Tytuł: "Za maskami"

Autor: Nami

Beta: Aribeth

Paring: Itachi/Naruto, poboczne het i slash

Długość: 10 rozdziałów

Ożeczenie: Wszsytkie postacie należą do mangaki Kishimoto. Ja jedynie postanowiłam trochę urozmaicić im życie.

Kategoria: angst, romans, przygoda

Ostrzeżenia: wulgarne słownictwo, przemoc (duuuuuużo przemocy), sceny erotyczne

Komentarze mile widziane.

Rozdział I

Siedział na parapecie przy otwartym na oścież oknie, polerując kunai. Chłodne powietrze poranka raz po raz wywoływało na jego ciele gęsią skórkę, firanka delikatnie muskała policzek. Z pozoru zajęty czyszczeniem broni, wschłuchiwał się uważnie w szepty budzącego się życia: na rogu ulucy otwarto z trzaskiem okno, z piekarni unosiły się smakowite aromaty, pierwsi ninja wyruszali na misje. On ze swojej wrócił kilka tygodni temu, lecz jej skutki ciągną sie za nim nadal.

Trochę pomad miesiąc temu wraz z Panterą zniszczyli siedzibę narkotykowej szajki na granicy Liścia i Trawy. Zlikwidowali ponad 200 kg towaru, około siedemdziesięciu niezbyt dobrze wytrenowanych ninja i przechwycili zwój z nazwiskami dealerów na terenie Trawy oraz kilku grubszych polityków zamieszanych w przemyt. Tsunade przeglądała te dane ze zmarszczonym czołem, prawdopodobnie przeczuwając już polityczną burzę, którą wywoła tymi danymi. Kraje nie przepadają za wtrącaniem się Wiosek w politykę. Tym razem będą musieli jakoś to przeboleć. Włamawszy sie do głównego komputera wraz z Panterą skopiował cały twardy dysk. W ten sposób dowiedzieli się, że ta organizacja to Akai Kin (Czerwone Złoto) i jest dość mocno rozrośniętą "spółką" działającą w mniejszym lub większym stopniu we wszystkich Krajach Środka. Wpadli w większe bagno, niż przypuszczali na początku.

Zeskoczył z parapetu, zamykając od razu okiennice. Odkąd tam tylko usiadł, głosik elitarnego ANBU buczał mu gdzieś z tyłu głowy, przypominając nieustannie, że gdyby został zaatakowany, jego szanse na obronę byłyby nikłe. Ale jaki samobójca rzuciłby się na Lisa, gdy ten dopiero wrócił z misji i chce świętego spokoju?

Prychnął, układając w szafie z bronią kunai - tylko tu utrzymywał porządek. On i spokój? Nie w tym życiu. Kiedy nie ma co robić, nadchodzą TE myśli. Przywdział maskę i imię lisa, i ze szczęśliwym uśmiechem bierze wszystkie samobójcze akcje, jakimi Tsunade częstuje jego i Panterę. Pokazuje swoją wartość wszystkim pozostały Cieniom, które nie uważają, by potrafił kontrolować moc demona i czekają tylko, aż noga mu się powinie. A on gra im na nosie, wychodząc ze wszystkich bitew z jeszcze większą umiejętnością powstrzymywania Kyuubi'ego.

Podskoczył, słysząc dźwięk komórki. Przeklinając się w myślach, odczytał wiadomość. Była od Pantery i jak można było przewidzieć, nie zawierała w sobie dużo słów: Do gabinetu Hokage. Teraz, Lisie. Lis? Misja ANBU... Co się dziwić? Sprawa Akai Kin wstrząśnie niedługo opinią publiczną i najlepiejz likwidować ich jak szybko się da, zanim te informacje wypłyną na światło dzienne i organizacja zejdzie do podziemia. Już i tak długo udaje się utrzymać wszystko w tajemnicy... Chyba właśnie wypowiadamy im wojnę.

A tak w ogóle, to trafili z nazwą, pomyślał, zrzucając z siebie yukatę. Wciągnął szybko ostatni czysty uniform ANBU, przyczepił do nóg i rąk ochraniacze. Narkotyki są kopalnią złota, okraszonego ludzką krwią. Już trzy osoby zmarły z powodu przedawkowania hanabi, nowości wprowadzonej na rynek przez Akai. Tsunade już od trzech dni rozgryza skład chemiczny tego świństwa. Na pudełku pisało: Zobaczysz fajerwerki!. Dla niektórych była to ostatnia rzecz, jaką zrobili.

