I. Objazd

Oto prognoza słonecznej i gorącej Georgii! Dzisiaj zapowiada się najgorętszy dzień w kwietniu! Prawie 35 stopni w cieniu! Przygotujcie się na... – Scott, wyraźnie znużony, wyłączył radio i skupił się na jeździe samochodem. Razem z czwórką swoich najlepszych przyjaciół – Kasją, Megan, Christine i Tylerem – jeździli od dwóch tygodni po małych, niemalże nieznanych miasteczkach amerykańskich. Właśnie zmierzali na Florydę, żeby na jakiś czas od tego odpocząć.

Scott był wysokim, ciemnowłosym chłopakiem o gęstych, wyraźnych czarnych brwiach, opalonej cerze i łagodnych, brązowych oczach. Widać po nim było gołym okiem, że dużo pakował, nie na tyle jednak, żeby wyglądać na jakiegoś zagorzałego kulturystę.

Siedząca przy nim na fotelu pasażera Kasja była bodajże najładniejszą i jednocześnie najbardziej tajemniczą, jaką Scott znał. Wysoka, niepozornie wyglądająca blondynka była chodzącym przykładem idealnej modelki. Była szczupła, a jej blond loki spływały jej aż do pasa. Do tego Kasja miała duże, ładne fiołkowe oczy, podkreślone dodatkowo ciemnym makijażem. Kasja miała delikatną, oliwkową opaleniznę.

Jej kuzynka, Megan była, jak to mawiał często Scott, chodzącym przeciwieństwem Kasji. Nieco niższa od niej, o kruczoczarnych włosach i pospolitych, niebieskich oczach i opalonej cerze, Megan uchodziła – i nadal będzie uchodzić – za największą jędzę i mendę w całym wszechświecie. Mając 16 lat związała się z Tylerem, o którym Scott zawsze sądził, że smalił cholewki do Kasji.

Tyler – chodzące ucieleśnienie marzeń każdej dziewczyny. Wysoki jak Scott, tak samo dobrze zbudowany jak i on, chwalił się od zawsze swoją kalifornijską opalenizną, nieco ciemniejszymi tylko od Kasji blond włosami nieustannie postawionymi na żel i fantazyjnie ułożonymi oraz elektryzującym spojrzeniem swoich lodowo-niebieskich oczu.

No i Christine. O tej Scott mógłby książkę napisać. Christine była najlepszą przyjaciółką Kasji już od czasów przedszkolnych, i nigdy się nie rozstały, nawet na wakacje czy ferie zimowe. Christine była najniższa ze wszystkich dziewczyn, i jednocześnie najdrobniejsza. Miała bladą cerę, duże, ciemne oczy i proste jak druty brązowe włosy. Miała ciemny makijaż tak jak i Kasja, ale nie tak mocny jak jej blondwłosa przyjaciółka.

Scott niechętnie zatrzymał się na środku autostrady. Tu się kończyła ich droga; dalej był już tylko piach i nie wykończona droga.

- Jasna cholera... – zaklął Scott. Kasja, dotychczas pogrążona we własnych myślach, oderwała się od nich i również zaklęła po cichu.

- Cholera...i co teraz robimy? – spytała się chłopaka Kasja. Scott podrapał się po głowie, usilnie nad czymś myśląc. Nagle, ku swojemu zadowoleniu, dostrzegł tabliczkę ze znakiem objazdu.

- Pojedziemy naokoło. – powiedział, po czym wskazał na znak. Kasja podążyła wzrokiem za jego dłonią.

- Nie jestem pewna, Scott. – odezwała się nagle Christine, dotychczas siedząca cicho z prawej strony samochodu, obok Megan, która siedziała pomiędzy nią a Tylerem. – Objazdy prawie zawsze kończą się tragedią. Nie oglądasz filmów?

