Rozdział 6

Sakiko dotarła do murów otaczających Margouth, największego miasta w krainach i zarazem ich stolicy w której był zbudowany Złoty Pałac, symbol obecnych władców całego kontynentu. Droga prowadząca do bram wiła się pomiędzy pagórkami porośniętymi przez lasy i zielone łąki. Wokół stojących wzdłuż niej domów toczyło się życie, kobiety przynosiły wodę ze studni a mężczyźni wyprowadzali na łąki stada krów i gęsi. Do miasta podążały wozy z dalekich okolic wypełnione towarami, które wkrótce miały zostać sprzedane na największym placu targowym w okolicy. Dziewczyna nie zamierzała dostawać się za mury, ponieważ domyślała się, że cmentarz, jedyny cel jej wędrówki, znajdował się poza centralną częścią miasta. Okazało się, że jej przypuszczenia były prawdziwe. Mateusz, doradca władcy snów, powrócił ze zwiadu i szybował wokół jej głowy. Kiedy Sakiko wyciągnęła dłoń, ptak na niej usiadł.

- Znalazłeś nasz cmentarz, Mateuszu? - spytała dziewczyna.

- Tak, jest zaraz za tym wzgórzem. Przylega do murów miasta. Jest również ogrodzony, ale nie ma żadnego problemu z dostaniem się do środka, bo nie ma zamkniętej bramy.

- Dobra robota. Jedziemy tam.

- A nie chcesz odpocząć? W tym mieście jest tyle ciekawych rzeczy. Popatrz na te wieże górujące nad wszystkim... - zaproponował kruk.

- Nie, Mateuszu. Pozostali liczą na nas i nie możemy ich zawieść.

- Wiem, wiem... ale jak to wszystko się skończy to powinniśmy bardziej się tam rozejrzeć.

- Jeśli to wszystko się skończy, to mam nadzieję że wreszcie będę mogła wrócić do własnego świata. - odparła dziewczyna.

Kiedy znalazła się po drugiej stronie wzniesienia, zauważyła cmentarz spowity mlecznobiałą mgłą ukryty za rozpadającymi się ze starości murami. Zeszła z konia i nawiązawszy z nim więź telepatyczną poprosiła zwierzę o pozostanie w określonym przez nią miejscu. Resztę drogi chciała przebyć na własnych nogach. Czarny kruk latał nad wystającymi z mgły grobami z których większość zakończona była kamienną rzeźbą o dziwnym, owalnym kształcie, dokładnie taką samą jakich we wszystkich krainach kontynentu można było spotkać na wielu mniej lub bardziej uczęszczanych drogach. Dziewczyna wkrótce zniknęła za kamiennym ogrodzeniem, jednocześnie wyjmując spod ubrania berło, które znalazła w podziemiach wieży maga o imieniu Zibo. Miała nadzieję, że przedmiot skontaktuje się z nią po raz kolejny, przekaże jej jakąś wskazówkę, podpowiedź co do miejsca w którym miałaby poszukiwać grobu jego właściciela. Pomimo swoich niezwykłych wyostrzonych zmysłów, nie domyśliła się, że była z oddali obserwowana. Na pobliskim wzgórzu stały dwie osoby, brodaty mężczyzna i jego towarzyszka o czarnych włosach i fiołkowych oczach. Oboje byli w dość znacznej odległości od młodej wampirzycy, ale ich wzrok wskazywał na to, że mogli dokładnie widzieć każdy jej ruch w jakiś dziwny, nadnaturalny sposób.

- Ona już tutaj dotarła. Całe szczęście, że zdążyliśmy. - powiedziała dziewczyna.

- Nie mogło się stać inaczej. Jak mogłaś wątpić w moje skrzydła, które noszą cię pomiędzy światami?

- Nigdy nie wątpiłam. Ale od początku naszej wyprawy dzieją się zdarzenia dla nas niespodziewane.

- Musisz się teraz skupić. Kiedy ta kobieta odnajdzie przygotowane przez nas miejsce i nasz homunkulus powstanie ze swego sztucznego grobu, musisz powiedzieć jego ustami słowa przepowiedni, które usłyszałaś po raz pierwszy w naszym złotym globie. Nie możesz pomylić się przy żadnym z atrybutów Nieskończonych ani przy żadnym ze światów. Inaczej oni znów zagubią się w rzeczywistości i trafią do zupełnie nieinteresującego nas świata. Pamiętaj, że ich ścieżka musi być dokładnie taka sama jak droga jaką pokonuje Przebudzenie w drodze do Ogrodu Przeznaczenia. Jeśli ścieżka chociaż, na chwilę się rozwidli nie zdążymy na czas.

- Bez obaw. Te słowa śnią mi się każdej nocy i brzmią w mojej głowie zawsze wtedy, gdy me myśli nie są zajęte czymś innym.

W tym samym czasie Sakiko kroczyła wśród nagrobnych kamieni wyrastających po obu stronach cmentarnej alei zasypanej liśćmi opadłymi z wysokich drzew rosnących gdzieniegdzie na terenie nekropolii. Groteskowe gargulce strzegące spokoju niektórych grobów patrzyły na dziewczynę swym napawającym strachem niewidzącym spojrzeniem. Wampirzyca trzymała w ręce berło z nadzieją, że będzie mogła doświadczyć nowej wizji, ale przedmiot cały czas milczał. W pewnym momencie Sakiko zauważyła stojący nieopodal grobowiec, inny niż pozostałe, zbudowany z jasnego kamienia, nie zdobionego tak bogato jak inne sarkofagi w jego najbliższym sąsiedztwie. Berło zdawało się zwiększać swą temperaturę, zupełnie tak jakby chciało przekazać w ten sposób jakąś ważną informację. Kiedy dziewczyna zwróciła je w kierunku grobowca, zrobiło się jeszcze cieplejsze. Ptak obserwujący swą towarzyszkę z gałęzi jednego z największych drzew w okolicy, wzniósł się w powietrze, aby chwilę później znaleźć się na jej ramieniu.

