Od autorki: Nareszcie ten fik przybrał na tyle ostateczną wersję, że decyduję się na umieszczenie go tutaj. Podziękowania dla Stokrot za tytuł i poprawki oraz dla tooliepanny za... całokształt chyba ;) Oraz specjalna dedykacja dla Clio, bo to jej fanfic uświadmił mi, że GrimmIchi to para idealna (co czułam już czytając mangę, ale dopiero jej tekst sformował tę myśl w mojej głowie). W kwestii wyjaśnienia: słowa rozpoczynające każdą część nie są wymyślone przeze mnie. Pochodzą z piosenek, na koniec każdej części napisałam, co to za utwór. Jeśli natomiast o pairingi chodzi – jak bardzo nie wielbiłabym GrimmIchi, jestem także zdania, że IchiRuki jest parą oczywistą, więc i w tym tekście się ten motyw znajduje... Miłego czytania!

PART I

It's your RIGHT and your ability

To become my perfect enemy*

Kurz opadł, odgłos wybuchu dawno już przebrzmiał. Nnoitra słyszał jedynie swój przyspieszony oddech, którego nie potrafił uspokoić tak szybko, jakby tego pragnął. Zmęczenie przytępiało gniew, jaki ogarniał go na myśl, że tak dużo czasu zajęło mu pokonanie tego cholernego Shinigami. Gdyby w walkę nie wmieszała się Neliel, gówniarz już dawno oglądałby swoje wyprute flaki... Miotając w myślach przekleństwa, Nnoitra wytarł twarz dłonią i błyskawicznym ruchem znalazł się tuż przy Tesli, który wciąż mocno trzymał płaczącą i zawodzącą dziewczynę.

- Wszystko w porządku? – zapytał Tesla z niepokojem.

- Nie zadawaj głupich pytań – warknął Nnoitra, zgrzytając zębami. Walka go wykończyła, choć niechętnie się do tego przyznawał. – Wszyscy troje zdechli, zbieramy się z powrotem do kwater...

- Nie, nie, nie... – szlochała dziewczyna. – To nie możliwe, Kurosaki-kun...!

Nnoitra spojrzał na nią z nieukrywanym obrzydzeniem.

Stul pysk, kobieto. Bierz ją, Tesla, i wracamy. Rzygać mi się już chce od tego miejsca!

- A co z Grimmjowem...? – Tesla niepewnie spojrzał na ciało Espady leżące w sporej odległości od miejsca, w którym stali.

Nnoitra splunął. Ślina zmieszana była z krwią, co zdenerwowało go jeszcze bardziej.

- Jeśli jeszcze żyje, niech tu sobie powoli zdycha. Na nic lepszego nie zasłużył, sukinsyn.

- Ale Aizen...

- Cholernego Aizena nie musi to obchodzić. Niech się cieszy, że mi się w ogóle chciało z nimi walczyć! Skoro Grimmjow dał się tak łatwo pokonać pieprzonemu Shinigami, nie będę teraz tracił na niego czasu. A Aizen pewnie sam by go z chęcią dobił. To zwykły śmieć, a nie Espada! Przymknij się dziewczyno! – warknął Nnoitra i dał Tesli znak, że ma iść za nim. Ciągnąc za sobą wyrywającą się i płaczącą Inoue, wrócili do swoich kwater w Las Noches.

* * *

Ulquiorra wrócił na miejsce ostatnich wydarzeń. Choć jego twarz miała jak zwykle obojętny wyraz, targał nim niepokój. Lord Aizen nie powinien dowiedzieć się, że kobieta, która mogła okazać się potrzebna, znikła. Nie wiedział, co kierowało Grimmjowem i nie specjalnie go to obchodziło, chciał mieć jedynie pewność, że kobieta wróci na swoje miejsce. Niedawne pole walki wyglądało jednak na opuszczone, a na pewno jej tam już nie było. Nie wyczuwał nigdzie jej reiatsu. Poczuł natomiast urywaną energię życiową Neliel i Grimmjowa. Po chwili doleciała też do niego słaba fala energii Shinigami. Chłopak widocznie niewiele się zmienił od czasu, kiedy spotkali się na ziemi. Wciąż łatwo go było pokonać, dobijanie nie było potrzebne. Ulquiorra zastanowił się przez chwilę, czy powinien zająć się ciałami. Ostatecznie zakończyć ich życie lub dostarczyć Aizenowi. Nie dostał jednak takich rozkazów, a wolał upewnić się, że kobieta jest tam, gdzie ma być. Bezpieczna. Gdy już odwracał się z zamiarem odejścia, usłyszał głos słaby Grimmjowa:

- Hej, Ulquiorra!

Niebieskowłosy Espada podniósł się niezdarnie i zrobił kilka kroków w jego stronę na chwiejnych nogach. Ulquiorra przez chwilę miał ochotę posłać go z powrotem na ziemię jednym ciosem, powstrzymał się jednak, zachowując swoją kamienną twarz.

- Aizen dowie się o wszystkim – stwierdził tylko spokojnym głosem.

- Nie obchodzi mnie to – warknął Grimmjow. Przedstawiał sobą dość żałosny widok, cały poobijany i zakrwawiony, ledwo się poruszał. – Ten sukinsyn Nnoitra wmieszał mi się walkę i tylko dlatego odniosłem rany – wyjaśnił z wściekłością, widząc taksujące spojrzenie Ulquiorry. – Zapłaci mi za to... – dodał bardziej do siebie, oddychając nierówno.

Ulquiorra wzruszył ramionami. Po czym bez słowa odszedł do swoich zajęć. To, czy Grimmjow żyje czy nie, niewiele go obchodziło. Jeśli ma zginąć, to lord Aizen niedługo sam wyda taki rozkaz, on nie będzie sobie brudził niepotrzebnie rąk. Musiał dowiedzieć się, co dzieje się z kobietą, którą miał się opiekować...

