Co by było, gdyby w Karakurze miał się odbyć bal maturalny? Po Aizenie nie zostały już nawet skrzydełka, trwa powojenna sielanka, miejscowa Młodzież Uwrażliwiona Na Inne Światy wróciła do normalnego trybu życia. Społeczność lokalna wzbogaciła się o kilkoro obywateli napływowych z odległych stron, w większości dogłębnie zresocjalizowanych, a lokalny garnizon Shinigami na dobre zapuścił korzenie w jednej z miejscowych szaf, co prawda oficjalnie już posiadającej stałego lokatora, ale nieodmiennie gościnnej. Jednym słowem — wszystko jest cacy. I oto zbliża się Bal...

BAL MATURALNY

CZĘŚĆ PIERWSZA: PIERWSZE KOTY DO SZAFY

Bal maturalny w Karakurze nadciąga nieuchronnie... Wychowawczyni jednej z klas kolejny raz zadumała się nad listą swoich podopiecznych i ich osób towarzyszących. Miała szczerą nadzieję, że nie dojdzie do żadnych... incydentów? Ostatnio nie brakowało ich w Karakurze. Cóż, niewinny bal maturalny nie powinien przynieść żadnych nowych ekscytacji. Ot, grzeczne panny i jeszcze grzeczniejsi kawalerowie...

Inoue Orihime z osobą towarzyszącą. Hm. Ten chłopiec mógłby przed balem zajrzeć do solarium. Chociaż, mlecznobiała cera robiła cuda dla tych jego upiornie zielonych oczu...

— Kobieto.

— No popatrz, jak cudownie.

— Nie byłem wcześniej poinformowany, że lubisz takie rzeczy.

— Jakoś nigdy nie było okazji o tym porozmawiać...

— Powinnaś była poruszyć ten temat w rozmowie.

— Ale to przecież nic ważnego...?

— Mogliśmy uniknąć wielu... niedomówień.

— Nie rozumiem cię, Ulquiorra—kun. Czemu niby miałoby to zapobiec?

— Niewątpliwie nasze wspólne doświadczenia zyskałyby nową głębię.

— Chciałeś chodzić ze mną na bale? To cudownie, Ulquiorra—kun!

— Kobieto. Podejmij decyzję.

— Ale o co...

— Jeśli zamierzasz kontynuować związywanie mnie tym jedwabiem, zaciągnij przynajmniej kotarę w tej... Jak to nazwałaś?

— Przymierzalnia...

— Zaciągnij więc kotarę. Twoja definicja stosunków dobrosąsiedzkich, którą ostatnio dla mnie wyszukałaś w tej podejrzanej google—rzeczy, nie wspomina o publicznych zabawach czarnym jedwabiem.

— Ależ, Ulquiorra—kun! To jest krawat! I będziesz go miał na sobie na balu!

— Nieustannie mnie zaskakujesz, kobieto. Nie tylko nie wiedziałem, że lubisz takie rzeczy, ale tym bardziej, że lubisz robić je publicznie. Cóż, nie wybrałem cię bez powodu.

— Ulquiorra—kun!

— Ten niebieski będzie ładnie na tobie wyglądał. Weźmiemy oba. A jeśli szybko wybierzesz buty, będziesz mogła związać mnie pierwsza, a potem ja zwiążę ciebie.

— ...

— Już po zakupach, oczywiście.

— ...

— Wypowiadaj wyraźnie swoje myśli, kobieto. Chyba, że jednak powinienem otworzyć ci czaszkę i...?

— Wezmę tę parę z obcasikiem.

— Wszystkie mają obcasik.

— Ale ten jest lepszy.

— Kiedy tak na niego patrzę, kobieto, nie wydaje się lepszy. Tylko znacznie wyższy i jakby... Ostrzejszy.

— Trudno. Wybrałam buty, ja związuję cię pierwsza.

— ...

— I weźmiemy te wszystkie krawaty. Nigdy nie wiadomo, do czego mogą się przydać, nee, Ulquiorra—kun?

— Nie, kobieto. Z tobą nigdy nic nie wiadomo.

#

Wychowawczyni raz po raz przekładała listę na swoim biurku, przyglądając się kolejnym nazwiskom i dumając o tym lub owym. Niekiedy nawet o jeszcze czymś innym.

Kurosaki Ichigo.

Przymknęła oczy — natychmiast napłynęła wizja nastroszonych brwi i marchewkoworudej czupryny chłopca. Po czym, jak za przyciśnięciem odpowiedniego guzika, natychmiast zwizualizowała jej się kolejna twarz o wyrazistych brwiach i rozwichrzonej grzywie.

Ja—gger—ja—cquez.

On i chłopiec małej Inoue byli chyba kuzynami, czy coś w tym rodzaju — w każdym razie pochodzili z tych samych stron. Gdziekolwiek, oczywiście, znajdowały się miejsca, w których młody mężczyzna mógł się bezkarnie obnosić z tak wyzywająco ufarbowanymi włosami. Nauczycielka pokręciła głową nad cyrankowym błękitem włosów Grimmjowa Jaggerjacqueza.

