnił się głosami.

"Jessie stała się dla mnie kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Czuję to gdy jestem przy niej, mogłabym patrzeć na nią godzinami, jej twarz wydaje mi się taka ładna. Chcę być przy niej, pomagać jej we wszystkim...

Powinnam wiedzieć, że jej złość przekształci się kiedyś w tęsknotę za siostrą. Ale byłam wtedy dzieckiem, tak jak i ona... A teraz nie wiem nawet czy zdołam naprawić ten błąd.

Ona nigdy tego nie okazywała, ale pewnie nieraz ją to bolało... może to jeden z powodów jej ucieczki z tamtym gościem...

- Jeszcze masz szansę wszystko odkręcić. Musicie ją odnaleźć.

- Tak... ale czy ona będzie chciała ze mną rozmawiać?

- Cóż, sam musisz się tego dowiedzieć.

- Chyba pójdę już spać. Muszę mieć siły, aby rozszarpać tego kretyna który porwał Jessie."

Jessica otworzyła oczy. Czuła jak mocno ścisnęła dłoń przyjaciółki.

- Życzenie tamtej nocy... moje prawdziwe życzenie... żyć i być przez kogoś zaakceptowaną i kochaną... - odparła Preview a z jej oczu spłynął strumień łez.

- Już się to spełniło - odparła Hope i objęła koleżankę ramionami. Pocałowała ją w usta. Jessica przytuliła ją mocno.

"żyć i być przez kogoś zaakceptowaną i kochaną... "

Sleepwalker usłyszał to życzenie. Poczuł ogromny fizyczny i psychiczny ból. Krzyknął plując krwią, po czym upadł na kolana.

- Nie... to nie jest prawda... ktoś mami Cię iluzjami.

Pokoje hotelowe w których wiezieni byli mutanci rozpłynęły się w nicość a Paragons znów znaleźli się w prawdziwym świecie.

- Teraz mamy szansę! - zawołał Ben. Nicholas skoczył na mężczyznę i rozorał mu twarz pazurami. Ben przypalił go swym płomieniem. Thanatos uciekł pod mroczny hotel. Trzymając się za twarz macał drzwi, szukając klamki. W tym samym momencie Jessica i Hope przestały się całować. Preview zamknęła oczy. Chmury zniknęły z nieba odsłaniając zniewalający błękit i Słońce. Morze się uspokoiło, zaiskrzyło od światła słonecznego a naga skała, na której stały dziewczyny, pokryła się zieloną trawą i kwiatami. Wiatr stał się ciepły i przyjemny.

- Ale tu pięknie Jessica - oznajmiła Hope.

- Ale musimy już wracać. - dodała.

- Zaczekaj... jeśli naprawdę mogę zmieniać rzeczywistość to pozbędę się tej cholernej sukienki. - powiedziała Jessica. Czarna suknia zniknęła z jej ciała, przekształcając się w zielono-czerwony strój Paragons, podobny do tego jaki miała na sobie Hope.

- Bo w końcu jesteśmy grupą. - oznajmiła.

- Idziemy?

- Idziemy.

Dziewczyny opuściły iluzoryczny świat.

- Nie poddam się - szeptał Thanatos. Hotel o tysiącu drzwiach zaczął się trząść a jego mury pękać. Po kilku sekundach wybuchł rozpadając się na tysiące kawałków. Deszcz drobin kamiennych i drewnianych skąpał Sleepwalkera targając jego strój, włosy i pelerynę, raniąc jego ciało. Mężczyzna upadł na rumowisko. Próbował się podnieść. Z tumanów kurzu wybiegła Trance. Podeszła do Bena i przytuliła się do niego.

- Hope, jesteś cała. Co z Jessiką? - zapytał chłopak.

- Sam zobacz.

Kiedy kurz po zawaleniu się hotelu opadł, oczom wszystkich ukazała się Preview. Wraz z jej pojawieniem się ciemności opuściły miasteczko a czerń uwolniła Blackbirda X-Men. Samolot szukał miejsca do wylądowania. Rany na ciele Megan i Marka zagoiły się. Jessica podeszła do leżącego w kupie gruzu Sleepwalkera. Wyciągnęła do niego rękę.