Gdy tylko Ulquiorra zniknął z pola widzenia, Grimmjow ciężko usiadł na najbliższym odłamku skalnym. Ledwo trzymał się na nogach, oberwał mocniej, niż mu się na początku zdawało. I to nie od Nnoitry, ale od tego pieprzonego Shinigami... Nawet gdyby Nnoitra się nie pojawił, pewnie i tak nie byłby w stanie wygrać z tym cholernym chłopakiem. Ta myśl doprowadzała go do szału. Dodatkowo, Shinigami go uratował, zasłonił własnym mieczem, własnym ciałem i to się nie trzymało kupy. Jak na dłoni było widać, że nie miał już zamiaru walczyć z Grimmjowem, pokonał go i nic nie stało na przeszkodzie, by dobił go jednym ciosem lub pozwolił to zrobić Nnoitrze. To miałoby sens. Podczas walki, na krótką chwilę, Grimmjow miał wrażenie, że myślą tak samo, że walka stanowi dla nich taką samą przyjemność i sens istnienia; ze zdziwieniem odkrył, że rozumie rudowłosego Shinigami. Chciał z nim jeszcze walczyć. Chciał jeszcze raz poczuć tę jedność myśli. Pierwszy raz w życiu poczuł coś takiego. Chciał dowiedzieć się, co pokierowało chłopakiem i kazało mu obronić swojego przeciwnika. Tutaj zrozumienie Grimmjowa się kończyło, irytując i wbijając się w jego myśli jak tępa igła. No cóż, nigdy się nie dowie, pomyślał z pewnym żalem i zabrał się za oględziny własnych ran. Podczas walki Shinigami z Nnoitrą, niech go szlag trafi, miał trochę czasu na dojście do siebie; żądza zemsty na cholernym Espadzie trzymała go przy życiu i pozwoliła zachować jako taką trzeźwość umysłu. Szkoda, że nie miał zdolności do regeneracji... Pomyślał, że mimo wszystko krótka wizyta u Szayela powinna załatwić sprawę. Ran było dużo i to dość poważnych, ale skoro przeżył, nie zamierzał zmarnować takiej okazji. Kiedy zbierał się do odejścia, wciąż ciężko oddychając i trzymając się za ramię zranione przez Nnoitrę, niech go piekło pochłonie i pożrą puści, wyczuł dwie energie, słabe, ale wciąż walczące o życie. Jedną zignorował od razu, za źródłem drugiej rozejrzał się natomiast i wolnym krokiem udał się w tamto miejsce, kulejąc i zastanawiając się, po co marnuje cenne siły na spojrzenie mu w twarz. Podszedł do pokrwawionego Shinigami i przyjrzał się mu. Chłopak z trudem łapał oddech szeroko otwartymi ustami, z których wyciekła strużka krwi. Jego ciało przedstawiało sobą obraz nędzy i rozpaczy. Miecz leżał obok, bezużyteczny. Grimmjow trącił chłopaka lekko stopą w bok, co sprawiło, że tamten na chwilę przestał oddychać, wydał z siebie nieartykułowany odgłos, coś pomiędzy jękiem a stęknięciem i wrócił do swojej walki o każdy oddech. Widocznie miał połamane żebra.

- Więc żyjesz, co? – mruknął Arrancar i znów trącił nieprzytomnego w bok. – Właściwie powinienem pozwolić ci tu zdechnąć – ciągnął dalej, bardziej do siebie niż do leżącego. – Właściwie to nie powinienem się nawet nad tym zastanawiać... – zamyślił się na chwilę. Mimo wszystko, żal byłoby takiego przeciwnika. Przypomniał sobie to dziwne uczucie porozumienia podczas walki. Walcząc z kimś takim byłby w stanie osiągnąć jeszcze wyższy poziom swoich umiejętności. Tym razem na pewno by go pokonał, zabiłby go własnoręcznie i napawał się tą chwilą. Usta wygięły mu się w lekkim uśmieszku. – Masz szczęście, że walka z tobą nie była kompletną stratą czasu – stwierdził ze swym typowym, ironicznym wyrazem twarzy, po czym podniósł chłopaka za włosy, co nie było łatwe zważywszy na ogólne osłabienie jego własnego ciała i zarzucił go sobie na ramię. Obaj jęknęli i Grimmjow skrzywił się z bólu, Shinigami nie był taki lekki, jak mogłoby się wydawać, a wymęczone walką i ranami mięśnie Espady odmawiały posłuszeństwa. Czym prędzej musi iść do Szayela. Poczuł, jak ciałem przeciwnika wstrząsa dreszcz i po chwili coś ciepłego i mokrego spłynęło po jego białej kurtce Arrancara. Shinigami musiał być w środku doszczętnie zmiażdżony; plecy Grimmjowa były całe w krwi wylewającej się z ust chłopaka. Jego też należałoby poskładać.