- Co się stało? Nie ruszasz się chyba z dwie minuty.

- To tutaj Mateuszu. - odparła Sakiko.

- Skąd to wiesz? Ja niczego nie zauważyłem.

- Kiedy mijałam ten grobowiec berło zaczęło reagować. Obudziło się ze swego uśpienia. Zrobiło się ciepłe a jego powierzchnia odkształca się rytmicznie zupełnie tak jakby oddychało. - Wampirzyca przyłożyła magiczny przedmiot do ucha a później pokazała go swemu towarzyszowi.

- Posłuchaj bicia jego wewnętrznego serca.

- To jest przerażające. - odparł Mateusz.

- Jak dla mnie to piękne. Przedmiot ożył w chwili gdy zbliżył się do grobu swego nieżyjącego właściciela. Czy nie jest to więź trwająca poza czasem i przestrzenią?

- Dla mnie to dziwaczne i przerażające. Żeby berło oddychało? Powinienem być już przyzwyczajony do wszystkich dziwactw po latach życia w krainie mojego szefa, ale czasami przekraczają one wszelkie granice. Jak dla mnie to za dużo.

- Poczekaj. Nie wiemy jeszcze co się stanie, gdy wejdziemy do tego grobowca.

- Nie mam zamiaru się przekonywać. A właściwie to domyślam się i nie mam zamiaru tego oglądać. Rozumiesz? Dalej idziesz sama. A ja... ja będę pilnował okolicy. Będę patrzył czy nie zbliża się ktoś podejrzany. Musisz mieć jakiegoś ochroniarza, prawda?

- Dobrze. Zostań tutaj jeśli się boisz. Ja idę. - Dziewczyna powiedziała stanowczo i ruszyła w stronę otwartych wrót prowadzących do wnętrza krypty. Drzwi zatrzasnęły się chwilę po tym jak znalazła się w środku a berło zaczęło wibrować, nagrzewać się znacznie szybciej niż przedtem i na dodatek świecić dziwnym blaskiem. Wnętrze rozświetlone jego blaskiem odkryło przed oczami dziewczyny ściany pokryte warstwami kurzu i pajęczyn oraz stojący na centralnym miejscu katafalk z kamienną trumną. Jej wieko rozwarło się z nieprzyjemnym zgrzytem a z jego wnętrza wydobyła się chmura popiołów. Prochy unosiły się niesione magicznym wiatrem a chwilę później okrążyły dziewczynę niczym tornado. Gorąco magicznego przedmiotu było już nie do zniesienia, nawet dla osoby o zwiększonej sile fizycznej. Sakiko rzuciła je przed siebie, prosto w środek formującej się przed nią chmury. W tym samym momencie z prochów uformowała się ręka, która natychmiast złapała magiczny przedmiot. Berło zajaśniało blaskiem, przed którym dziewczyna musiała zasłonić oczy a chmura pyłu przybrała kształt sylwetki ludzkiej. Przedmiot przekazywał zgromadzoną w sobie energię szczątkom ludzkim, sprawiając, że stawały się z każdą mijającą sekundą przemiany coraz bardziej materialne. Przed oczami wampirzycy uformowały się kości, tkanki miękkie, organy wewnętrzne a później mięśnie, skóra i w końcu białe szaty. Berło spełniło swoją rolę, powinność do której zostało stworzone. Poświęciło swe nienaturalne życie, aby dać swemu dawnego właścicielowi i stwórcy drugą szansę na ziemską egzystencję. Zrobiło się czarne i zimne a chwilę później zamieniło w chmurę pyłu, dokładnie taką samą z jakiej powstał wskrzeszony przez nie człowiek. Przed Sakiko stał mężczyzna w jasnych szatach, o długiej, białej brodzie i łysej głowie. Patrzył na nią niebieskimi oczami. Wampirzyca zaskoczona wydarzeniami ostatnich chwil, nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa.

- Kim jesteś? Czemu sprowadziłaś mnie z powrotem? - spytał starzec.

- Ja... odnalazłam w wieży maga Zibo coś co kiedyś należało do ciebie. - odparła dziewczyna niepewnym głosem. Zdarzenie bardzo ją zdziwiło, ale postanowiła zachowywać się tak, jakby doskonale wiedziała co się wokół niej działo.

- Ach tak... teraz pamięć do mnie wraca... - powiedział siwy mężczyzna.

- Pamiętam dzień w którym stworzyłem naczynie chroniące kopię mojej świadomości, aby wskrzesiło moje ciało gdy nadejdzie odpowiedni czas... wiesz, nie przypuszczałem, że to zadziała! - kontynuował.

- Dlaczego jeszcze tutaj siedzę? Zbyt długo leżałem na zimnym kamieniu! - powiedział patrząc na znajdujące się za nim katakumby. Ruszył w stronę wyjścia, ignorując dziewczynę.

- Hej! Zaczekaj! - Sakiko krzyknęła zatrzymując czarnoksiężnika.

- Czego ode mnie chcesz? Znudziło mi się siedzenie w tych cuchnących podziemiach! - brodacz odparł bardzo zdenerwowany.

- Przed chwilą przywróciłam cię do życia! Czy możesz mnie chociaż wysłuchać?

- Do życia przywróciło mnie moje berło, które sam zaprojektowałem na okazję własnej śmierci z rąk jednego z moich straszliwych wrogów. Ty tylko je tutaj przyniosłaś! Patrząc na ciebie zgaduję, że nie odstąpisz mnie na krok jeśli cię nie wysłucham, więc dobrze... mów co masz do powiedzenia i wynoś się stąd jak najszybciej!

