PART IV

Don't you break away because

A Chemical in Me is all you will be*

Nigdy dotąd nie poświęcał zbyt wiele czasu na myślenie o własnych uczuciach. Dopiero spotkanie z Shinigami, który tak do końca wcale Shinigami nie był, zmusiło go do stawiania sobie pytań i studiowania własnych emocji. To nie było w jego stylu. Zawsze mówił to, co myślał, robił to, co chciał i jeśli ktoś miał coś przeciwko, był to tylko i wyłącznie problem tej osoby. Nigdy mu na niczym ani na nikim nie zależało. Nigdy nie miał wrażenia, że wyrwano mu z wnętrza kawałek jego duszy. Nigdy nawet nie wierzył, że posiada duszę.

Nie potrzebował zmian. Biegnąc w kierunku wyjścia z korytarza, gdzie toczyła się walka Ichigo z Nnoitrą myślał, że jeśli ten pierwszy zginie, wszystko wróci do normy, do prostej i pełnej niewymagających przyjemności egzystencji. Coś jednak podpowiadało mu, że powrotu już nie ma. Dotykając wargami ust chłopaka dobrowolnie zrzekł się szansy na odzyskanie dawnego, nieskomplikowanego życia.

Nadal był dumny, arogancki i silny. Nie przejmował się otaczającym go światem, chciał walczyć, chciał poczuć na dłoniach krew swoich przeciwników. Wciąż z jego oczu biła ironia, sarkazm, jego wargi rozciągały się w drapieżnym uśmiechu. Nie zapomniał, jak się walczy, mógł pokonać dowolnego przeciwnika, jego ręka trzymała miecz równie pewnie, jak jeszcze kilka dni temu. Zmieniło się tylko coś w środku, niezauważalny dla nikogo fragment. Nie wiedział, czy to dusza, serce, czy mózg. Zdawał sobie jednak jasno sprawę, że właśnie to coś kazało mu teraz biec. Dlatego nie mógł pozwolić Kurosakiemu zginąć.

Nienawidził się podporządkowywać, gardził słabością. Uczucia są dla mięczaków. Teraz jednak ta nowa cząstka zaczęła definiować go w równym stopniu, jak wszystkie inne. Był drapieżnikiem, brutalnym wojownikiem nonszalancko poniżającym swoich wrogów, buntował się wobec Aizena i członków Espady wyższych stopniem oraz tęsknił za czułym spojrzeniem brązowych oczu. Inaczej nie byłby już Grimmjowem.

Dwie możliwości: wyrwij z siebie duszę lub zaakceptuj, że ją masz.

* * *

Ichigo otarł twarz wierzchem dłoni, bo krew zalewała mu oczy. Nnoitra stał naprzeciwko niego, szczerząc zęby w paskudnym uśmiechu.

- Gówniarzu, tym razem dopilnuję, żebyś oglądał własne flaki – jego śmiech przypominał szczekanie.

Chłopak jeszcze raz nasunął na twarz maskę, czując jak hollow przejmuje nad nim kontrolę. Zaatakował szybko i z wściekłością. Jego miecz ciął powietrze, ale zamiast zagłębić się w ciele przeciwnika, z głuchym hukiem uderzał w jego olbrzymie, księżycowate Zanpakutō. Po chwili poczuł, że się cofa, że przeciwnik, wciąż się śmiejąc naciera na niego zbyt silnie, by potrafił odepchnąć go zwykłym ciosem. Nie może się teraz poddać!

Nagle wszystko potoczyło się jeszcze szybciej niż dotychczas. Czerwone cero uderzyło w Nnoitrę, wytrącając go z równowagi i choć na ułamek sekundy serce Ichigo zabiło jeszcze szybciej, nie tracił czasu i natarł na Espadę, wkładając w atak resztę swojej siły i determinacji. Bardziej poczuł niż zobaczył, że nie walczy już sam. Reiatsu Grimmjowa było niemal namacalne. Nnoitra wyrwał się jednak i odskoczył na znaczną odległość.

- Grimmjow, ty śmieciu – splunął krwią Piąty Espada. – Bratasz się z tym ziemskim ścierwem? Nie myślałem, że upadniesz aż tak nisko – znów wyszczerzył zęby. – Trzeba było dopilnować wtedy, żebyś...

- Stul pysk, Nnoitra – Grimmjow również się uśmiechał. Ogarniała go radość, wreszcie mógł dać upust swoim emocjom, wreszcie mógł się wyżyć na kimś tak, jak miał ochotę. Przepełniała go żądza mordu, chciał zetrzeć ten idiotyczny wyraz z twarzy Nnoitry. Znów ich miecze skrzyżowały się w powietrzu, Ichigo był tuż obok. Czuł jego obecność i znów łącząca ich więź stała się nieskażona wzajemnymi oskarżeniami i bólem, znali swoje myśli i rozumieli się bez słów. Cios, unik, obrót. Wtedy do walki wmieszał się Tesla, wiedziony desperacją – ani przez chwilę nie mógł mieć nadziei, że ma jakiekolwiek szanse w starciu z Espadą lub Shinigami na tym poziomie. Grimmjow pomyślał, że Ichigo sam sobie poradzi z tym popychadłem Nnoitry, nie miał zamiaru pozwolić komukolwiek przeszkodzić mu teraz w walce z Piątym Espadą. Ichigo, jak gdyby wyłapując tę myśl, zajął się Teslą, pokonanie go nie zajęło mu dużo czasu. Grimmjow starał skupiać się tylko na swojej własnej walce.

Mógł zginąć, ale tylko walka mogła go oczyścić, wyprać z wszelkich innych emocji. Choć na te kilka chwil.