* * *

Wszedł do swojego przestronnego pokoju i bezceremonialnie rzucił bezwładne ciało na podłogę. Shinigami wciągnął ze świstem powietrze, przez chwilę znów nie oddychał, ale zaraz jego klatka piersiowa zaczęła nierówno się unosić. Całą twarz miał w świeżej krwi. Grimmjow prychnął ze zniecierpliwieniem, zdając sobie sprawę, że jego plecy są teraz całe we krwi – jego własnej i Shinigami. Musiał się umyć, ale w pierwszej kolejności trzeba było zająć się ranami. Spojrzał na leżącego chłopaka z zastanowieniem. Nie było potrzeby martwić się, że ktoś odkryje tę małą pamiątkę z walki, która aktualnie wykrwawiała się na jego posadzce. Komnaty w Hueco Mundo miały tę właściwość, że nie wydostawało się z nich reiatsu, jak gdyby pochłaniały je ściany. Dzięki temu Arrancarzy mogli w spokoju trenować tuż obok siebie, nie pozwalając innymi na poznanie ich prawdziwej siły. Według Grimmjowa było to jedynie stratą czasu i idiotyzmem – nic go tak nie pobudzało i zachęcało do szkolenia swoich umiejętności jak świadomość, że ktoś mógłby okazać się od niego lepszy. Teraz jednak po raz pierwszy nieprzepuszczające energii ściany mogły stać się użyteczne. Nie chciał, żeby ktoś wiedział, że trzyma pod łóżkiem Shinigami, póki ten nie będzie w stanie stanąć z nim do walki. Aizen, gdyby tylko chciał, dowiedziałby się o tym i tak bez większego wysiłku. Przez chwilę Grimmjow poczuł się nieswojo, potrząsnął jednak głową ze złością. Może i Aizen mianował się władcą wszystkich Arrancarów, może i posiadał moc zniszczenia ich wszystkich... On jednak, Grimmjow, nie bał się nikogo i niczego. Niech się dowie, proszę bardzo. Przecież nie zabije go z tak błahego powodu... „Nieważne, do ciężkiej cholery, skup się na ranach", napomniał sam siebie. Jeszcze raz zerknął na poharatanego Shinigami i po namyśle lekkim kopniakiem przewrócił go na bok, żeby chłopak nie zadławił się własną krwią. Wyszedł mając nadzieję, że nie napotka żadnego Arrancara w drodze do gabinetu Szayela.

* * *

Ledwo wlókł się długimi korytarzami, mając niejasne wrażenie, że zostawia za sobą krwiste ślady. Tuż przed gabinetem Szayela przystanął, żeby chwilę odpocząć i doprowadzić się do względnego porządku. Nie miał ochoty pokazywać się komukolwiek w takim stanie, ale cóż było robić – sam nie potrafił się wyleczyć z tak ciężkich ran, a nie miał czasu na powolne dochodzenie do siebie. Lepiej więc niech go widzi ten szalony idiota, niż Nnoitra czy inny Espada, który najchętniej dobiłby Grimmjowa jednym ciosem. Niedoczekanie.

Z rękoma w kieszeniach i największą nonszalancją, na jaką stać było poranione ciało, Grimmjow otworzył kopniakiem drzwi, usiłując nie krzywić się z bólu, jaki sam sobie zadał tym ruchem. Sterylnie czyste pomieszczenie zdawało się odbijać światło niezliczoną ilością szklanych naczyń, w powietrzu unosił się drażniący nozdrza zapach chemikaliów i czegoś mdlącego, nad czym Grimmjow wolał się nie zastanawiać. Z nikłą satysfakcją pomyślał, że samym swoim wejściem skazi ten odpychający porządek. Nigdzie nie widział właściciela, więc na chwiejnych nogach zaczął szukać go między białymi szafami, aż wreszcie znalazł go siedzącego na taborecie w kącie pokoju. Z zaskoczeniem zobaczył, że Szayel również nie wygląda najlepiej – jego ciało upstrzone było ciemnymi siniakami i krwawiącymi ranami, które właśnie obwiązywał bandażami. Na widok Szóstego Espady skrzywił się z irytacją.

Jesteś jeszcze brzydszy niż zazwyczaj, Grimmjow – powitał go różowowłosy.

Też się cieszę, że cię widzę, Szayel.

Nie mam ochoty na ciebie patrzeć, przeszkadza mi sam twój widok, więc...

A co, farbujesz włosy?

Słyszałem, że nie żyjesz – odbił piłeczkę Ósmy Espada ze złośliwym uśmieszkiem. – Nnoitra chwalił się, że nareszcie uwolnił nas od twojego towarzystwa...

Ha, ha, ha – wycedził Grimmjow przez zęby. – Zaraz naprawdę umrę, ze śmiechu. A teraz jeśli już skończyłeś mnie zabawiać, potrzebuję czegoś na rany. Których wcale nie zafundował mi Nnoitra – dodał szybko, ze zniecierpliwieniem.

Szayel uśmiechnął się pogardliwie, przez chwilę jak gdyby się wahał, ale w końcu dźwignął się z krzesła i podszedł do oszklonej szafki, z której po krótkich poszukiwaniach wyciągnął dwa pudełka.

- Słuchaj uważnie, bo przy twoim poziomie intelektualnym może być ciężko ze zrozumieniem – zadrwił, ale prychnięcie Grimmjowa przypomniało mu, że Szósty Espada szybko traci cierpliwość. - To – wskazał na mniejsze opakowanie, - połykasz i kładziesz się spać na kilka godzin. Odnawia poziom energii i dodaje sił. Wtedy używasz tej maści – pomachał drugim pudełkiem przed oczami Grimmjowa. – Wcierasz w rany, obwiązujesz bandażem i za dwa dni jesteś jak nowy. Chyba – dodał po chwili ze swoim uśmieszkiem psychopaty, - że wolisz położyć się na chwilę na leżance i poskładam cię do kupy od ręki...

- Daruj sobie – uciął Grimmjow. Podświadomie obawiał się eksperymentów tego szalonego naukowca, choć zazwyczaj odnosił się do niego lekceważąco, traktując jak nieszkodliwego wariata. – Nie dam się dotykać tymi brudnymi łapami. Dawaj pudełka, wszystko razy dwa.

Szayel uniósł brew, ale nic nie powiedział i ostatecznie wygrzebał dodatkowe egzemplarze uzdrawiających specyfików.