- Ja... przyniosłam do ciebie berło, bo potrzebuję pomocy... ja nie pochodzę z tego świata... dostałam się tu przez przypadek... wraz z innymi podobnymi do mnie podróżnikami...

- To zaczyna być ciekawe. Tylko nie wiem co ja mogę mieć z tym wspólnego.

- Sama nie rozumiem co się tutaj dzieje, mogę tylko ci opowiedzieć co mi się przytrafiło odkąd spotkałam się z pewną czarownicą...

- No pięknie... jeszcze tego brakowało, żeby baba zajmowała się czarami!

- Możesz mi nie przerywać? Kiedy spotkałam się z czarownicą i weszłam do piwnicy jej domu, moje życie stanęło na głowie. Spotkałam kogoś, kto mówił o sobie, że jest Władcą Snów, jednym z rodziny Nieskończonych... podobno cała rzeczywistość jest zagrożona, bo istota nazywana Przebudzeniem, chce ją zniszczyć i zbudować na nowo wedle własnego uznania. Razem z Morfeuszem, ja i inni podobni do mnie, wyruszyliśmy aby stawić czoła tej istocie, ale jej czary sprawiły, że zamiast w sercu Śnienia, znaleźliśmy się w jakiejś nieznanej krainie, pozbawieni możliwość ucieczki.

- To co mówisz nie ma dla mnie większego sensu. Ale ja przed chwilą powstałem z chmury prochów, co może mieć w tym świecie jakikolwiek sens? - starzec machnął ręką z zamiarem wyjścia z krypty.

- Morfeusz, Władca Snów wysłał mnie na poszukiwanie kogoś kto zna sposób opuszczenia tego świata. Powiedział mi, że jeśli będę szukała dostatecznie długo, jakiś znak wskaże mi drogę do kogoś takiego. Berło w wieży maga dało mi znak i przyprowadziło do ciebie, dokładnie tak jak powiedział Król Snów.

- Jak on się nazywał? Możesz mi powtórzyć? - siwy dziad przybliżył się do dziewczyny nasłuchując jej słowa.

- Morfeusz, Władca Snów, Jeden z Rodziny Nieskończonych. Tak o sobie mówił...

W tym samym momencie oczy starca zaświeciły na niebiesko a jego ręce zaczęły drżeć. Na jego czole ukazała się tablica lśniąca oślepiającym blaskiem. Czarnoksiężnik chwycił dłonie dziewczyny zmuszając ją, aby przysunęła się do niego bliżej. Sakiko próbowała użyć swej zwiększonej siły, aby się oswobodzić. Na próżno, gdyż uścisk siwego mężczyzny był jak siła stalowego imadła.

- Ktoś lub coś chce przekazać ci wiadomość dziewczyno! Ktoś lub coś ma wiadomość dla tego, który zebrał was w jedną drużynę! Patrz w moje oczy i słuchaj wiadomości! - Wampirzyca zrobiła to co jej kazał. Nie miała wyboru, bo mag nie pozwolił jej odsunąć wzroku chociażby na milimetr. Silny głos mężczyzny brzmiał w jej głowie a jednocześnie napływały do niej niecodzienne wizje.

- Zabierz tą kartę i przekaż ją temu, który was zgromadził. Tylko pamiętaj o tym, aby nie mówić mu skąd ją dostałaś. On nie może poznać prawdy, bo Przebudzenie dowie się, gdzie się znajdujecie i znów wyślę was w jakąś zupełnie inną rzeczywistość, być może znacznie straszniejszą niż ta w której teraz jesteście. Pamiętaj, zabierz tą kartę i przekaż ją Morfeuszowi!

Sakiko zamknęła oczy, ale pomimo tego widziała niebieskie światło jakim jaśniała karta przyklejona do głowy starszego człowieka. Blask był silniejszy niż powieki dziewczyny, dostawał się wprost do jej mózgu zalewając go scenami, wizjami światów i czasów o których dziewczyna nie śniła w najbardziej fantastycznych snach jakie miewała od czasu swej przemiany. Widziała miasta w ogniu wojny, z setkami ludzi idącymi wzdłuż zniszczonych dróg z całym dobytkiem swojego życia, patrzącymi ze strachem na ogromne maszyny latające, zwiastujące ogień spadający z nieba. Patrzyła na krainę pogrążoną w śnieżnych zamieciach, zamarznięty zamek będący jedyną ostoją przed zabójczym mrozem oraz potężną katedrę, wznoszącą się pod niebo, tak wielką, że mogłaby pomieścić w swoim wnętrzu całe miasto, rozbrzmiewającą śpiewem zakapturzonych mężczyzn. Miała przed oczami wielką metropolię, pełną sztucznego światła neonów, drapaczy chmur i dziesiątek metalowych robotów latających dookoła niczym roje owadów wokół latarni ciemną nocą a także floty śnieżnobiałych statków międzyplanetarnych, większych niż miasta, unoszących się na niskiej orbicie jakiejś obcej planety. Była biernym widzem osobliwego filmu ukazującego lasy pełne ogromnych drzew, pustynie zamieszkałe przez potwory większe od gór, psychodelicznie kolorowe miejsca zarośnięte przez łąki dziwacznie wyglądających grzybów i sterylne korytarze oświetlane przez trupio blade światła emanujące z kul lewitujących nad podłogą.

- Co to było? - dziewczyna krzyknęła przerażona. Odrzuciła od siebie starca odsuwając się do niego w kierunku wyjścia.

