N/A Tak mnie jakoś Wena dopadła niespodziewanie pewnego dnia nad morzem i oto jej dziecko. Staram się unikać słodzenia i patetycznych tekstów, ale czasem się nie udaje ;) Mam jednak nadzieję, że wybaczycie.

Jak zwykle do bólu kanonicznie (teoretycznie i z założenia przynajmniej), poza jednym szczególikiem, ale takim malutkim ;P Jeden trup w tę, jeden w tamtą nie burzy jeszcze kanonu... ;D

Jeśli chodzi o ciąg dalszy, to mam jeszcze trochę napisane, a co będzie dalej, to nie wiem, bo moja Wena jest stworzeniem wyjątkowo kapryśnym i potrafi znikać na całe tygodnie. Ale mam nadzieję, że zostanie, póki nie ukończę tego fika.

Wszelkie komentarze i konstruktywne opinie mile widziane.

Z dedykacją dla mrocznej88, której Severusa lubię najbardziej :P

Miłej lektury :)


Po rozmowie z portretem Dumbledore'a Harry wrócił do Wielkiej Sali, choć wcale nie miał na to ochoty. Ale jakoś nie mógł się zmusić do tego, by zaszyć się samemu w wieży Gryffindoru, podczas gdy wszyscy świętowali na dole.

Swoją drogą, „świętowanie", to trochę przesadzone słowo. Owszem, na początku wybuchła dzika radość, łzy, śmiechy, uściski i tańce, ale po kilkunastu minutach takiej euforii obrońcy Hogwartu zaczęli pomału zdawać sobie sprawę z tego, co tak właściwie się stało. Z tego, że brali udział w bitwie na śmierć i życie, i że śmierć dosięgła nie tylko Voldemorta i jego sprzymierzeńców. Stopniowo więc, na zmęczonych twarzach pojawiał się smutek. Weasley'owie skupili się nad ciałem Freda i wpatrywali się w ich syna i brata, jakby próbując spojrzeniami przywrócić go do życia. Ron, po chwili wahania, dołączył do rodziny, za nim podążyła Hermiona, rzucając przepraszające spojrzenie Harry'emu, który tylko kiwnął głową, czując, jak robi mu się niedobrze.

Ponad 40 osób… Większość z nich znał osobiście, a niektóre były mu bardzo bliskie. Pomyślał o Remusie i Tonks, i podążył w kierunku ich ciał na drżących nogach. Osunął się na kolana przy ich głowach i niepewnie wyciągnął rękę, dotykając palcami twarzy ostatniego Huncwota. Policzek, lekko szorstki od zarostu, był już zimny.

Harry poczuł, jak zimno tego martwego ciała przepływa przez jego palce do jego wnętrza i zatrząsł się mimowolnie. Niemal nie poczuł, jak po policzkach zaczęły spływać mu łzy. Pochylił się nad ciałem Remusa i zapłakał.

Nie wiedział ile czasu minęło do momentu, w którym poczuł, jak czyjeś drobne, ciepłe ręce otaczają go i podnoszą z ziemi. Wiedział, że to Ginny, poznał ją po zapachu i uśmiechnął się przez łzy. Ginny. Teraz mogli już zawsze być razem…

- Chodź, Harry – powiedziała łagodnie, łapiąc go za rękę, kiedy stanął na nogach – Musisz się położyć…

Skinął głową, nie mając już siły, by protestować. Jak przez mgłę zauważył, że Wielka Sala opustoszała niemal zupełnie – większość ludzi musiała rozejść się do domów, spora też część została w zamku, śpiąc na dodatkowych łóżkach w dormitoriach.

- Gdzie twoja rodzina? – zapytał, zwracając twarz w kierunku dziewczyny idącej obok niego, wciąż trzymającej go za rękę. Widział, jak zaciska usta i powstrzymuje łzy, których ślady widniały wyraźnie na jej ubrudzonej twarzy.

- Zabrali Freda do domu… - powiedziała, ledwo słyszalnym szeptem. Harry'emu ścisnęło się serce z bólu, ale nic nie powiedział. Nawet nie wiedział co mógłby powiedzieć…

Nagle jego wzrok padł na Malfoyów, wciąż siedzących razem w kącie sali, zerkających na niego niepewnie. Przez kilka chwil opanował go gniew, ale momentalnie wyparował, wypchnięty inną myślą.

- Snape! – wymamrotał, zatrzymując się w pół kroku. Ginny przystanęła, zdezorientowana.

- Co z nim? – zapytała niepewnie – Przecież mówiłeś, że on… że on… - nie mogła wydusić z siebie tych słów.

- Nie żyje – kiwnął głową Harry, myśląc o czymś intensywnie – Ale jesteśmy mu winni coś więcej, niż… - przełknął ślinę czując cisnące się mu do oczu łzy. Stanowczo za dużo płakał. Ale to zapewne przez zmęczenie.

- Niż...?