- Masz i zrób coś ze sobą, bo wyglądasz jakby cię coś wypluło – machnął ręką w kierunku niebieskowłosego Espady. – I użyj tego gdzieś indziej niż tutaj, bo śmierdzi od ciebie krwią, ciężko wytrzymać w towarzystwie czegoś tak obrzydliwego...

Grimmjow już stał przy drzwiach, ale nie potrafił odmówić sobie podjęcia zaczepki.

- Cóż, Szayel, też nie wyglądasz lepiej, raczej jakby coś cię wyrzygało...

Szayel zgrzytnął zębami.

- Ja przynajmniej wygrałem z moimi przeciwnikami! Nie to, co niektórzy... – tym razem to Grimmjow zacisnął zęby. Szayel wzruszył ramionami. – Ale i tak nie mogłem ich zabić. Lord Aizen kazał ich oszczędzić...

- I gdzie są teraz? Będziesz prowadził na nich badania? – mimowolnie zainteresował się Grimmjow, opanowując dreszcz, który przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.

- Niestety, tego też nie wolno. Są zamknięci gdzieś w podziemiach. Jeśli nie pozdychają do tego czasu, podejrzewam, że Aizen będzie chciał zamienić ich w hollowy tuż po zakończeniu wojny. Zawsze przyda się nowy materiał do badań, a ja już nie mogę się tego doczekać... – Szayel zaśmiał się maniakalnie.

Grimmjow przewrócił oczami i wyszedł.

* * *

Od razu za drzwiami połknął tabletki z pierwszego opakowania, na wszelki wypadek wziął całą garść. Przez cały pobyt u nadwornego naukowca odczuwał mdłości i zawroty głowy, które wzmogły się po zażyciu specyfiku i Grimmjow przeklął w myślach Szayela. Jeśli sukinsyn podał mu coś o odwrotnym działaniu... Wypluwając przekleństwa i przytrzymując się ściany, zawlókł się do swojej komnaty, w duchu błagając, by nikt go nie zobaczył w takim stanie. Wszystko bolało, jakby rany płonęły, szum krwi zagłuszał myśli. Byle dojść...

Po zamknięciu drzwi w swoim pokoju od razu skierował się w stronę łóżka. Zawroty głowy zastąpiła tak przejmująca senność, że nie był pewny, czy do niego dojdzie. W pewnej chwili coś mu się przypomniało i wytężył przytępione zmysły, szukając wzrokiem rannego Shinigami. Chłopak leżał tam, gdzie Grimmjow go zostawił, jego reiatsu było tak słabe, że prawie niewyczuwalne. Espada był niemal śmiertelnie zmęczony, właściwie było mu już wszystko jedno, czy Shinigami żyje, czy też nie. Przez myśl przebiegło mu jednak, że skoro już wziął dla niego drugi zestaw leków... Do tego chłopak raczej nie dożyje momentu, kiedy Grimmjow odzyska własne siły. Już to, że wciąż żył, było dość niezwykłe. Nie mając sił na zastanawianie się nad własnym tokiem myśli, dowlókł się do nieprzytomnego człowieka, przykląkł i siłą wepchnął mu kilka tabletek do gardła.

- Lepiej tego nie zwróć, mnie już więcej nie obchodzi. Nie będę się babrał w twoich rzygach – mruknął i z trudem, niemalże na czworakach dotarł do łóżka, gdzie padł na materac i natychmiast zasnął.

* * *

Aizen roześmiał się. Jego zimny śmiech poniósł się po opuszczonej sali, w której przebywał teraz z Ginem, Tousenem i niewiele znaczącym sługą.

- Mówię prawdę – niepewnie potwierdził Arrancar niskiej rangi, typowy donosiciel, których w całym Hueco Mundo było mnóstwo. – Grimmjow śpi jak po zażyciu jakiegoś narkotyku, nawet nie odczuł mojego wejścia do jego komnaty, a na podłodze, w takim samym stanie leży ten Shinigami...

- Ależ nikt tego nie kwestionuje – uśmiech nie schodził z twarzy Aizena. Z jego oczu biła jednak pogarda. Potrafił manipulować swoimi poddanymi jak tylko mu się podobało, ale kiedy przestawali być potrzebni, bez mrugnięcia okiem posyłał ich na śmierć. Nie trudno było wyczuć, że stojący przed nim sługa stracił już swoją użyteczność. – Nnoitra będzie niepocieszony, już chyba każdy Arrancar w Las Noches miał okazję wysłuchać, jak to się rozprawił z Szóstym Espadą... Tylko zdradź mi jedną rzecz – dodał z udawanym zaciekawieniem. – Co zamierzałeś zrobić, gdyby Grimmjow nie spał? Myślisz, że ucieszyłoby go twoje wtargnięcie?

Arrancar zaczął pocić się i trząść.

- N-nie wiem... – wyczuwał, że lord Aizen nie podziękuje mu za przyniesienie tej wiadomości, teraz zależało mu jedynie na uratowaniu życia. – T-to Szayel... On mi powiedział, że mogę wejść bez obaw...

- No proszę. A ty mu uwierzyłeś – Aizen wydawał się prawdziwie ubawiony, w myślach odnotowując udział Szayela w powrocie Grimmjowa do świata żywych.

Arrancar nic już nie powiedział, w duchu błagając, by pozwolono mu odejść. Jego prośby zostały wysłuchane i Aizen machnął ręką, dając znak, że nie chce więcej widzieć szpiega. Gdy tamten zniknął z pola widzenia, były kapitan Shinigami odwrócił się do stojących za nim Gina i Tousena.