- Skąd ja mam wiedzieć? Przed chwilą byłem martwy! - dziad wrzasnął otwierając szeroko drzwi do krypty. Bardzo szybko wybiegł na zewnątrz a po chwili zniknął za jednym z rozpadających się nagrobków.

- Nie pytaj o nic więcej i wracaj do swojej drużyny! Daj Panu Śniących Zastępów to co dostałaś ode mnie i nie próbuj za mną chodzić! Zrozumiałaś? - krzyczał znikając we mgle wciąż osiadającej nad cmentarzem. Kiedy Sakiko wyszła z grobowca, natychmiast dołączył do niej kruk. Ptak widział uciekającego mężczyznę w białych szatach i był bardzo zaciekawiony kim on był.

- Kto to? - spytał dziewczynę.

- Ten, którego szukaliśmy. Berło przywróciło go do życia i okazało się, że miał mi do przekazania bardzo ważną wiadomość dla Morfeusza. Strasznie to wszystko dziwne, prawda?

- Tak... dziwne i podejrzane. Ale nie przejmuj się tym tak bardzo. Przebywając dłużej w towarzystwie mojego pana w końcu zaczniesz rozumieć logikę snów. Co ci powiedział ten dziadyga?

- Muszę coś dać Morfeuszowi. Kartę, którą dostałam od starca.

- Po co? Co jest na tej karcie?

- Nie mam pojęcia. Ten starzec powiedział mi, że muszę ją przekazać Morfeuszowi, jeśli chcę wydostać się z tego miejsca. Najciekawsze jest to, że on wydawał się być jeszcze bardziej zdezorientowany i zdziwiony tym co się z nim działo niż ja sama. To naprawdę staje się dziwne i zaczyna mnie coraz bardziej przerażać.

- Kto wie, może Morfeusz kiedyś umieścił we śnie tego człowieka kartę o której mówisz na wypadek gdyby przytrafiło mu się coś takiego jak teraz? Może to wszystko co się do tej pory działo to jego misternie utkany plan pokonania Przebudzenia?

- Może tak jest i chciałabym abyś miał rację. Na razie nie mamy innej możliwości wydostania się stąd więc musimy zaryzykować. Nie traćmy czasu i wracajmy do pozostałych.

- Tu może być problem. Nie pamiętasz, że pozostali zostali złapani przez tych ludzi w czerni? Musimy najpierw pomyśleć jak ich wydostać z zamknięcia.

- Dlatego musimy szybko wracać. Pomyślimy o tym jak ich uwolnić w drodze.

- Dobrze. - odparł kruk unosząc się wysoko ponad głowę dziewczyny. Sakiko schowała dziwną kartę do kieszeni, rozejrzała się dookoła a chwilę później ruszyła w stronę bramy wyjściowej z cmentarza.

W tym samym tajemnicza para obserwowała całe zdarzenie z okolicznego wzgórza. Mężczyzna o długich włosach patrzył przed siebie wzrokiem pozbawionym jakichkolwiek uczuć a jego czarnowłosa towarzyszka siedziała na trawie. Była blada i ciężko oddychała, najwyraźniej przed chwilą robiła coś co bardzo ją wycieńczyło. Człowiek stojący obok niej wydawał się nie przejmować jej stanem zdrowia, był raczej zaciekawiony rezultatem jaki przyniosło jej działanie.

- Czy możesz już wstać? - zapytał.

- Jeszcze chwilę. Nasz homunkulus powstał ze szczątków kogoś naprawdę potężnego. Nie przypuszczałam, że tak ciężko będzie mi go kontrolować i przekazać tamtej dziewczynie wizje naszego Złotego Globu. O mało nie doszło do zmiany kierunku magicznego wektora... obroniłam się w ostatniej chwili.

- To znaczy, że on próbował przejąć nad tobą kontrolę? - spytał długowłosy.

- Tak... już w chwili swojego wskrzeszenia.

- Jak to możliwe, przecież ty jedynie animujesz ciała a ich duchy nadal pozostają w zaświatach.

- Tak było do tej pory. Tym razem stało się coś, czego nie mogłam przewidzieć.

- Nieważne. Udało nam się przekazać wizje i tylko to się liczy. Wszystko idzie zgodnie z naszym pierwotnym planem. - brodacz uśmiechnął się. Podał dziewczynie rękę, pomagając jej wstać z mokrej trawy.

- Tak, lepiej stąd idźmy, bo ona może nas zauważyć. - oznajmiła czarnowłosa.

- Nie tak prędko! - nagle rozległ się czyjś głos. Okazało się, że brodaty starzec przywrócony do życia w krypcie wspinał się na wzgórze dziarskim krokiem, jednocześnie wymachując obiema rękami. Wiatr rozwiewał jego białą brodę i resztki siwych włosów.

- Nie uciekniecie ode mnie! - krzyczał pokazując palcem na parę podróżników.

- Jak się domyślił? - dziewczyna spytała przyjaciela, ale nie spodziewała się usłyszeć od niego jakiejkolwiek logicznej odpowiedzi.

- Mam się nim zająć? - blondyn był gotowy do starcia.

- Nie. Może coś się wyjaśni jak z nim porozmawiamy.

Dziadek znalazł się naprzeciwko dwóch tajemniczych wędrowców. Patrzył na fiołkowe oczy dziewczyny a chwilę później na brodacza.

- Musicie odpowiedzieć mi na pytanie! Dlaczego przywróciliście mi moją cielesną formę? - wrzasnął grożąc kościstym palcem.