Napełnił kieszenie kunai i shurikenami, schował komórkę i był gotów do drogi. Przechodząc przez kuchnię, chwycił nadal ubrudzoną krwią maskę.

Nie zamykał drzwi na klucz. Mógł zawsze go zgubić. Preferował pułapki na oknach uruchamiające alarm, gdy dotknął ich ktoś inny oprócz niego, a na drzwiach zawieszał zawsze kilka "uroczych" pieczęci, łącznie obezwładniających na piętnaście sposobów: od omdlenia na rozwolnieniu kończąc.

Wziął głęboki oddech, nim ruszył do siedziby Hokage. Oddzielił się od uczuć, zamknął swe serce. Teraz był tylko narzędziem, bronią, która wykona swe zadanie lub zginie, próbując je wykonać. Stał się Lisem. Przebiegłym, chytrym, nie znającym dla wrogów litości Lisem, zostawiającym po sobie morza krwi, za którym ciągnęły się Śmierć i Zniszczenie niczym dwie kobiety ślepo w nim zakochane.

Zawarczał głucho, czując spokój rozlewający sie po jego ciele.

Lis był gotów do walki.

Policzył shinobi stojących przy bramie. Dwudziestu, a miało być dziesięciu. Widać Hokage posiadała błędne informacje, lecz dla ANBU to normalne. Wyczuwał - i wiedział, że jego partner również- duże skupisko chakry w jednym z trzech budynków.

- Tych przy bramie trzeba zdjąć po cichu- szepnął, ledwo ruszając ustami.- Yagami pewnie jest w środku.

- Zajmę się tym - bardziej czuł ,niż widział wirujący Sharingan w czarnych oczach Pantery. Kilka pieczeci i shinobi padli jak muchy. Martwi oczywiście. - Nie mam czasu na zabawę. Pokazałem im ich śmierć, to wszystko.

Lis rozumiał wyjaśnienie. Ostatnio Pantera preferował powolne rozgniatanie wrogów. Umarli w swych głowach, więc także naprawdę. Proste. Trwało to sekundę. Dla nich. A ile dla ich wrogów?

Ruszyli do zabudowań bez jednego słowa. Współpracowali ze sobą długo, jeszcze z czasów dzieciństwa - jeśli lata pracy jako genin można określić tym mianem - i znali sie na wylot. Wiedzieli doskonale, co chce zrobić partner i jaką obierze teraz strategię.

Nic prostszego.

- Ja naprawdę... naprawdę... - mężczyzna po czterdziestce z brzuszkiem i małymi, kaprawymi oczkami cofał się coraz bardziej przed ninja zbliżającym się do niego z wyciągniętym krótkim mieczem ANBU.- Ja nic nie zrobiłem! - pisnął.

- Pantera powiedział mi, co znalazł w twoim komputerze - rzekł powoli Lis głosem wypranym ze wszelkich emocji. - Wszystkie dane, których potrzebujemy, by postawić kilka grubszych ryb przed sądem. A miała to być mała melinka - ostatnio "małe melinki" zmieniają sie w główne ośrodki informacji podczas ich misji. - Nie jesteś nam potrzebny...

- Nie, błagam - Yagami szeptał wargami pobladłymi z przerażenia. Kiedyś był geninem, to widać, a zamiast przyjąć śmierć honorowo, trzęsie się jak galareta.

Błagaj, udowodnij mi, że jestem idealnym shinobi, że potrafię nim być.

- ...zabiłeś ponad 100 osób - ten sam zimny, wykalkulowany na wywołanie jak największego przerażenia głos.- Sam i przez twój rozkaz - Zabrudzone czerwoną posoką ostrze lśniło zabójczo. - Za późno na skruchę.

Broń przecięła ze świstem powietrze, krew chlusnęła na ściany. Głowa z ustami nadal otwartymi w krzyku potoczyła się po dywanie.

Jestem?

Lis otarł miecz. Ten sam człowiek niecałe trzydzieści minut temu zasłonił się oddziałem shinobi, myśląc, że nikt mu nie zagrodzi. Pomylił się. Lis i Pantera nie byli nikim. Byli żywą legendą, najlepszą czwartą drużyną ANBU. Ta walka była małym spacerkiem z kukłami ustawionymi po drodze. Są w końcu genialnymi ninja, którzy już dawno powinni byli umrzeć.