- Nasz niepoprawny Espada znów postanowił coś przed nami ukryć – stwierdził z niekłamanym rozbawieniem. – Co zrobimy z nim i jego małym sekretem? – spytał, choć wszyscy troje doskonale wiedzieli, że i tak postąpi według własnego planu. Był mistrzem kalkulacji, zimne oczy śledziły każdy ruch i zdawały się odczytywać każdą myśl. Nie miał w zwyczaju pozbywać się wrogów lub niepotrzebnych sług zbyt szybko, o nie. Wykorzystywał ich do cna, przewidując ich kroki i wywołując odpowiednie uczucia, tak długo, jak tylko mogli przysłużyć się jego planom.

- Nie ma co ryzykować – bez cienia emocji stwierdził Tousen. – Najlepiej zabić obu od razu i skończyć tę farsę.

- Kto nam wtedy dostarczy rozrywki? – Aizen uśmiechał się ironicznie. Grimmjow mógł się jeszcze przydać. Dobrze mieć przy sobie porywczego wojownika, rzucającego się w wir walki bez specjalnej zachęty. – Co uważasz, Gin?

Gin nic nie odpowiedział. Z jego twarzy również nie schodził uśmiech, ale myśli błądziły daleko poza zasięgiem władzy Aizena. Nie doczekawszy się odpowiedzi, Aizen odwrócił się z powrotem twarzą do wejścia do wielkiej sali. Kazał się wszystkim wynieść i teraz świeciła pustkami.

- Arrancarzy są tak naprawdę tacy sami jak Shinigami. Równie żałosni, równie zabawni... – rzekł w pozornym zamyśleniu, ale Aizen nie zwykł trwonić słów. Może to miało być ostrzeżenie skierowane w ich stronę, może zaczątek nowego planu, powoli krystalizującego się w jego głowie. – Myślą, że są tacy przebiegli, że nie wiem, co robią za moimi plecami. Szayelowi wydaje się, że jest taki sprytny, bo już pobrał próbki od tych ziemskich śmieci, bez mojej zgody. Ulquiorra myśli, że nikt nie widzi jego coraz większego przywiązania do tej... Inoue... A teraz Grimmjow i jego nowa obsesja. Z tym, że on ukrywa to nawet przed sobą, więc jest najzabawniejszy z nich wszystkich... I tak za kilka dni mu się znudzi i zabije chłopaka – Aizen zamyślił się na chwilę. W końcu dodał niedbale – Niech się bawią. Skoro Nnoitra pokonał Kurosakiego bez większego wysiłku, a reszta wycieczki gnije aktualnie w naszym lochu, nie ma obaw, że mogą nam w przyszłości zagrozić. Tymczasem może jeszcze uda się ich wykorzystać do naszych celów... – umilkł i zatopił się we własnych myślach. Dwaj byli kapitanowie również zachowali swoje przemyślenia dla siebie.

* * *

Grimmjow z trudem otworzył oczy. W głowie pulsowała mu krew, ale nie czuł już takiego bólu w klatce piersiowej. Wewnętrzne rany musiały się widocznie zagoić. Przetarł twarz dłońmi i usiadł na łóżku, ziewając przeciągle. Na próbę poruszał kończynami, wciąż trochę bolało. Przypomniał sobie o maści, no tak, w końcu proces leczenia wciąż jeszcze trwał. Jego senny umysł próbował ułożyć plan na najbliższy czas: przemyć rany, posmarować specyfikiem, obwinąć bandażem i czekać, aż się zagoją. Potem wrócić do treningów, walczyć z Shinigamim, walczyć, walczyć, walczyć i pokonać go doszczętnie, rozszarpać na kawałeczki. Przypomniał sobie to uczucie jedności i zrozumienia, którego doznał podczas walki. Mógłby nawet nie wygrywać, niechby ta walka trwała do końca świata, aż w końcu obaj po prostu opadną z sił i umrą. Tak też by mogło być.

Shinigami leżał w niezmienionej pozycji na podłodze. Grimmjow podszedł do niego, wciąż na chwiejnych nogach i nachylił się nad nieprzytomnym chłopakiem. Oddychał, trochę wyraźniej, ale wciąż jego reiatsu pozostawało nikłe i jak gdyby urywane. Obok leżały pudełka z lekarstwami, więc Espada wysypał na dłoń resztę pigułek i wepchnął chłopakowi głęboko do gardła.

- Połykaj to i wracaj do siebie – mruknął poirytowany. – Niedługo będziemy walczyć, a jeśli nie będziesz w stanie, to cię zabiję, tak jak tu leżysz. Niepotrzebny mi dodatkowy mebel – warknął ze złością. – Nic mi po trupie. Zero zabawy. Zero pieprzonej zabawy!

Mięśnie wciąż bolały. Nie tracąc więcej czasu zajął się sobą. Kiedy po dłuższym czasie kończył opatrywać rany, pomagając sobie zębami docisnąć bandaż na ramieniu, Shinigami poruszył się na podłodze. Jęknął, przeciągnął się i znów jęknął. Wreszcie uniósł się powoli na łokciu i otworzył oczy. Wzrok miał nieprzytomny, a oczy szkliste, jak przy wysokiej gorączce. Jego błądzące spojrzenie badało pomieszczenie, w którym się znajdował, aż w końcu napotkało Grimmjowa siedzącego na łóżku i przyglądającego mu się z pewnym zaciekawieniem.

- Grimmjow... – szepnął ochrypłym głosem i natychmiast spróbował się podnieść, marszcząc brwi i zaciskając zęby, żeby nie zajęczeć z bólu. Musiał jednak nieopatrznie oprzeć ciężar ciała na jednym z połamanych fragmentów kości, bo wyrwał mu się pełen cierpienia okrzyk i z powrotem zwalił się na podłogę.