Drales oraz dwóch wysłanników ze Złotego Pałacu a także kilku strażników z wieży stało naprzeciwko celi w której zamknięto znaczną część drużyny Władcy Śpiących Zastępów. Drales opowiadał o tym w jaki sposób ich zdemaskował, przyłapał na gorącym uczynku podczas plądrowania Wieży maga Zibo a później pokonał i umieścił w lochach swej twierdzy. Mężczyźni słuchali go z malejącym zainteresowaniem jednocześnie patrząc na ludzi siedzących po drugiej stronie krat. Członkowie drużyny zachowywali się zgodnie z poradą Morfeusza, nie odpowiadali na słowne obelgi długowłosego mężczyzny starając się jednocześnie zachować całkowity spokój. Alan martwił się o to co stało się z jego pierścieniem, gdyż zdawał sobie sprawę z faktu, że coraz trudniej było mu go kontrolować na odległość. Serce Gwiazdy mieszkające w jego magicznym przedmiocie odpowiadało na wołania umysłu Drales, starając się przełamać kontrolę oryginalnego Green Lanterna. Przedmiot mógł wkrótce stać się narzędziem niewyobrażalnego wręcz zniszczenia. Kolejną osobą, nie radzącą sobie z gromadzącymi się w niej emocjami, była Narea. Dziewczyna czuła się coraz gorzej odkąd Drales odebrał jej torbę z jej kryształami. Spędziła dwie noce bez leczniczej medytacji i zaczynała odczuwać skutki braku istotnej dla niej terapii. Ignorowała słowa koleżanki próbującej jej dodać otuchy a jej wzrok cały czas śledził jednego ze strażników trzymającego jej drogocenną własność. Mężczyzna przybyły ze stolicy krainy miał wiele pytań, ale tak naprawdę tylko jedno miało większe znaczenie.

- Czy zdobyliście jakieś dowody potwierdzające, że przetrzymywane przez was osoby naprawdę zajmują się zakazaną sztuką magiczną? Coś więcej niż fantazje wieśniaka z wioski ?

- Przed chwilą opowiedziałem w jaki sposób zostali złapani.

- To jeszcze o niczym nie świadczy. - oznajmił drugi przybysz ze stolicy.

- Może byli prostu idiotami szukającymi bogactwa tam gdzie nie powinni? Wielu takich przewinęło się przez Komnaty Prawdy naszego pałacu. Nie mamy czasu zajmować się kimś takim.

Drales uśmiechnął się i poprosił, aby towarzyszący mu człowiek podał mu torbę z kryształami Narei. Widząc to, dziewczyna zacisnęła pięści.

- Oczywiście, że nie kłopotałbym was czcigodni wysłannicy Złotego Pałacu gdybym nie miał dowodów winy tych ludzi. Proszę spojrzeć na to co mieli ze sobą...

Długowłosy wyjął z torby jeden z klejnotów. Mężczyźni patrzyli na niego z ogromnym zaciekawieniem a jeden z nich jednocześnie spoglądał na sygnet na jednym ze swoich palców.

- Rzeczywiście... w tych kryształach jest jakaś dziwna energia... - powiedział wodząc wzrokiem po powierzchni swego pierścienia.

- Nie dotykajcie ich! To ważna pamiątka rodzinna! - czarnowłosa dziewczyna krzyknęła, pomimo tego że jej towarzysze próbowali ją uspokoić. Natychmiast zwróciła na siebie uwagę wszystkich obecnych.

- Doprawdy? - odezwał się jeden z wysłanników.

- Widzicie czcigodni panowie... ta czarownica boi się o swoje błyskotki!

Mężczyzna z pierścieniem na palcu zabrał jeden z kryształów z rąk długowłosego strażnika i podszedł bliżej krat za którymi byli członkowie drużyny Morfeusza.

- Podejdź tutaj. - powiedział wskazując na Nareę. Dziewczyna nie zareagowała. Mint chwyciła jej rękę, aby dodać jej odwagi.

- Powiedziałem, abyś do mnie podeszła. - mężczyzna rozkazał po raz kolejny. Czarnowłosa wstała bardzo powoli, po czym zbliżyła się do krat. Siwy człowiek pokazał jej czarny kryształ. Oczy dziewczyny zalśniły a jej ręka bezwiednie podążyła w kierunku upragnionego przedmiotu. Wysłannik ze Złotego Pałacu natychmiast cofnął klejnot, tak aby Narea nie mogła go dotknąć.

- Co to jest? Do czego to służy? - spytał.

- Mówiłam, że to bardzo ważna dla mnie pamiątka rodzinna. Nie mogę jej stracić. - dziewczyna odpowiedziała ściszonym i załamującym się głosem. Dotknęła krat celi a chwilę później mocno je ścisnęła.

- Doprawdy? Dlaczego mój pierścień wskazuje potencjał magiczny w nich ukryty? Jaka jest ich rola?

- Nie mam pojęcia o czym pan mówi! To pamiątka rodzinna! - Narea powiedziała bardzo głośno patrząc na starszego człowieka z nienawiścią.

- Mogę z tym zrobić coś takiego? - mężczyzna upuścił kryształ na podłogę. Drales i jego towarzysze patrzyli na pokaz z lekkim uśmiechem a członkowie drużyny Pana Śniących Zastępów obserwowali zdarzenie z ogromnym niepokojem, obawiając się reakcji swojej przyjaciółki.

- Zostaw to! Oddaj mi ten kryształ! - Narea krzyknęła na wysłannika. Sięgnęła za kraty, łapiąc za szaty mężczyzny.

- Oddaj mi ten kryształ! - powiedziała jeszcze głośniej niż poprzednio, mocno przyciągając człowieka do siebie. Wściekłość jaka napełniła jej ciało dawała jej nadzwyczajną siłę. Jeden z ubranych na czarno strażników, widząc niebezpieczeństwo grożące gościowi wieży, podbiegł do krat, uwolnił starca z rąk młodej wiedźmy a chwilę później odepchnął ją z całych sił, przewracając na twardą podłogę. Mint i Alan Scott podeszli do znajomej próbującej podnieść się po twardym lądowaniu.