Obserwował ukradkiem walkę Pantery: elegancką i śmiertelnie groźną. Jego partner poruszał się lekko, z gracją, jakby tańczył. Piękny, przepiękny taniec.

Zniszczyli narkotyki, ale nie zajęli się umarłymi ani nie zamaskowali swoich śladów. To wyzwanie dla Akai Kin.

Zatrzymali sie dopiero po wyjściu z lasu. Patrzyli na siebie uważnie, wzrokiem poszukując ran u partnera. Żaden nic nie znalazł i spodziewali się tego.

Zaswędział go policzek. Lis jednak nie mógł się podrapać, jeszcze nie teraz, to nie czas na ściągnięcie maski, mierzenie się z tym, co zrobił. Dopóki ma na sobie maskę, misja trwa, nic go nie wzruszy ani nie ubłaga. Jest narzędziem, dopóki nie znajdzie się w swojej sypialni, nie zdejmie maski i jego drugie "ja" nie dojdzie do głosu. Na razie jest bronią do użytku. To zasada, którą powinien opanować każdy shinobi: dom -uczucia, misja - narzędzie. Większość jednak tego nie rozumie i wariują. Jego też to czeka, już niedługo. Czuje to gdzieś z tyłu umysłu, powracające coraz większym echem uczucie szaleństwa, powolne zanikanie umiejętności oddzielenia życia od misji, przekonanie, że nie może mieć żadnego "życia", normalnego czy nie. Jakby kiedykolwiek miał "normalne" życie. Jest Junchruuki. To już go kwalifikuje na szaleńca dysponującego ogromną mocą, żądnego krwi. Za takiego w końcu uważa go reszta Cieni.

Nie wiedzą nawet, jak bliscy są prawdy.

Kyuubi pragnie krwi. Chce jej rozlewu, całego morza. Zniszczenia i okrucieństwa. A on mu się przeciwstawia. Walczy z tymi wszystkimi uczuciami, chociaż nie zawsze to jest łatwe. Nie zliczy już, ile razy Pantera zatajał w raportach, iż stracił lekko nad sobą kontrolę. To "lekko" oznaczało, że wyrżnął w pień ich wszystkich przeciwników, nie bardzo pamiętając, jak i nie rozpoznawał swojego partnera.

- Wracamy?

Lis drgnął. Po co Pantera pyta o takie oczywiste rzeczy? Oczywiście, że wracają. Misja się zakończyła, zimne cztery ściany czekają.

-Tak.

Uderzał szybko palcami w klawisze, chcąc skończyć pisać raport. Skompresował pliki i wysłał je na prywatną pocztę Tsunade. Gotowe.

W chwili, gdy to pomyślał, wylądowała przed nim góra papierów. Jęknął żałośnie.

- Cicho, młocie - burknął Pant... nie, teraz to Sasuke. - Mamy luki w administracji, przecież wiesz.

Wiedział. Te luki - czyli 1/4 pracowników na zwolnieniu chorobowym - nie wytrzymała roboty, jaką zgotowała im Akai Kin. Wypełnianie dokumentów z zeznaniami i zlikwidowanymi melinami trwało bez przerwy. Hokage cały czas wisiała na telefonie, kontaktując się z różnymi Kage i władcami Krajów.

Ostatnio wpadli na trop głównych szych Akai Kin. Jakaś nastolatka umarła po wzięciu tabletki nasennej. Odkryto w leku dużą ilość hanabi. Jest prawie pewne, że firma farmaceutyczna sponsoruje tę organizację. Bardziej jest jednak pewne, że zwalą to na jakiegoś pracownika i tyle.

- Hej, chłopaki - Sakura zajrzała do gabinetu o klaustrofobicznych wymiarach.- Przywieźli Ryuu Mao, wiceprezesa "Tsuki". Macie go przesłuchać.

- Jasne - Uchiha od razu wstał. Wszystko jest lepsze od papierkowej roboty i Naruto się z nim zgadzał.

Pokój przesłuchań był pomieszczeniem o nagich ścianach, z kamerami w każdym kącie i nie posiadał okien. Lis żałował, że nie ma tu także kilku miłych narzędzi tortur. Przydałyby się.