- Christine, ale my nie gramy w filmie. – odparła Kasja, śmiejąc się do rozpuku razem ze Scottem. – Scott, jedź. Musimy dojechać do jakiegoś hotelu czy motelu przed zmierzchem, bo inaczej padniesz nam za kierownicą. A wypadku nie chcemy powodować.

Scott posłusznie ruszył, i już po chwili skręcali w drogę objazdową. Okazała się ona pełna wybojów i wertepów, ale Scott tak dobrze prowadził, że jego przyjaciele ledwie co owe wyboje czuli.

- Scott, włącz z powrotem radio. – wyjęczała nagle Megan. – Nudzę się jak jasna cholera.

Scott tylko prychnął w odpowiedzi.

- To zapodaj sobie muzę z iPoda. Nie będę marnował benzyny na twoje widzimisie. – odparował jej w końcu Scott. Kasja odwróciła się do niego i uśmiechnęła się, gdy Megan nie widziała, obruszona na cały świat.

Wieczorem dojechali do małego, z pozoru opuszczonego miasteczka. Megan non stop jęczała i narzekała, że trafili do jakiejś wioski duchów. Dopiero cięta riposta Kasji ją przymknęła.

- Megan, stul dziób, bo ci go obetnę. – warknęła Kasja. Megan rzuciła jej mordercze spojrzenie, ale posłusznie zamknęła się. Scott właśnie przejeżdżał obok miejscowego kościółka. Kasja mogłaby przysiąc, że już gdzieś go widziała, ale w ciemnościach nie widziała szczegółów, nie mogła więc być tego na sto procent pewna.

W końcu zajechali na plac główny. Tam doznali ogromnego zaskoczenia. Znikąd pojawił się cały tłum rozradowanych ludzi. Scott aż zaklął, hamując gwałtownie, żeby nikogo nie przejechać.

- Witamy w Pleasant Valley! – zagrzmiał nagle tubalny głos jednego z ludzi. Scott, Kasja, Megan, Christine i Tyler odwrócili się jak na zawołanie. Tuż przy ich samochodzie stał mężczyzna średniego wzrostu z siwymi, niemalże białymi włosami i głębokimi zakolami. Na jego lewym oku znajdowała się opaska w kolorach flagi amerykańskiej, pod którą musiał kryć się ubytek. Kasja domyśliła się tego po rozległej bliźnie, jaką mężczyzna miał na twarzy, a która ciągnęła się pionowo od nieco ponad łukiem brwiowym i ciągnęła się aż do połowy policzka.

Mimo to mężczyzna wydał im się niezwykle miły. Podszedł on do nich od strony pasażera i powiedział:

- Jestem burmistrz Buckman. – jego wzrok nagle spoczął na Kasji i Buckman się uśmiechnął szeroko. – A kimże jest ta młoda i zniewalająca piękność? – Kasja mimowolnie odwzajemniła uśmiech. Uwielbiała, gdy ktoś o niej mówił jako o piękności, a nie o jej kuzynce, wrednej, zimnej i puszczalskiej Megan.

- Jestem Kasja Lee, proszę pana. – odpowiedziała grzecznie Kasja w swoim południowym akcencie. Buckman zrobił na nią duże oczy – a raczej oko.

- Panienka z Południa?

- Tak jest, sir. – odparła Kasja, na co Buckman klasnął z radością w dłonie.

- Fantastycznie! A twoi przyjaciele to...? – Kasja momentalnie się zreflektowała, i zaczęła wszystkich przedstawiać.

- To jest Scott Andrews, Tyler Whitemore, Megan Anders i Christine Davis. – Buckman nagle ponownie się uśmiechnął, po czym spojrzał się na Christine.

- Davis? Czy istnieje szansa, że jesteś potomkinią naszego prezydenta? – Christine przytaknęła z bladym uśmiechem.

- Zgadza się, sir. – odparła Christine zgodnie z prawdą. – A Kasja z kolei jest potomkinią dowódcy południowców. – Buckman wyglądał, jakby Gwiazdka przyszła wcześniej.