- Czy nic ci cię nie stało czcigodny mędrcze? - spytał Drales patrząc na mężczyznę poprawiającego swoje szaty.

- Widzę, że magia zmąciła jej umysł. Jest zbyt niebezpieczna, aby zajmować się nią tutaj. Będziemy musieli zabrać ją do Margouth jak najprędzej. Proszę przygotować więźniów do transportu. Ja idę wypoczywać do pokoju dla gości. - rozkazał siwy mężczyzna.

- Tak jest! - odparł Drales.

- Czy mieli przy sobie jeszcze jakieś magiczne przedmioty? - spytał go drugi wysłannik ze stolicy. Drales uśmiechnął się pod nosem.

- Nie... tylko tą jedną torbę pełną diabelstwa. - odpowiedział. Alan Scott nasłuchiwał rozmowę z ogromnym niepokojem. Zdał sobie sprawę, że długowłosy strażnik będzie chciał wykorzystać jego pierścień dla własnego celu a to mogło doprowadzić tylko do tragedii.

Jessica i Matts siedzieli w zamkniętym pomieszczeniu na jednym z wyższych pięter wieży, w tym samym które odnaleźli wcześniej, przed przylotem ornitoptera z wysłannikami Złotego Pałacu. Nadal mieli na sobie czarne kostium i hełmy. Wiedzieli, że w każdej chwili do pokoju mógł wtargnąć prawdziwy strażnik wieży. Brak jakiejkolwiek wiadomości ze strony Ranna, a także Sakiko i ptasiego sługi Władcy Snów, sprawiał, że coraz bardziej obawiali się o to co mogło spotka

ich w najbliższej przyszłości. Okno od komnaty było lekko uchylone i dochodziły zza niego dźwięki śmigieł uderzających w powietrze oraz syk palnika podgrzewającego gaz wewnątrz czaszy balonu. Jessica spojrzała na zewnątrz, bardzo ostrożnie, tak aby nikt jej nie zauważył.

- Na zewnątrz znowu pojawili się strażnicy. Chyba będą szykowali się do odlotu. - podzieliła się informacją ze swoim towarzyszem.

- Tak szybko? - Matts zdziwił się.

- Może uznali, że nasi koledzy i koleżanki są zbyt niebezpieczni, aby trzymać ich w takim miejscu. Tam skąd pochodzą mają pewnie lochy i komnatę tortur specjalnie przygotowane na taką okazję. - Dziewczyna powiedziała wracając do środkowej części pomieszczenia.

- A może uznali, że oni są zwykłymi wieśniakami szukającymi świecidełek w zakazanych miejscach. - zaproponował chłopak.

- Gdyby tak rzeczywiście było to nie miałabym wizji o tym gościu z długimi włosami i pierścieniu Alana.

- To może ten gość oszukał dziwacznych kleryków z latającej maszyny i zabrał pierścień Green Lanterna dla siebie? Może będzie chciał go wykorzystać i wtedy stanie się coś strasznego, bo ten przedmiot nie może być noszony przez kogoś innego niż Alan?

- Nie wiem... cokolwiek moja wizja by nie oznaczała, nie powinniśmy pozwolić na to, aby on zdobył pierścień Alana.

- Ciekawe co mamy zrobić? Sami przeciwko tak dużej grupie uzbrojonych ludzi.

- Może znajdziemy coś co nam pomoże tutaj?

- W bibliotece? Chyba ich zaczytamy na śmierć! Czekaj... - dziewczyna usłyszała jakiś hałas dochodzący zza okiennicy. Kiedy spojrzała na zewnątrz okazało się, że jej przeczucia co do złego rozwoju wydarzeń okazały się prawdziwe. Duża grupa uzbrojonych strażników pod wodzą Drales, któremu towarzyszyło dwóch dostojnych gości ze Złotego Pałacu, prowadziła skutych więźniów. Morfeusz, Alan Scott, Mint i Narea a także Corinthian, wszyscy posłusznie podążali w kierunku latającej maszyny.

- Cholera! - Jessica zacisnęła pięści.

- Co robimy?

- Nie wiem... nie możemy pozwolić ich zabrać! Nie mamy pojęcia gdzie mogą ich przewieść! Musimy zacząć działać.

- A twoje jasnowidztwo? Nie przydaje się teraz? - Matts był zdenerwowany. Perspektywa utknięcia w świecie w którego istnienie nie wierzył za bardzo go przerażała.

- Moje zdolności są nieprzewidywalne! Mówiłam ci już o tym! A tak w ogóle to zachowuj się ciszej, bo nas też znajdą i zamkną razem z resztą grupy!

- Jessica. Nie będziemy się teraz kłócić. - Matts uspokoił się wracając w pobliże okiennicy.

- Dobrze. Nic nie możemy zrobić to przynajmniej sami nie dajmy się złapać i zamknąć. Dobrze... nie ma z nami Ranna, co może oznaczać, że jest blisko drużyny i planuje zadziałać. Wcześniej w lesie pokonał trzech strażników to może teraz...

- Zabił. - Matts poprawił dziewczynę.

- Pokonał. Nie obchodzi mnie co z nimi zrobił i jak to zrobił. Nie mam zamiaru się tym zadręczać.

- Popatrz. - Chłopak znów przerwał rozmowę, aby pokazać przyjaciółce co działo się pod wieżą. Dwóch ubranych na czarno strażników, całkowicie zamaskowanych swymi hełmami, wnosiło na pokład latającej maszyny jakąś skrzynię. Kiedy więźniowie znaleźli się wewnątrz ornitoptera, do maszyny wkroczyli także dostojnicy ze stolicy. Strażnicy nie opuścili pokładu powietrznego statku co mogło oznaczać, że lecieli jako dodatkowa ochrona więźniów. Maszyna oderwała się od ziemi i unosiła coraz wyżej i wyżej. Po chwili nabrała wysokości odpowiedniej dla rejsu a jej śmigła zapewniły jej odpowiednią siłę pchającą ją jednostajnie w kierunku Margouth.