Siedział naprzeciw mężczyzny po trzydziestce, o brązowych włosach i złotych oczach, i miał go serdecznie dość. Z całej postawy Ryuu emanowała pewność siebie i pycha. Kłamię, wy o tym wiecie, ale mi tego nie udowodnicie zdawały się mówić jego pozbawione skrupułów oczy. Mierzył partnerów aroganckim spojrzeniem, przekonany, że się wyliże. No to się przeliczył. Lis i Pantera nie mieli w zwyczaju partaczyć przesłuchań. Nie mogli, rzecz jasna, posunąć się do przemocy - przynajmniej przy słabych dowodach, jakimi dysponowali - ale mają swoje sposoby...

Po trzech godzinach bezowocnych przesłuchań Lis spojrzał błagalnie na Panterę. Ten przestał kontemplować ścianę i spojrzał powoli na Mao z miną Sfinksa i oczami zabójcy. Wiceprezes wzdrygnął się lekko, ale nie spuścił wzroku. Nie potrafił. Przedstawienie czas zacząć.

- Nic nie wiesz, tak? - szept Sauke brzmiał groźnie, szkarłatna chakra wirowała sekundę w jego oczach. - Tak?

Ryuu zaczął się trząść, przełknął głośno ślinę.

- D-dokładnie- wyjąkał.- I proszę się do mnie nie zbliżać, znam swoje prawa.

Lis tylko cudem utrzymał na twarzy kamienną maskę. "Znam swoje prawa". Zaraz umrze ze śmiechu. A za kilka sekund ten dupek padnie. Nikt nie wytrzymywał długo sam na sam ze spojrzeniem nieruchomych oczu Pantery. To awykonalne. Szczególnie że ten rzadko kiedy słucha przepisów. Tak naprawdę to nigdy.

Pantera podszedł nieco bliżej, łezki z Sharinganu zrobiły powolny okrąg. Wzrok Ryuu bezwiednie je obserwował. Opalona twarz pokryła się potem, dłonie wytarły się nieznacznie w kraniec materiału marynarki.

- A może jednak co nieco pamiętasz? - Pantera stał teraz po drugiej stronie stołu, zaraz naprzeciw wiceprezesa. Nie robił nic, nawet spod maski nie przeświecał Sharingan, jednak z jego postawy promieniowała siła i nieugiętość.

-Wszystko powiem! - wrzasnął szatyn, patrząc błagalnie na Lisa, jakby chciał powiedzieć: "Zabierz go ode mnie". - Powiem, gdzie mają siedzibę, nie musisz się denerwować - zwrócił się do Pantery.

- Nie można było tak od razu?- rzucił Lis i tylko jego partner wiedział, że jest to skierowane do niego.

- Świetnie sobie radziłeś- padła cicha, ledwo słyszalna odpowiedź.

Prychnął.

- Szkoda, że ja go nie mogłam przesłuchiwać - Hanabi spojrzała ze złością na swoją kawę - aczkolwiek nazywanie tak tej obrzydliwości jest obrazą dla kawy.- Już ja bym go zmusiła do śpiewu...

- Może właśnie dlatego?- zapytał Naruto zza swojego laptopa.

Plastikowy kubek został zgnieciony z dużą siłą i rzucony do kosza na śmieci, przewracając go. Białe oczy Hyuugi lśniły wściekłością.

- Nazwali narkotyk moim imieniem! - krzyknęła dziewczyna. Sasuke przezornie odsunął od niej dokumenty, które skończył przed chwilą wypełniać. Kunoichi wyglądała, jakby miała ochotę czymś rzucić.

Naruto westchnął. Nie przepadał za zbyt pewną siebie Hanabi. Mogłaby odziedziczyć kilka cech po siostrze, naprawdę. Jej „ja wiem lepiej, niż wy" nie można było znieść. Jest w ANBU, ale nie ma partnera. Nikt nie może z nią wytrzymać więcej niż miesiąc. A teraz przyszła im przeszkadzać, bo "jej się nudzi". Wszyscy shinobi pracują jak szaleni, a ona nie ma zajęcia? Dajcie spokój. Uzumaki wysłałby ją najchętniej na rekonesans, by sprawdziła informacje, które mają od Mao, lecz cóż. Tym zajął się już ktoś inny.