- Chcesz zobaczyć światło?

- Nie... nigdy... ja wrócę, gdy odzyskam siły a ty pogrążysz się w depresji. Będę czekał na odpowiedni moment aby Cię zabrać. Zobaczymy się jeszcze... będę istniał póki ty żyjesz i posiadasz swą moc.

- Tak... to prawda. Mogę mieć zatem tylko jedno życzenie... aby świat zmienił się w taki sposób, że nie będę miała swej mocy... chcę zostać tym czym dawniej... słabą mutantką posiadającą zdolności mentalne...

- Nie! Jeśli to zrobisz znów będziesz cierpieć, znów się załamiesz...

- Być może... ale mam teraz moją Hope... moją nadzieję.

- Nie! - wrzeszczał mężczyzna. Gdy Preview zamknęła oczy, Sleepwalker zaczął znikać, jego ciało zostało rozerwane na strzępy. Jessica wyczerpana z sił upadła na pustynny piasek. Cała okolica została zalana jaskrawym światłem. Kiedy wszyscy mogli juz swobodnie patrzeć, natychmiast pobiegli do leżącej na trawie dziewczyny. Pierwsza znalazła się przy niej Hope. Położyła jej głowę na swoich kolanach.

- Jessie! Jessie! Słyszysz mnie? - pytała.

Preview otworzyła oczy. Raziło ją światło.

- Hope... wszyscy... jak dobrze was zobaczyć... Megan, rozłóż skrzydła... razi mnie..

W oddali wylądował Blackbird i wysiedli z niego X-Men. Sarah stała w oddali, jakby obawiając się podejścia do będącej już w pełnym składzie grupy Paragons. Jessica spojrzała na nią.

- Sarah... chodź tutaj... nie stój na uboczu. - powiedziała. Dziewczyna słysząc to szybko podeszła do pozostałych. Usiadła obok Jessiki. Wkrótce znaleźli się przy niej X-Men.

Minęło kilka dni. Dla Preview były one bardzo męczące bo musiała opowiadać Emmie i Shan o tym co się jej przydarzyło i przechodzić dziesiątki testów w laboratorium Dr McCoya. Przez te dni wiele myślała o sobie, Hope i o tym co do niej czuła dziewczyna. Myślała także o swojej matce. W końcu postanowiła na parę tygodni opuścić instytut i pojechać w rodzinne strony rozliczyć się ze swojej przeszłości a także pomyśleć w samotności o przyszłości, szczególnie tej związanej z Hope. Stała przy bramie instytutu przy samochodzie, który "odziedziczyła" po Sleepwalkerze. Miała na sobie swoje czarne spodnie i koszulkę. Patrzyła na chmury przesuwające się po niebie. Wszyscy z Paragons wraz z Shan i Sarah przyszli aby się z nią pożegnać.

- Jessica, naprawdę musisz jechać. Dopiero co cię nie było... - powiedział Mark.

- Chcę pomyśleć o wszystkim na spokojnie.

- Mam nadzieję, że szybko wrócisz - oznajmiła Megan.

- Spróbuję najszybciej jak tylko będę mogła. Dziękuję wam wszystkim za to co dla mnie ostatnio zrobiliście.

- Mówiłaś to już tyle razy, nie powtarzaj się. - odparł Ben.

-A może ty masz coś do powiedzenia, Nick? - dodał.

- Tak, przepraszam Jessica... za parę ostatnich miesięcy. - rzekł WolfCub.

- Przyjęte. - odpowiedziała Preview i się lekko uśmiechnęła. Podeszła do Sarah. Przytuliła ją.

- Mamy sobie jeszcze tyle do powiedzenia... - szepnęła Network.

- Muszę wyjechać. Ale przecież ja nie umieram... za kilka tygodni znów tu będę i wtedy będziemy miały czas dla siebie.

- Jesteś pewna że chcesz jechać sama? Ja też chętnie zobaczyłabym się z mamą...

- Sorki... chcę być przez jakiś czas sama. Muszę wiele przemyśleć. Ale razem też się kiedyś wybierzemy. Obiecuję.

- Ok.