- A skąd pochodzicie? – dopytywał się Buckman. Megan syknęła, zdenerwowana, ale Buckman totalnie ją zignorował.

- Ja z Georgii, a Christine z Alabamy. – odpowiedziała Kasja. Wysiadali już z samochodu, i Kasja, Scott i Christine stali już obok Buckmana, podczas gdy Megan i Tyler jeszcze się guzdrali.

Nagle z tłumu wyszła niska, drobna starsza kobieta z towarzyszącym jej wysokim, dobrze zbudowanym chłopakiem, góra dwudziestodwuletnim.

- Witamy! – powiedziała kobieta ciepłym, matczynym głosem. – Jestem Granny Boone, a to jest Harper Alexander. – tu Granny wskazała na owego wysokiego chłopaka, który po jej słowach uśmiechnął się rozbrajająco i spojrzał się na Kasję.

- Miło mi poznać swoją rodaczkę. – powiedział Harper, ujmując dłoń Kasji i delikatnie ją całując. Dziewczyna momentalnie poczuła, jak policzki robią jej się gorące, i Kasja była szczęśliwa, że już zmierzchało, a jej długie włosy okrywały jej policzki.

- Mi również jest niezmiernie miło cię poznać. – odpowiedziała zgodnie z zasadami południowców Kasja powodując, że Harper uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Szalenie miło mi jest wiedzieć, że istnieją jeszcze miasteczka, gdzie przestrzega się tak doskonale wspaniałych zasad Południa.

- Kasja, lepiej jedźmy dalej. – szepnął jej nagle na ucho Scott, wyraźnie się już niecierpliwiąc. Kasja zdzieliła go dyskretnie łokciem w bok.

- Milcz, Scott. Zostaniemy tu, o ile nas tu zechcą. – zanim jednak Kasja zdołała się kogokolwiek o to spytać, z odpowiedzią pospieszyła jej Granny Boone.

- Proszę, weźcie swoje bagaże i chodźcie za mną! – powiedziała wesołym głosem Granny. – Mój dom od lat służy przejezdnym jako noclegownia. Śmiało, proszę. – zachęcała Granny. Kasja i pozostali nie mieli specjalnego wyboru, i ruszyli za kobietą i gromadą miejscowych.

- Kochana panno Lee...nawet panienka sobie nie wyobraża, jaki to zaszczyt gościć tu tak piękną i niezwykłą osobę. – powiedział cicho do Kasji Harper, gdy szli pośród uradowanych z ich przybycia mieszkańców Pleasant Valley.

Kasja uśmiechnęła się nieśmiało, gdy to usłyszało.

- Dziękuję ci za tak wspaniały komplement, panie...

- Proszę, mów mi po imieniu. – poprosił ją natychmiastowo Harper.

- Zgoda. – odpowiedziała mu Kasja, posyłając chłopakowi swój niezawodny, anielski uśmiech. – Ale tylko pod warunkiem, że i ty zaczniesz odnosić się do mnie po imieniu.

- Umowa stoi...Kasjo. – tym razem do Harper uśmiechnął się, odsyłając Kasję niemalże do bram wrót niebiańskich. Sielankę tą przerwało jednak głośne chrząknięcie kogoś tuż za nimi.

- Jak pragnę zdrowia, zaraz się chyba porzygam. – powiedziała z udawanym zdegustowaniem Megan, przepychając się akurat pomiędzy Harperem a Kasją, i ruszając za Granny Boone prosto do jednego z gotowych już pokoi.

Harper spojrzał się na ciemnowłosą dziewczynę mocno zdumiony, po czym przeniósł swój wzrok na Kasję.

- Czy wszystko z nią w porządku? – spytał się zaniepokojonym głosem Harper, prowadząc Kasję przez dziedziniec przed domem Granny Boone do środka domu, gdzie zaczął prowadzić ją schodami na górę, do jednego z pokoi.

Kasja gorzko się zaśmiała, gdy to usłyszała.