Ryuu powiedział kilka naprawdę interesujących rzeczy. Akai Kin zaszantażowali go, grożąc śmiercią rodziny (obaj partnerzy w tym momencie wymienili znaczące spojrzenia: "Weź nie kłam", lecz okazało się, iż mówi prawdę). Firma "Tsuki" posiada kilka ciężarówek do przewożenia leków szczególnie podatnych na wszelkie wstrząsy. Szajka zażyczyła sobie, by "odstąpiono" im parę z nich. Kontaktowali się z Mao jedynie przez komórkę, więc ich nie widział. Jednak w jednym z pojazdów nie wyłączono GPS i wiceprezes zapamiętał miejsce, w którym zniknął sygnał. Z tego wynika, iż albo Akai mają opancerzony bunkier, albo ich siedziba jest niedaleko. Hanabi w tabletkach nasennych pojawiła się przypadkiem.

Pantera, będący już zmęczony dziewczyną, dał jej płytę CD i kazał zanieść Kibie. Hyuuga pewnie juz nie wróci; dodał jeszcze, że ma dla niej parę innych zadań.

- Jesteś okropny - powiedział Naruto znad swojego soku pomarańczowego - jedynej rzeczy, którą da się pić w biurowcu Hokage.

Odpowiedział mu mały uśmieszek. Co innego niby?

- Mmmm...- zamruczał, pochylając głowę do przodu. Dłonie na jego ramionach z wprawą rozcierały zmęczone mięśnie. - Gdzie się tego nauczyłeś?

- Masaż dla partnera z drużyny wchodzi w skład treningu dla shinobi z klanów o specjalnych zdolnościach - czy usłyszał nutkę śmiechu? - Wiesz doskonale.

- Uchiha-san, Uzumaki-san, przyniosłam... - oczy młodej kunoichi rozszerzyły się, a śniade policzki pokrył rumieniec, gdy zauważyła, że "Uzumaki-san" siedzi między nogami "Uchihy-san" i jest przez niego masowany - raport do podpisania - dokończyła po dłuższej chwili. Położyła papiery na szafce przy wejściu i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Lis westchnął ciężko. Znowu się zaczyna. Są z Sasuke blisko, coś à la bracia, nie jak kochankowie. Niektórzy jednak interpretują to inaczej i masaż zdrętwiałych mięśni może być dla nich wodą na młyn.

Trudno jest jednak nie dopuścić do swej strefy intymnej osoby, która cię myje, karmi i opatruje po misjach i vice versa. Czasami zdarzało im się pożegnać trochę czulej: pocałunkiem w policzek (Sasuke) lub kącik ust (Naruto). Takie zachowanie wydało im się naturalne.

- Kiedy TenTen i Konohamaru wrócą? - rzucił w przestrzeń Uchiha. - Ile można sprawdzać, czy informacje od Ryuu są prawdziwe?

- Pewnie długo.

- Dalibyśmy radę sami, nie?

- Tak.

Oczywiście, że tak. Są w końcu najlepsi.

- Pewnie dołączą do nas shinobi z innych Wiosek. Każdy Kage chce mieć swój udział w tej sprawie - Naruto zmrużył oczy z przyjemności. Brunet ma naprawdę utalentowane dłonie, ale o tym wie od dawna. Od czterech lat, kiedy myśleli, że ich przyjaźń jest czymś więcej. Po pięciu miesiącach się rozstali, to nie było to. A może oni, przyzwyczajeni do życia samemu, nie mogli żyć z kimś? Miłe wspomnienia jednak pozostały. Jeśli Shikamaru da sie usidlić, będzie miał farta...

Komórka Naruto odezwała się wysokim, wkurzającym dźwiękiem zarezerwowanym dla Hokage.

- Tak? - chwila ciszy. - Już idziemy - rozłączył się .- Są dobrze uzbrojeni. Mamy w tej chwili się spakować i iść do Tsunade. Zbieraj się, Pantera- Wstał, przeciągając się. - Możliwe, że Akai Kin współpracuje z Akatsuki...

Zarknął na Sas...Panterę. Tak jak przypuszczał, w jego czarnych oczach lśnił krwistoczerwony Sharingan.

Będzie rzeźnia.