- Straciliśmy ich. - oznajmił chłopak siadając na podłodze.

- Może jeden ze strażników lecących z więźniami to Rann w przebraniu? Zawsze na filmach tak się okazywało. - dziewczyna dodała uśmiechając się.

- Chodźmy. Musimy wydostać się z wieży nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Musi nam się udać dopóki wszyscy strażnicy są podekscytowani odesłaniem więźniów. - Matts wstał kierując się w stronę drzwi. Jessica była sceptyczna.

- I co nam to da? Wyjdziemy z wieży i co dalej?

- Poszukamy Sakiko. Teraz wiemy, że nie została złapana, więc musi gdzieś tu być. Nawet gdyby żołnierze ją zabili, to na pewno chwaliliby się jej ciałem przed tymi dziadkami w sutannach. Nic takiego się nie stało a to znaczy, że Sakiko musiała im uciec. A co najważniejsze jest z nią Mateusz. Jeśli będziemy trzymać się otwartych przestrzeni, to powinien nas bez problemu wypatrzeć.

- Dobrze. To jedyne co możemy teraz zrobić.

Jessica i Matts opuścili bibliotekę i podążali kamiennym korytarzem w kierunku schodów prowadzących na dolne piętra budowli. W pewnym momencie natknęli się na jednego ze strażników. Mężczyzna skierował na nich swój miecz.

- Stójcie! - krzyknął.

- O co chodzi? Zaczynamy patrol! Nie możemy się spóźnić bo dowódca obedrze nas ze skóry. - odparł Matts bardzo nerwowo.

- Kłamiecie. Nikt z obecnych w wieży strażników nie wychodzi poza jej mury bez uzbrojenia. Wy nawet nie macie n ze sobą sztyletów. A poza tym w wieży nie ma żadnych kobiet! - oznajmił żołnierz wskazując na Jessikę.

- Twoja sylwetka. Sposób w jaki stawiasz kroki i utrzymujesz w równowadze swój ciężar... to nie jest sposób chodzenia mężczyzny. - tajemniczy mężczyzna kontynuował.

- Masz szczęście, że inni nie mają takiego wzroku jak ja. - oznajmił zdejmując swój hełm. Człowiek okazał się być Rannem Shanerem. Jessica i Matts odetchnęli, przekonując się że nie grozi im zdemaskowanie a jednocześnie posmutnieli. Jeżeli Rann stał przed nimi w całej okazałości, nie mógł być jednocześnie na pokładzie latającego statku wiozącego ich przyjaciół w nieznane.

- Nie poleciałeś z nimi?

- Nie. Drales, ich szef nie wybrał mnie jako ochrony dla więźniów. Ale wiem dokąd zostali zabrani. Byłem tam, gdy rozmawiali.

- Tak?

- Biorą ich do miejsca zwanego Złotym Pałacem. Mieści się on prawdopodobnie w stolicy lub jakimś innymi ważnym mieście tych krain. Teraz musimy dowiedzieć się jak się tam dostać. Mamy inny problem. Dotyczy Dralesa...

- Zabrał pierścień Alana i nie oddał go egzekutorom? - dziewczyna wtrąciła przerywając wypowiedź mężczyzny.

- Już wiecie... - Rann był zdziwiony.

- Miałam wizję przyszłości w której on użył pierścienia przeciwko nam.

- Ach tak... Nieważne! Musimy się stąd wydostać i obmyślić plan odzyskania pierścienia. Jest nas zbyt mało, aby stawić czoła ludziom Drales. Tym bardziej, że z nas trzech tylko ja potrafię walczyć. - mężczyzna powiedział uśmiechając się złośliwie.

- Nie tylko ty. Sakiko nadal jest na wolności. Musimy ją znaleźć. - odparł Matts.

- Tak... ona potrafi walczyć lepiej niż jesteście sobie w stanie wyobrazić. - Rann oznajmił zagadkowo zakładając na głowę hełm z półprzeźroczystą przyłbicą.

- Idziemy. - rozkazał stanowczo wyraźnie dając do zrozumienia, że czas na rozmowy się skończył.

Kiedy Sakiko Hayasu wracała z Margouth, Słońce zaczęło chować się za horyzontem a nad okolice nieubłagalnie nadciągała noc. Dziewczyna zatrzymała się na porośniętym trawą wzniesieniu z którego rozciągał się niesamowity widok wzgórz ciągnących się w nieskończoność, poprzecinanych gdzieniegdzie przez ciemne liściaste lasy. Ptak krążył nad jej głową obserwując wszystko dookoła. W pewnym momencie młoda wampirzyca poczuła, że jej koń był zaniepokojony, tak jakby przeczuwał pojawienia się czegoś niezwykłego i nie pasującego do wieczornego krajobrazu. Mateusz wylądował dziewczynie na ramieniu.

- Znowu leci to coś. - powiedział.

- Co takiego?

- Spójrz na niebo. W stronę tamtej wioski i wieży maga. Coś nadlatuje, coś co już wcześniej spotkaliśmy podczas podróży na cmentarz.

Sakiko uniosła wzrok zauważając jednocześnie ornitopter sunący wolno po lekko zachmurzonym niebie. Maszyn poruszała się majestatycznie wydając z siebie charakterystyczny dźwięk wypłaszający z okolicznych drzew wszystkie ptaki. Wampirzyca zamknęła oczy.