- Może i tak to wygląda, ale tak nie jest. Megan jest po prostu szalenie zazdrosna, gdy chodzi o moje awanse u mężczyzn. – Harper nagle przystanął, i spojrzał się intensywnie na Kasję.

- Kasjo...jesteś pierwszą osobą, jaka do nas przyjechała, a jaka posiada tak niezwykle szeroki i bogaty zasób słów. Zaskakujesz mnie na każdym kroku.

- No cóż... – zaczęła Kasja, uśmiechając się mimowolnie. – nie od parady jestem mózgiem operacyjnym pośród moich znajomych. Znam najwięcej języków obcych z nich wszystkich, nie opuściłam nigdy Południa Stanów z racji sentymentalnych, a teraz jako jedyna z nich potrafię docenić to, co dla nas robicie.

- Miło mi to słyszeć. – rozległ się nagle tuż za nimi głos burmistrza Buckmana. Kasja odwróciła się tylko po to, aby zobaczyć jego uśmiechniętą twarz centymetry od swojej. – Panna Lee jest tutaj niezwykle mile widziana. Panna Davis, którą zdołałem już poznać lepiej, również jest wspaniałą, młodą osobą. Harper, dopilnuj, aby im obu nie brakowało dosłownie niczego.

- Tak jest, sir. – zasalutował Harper. Buckman uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Dobrze. Panno Lee...

- Proszę, mówcie do mnie Kasja. – powiedziała natychmiast dziewczyna, rzucając Buckmanowi miły uśmiech.

- Jak sobie tylko życzysz. – odpowiedział jej Buckman. – Kasjo...twój pokój znajduje się, jak już zapewne się mogłaś domyślić, na końcu tego korytarza. Granny Boone zachowuje ten pokój dla specjalnych gości. Twoja przyjaciółka, Christine Davis, również będzie tam mieszkała.

- Och, dziękuję. – odetchnęła z ulgą Kasja, podążając za Buckmanem i Harperem do swojego pokoju. – Już się bałam, że z racji tego, że Megan jest moją kuzynką drugiego stopnia, to ją wwalicie do pokoju ze mną.

- Ta ciemnowłosa dziewczyna z Północy jest twoją kuzynką?! – zdumiał się Buckman, a Harper jakby się cały nastroszył. Kasja westchnęła ciężko.

- Niestety, tak. Wiem, wygląda na lafiryndę – tu z góry przepraszam za sformułowanie – i taka naprawdę jest. Cieszcie się, że jeszcze nie poznaliście jej bliżej. I z góry radzę wam, żeby się z nią nie zadawać. To naprawdę wredna jędza, kompletnie nie znająca się na manierach.

- Dobrze wiedzieć. – powiedział Buckman, otwierając przed Kasją drzwi. Po chwili oczom dziewczyny ukazał się istny pokój marzeń; duży, przestronny, z doskonale zachowanymi zabytkowymi meblami. Dwa duże, szerokie okna dawały osobie tu mieszkającej doskonały widok na główny plac wioski.

Kasja nie mogła powstrzymać lekkiego westchnienia i uśmiechu, gdy weszła do środka.

- Dziękuję. Naprawdę dziękuję. – powiedziała dziewczyna, odwracając się do swoich dobroczyńców i posyłając im obu po szczerym uśmiechu.

- Nie ma za co, Kasjo. – odpowiedział jej Harper, układając jej bagaże tuż przy drzwiach jej pokoju. – Za chwilę przyślemy tu na górę Christine, żebyś się nie nudziła. A jutro rano poznacie pozostałych mieszkańców Pleasant Valley.

- Nie mogę się już doczekać. – odparła szczerym tonem głosu Kasja. Harper i Buckman zostawili ją w końcu samą, tak że Kasja mogła na spokojnie przemyśleć sobie to, co właśnie się wydarzyło, i pomyśleć o tym, co też jeszcze może jutro się wydarzyć.