- Co to miało być, Shinigami? – Grimmjow wstał i podszedł do leżącego. Obrzucił go zimnym spojrzeniem pełnym pogardy. – Nie po to cię tu przywlokłem, żebyś mi brudził podłogę. Naprawiaj się i przejdźmy do rzeczy.

Shinigami marszczył brwi, a jego zdezorientowane spojrzenie powiedziało Grimmjowi, że usilnie stara się odtworzyć przebieg ostatnich wydarzeń.

- Nnoitra skopał ci dupę – wyjaśnił Espada, krzywiąc się przy wymawianiu imienia swojego towarzysza. – Właściwie już nie żyłeś. Wystarczyło ci energii na tyle, żebyś przeżył przeniesienie cię tutaj. Dałem ci środek uzdrawiający, więc teraz łaskawie doprowadź się do normalnego stanu, żebyśmy mogli kontynuować naszą walkę. Wtedy wcale mnie nie pokonałeś – dodał szybko, choć widział, że chłopak skupia całą swoją uwagę na ułożeniu sobie w głowie uzyskanych informacji. Nagle coś przyszło mu na myśl, bo zmarszczył brwi i spojrzał na Grimmjowa z mieszaniną obawy i złości.

- Co z Nel...? – jego głos wciąż był ochrypły i ledwo słyszalny.

- To małe gówno? Nie żyje – Grimmjow wzruszył ramionami.

Na twarzy chłopaka odmalował się szok, który zaraz zastąpiła wściekłość.

- Nieprawda...

- Cóż, ona też ledwo żyła. Nie miał jej kto pomóc – obojętnie dodał Espada.

- A Inoue... – przypomniał sobie Shinigami. – Ona też tam była...

- Wróciła na swoje miejsce, a teraz pewnie pilnuje jej Ulquiorra. O ile jeszcze żyje. Ona oczywiście, nie Ulquiorra.

- A...

- Zamknij się. Nie jestem pieprzoną informacją! – warknął Grimmjow. Po chwili jednak dodał – Wszyscy Espada wrócili do kwater. Co oznacza, że wygrali swoje walki – nie wiedział, dlaczego nie dodał, że towarzysze chłopaka wciąż żyją. Zresztą, to nie miało już znaczenia dla żadnego z nich.

Shinigami zamknął oczy i zamilkł. Grimmjow wciąż stał nad nim, w końcu trącił go nogą.

- To już skończone, Shinigami. Teraz przygotuj się do naszej walki. Nie skończyliśmy jej wtedy przez tego sukinsyna.

Chłopak wciąż milczał.

- Zostawiam ci tę maść. To się wciera w rany – tłumaczył jak małemu dziecku. - Wodę znajdziesz w tamtym kącie. Zrób coś ze sobą, a jak wrócę, masz być gotowy.

Wyszedł z komnaty trzaskając drzwiami, zmieszany i zniesmaczony własnym zachowaniem. Po co tracił czas na rozmowę, po co wyjaśniał cokolwiek osobie, którą i tak zaraz zabije? I ta niby uprzejmość, tu masz to, tu masz tamto, aż miał ochotę splunąć. Zamiast tego podniósł dłoń i za pomocą cero rozwalił paskudną płaskorzeźbę zamontowaną na ścianie korytarza. Od razu lepiej. Wraca do formy. Odczuł potrzebę potyczki, choćby słownej, wbił więc ręce w kieszenie i poszedł do miejsca spotkań Arrancarów niższego stopnia. Nie chciał spotkać nikogo z Espady. Energia wracała, ale wciąż mogłoby jej nie wystarczyć na porządną walkę, zwłaszcza z przeciwnikiem na zbliżonym poziomie. Nie mówiąc o wyższym...

* * *

Ichigo usiadł walcząc z zawrotami głowy. Jego rany wciąż były otwarte, stracił mnóstwo krwi, był zmęczony, głodny i miał gorączkę. Ale jedyne, na czym potrafił się skupić, to myśl, że jego towarzysze nie żyją. Ishida i Chad, obaj wciągnięci w to wszystko przez niego. Renji. Nel, zabawny mały Arrancar skrywający wielką moc. Ona też przyszła tu za nim. Rukia... Ach, Rukia! Ichigo ukrył twarz w dłoniach. Nie zdołał ich uratować. Przegrał z tamtym Espadą. Wszyscy oni nie żyją, bo był zbyt słaby, żeby poradzić sobie z przeciwnikiem. Chciał tylko tego, żeby wszyscy byli bezpieczni, a nieustannie pakował ich w kłopoty. To się musiało tak skończyć. Poczuł się nagle przeraźliwie samotny i zagubiony. Co teraz? Jeśli stracił tych najważniejszych, bliskich mu ludzi, co pozostawało..? „Weź się w garść, Ichigo Kurosaki!" napomniał sam siebie. Użalaniem się nic nie zdziała. Na pogrążanie się w rozpaczy będzie czas... Znów ból zakłuł go w piersi. Przed oczyma stanęła mu twarz Rukii, a za nią inne twarze, głosy. Zmusił się do myślenia – Grimmjow powiedział, że Inoue wciąż jeszcze może żyć. Gdyby mieli ją zabić, pewnie już by to zrobili, a jednak widział ją przecież, uzdrowiła go, rozmawiali. Razem z Nel... Do tego, trzeba powstrzymać Aizena, ochronić ludzi na Ziemi. Nie może się poddać, wciąż musi chronić, ratować, wciąż jest potrzebny. Uderzył się w oba policzki i potrząsnął głową, zebrał myśli. Musi zająć się sobą, jeśli w ogóle ma mieć siłę na dalszą walkę i uratowanie Inoue. Gdyby ona tu była, nie musiałby marnować tyle czasu na dochodzenie do siebie, ale trudno, z braku laku niech będą i tajemnicze maści Arrancarów. W tym stanie podrzędny hollow zaraz by go wykończył, więc nawet jeśli ten lek to podstęp, to i tak nie ma wiele do stracenia. Krzywiąc się z bólu wstał i poszedł do konta, gdzie rzeczywiście stała woda w dużych dzbanach. Umył rany, jęcząc i przeklinając. Po namyśle zdjął śmierdzące od rozkładającej się krwi kimono i wyprał ją w resztce płynu. Wtarł maść w poranione miejsca, czyli niemalże każdy kawałek ciała i zabandażował na ile mógł dokładnie. Z niechęcią włożył mokre ubranie, było zimne i zaraz przykleiło się do obolałego torsu, ale wolał to, niż gdyby Grimmjow miał zastać go nagim. No właśnie, Grimmjow. Ichigo wciąż nie do końca rozumiał, dlaczego Arrancar sprowadził go do swojej komnaty i co zrobi, kiedy wróci. Lepiej więc, jeśli go po powrocie nie zastanie...