- On też powinien wrócić do domu… - wyszeptał Harry, myśląc o Fredzie, o Tonks i Lupinie, i wszystkich tych, których ciałami zaopiekują się najbliżsi, którzy zostaną pochowani z największymi honorami, a nad ich grobami będzie płakała rodzina i przyjaciele. Zrobiło mu się okropnie smutno, gdy wyobraził sobie sytuację Snape'a. Może z powodu zbyt dużego rozczulenia wywołanego zmęczeniem i nawałem uczuć, a może przez to, co zobaczył w myślodsiewni, a nad czym do tej pory nie miał czasu się głębiej zastanowić, ale zaczął współczuć swojemu zmarłemu nauczycielowi eliksirów, co było dość niezwykłe.

- Harry… - Ginny nie wydawała się szczęśliwa z tego, co powiedział. Chłopak nie był tym zdziwiony.

- Nie, nie rozumiesz wszystkiego, Ginny… - popatrzył na nią łagodnie, biorąc obie jej dłonie w swoje i zwracając się do niej całym ciałem – Snape… To on nas wszystkich ocalił… gdyby nie on, nie pokonałbym Voldemorta, bo to Snape przekazał mi ostatnie informacje od Dumbledore'a dotyczące horkruksów… Ginny… ja byłem ostatnim horkruksem i nigdy bym nie zrobił tego, co zrobić musiałem, by pokonać Riddle'a… - głos Harry'ego był opanowany i stanowczy. Dziewczyna nie rozumiała wszystkiego, ale po chwili wahania, skinęła ostrożnie głową, uśmiechając się słabo.

- Cóż… Jako nasz wybawca masz prawo robić, co ci się podoba… - zaczęła, uśmiechając się jeszcze szerzej na widok jego pełnej dezaprobaty, skrzywionej miny – Nie krzyw się… jesteś wybawcą…

Otworzył usta, by zaprotestować, ale położyła na nich palec i potrząsnęła głową.

- Nawet jeśli z pomocą Snape'a czy kogokolwiek innego… tylko ty mogłeś tego dokonać i doskonale o tym wiesz… - mówiła dobitnie, patrząc mu w oczy – Więc nie marudź i nie zaprzeczaj, tylko rób, co uważasz za słuszne.

Odwzajemnił uśmiech i pochylił się, by ją pocałować, gdy przerwało mu znaczące chrząknięcie. Odwrócił się, by spostrzec za sobą Rona i Hermionę. Harry nie mógł określić, czy byli bardziej rozbawieni, czy przybici. Najpewniej jedno i drugie.

- Później będziecie mieli czas na amory – odezwał się Ron z przekąsem – Na razie jednak, skoro mamy iść po Snape'a, to rusz dupsko Harry, bo nie mamy wiele czasu… - spochmurniał nagle – Musimy wrócić do domu…

- Ale… - zaczął Harry.

- Tak, tak. Musisz sam. To twoja misja. Nie możesz nas narażać. Jasne – zagderał Ron, wywołując lekki chichot obu dziewczyn – Postanowiliśmy jednak z Hermioną ci pomóc, jak za starych dobrych czasów… - ironia w jego głosie była niemal namacalna. Hermiona zrobiła znaczącą minę i wymieniła się spojrzeniami z Ginny, która uniosła kąciki ust w uśmieszku.

- Posłuchaj go, Harry – powiedziała, kiwając głową i cmokając go w policzek – ja wrócę do domu… Pomogę mamie, jest totalnie załamana… - posmutniała – I najszybciej jak się da, teleportujcie się do Nory – dodała i wyszła z Wielkiej Sali, kierując się do gabinetu McGonagall, w którym lokalnie zdjęto zaporę anty-deportacyjną i otworzono kominek, podłączając go do Sieci Fiuu, by ułatwić ludziom opuszczenie Hogwartu.

Podczas drogi do Hogsmeade nie rozmawiali niemal wcale. Harry wiedział, że będzie musiał im wszystko dokładnie wytłumaczyć, ale ani on nie miał siły mówić, ani oni słuchać. Szli po prostu razem, jakby wybierali się na sobotni wypad dla odstresowania po lekcjach.