Dziewczyny po raz kolejny się przytuliły.

- Pójdę już, bo się jeszcze popłaczę - Sarah odeszła od siostry.

- Chodźmy już. Zostawmy je same - powiedziała do Paragons.

- Uważaj na siebie i pamiętaj że zawsze możesz do nas zadzwonić. - oznajmiła Shan zabierając swoją grupę. Hope i Jessica zostały same. Przez chwilę patrzyły się na siebie bez słowa.

- Ech... Jessie... znów uciekasz. Nie pamiętasz, że obiecałaś mi pokazać prawdziwe gwiazdy? - Hope odezwała się pierwsza.

- Jeśli obiecałam, a to oznacza, że zobaczymy je razem. Na razie muszę wyjechać. Wrócę do Ciebie, obiecuję.

- A co z moimi... uczuciami... czy zaakceptujesz...

- Głównie dlatego chcę wyjechać. Muszę to wszystko przemyśleć i dać Ci odpowiedź. - oznajmiła Jessica unikając jednoznacznej odpowiedzi.

- Będę czekała. - odparła Hope zadowolona. Podeszła do przyjaciółki. Dotknęła jej ramion i Pocałowała ją w policzek.

- Szerokiej drogi.

Jessie wsiadła do samochodu i ruszyła przed siebie.

Epilog 1

I'll tell you what I've done

I'll tell you what I'll do

Been driving all night just to get close to you

Hope wstała tamtego dnia bardzo wcześnie. Za oknem panował jeszcze półmrok a poranne ptaki dopiero zaczynały swój koncert. Dziewczyna usiadła na łóżku. Ze smutkiem patrzyła na puste łóżko współlokatorki. Podeszła do biurka. Stały na nim oprawione w ramki trzy zdjęcia: Jessica z Michelle, Jessica z Hope i grupa Paragons z rodziną Joe'a. Trance uśmiechnęła się sama do siebie. W tym samym momencie usłyszała pukanie do okna. Podbiegła do niego, otworzyła je szeroko i wyjrzała na zewnątrz. Poranne powietrze orzeźwiło ją. Pod jej oknem stała Jessica. Uśmiechała się do niej.

- Zaprosisz mnie do środka? - zapytała.

- Ach... zaskoczyłaś mnie, nie wiedziałam co powiedzieć. Kurcze, już przyjechałaś... nie spodziewałam się. Wejdziesz tędy?

- Pewnie, tutaj są niskie partery.

Jessie weszła przez okno do pokoju. Hope pomogła jej. Czarnowłosa dotknęła jej dłoni.

- Ubieraj się i pakuj walizkę. - rozkazała.

- Co takiego? - Hope była zdziwiona.

- Zabieram Cię na wyprawę. W końcu obiecałam Ci pokazać prawdziwe gwiazdy.

- Tak nagle... nie przygotowałam się na to. A co powie Emma Frost?

- Dzwoniłam do Shan. Wszystko jej wyjaśni. Mamy jej pozwolenie.

Hope poszła do łazienki się ubrać. Jessica znalazła jej plecak i pomogła spakować rzeczy.

- Jessie? Myślałaś o mnie... coś postanowiłaś ?

- Na razie o tym nie myśl. Jedziemy na wycieczkę, wszystko wyjaśni się w drodze.

- Za chwilę będę gotowa. - Hope krzyknęła radośnie.

Sleeping in my car - I will possess you

Sleeping in my car - certainly bless you

Laying in the back seat of my car making up.

Hope i Jessica wybiegły z akademika. Obie dziewczyny zabrały ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Czarnowłosa otworzyła koleżance drzwi od samochodu prosząc ją do środka. Kiedy obie siedziały już w środku, Jessica włączyła radio.

- Hope... będę dla Ciebie tym czym była dla mnie Michelle. Rozmawiałam o tobie z mamą, chciała się z tobą spotkać.

- Chętnie ją poznam, jedziemy?

- Oczywiście.

Dziewczyny wyruszyły w swoją własną podróż.

Sleeping in my car - I will undress you

Sleeping in my car - I will caress you

Staying in the back seat of my car making love, oh yea!

KONIEC