Drzwi były jednak na zamknięte na głucho. Ichigo kopnął w nie ze złością, ale nic to nie dało. Usiadł więc na parapecie okna i obrzucił spojrzeniem widok zza szyby. Hueco Mundo. Wieczna noc. W pokoju było jasno, blask światła o nieznanym źródle odbijał się od ścian i jasność stawała się niemal nie do wytrzymania. Ichigo zatęsknił za ciemnością, chciał znaleźć się poza Las Noches. Był zmęczony, ale jak można spać w tak rażącym świetle? Pogrążył się w rozmyślaniach nad tym, co teraz powinien zrobić i ile czasu zajmie mu powrót do sił; kiedy będzie mógł uratować Inoue i wrócić na Ziemię, żeby razem z resztą stawić czoła Aizenowi...

Trzaśnięcie drzwi wyrwało go z zamyślenia.

- No, Shinigami, to rozumiem – krzyknął Grimmjow z właściwym sobie, drapieżnym wyrazem twarzy. – Wstawaj i...

- Do reszty ci odbiło, Grimmjow? – warknął Ichigo. Wciąż czuł się słaby, gorączka paliła mu policzki. – Ledwo trzymam się na nogach i nie trzeba czytać w myślach, żeby zobaczyć, że ty też...

- Zamknij się! – wrzasnął Grimmjow i rzucił się do przodu. Ichigo z trudem zablokował cios, ale obaj mieli świadomość, że była to nędzna imitacja uderzenia, które mógłby zadać Espada w pełni sił. Grimmjow ze zmieszaniem spojrzał na własną pięść, na chwilę jego twarz przypominała buzię dziecka, które ktoś przyłapał na gorącym uczynku. Szybko się jednak opamiętał. Wzruszył ramionami i stwierdził ze zblazowanym wyrazem twarzy – No nic, nie dziś, to jutro. Idę spać. – po czym rzucił się na łóżko. Ichigo patrzył chwilę, jak Espada leży na brzuchu z zamkniętymi oczami.

- Skoro już mnie tu przyprowadziłeś i chcesz ze mną walczyć – stwierdził ze zmarszczonymi brwiami – to mógłbyś załatwić mi coś do jedzenia. Umrę z głodu i wszystko na nic.

- Jutro – brzmiała krótka odpowiedź.

Ichigo mruknął coś z irytacją. Jaskrawa jasność irytowała go coraz bardziej.

- Czy tu się da zgasić światło?

- A po jaką cholerę miałoby gasnąć? – Grimmjow uniósł głowę.

- Nie mogę przy nim zasnąć.

- Gówno mnie to obchodzi – głowa Grimmjowa opadła z powrotem na posłanie.

Na chwilę zapanowała cisza.

- Grimmjow? – Ichigo podciągnął kolana pod brodę.

- Zamknij się, do cholery.

- Nie boisz się, że zabiję cię we śnie?

- A po co miałbyś to zrobić? – Grimmjow oparł podbródek na dłoni i spojrzał na chłopaka ze zdziwieniem.

- Na przykład, żeby stąd wyjść. Nie musieć już z tobą walczyć – stwierdził Ichigo bez specjalnych emocji. Był strasznie zmęczony. – Jesteś moim wrogiem. Tak tylko przypominam.

- Nie podskakuj i nie sil się na ironię – warknął Grimmjow. – Nie byłbyś w stanie nawet do mnie podejść. Moje rany się zagoiły i wyczuwam twoje reiatsu na kilometr.

- Ja nic nie czuję – Ichigo dopiero teraz zdał sobie sprawę, że poza wyraźną energią Espady leżącego nieopodal, nie dochodzi do niego żadna inna aura.

- Bo pokoje w Las Noches nie przepuszczają reiatsu z zewnątrz ani na zewnątrz – wymamrotał Grimmjow w materac. – A skoro już zaspokoiłem twoją ciekawość, to czy możesz siedzieć cicho?

Ichigo zsunął się z parapetu i zaczął chodzić po komnacie. Zionęło z niej pustką. Była wielka, ale jedynymi meblami były w niej łóżko, mały stolik w kącie i kilka przedmiotów porozrzucanych tu i ówdzie. Cisza i pustka.

- Czy mógłbyś przestać chodzić w kółko, do ciężkiej cholery?! – wycedził Grimmjow. Nie był przyzwyczajony, żeby w jego pokoju znajdował się ktokolwiek poza nim samym. – Chcę spać.

To zgaś to cholerne światło!

Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, Shinigami, to mój pokój, nigdy nie gaszę w nim światła i teraz też tego nie zrobię – Grimmjow uderzył pięścią w materac. – Jak nie przestaniesz mnie wkurzać, to zabiję cię od razu i nie będzie żadnych walk.

To ty chcesz walczyć – rzucił obojętnie Ichigo. – Nie ja.

Posłuchaj no, ty cholerny, wredny, upierdliwy... – Grimmjowi zabrakło epitetów, musiał być naprawdę wyczerpany. – Dobrze! Do ciężkiej cholery, już dobrze! Rozwalę to światło, tylko przestań się ruszać!

Posłał niewielkie cero w stronę ściany i zniszczył mechanizm wytwarzający sztuczną jasność. Na chwilę zapanowała kompletna ciemność, ale wkrótce oczy Ichigo dostosowały się i zaczął rozróżniać pojedyncze kształty w pomieszczeniu. Dopiero teraz był w stanie zauważyć, że przez okno wpadało do komnaty światło księżyca. Usiadł pod ścianą. Był umęczony, ale zbyt wiele pytań nie dawało mu spokoju, a mokre ubranie lepiło się do ciała.

- Grimmjow?

- Co. Znowu. Do. Jasnej. Cholery?!

- Jeśli zniszczyłeś ten mechanizm, to teraz będzie tu cały czas ciemno? Nie odróżnimy dnia od nocy?

Grimmjow zaklął najpaskudniej, jak potrafił.

- Teraz zaczęła przeszkadzać ci ciemność? Może mi powiesz, że się boisz i mam cię wziąć do łóżka?! – westchnął ciężko. – W Hueco Mundo zawsze jest noc. Więc teraz będzie tu zawsze ciemno, chyba, że ktoś to naprawi, mnie to nie obchodzi, ja widzę dobrze w ciemnościach.

Po co w ogóle z nim rozmawiał? Gdyby chłopak dostał porządnie po łbie, siedziałby cicho. Trzeba go było zostawić tam, gdzie leżał, do tej pory już dawno by nie żył. Dlaczego właściwie go tu przyciągnął? Czuł się lepiej i to pytanie wracało do niego uparcie jak bumerang. Mógł przecież walczyć z kimkolwiek innym, większość Espady nie miałaby nic przeciwko temu, wystarczyłoby ich odpowiednio sprowokować. W dodatku byli silniejsi niż ten dzieciak, więc byliby lepszymi przeciwnikami. Ale tylko wtedy, tylko na czas tej krótkiej walki poczuł tę dziwną więź, coś, co go irytowało i fascynowało zarazem. Leżał z otwartymi oczami i wpatrywał się w ciemność, senność na chwilę zdała się go opuścić.

- Shinigami?

- Ktoś chyba miał spać?

- Zamknij się, kretynie. Dlaczego... – nie przychodziło mu to łatwo. Zamknął oczy i nabrał powietrza w płuca. – Dlaczego nie pozwoliłeś Nnoitrze mnie zabić?

- No jak? – zdziwił się Ichigo. – Przecież byłeś ranny. Już byłeś pokonany.

- Nie byłem – żachnął się Grimmjow. – Chciałeś walczyć ze mną dalej?

- Nie. Przecież cię pokonałem – chłopak zignorował ostrzegawcze warknięcie Espady. – To by było po prostu nie w porządku, gdyby on cię zabił. Czy to aż tak ciężko zrozumieć?

Tak, ciężko. Grimmjow leżał na brzuchu, z policzkiem wtulonym w materac. Nie lubił takich niespodzianek. Podczas walki zaskoczyła go jedynie przemiana Shinigami w hollowa, ale i to mógł zrozumieć, w końcu i on był w stanie się transformować. Ale zasłaniać przeciwnika, w dodatku pokonanego, przełknął to słowo z trudem, przeciwnika?

- Ty też mi pomogłeś – dodał Ichigo, jakby czytając mu w myślach. – Pamiętasz? Przyprowadziłeś Inoue, żeby mnie wyleczyła. Teraz zabrałeś mnie tutaj. Po co? – tym razem to on zadał nurtujące go pytanie.

- Nie gadaj głupot, to zupełnie co innego! – parsknął ze zniecierpliwieniem Espada. – Chciałem walczyć z tobą na równych zasadach, inaczej to nie miałoby sensu! Nie byłoby zabawy! Ale wtedy było inaczej, Nnoitra był od ciebie silniejszy i właściwie powinno ci zależeć na tym, żebyśmy się nawzajem pozabijali!

- Hmm... Masz rację – odparł w zamyśleniu Shinigami. – Może uratowałem cię z przyzwyczajenia? – uśmiechnął się niewesoło w ciemnościach. – Taka praca Shinigami, zawsze trzeba kogoś ratować.

- Nie jesteś prawdziwym Shinigami – powiedział cicho Grimmjow. – Shinigami nie zakładają masek hollowów.

Ichigo milczał. Słowa Grimmjowa zabolały bardziej niż wszystkie gojące się rany. Były echem jego własnych myśli i pytań, nieustannie rozbrzmiewających w jego głowie.

- To kto teraz uratuje ciebie, Shinigami? Przede mną, Arrancarami, Aizenem i hollowem w twojej głowie? – Grimmjow nie wiedział, skąd wzięły się te pytania. Tym bardziej, dlaczego zadał je na głos.

- Mnie ratować nikt nie musi – Ichigo objął kolana ramionami i oparł na nich czoło. – Poradzę sobie. Z tobą, Aizenem, kim tam będzie trzeba.

Grimmjow patrzył jeszcze przez chwilę w ciemną przestrzeń przed sobą. W końcu zamknął oczy.

- Śpij, Shinigami.

- Nazywam się Ichigo – wymamrotał chłopak w swoje kolana.

* A Perfect Circle, „Passive"