- Zakamuflowali się dobrze, ale nie dostatecznie. Dziwię się, że Skała nic nie zauważyła, ale... - Tsunade urwała na chwilę. Lis wręcz widział formującą się w jej umyśle myśl: Możliwe, że jakaś Wioska jest w to zamieszana. - Tuż za granicą Kraju Skał ciągnie się małe pasmo górskie. Jedna z gór jest w środku pusta. To tam jest ich siedziba - Hokage przesunęła po biurku raport Lwa, który natychmiast został schwytany przez Panterę. Lis wiedział, że jego partner skanuje notatki Sharinganem, a później mu wszystko przekaże. Często tak robili. - Najprawdopodobniej znajduje się tam cała fabryka i "biuro" założycieli - Blondynka splotła palce, opierając na nich podbródek. Jej oczy lśniły groźnie. - Macie ich zlikwidować. Nieważne, ile zrobicie hałasu i jaki galimatias będę musiała po was sprzątać, zrozumiano?

ANBU kiwnęli głowami, zaskoczeni słowami przełożonej. Zazwyczaj słyszeli, by byli cisi, ponieważ nie chce się jej łagodzić sporów, a teraz takie ogłoszenie? Coś tu jest mocno nie tak...

- Czy stało się coś, o czym powinniśmy wiedzieć? - Pantera, szczególnie przed misją, nie lubił, gdy zatajano przed nim jakieś informacje. - Czcigodna?

- Hanabi dostało się do leku na ból głowy. Zginęła laureatka Międzynarodowego Konkursu Naukowego, bardzo uzdolniona dziewczyna - Hokage pociągnęła łyk sake z kieliszka stojącego przed nią. - Chyba nie muszę mówić, jaka to strata, prawda? A takich ofiar może być więcej - westchnęła. - Akai Kin zaszantażowała jeszcze jedną firmę farmaceutyczną. Tym razem to nie był lek "Tsuki".

Niedobrze. Wiadomym już było, czemu Tsunade się wkurzyła. Ginący przez przypadek ludzie byli dla niej jedną z największych niesprawiedliwości tego świata. Szczególnie ci młodzi, mający przed sobą świetlaną przyszłość oraz dzieci. Tak jak w tamtym bunkrze...

Oczy Lisa na moment zakryła mgiełka, gdy przypomniał sobie misję przed roku. Handel żywym towarem. Dziesiątki dzieci zamknięto w hangarze, który następnie wysadzono po to, by nie było żadnych "dowodów rzeczowych". Jednak źle obliczono ilość prochu. Ciała, zamiast się spopielić, rozleciały się na wszystkie strony. Do tej pory pamięta, jak zbierali resztki w promieniu kilometra od wybuchu. To było... okropne. Deszcz skóry i narządów wewnętrznych. Najmłodsze z dzieci miało dziesięć lat, najstarsze piętnaście. I wszystkie miały trafić do domów publicznych. Pantera "przypadkiem" zlikwidował szefa grupy. Nikt nie mógł mu niczego zarzucić, aczkolwiek wydało się dziwne, iż tak dobry wojownik zostawił na podłodze wybuchową bombę. I to tuż pod stopami Yagami'ego.

- ... macie się pośpieszyć. Na miejscu będziecie jutro z rana, chociaż znając wasze umiejętności przewiduję, iż jeszcze dziś w nocy. Do wieczora chcę wiedzieć, że nie został tam kamień na kamieniu, jasne?

Lis kiwnął głowa, wracając do rzeczywistości. Chyba mięknie. Teraz nie jest czas na rozpamiętywanie przeszłości. Musi wykonać swoje zadanie i tyle. Tamto również było zadaniem. Niczym więcej, nie powinno zostawić po sobie nic, oprócz poczucia dobrze wykonanej roboty. Ofiary czasami się zdarzały, wiadomo. W takim razie dlaczego...

- A co z Akatsuki? - Lis uniósł zdziwiony brwi. Co się Pantera taki rozgadany zrobił? - Czy to dobrze, by wysyłać tam Lisa?

- Wątpisz we mnie? - Lis postarał się, aby w jego głosie słychać było zabójczą nutę. Niech jego partner uważa. To, że na sparingach nie wyrządzają sobie zbyt wielkiej krzywdy nie znaczy, że nie można tego zmienić. - Akatsuki miałoby problem z porwaniem mnie, nie sądzisz?

- Nie wątpię - Ton Pantery był szczery.- Ale to mi wygląda zbyt łatwo. Jeśli tam był któryś z członków Akatsuki, to nie puściliby Lwa i Rysia. Ich chakra jest zbyt duża, by ją zignorować.