- Pewnie przebiega tutaj jakiś powietrzny szlak transportowy. Nie powinniśmy sobie nim zawracać głowy. - oznajmiła.

- Tak. Lepiej się pośpieszmy.

- Zaczekaj... - dziewczyna odezwała się niespodziewanie.

- Co się dzieje? Znowu coś leci?

- Nie. Ale moja dłoń... znów czuję w niej ciepło. Tak jakby berło znowu próbowało coś mi przekazać.

- Daj spokój! Wiem, że to berło czyniło cuda i zrobiło na tobie niesamowite wrażenie, ale nie powinnaś dawać się ponosić wyobraźni tak często! Berło znikło a na jego miejsce pojawił się jakiś koleś, który nam w niczym nie pomógł.

- Pomógł nam... przekazał mi coś co muszę dać Morfeuszowi. Ale teraz bądź już cicho... - Sakiko uciszyła ptaka, dając mu wyraźnie do zrozumienia, aby zostawił ją samą i leciał poszybować pomiędzy wieczornymi chmurami. Znów poczuła ciepło w ręce a jej umysł wpadł w stan pół-snu pół-jawy. Widziała miejsca i zdarzenia, które wcześniej pokazał jej starzec, ale tym razem były odległe, ciche jak film w kolorze sepii zarejestrowany na bardzo starym celuloidowym nośniku. Dziewczyna widziała sceny których centralną częścią były pewne przedmioty: pożółkła karta z książki leżąca na kamiennym stole oglądana z uwagą przez mężczyzn w ciemnych zakapturzonych habitach i świece których płomienie odbijały się w ich starych oczach, czarnowłosa kobieta siedząca samotnie w wielkiej komnacie i egipski symbol życia, krzyż Ankh, zwisający swobodnie z jej dłoni, potężny miecz samotnie tkwiący w skale na tle nieba rozświetlonego przez miriady różnokolorowych gwiazd, ciemne, posępne lustro w środku zarośniętej przez kurz kamiennej komnaty, młodą dziewczynę stojącą pośród pól złotych zbóż targanych przez wiatr, grupy mężczyzn patrzących na dziwne kolorowe wzory fraktalne zdające się być formą życia, której nie potrafili zrozumieć. W umyśle Sakiko zakodowały się kolejne dane wyśnione przez Złoty Glob.

W tym samym czasie Astaroth patrzył na swe żyjące więzienie zbudowane z drzew leśnej katedry, daru natury. Na jego stoliku wykonanym z pniaka leżały porozrzucane karty tarota. Demon spojrzał na nie przelotnie, wiedząc że jego stara przyjaciółka dała mu możliwość minimalnego kontaktu z rzeczywistością. Stara wiedźma, którą nazywał Juan dała mu sposobność na kontakt, chociażby minimalny, z czymś innym niż liście więżących go ścian, utrzymujące go przy życiu przez wieki. Blada ręka czarnowłosego mężczyzny przesuwała się wzdłuż stolika z magicznymi przedmiotami a jego umysł próbował porozumieć się z innymi mu podobnymi istotami, ukrywającymi się w różnych zakątkach niewyobrażalnie nieskończonego Omniwersum. W dużym pokoju wystrojonym kandelabrami, wazonami pomalowanymi w różnokolorowe wzory i obrazami spoglądającymi ze ścian trwało jakieś przyjęcie. Mężczyźni ubrani w garnitury a twarzach zamaskowanych weneckimi maskami i nagie kobiety leżące u ich stóp, przywiązane do nich łańcuchami, wypełniali salę balową po brzegi. Bal dopiero się zaczynał i każda jego kolejna godzina mogła przynieść tylko i wyłącznie jeszcze większą rozpustę i zepsucie. W kącie pomieszczenia siedział gruby mężczyzna w garniturze. Jego twarz była spocona a po skórze chodziły tłuste muchy ze złotymi odwłokami. Gdzie indziej mężczyźni ubrani w stare habity nieśli klatkę przez pogrążony w mroku korytarz a wokół słychać było ponure pieśni. Wewnątrz klatki uwięziona była dziwna istota, człowiek-koza, połączenie dwóch form w stanie ciągłej walki ze sobą, tak jakby każda z nich chciała dominować, ale żadna nie była na tyle silna aby zniszczyć swego przeciwnika. W innej scenie na wzgórzu zasnutym przez ciężką, białą mgłę oczekiwała na coś jakaś dziwna postać. Człowiek ubrany w czerwoną zbroję, dosiadający czarnego konia patrzył na znajdujące się pod nim lasy. Oko wyglądające spod jego hełmu zdawało się obracać we wszystkie możliwe strony, jak oko wielkiego kameleona. Do umysłu Astarotha nadchodziły kolejne wizje, ale demon zatrzymał je. Nie chciał wiedzieć więcej. Czuł satysfakcję, że ci którzy go upokorzyli i uwięzili napotkają na swej drodze bardzo wiele przeciwności.

Drales siedział w swoim gabinecie patrząc na pierścień Zielonej Latarni tkwiący na jego środkowym palcu. Mężczyzna zaczynał zastanawiać się, czy dobrze zrobił ukrywając przed Wysłannikami Złotego Pałacu przedmiot skonfiskowany od Alana Scotta. Niemożność użycia artefaktu w taki niezwykły sposób jaki opisywał wioskowy idiota Fiflet sprawiała, że wątpił w prawdziwość magii tkwiącej w pierścieniu. Postanowił się zrelaksować i pomyśleć o czymś przyjemnym, czymś co odwróciło by jego uwagę od wszystkich problemów. W tym samym momencie z pierścienia wydobył się słup zielonego ognia który natychmiast przybrał postać nagiej kurtyzany z tawerny w Margouth.