* * *

Stali nad trupem Nnoitry, z którego twarzy nareszcie zszedł pełen wyższości i okrucieństwa uśmiech. Ichigo po raz kolejny otarł twarz szczątkiem rękawa, rozmazując na niej krew i kurz. Grimmjow kopnął rękojeść miecza Espady.

No – stwierdził tylko. – To by było na tyle.

Stali przez chwilę w milczeniu.

- Ktoś chyba czeka na ciebie - stwierdził Grimmjow lekkim tonem. – Czujesz?

Rzeczywiście, Ichigo mógł poczuć energię swoich przyjaciół. Tych, z którymi tu przybył i inne, tak dobrze znane, których się wcale nie spodziewał. Zalała go fala ulgi, dopiero teraz poczuł ciężar myśli o tym, że Rukia, Ishida i reszta mogli zginąć. Zdał sobie sprawę, że się uśmiecha.

Jak można czuć się szczęśliwym na tak różne sposoby? Wiedział, co teraz zrobi – dołączy do swoich towarzyszy i razem pokonają Aizena. Inaczej być nie mogło. A jednak stał dalej wśród piasku i kurzu, niezdolny do zrobienia kroku. Chciał rozdzielić się na dwoje. Chciał, żeby nie było wojny. Chciał wypełnić Grimmjowem pustkę w swojej duszy i pozwolić mu wypełnić jego duszę nim samym. Chciał, żeby Grimmjow był szczęśliwy.

Stali i czekali, aż drugi odezwie się pierwszy. Te same słowa pojawiały się w ich głowach i nie chciały przejść przez gardła. Cisza budowała między nimi mur, lada chwila zbyt wysoki, by dało się go przeskoczyć. Wszystko byłoby prostsze, gdyby po prostu podszedł teraz do Arrancara, ale tego jednego nie mógł zrobić. Pragnienie dotknięcia jego policzka było prawie namacalne, ale ciało pozostało na nie głuche. Stał odrętwiały, jak gdyby nie panował nad własnymi nogami, które nie chciały się ruszyć, ani w stronę Espady, ani w stronę przejścia, na którego końcu czekała na niego Rukia i pozostali. Najtrudniejsze wybory dokonuje się widocznie w ciszy, umykają uwadze postronnych obserwatorów, nie ma świadków. Wybierasz i coś zyskujesz, co innego tracisz. „Tak jest zawsze" myślał Ichigo, „tak po prostu musi być". Tylko dlaczego czuł, że traci aż tak wiele?

- Idź już – mruknął Grimmjow, wbijając ręce w kieszenie. Sam powinien odejść, odwrócić się na pięcie. Nie było łatwo.

Ichigo zaciskał dłoń na rękojeści Zangetsu, gryzł wargi.

- Nie daj się zabić, Grimmjow – szepnął. Standardowe pozdrowienie dwóch wojowników.

- Ani myślę – roześmiał się odrobinę sztucznie Espada. – Choć Aizen i pozostali pewnie będą próbowali coś w tym kierunku zrobić...

- Postaram się nie dać im szansy – uśmiechnął się krzywo chłopak.

- Pilnuj własnego tyłka, ja sobie dam radę – obruszył się lekko Grimmjow, jak gdyby Ichigo proponował mu pomoc. – Jak długo zamierzasz tu stać, Shinigami? Zaraz zlecą się pozostali i znów nie dotrzesz do swoich – przypomniał z irytacją.

- Shinigami? – Ichigo spojrzał na niego, z bólem w oczach jeszcze o ton głębszym. Ale wzrok Grimmjowa pozostał twardy, więc mógł tylko bezradne wzruszyć ramionami. – Powodzenia więc, Grimmjow. – Odwrócił się od Arrancara i pobiegł w kierunku kolejnego przejścia, mając nadzieję, że tym razem labirynt korytarzy zaprowadzi go do Rukii, Ishidy, Chada, a także innych Shinigami, którzy się pojawili w Hueco Mundo. Miał nadzieję, że jest z nimi Nel. Czuł, jak rozpiera go siła, pewność, że będzie w stanie uwolnić Inoue. Musi to zrobić. Razem wrócą na ziemię. Musiał biec patrząc przed siebie. Pragnienie, by się odwrócić, jeszcze na chwilę, było porażające, wiedział jednak, że to nie ma sensu. Że zrani tym siebie jeszcze bardziej.

Ale nigdy nie zapomni ciemności korytarza, szorstkiej dłoni Espady na swoim karku i wypełniającego go wtedy szczęścia. Będzie musiał pogodzić się z tym uczuciem pustki. A kiedy to wszystko się skończy... Skąd miał wiedzieć, co stanie się wtedy?

Grimmjow stał wciąż obok trupa Nnoitry, bezmyślnie patrząc na ciało leżącego obok Tesli. Nie wiedział, co teraz zrobi, do kogo się przyłączy, z kim będzie mu pisane walczyć. Możliwości miał wiele i zamierzał korzystać z nich według chwilowych zachcianek. Wciąż pozostawał panem samego siebie. Nawet, jeśli od jakiegoś czasu wierzył już w istnienie własnej duszy. Istniała, choć teraz znów go opuściła. Ale teraz już wiedział, gdzie jej szukać. Mógł ją odzyskać.

- Niech cię szlag – wymamrotał, uśmiechając się lekko. – Niech cię szlag, Ichigo.

To wszystko się jeszcze nie skończyło. Wojna nie będzie trwała wiecznie. Ktoś będzie musiał wygrać, a tym kimś musi być on, Ichigo Kurosaki. Inaczej świat przestałby mieć sens. A wtedy, kiedy kurz opadnie i zagoją się rany, wtedy dopiero zobaczysz, Ichigo. Tylko czekaj.

KONIEC

12 listopada 2009


*FAKE?, "Chemical in Me"