- Pomyślałam także o tym - wtrąciła Hokage, przeczuwając nadchodząca kłótnię.- Dlatego pójdzie z wami jeszcze Sokół i Rekin. Możliwe jest, że będzie tam Itachi. Góra była i nadal jest zamaskowana bardzo dobrym genjutsu - Pantera nawet nie drgnął. Za radą Naruto wyrzucił brata z rodziny, więc jego imię nie robi na nim zbytniego wrażenia. A przynajmniej stwarza takie pozory.

I nagle Lis już wiedział, dlaczego Pantera pytał, czy ma iść. Nie bał się, iż zostanie porwany, to nie wchodziło w rachubę. Walcząc, narobiliby takiego hałasu, że w godzinę przybyłyby posiłki z innych Wiosek. Nie. Pantera nie chciał, aby jego partner widział, jak traci nad sobą kontrolę przy możliwym spotkaniu z bratem. Już kiedyś to się stało. Wtedy, gdy zabił Orochimaru i poszedł szukać brata, chcąc go zabić. Naruto widział tamtą walkę. Widział, jak pieczęć obejmuje powoli całe ciało przyjaciela, a jego chakra osiąga rejestry równe piątemu ogonowi Kyuubi'ego. Energia zginała drzewa, przyciskając je do ziemi. Ziemia falowała, a wokół samego Sasuke utworzył się krater. Powietrze było zbyt gorące, by nim oddychać. Do tej pory w tamtym miejscu nie rośnie żadna roślinność, a przecież minęło już pięć lat.

Jakim cudem Itachi przeżył tę walkę, było zagadką dla wszystkich.

A Sasuke już więcej nie stracił nad sobą panowania w taki sposób. Poddał się podobnemu treningowi, jaki przeszedł Naruto, by panować na Kyuubi'm z pozytywnym rezultatem. Strach jednak pozostał.

- Rozumiemy - Lis kiwnął głową.- Wydaje mi się, czy poinformowałaś już Sokoła i Rekina?

- Tak - Tsunade odchyliła się w krześle. - Za pół godziny macie spotkać się przy twarzach Hokage.

- Oczywiście - Lis ukłonił się wraz z Panterą i już chcieli wyjść, gdy zatrzymał ich głos blondynki: - Sasuke, uważaj na siebie. I ty także, Naruto.

Nie odpowiedzieli, nie było potrzeby. Później, po misji, gdy będą znowu sobą, podziękują za słowa otuchy. Teraz byłoby to zbyt nienaturalne. ANBU nie dostają nigdy takich słów na pożegnanie od swoich przełożonych. Broni się nie żegna, rzuca się ją w sam środek walki, mając nadzieję, że przetrwa. Jeśli nie, trudno. Byleby wypełniła swoje zadanie, a jeżeli nie, to przynajmniej większą część. Zostanie szybko zastąpiona innym, lepszym i ostrzejszym narzędziem.

-Myślisz, że spotkamy tam Itachi'ego?- Lis nie mógł powstrzymać się od zadania tego pytania. Teraz albo nigdy. Zaraz Pantera zamknie się w swojej skorupce i nie piśnie więcej ani słowa. Wtedy Lis przejmnie stery, a naprawde chce się dowiedzieć, czy będzie musiał uważać nie tylko na wrogów, ale i na Przeklętą Pieczęć.

-Jeśli tak, to dobrze.- Pantera zeknął na Lisa. Czerwień jego kekkei genkai prawie wyciekała z otworu maski na oczy.- Nie martw się, nie będe ciężarem.

-Jakbym kiedykolwiek się martwił.

Martwił się i Pantera o tym doskonale wiedział. Pomimo ich treningów, po których wracali do swoich domów lub zasypiali na polu posiniaczeni jak po ciężkiej myśli i obojętności w wypełnianiu zadań- jeszcze ani razu nie musieli korzystać z pomocy psychologa w przeciwieństwie do innych- opiekowali się sobą nawzajem.

Nawiasem mówiąc Tsunade bezskutecznie próbuje ich wysłać do psychologa, jednak wie, że byłaby to ostatnia praca dla terapeuty. Obaj tyle przeszli w życiu i z tyloma rzeczami musieli zmierzyć się sami, że gdyby jakimś cudem lub porządnymi torturami "otworzyli się", biedny lekarz załamałby się. Od zawsze zwalczali swoje lęki. Nie potrzebują niczyjej pomocy.

Jak zawsze.

Beta: Ari