O dobrych i lepszych pomysłach

W ostrym świetle księżyca cała sceneria wyglądała dużo srożej niż w dzień. Wszystko było podzielone na prawie białe powierzchnie i głębokie cienie. Albrecht wypatrywał oczy w otaczającej ich ciemności, ale wydawało się, że nikt ich nie ścigał, mimo że psy ciągle szczekały w oddali.

- Myślisz, że nas widziała? - Albrecht wydyszał cicho, starając się jak najbardziej przycisnąć do nierównego muru. Wystające kamienie boleśnie wbijały mu się w chude plecy. Przysunął się do swojego wspólnika.

- Nie, bo już mielibyśmy straż na karku.

Friedrich ciągle łapał oddech. Jego ciepłe ramię przyciśnięte do ramienia Albrechta stanowiło miłe przeciwieństwo zimnego muru za nimi. Nagle sprawca tego całego zamieszania stwierdził, że nie ma ochoty ruszać się stąd.

Friedrich nachylił się do niego.

- A tak w ogóle, to dlaczego mnie upuściłeś?

Nie wydawał się rozgniewany, mimo to Albrecht nie odpowiedział od razu. Nie mógł powiedzieć prawdy, przyznać się do niedorzecznej zazdrości, która go ścisnęła, gdy poczuł, jak Friedrich usiłował wdrapać się wyżej, żeby—jak przypuszczał—lepiej przyjrzeć się tej dziewczynie. Albrecht przeklinał siebie za zaproponowanie tej eskapady.

Patrzył prosto przed siebie, obserwując, jak para unosząca się z ust Friedricha rozpraszała się w zimnym, późnojesiennym powietrzu. Kiedy był pewien, że nie zdradzi go ani głos, ani wyraz twarzy, odwrócił się do swego towarzysza.

Nie był przygotowany na intensywność wzroku Friedricha, autentyczne zainteresowanie w jego oczach, jego niepodzielną uwagę. Poczuł, jak w brzuchu rozchodzi mu się bardzo przyjemne ciepło, a na twarz wystąpiły mu kolory. Wdzięczny za ciemność, przycisnął obie dłonie wewnętrzną stroną do muru, rozsuwając palce, starając się nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

- Usłyszałem psy — powiedział w końcu. To było kłamstwo, ale nie takie straszne. Wszystko działo się tak szybko.

- Zaczęły szczekać po tym jak mnie upuściłeś i stoczyliśmy się na dół, głupolu, a nie przedtem.

Inwektywa została wypowiedziana bardzo łagodnie, prawie z czułością. Friedrich wydawał się być rozbawiony, a jego oczy prześlizgnęły się po twarzy Albrechta, szukając czegoś. Cokolwiek tam zobaczył, wywołało to powolny uśmiech na jego twarzy, w kącikach oczu pojawiły mu się kurze łapki, a usta rozciągnęły nad białymi zębami.

Albrecht nie mógł się opanować i także się uśmiechnął, bez żadnego powodu. Żeby przeciągnąć tę chwilę, zadał pierwsze pytanie, jakie mu przyszło do głowy.

- Widziałeś coś?

Ciągle się uśmiechając, Friedrich odpowiedział lekceważąco.

- Niewiele. Chodziła w tę i w tamtą, znikając za drzwiami, a kiedy chciałem się przesunąć, żeby lepiej widzieć—upuściłeś mnie.

W jego oczach migotało rozbawienie i coś jeszcze, ale to, to, byłoby za dużo. Albrecht odwrócił wzrok, nie mając odwagi uwierzyć, ale też niezdolny do odrzucenia tej myśli. Uśmiech nie opuszczał jego twarzy.

Friedrich szturchnął go żartobliwie w ramię, i ze stłumionym okrzykiem zdumienia Albrecht stracił równowagę na luźnych kamieniach pokrywających zamkowe zbocze. Friedrich rzucił się za nim, starając się go złapać, ale zamiast tego zsunął się kilka metrów razem z nim. Rozpaczliwie balansując ciałami, w końcu zdołali się zatrzymać. W nocnej ciszy kamienie, które się za nimi potoczyły, zabrzmiały jak wystrzały. Psy znowu zaczęły wściekle szczekać, ale tym razem było również słychać nawoływania żołnierzy.

- Wracajmy, zanim nas tutaj złapią.

Friedrich poprawił uchwyt na ramieniu Albrechta i wciągnął go na górę, pod mury zamku, gdzie litościwe cienie ukryły ich sylwetki.

Biegli wzdłuż ścian, zgięci w pół, tryskając niewytłumaczalną radością.

Gdy już dostali się do środka, przebiegli korytarzami bez słowa, w milczącym porozumieniu. Udało im się wślizgnąć do pokoju nie budząc nikogo.

Już leżąc w łóżku Albrecht uświadomił sobie coś. Friedrich upuścił go w bardzo podobnych okolicznościach. Kiedy Albrecht zaczął się wiercić, starając się ustawić tak, żeby mieć lepszy widok na tą kelnerkę...

Ogromny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Odwrócił gwałtownie głowę.

- Friedrich? - wyszeptał ledwie słyszalnie.

- Tak?

Uśmiechając się, Friedrich odwrócił się do niego, unosząc prowokacyjnie brew.

- Skąd wiedziałeś, że ona tam była?

Friedrich nie odpowiedział od razu. Przez chwilę przyglądał się kołdrze, a kiedy odwrócił się do Albrechta, jego oczy miały szelmowski wyraz.

- Bo nagle przestałeś oddychać.

Obydwaj uśmiechnęli się szeroko. Albrecht odwrócił wzrok do sufitu. Wzbierało w nim nieznane dotychczas poczucie szczęścia. Nie było to nic pewnego, ale przynajmniej obietnica.