Gdy dotarli do Wrzeszczącej Chaty, Harry zawahał się. Może nie powinien tego robić? Owszem, Snape pomógł mu ogromnie, ale z drugiej strony… Nie sprawiło to, że mniej nienawidził Mistrza Eliksirów. Właściwie to nie był do końca przekonany, co o nim teraz sądzi, po tym, jak dowiedział się o miłości Snape'a do jego matki, o przysiędze, jaką złożył, o tym wszystkim, co robił za jego plecami przez tyle lat. Cóż, nie ulegało wątpliwości, że Snape, choć obiecał go bronić, szczerze go nienawidził, jako syna Jamesa, i Harry niechętnie, ale musiał przyznać, że mu się nie dziwi ani trochę. Co więcej, zastanawiał się, czy będąc na jego miejscu, nie zachowywał by się jeszcze gorzej, niż Mistrz Eliksirów wobec niego. Bądź co bądź, Harry był żywym dowodem na to, kogo wybrała Lily i chodzącym wyrzutem sumienia w postaci sieroty pozbawionej rodziców w brutalny sposób i naznaczonej okrutnym piętnem, jakim była przepowiednia i decyzja Voldemorta o wybraniu jego, a nie Neville'a. Harry'emu było teraz dużo łatwiej zrozumieć motywy, jakimi kierował się nauczyciel, ale nie sprawiło to, że lubił go choć odrobinę bardziej, niż przez ostatnie 7 lat. Owszem, przestał obwiniać go o śmierć Dumbledore'a i potrafił dostrzec odwagę, jakiej chyba nikt, poza Snapem nigdy nie okazał, ale nie zmieniało to niczego w jego uczuciach, które przecież nie były oparte na wydarzeniach jedynie ostatnich kilku miesięcy. Nie da się ukryć, że Snape zniechęcił go do siebie od pierwszego dnia szkoły, ale późniejsze lata wcale nie były lepsze. Harry nie wątpił, że gdyby nie przysięga, jaką Severus złożył Dumbledore'owi, posępny profesor nie omieszkałby pozwolić, by Quirrell załatwił go już w pierwszej klasie. Nie mówiąc o tym, że pewnie by mu jeszcze pomógł, a potem pogratulował.

Wszystko to jednak nie zmieniało faktu, że Snape, choć podły z charakteru i zachowania, do samego końca pozostał wierny Dumbledore'owi – a co za tym idzie – także Harry'emu, który nie umiał zapomnieć oburzenia, jakie brzmiało w głosie Mistrza Eliksirów, gdy ten dowiedział się od Dyrektora, że Potter jest ostatnim horkruksem i musi umrzeć. Może było to ironiczne i zupełnie w stylu Snape'a, ale jednak Snape wypadł w tej rozmowie dużo korzystniej, niż starszy czarodziej.

Harry umiał docenić wierność, zwłaszcza, że to właśnie jej brak w osobie zdrajcy Glizdogona przyczynił się bezpośrednio do śmierci jego rodziców i wszystkich późniejszych wydarzeń. Wierność, zwłaszcza taka, jaką okazał Snape, była na wagę złota. I ocaliła ich wszystkich. A to Wybraniec stawiał ponad lata wzajemnych animozji.

- Harry? – pytający głos Hermiony dotarł do niego jakby zza ściany. Spojrzał na nią nieprzytomnie – Wchodzimy?

Kiwnął głową, wziął oddech i wszedł do środka. Za nim podążyła Hermiona, ostatni Ron, któremu najtrudniej było znaleźć jakikolwiek powód, dla którego nie miałby pozwolić, by trup Snape'a zgnił w tej ruderze, zjedzony przez szczury.

Dotarł do pokoju, w którym leżało ciało ich nauczyciela i zamarł w pół kroku. Snape'a nie było. Idąca za nim Hermiona wydała zduszony okrzyk, gdy spostrzegła to samo. W miejscu, w którym ostatnio widzieli Severusa Snape'a widniała tylko olbrzymia plama krwi, od której odchodziła krwawa smuga, jakby ktoś ciągnął ciało po ziemi. Albo… Jakby ktoś się czołgał…

- Harry… - zaczęła niepewnie Hermiona – Czy on… Ktoś go zabrał?

- Nie – dobiegł ich głos Rona, który do tej pory nie odezwał się ani słowem. Odwrócili się w jego stronę i podążyli wzrokiem za jego spojrzeniem.

Hermiona jęknęła cicho, a Harry poczuł, że nogi się pod nim uginają. Pod ścianą, zwinięty w pozycji embrionalnej, leżał Snape. Za nim widniał krwawy ślad jego wędrówki. Cały był we krwi, a jego zadbane dłonie z długimi palcami zaciskały się kurczowo na krawędzi brudnej wykładziny.

- Mój Boże… Harry… On… - Hermiona cała się trzęsła – Harry, on…

Harry, jak w transie, podszedł do nieruchomego ciała i pochylił się nad nim, nasłuchując oddechu.

- Hermiona… Hermiona, chodź tu… - wymamrotał – On chyba oddycha…

Dziewczyna ukucnęła obok niego i położyła dłoń na klatce piersiowej Snape'a, nad sercem. Potem przytknęła w to miejsce ucho, nie zwracając uwagi na oburzone fuknięcie Rona, który nie ruszył się z miejsca, z ponurą miną przyglądając się scenie. Hermiona tymczasem wyjęła różdżkę z kieszeni i zaczęła mamrotać nad nieprzytomnym mężczyzną jakieś nieznane im zaklęcia. Oddech Snape'a stał się jakby wyraźniejszy.

- Musimy go zabrać do świętego Munga – skończyła czarować i popatrzyła na Harry'ego, unikając spojrzenia Rona – Stracił bardzo dużo krwi, ale może uda się go uratować.

Harry pobladł. Jeśli Snape przeżyje… Cóż… znów będzie musiał stanąć oko w oko z Mistrzem Eliksirów. I to w inny sposób, niż do tej pory.