#

Cyrankowy błękit był akuratnie zagrzebany aż po czupurny czubek czupryny w stercie spodenek gimnastycznych, jako że właściciel konfliktowych włosów spoczywał na dnie szafy Ichigo, bardzo ostentacyjnie dając do zrozumienia, że śpi snem zimowym i nie wstanie nawet na konfiturę z brzoskwiń. Ichigo ciskał się po pokoju, od czasu do czasu rzucał w szafę tym, co akurat wpadło mu w rękę — czyli butem, w którym usiłował ukryć się Kon, torbą, w której usiłował ukryć się Kon, albo wazonikiem z nagietkami, który usiłował udawać Kon. Szafa nie reagowała. Ani na rzucanie Konem zza węgła, ani na frontalne rzucanie Konem, ani na prośby, groźby i klątwy, miotane przez rozzłoszczonego nastolatka. Klątw było wprawdzie znacznie więcej, niż jakichkolwiek innych form perswazji, ale w gorączce wymknęło się Kurosakiemu jedno czy dwa żałosne błagania. Na lokatorze szafy nie wywarły one najmniejszego wrażenia.

— Masz humory jak kobieta w ciąży! Nadęty hollow!

Cisza.

— Nie, cofam to. Ty jesteś nawet gorszy od baby!

Cisza.

Na swoim wygodnym posłaniu Grimmjow Jaggerjacques zwinął się wygodniej, bardziej niż zwykle przypominając upiorną wersję autorską kociej satysfakcji. Niech sobie Kurosaki nie myśli, że takie nędzne komplementy dokądś go zaprowadzą. Oczywiście, że był gorszy od baby.

Był gorszy od wszystkiego.

Hehehehehe.

Ciśnięty z rozmachem pluszak rozpłaszczył się na drzwiach szafy i zapłakał rzewnymi łzami.

— GRIMMJOOOOOOOW!

He, he, he.

#

Nauczycielka dumała już dobrą chwilę nad swoim kłopotliwym wychowankiem, jego cyrankowoniebieskim towarzyszem przygód i nadchodzącym balem maturalnym. Właściwie, niewiele wiedziała o tym... Grimmjowie. Podpytywała czasem Kurosakiego seniora na zebraniach rodziców, ale poczciwy doktor reagował na takie pytania gwałtowną paniką i bagatelizowaniem całej sprawy. O ile w ogóle udało się wyciągnąć z niego przyznanie, że jakaś sprawa istnieje. Cóż, widocznie w domu Kurosakich obecność ichigowego... przyjaciela... nadal stanowiła drażliwy temat. Oby nie stała się równie drażliwym problemem na balu maturalnym. Cóż, Ichigo nie był ani jednym chłopcem, który nie kwapił się do zapraszania na bal dziewczyny, ani też jedyną osobą, która zapowiedziała się z kimś pochodzącym z obcych stron, mającym obce... hmmm... wzorce kulturowe i nieco... kontrowersyjny... sposób bycia. Prawdopodobnie będzie to bardzo... urozmaicona uroczystość.

#

— Halo? Dzień dobry, tu Kurosaki Ichigo. Czy to Inoue? Inoue!

— Kurosaki—kun! Witaj! Hi, hi, hi! Jak się masz, Kurosaki—kun?

— Nie najlepiej właściwie...

— Mogę przyjść jutro i cię naprawić, Kurosaki—kun.

— Boże, Inoue, ty już nawet mówisz jak Ulquiorra.

— Hi, hi, hi... Więc mogę przyjść jutro i cię wyleczyć, Kurosaki—kun.

— Mogłabyś mi już dzisiaj pomóc...

— Dzisiaj jestem zajęta, Kurosaki—kun. Hi, hi, hi.

— E?

— Ulquiorra—chan mierzy frak, a ja mu pomagam.

— Łeee...

— Właściwie, to mierzymy krawat...

— Bleh... Oszczędź mi... Albo nie, załatwmy to od razu: jak zdołałaś go do tego przekonać?

— Do mierzenia krawata? Właściwie, to on przekonał mnie...

— Ale w ogóle, do tej całej szopki z ubraniem galowym!

— Pani w szkole wyjaśniła wszystkim chłopcom, na czym to polega. Nie było cię tam, Kurosaki—kun?

— JA byłem...

— Ach.

— No.

— Ahaaa... Więc Grimmjow—kun... Hi, hi, hi! Ulquiorra—chan, nie teraz.

— Łeee, Inoue, oszczędź mi...

— W każdym razie, Kurosaki—kun, ja już dawno powtarzałam, że powinieneś był go zapisać do szkoły. Pani w szkole wszystko by mu wyjaśniła jak należy.

— Do szkoły! Grimmjowa! Zapisać!

— Mnie na przykład bardzo miło tam powitano, człowieku.

— A, cześć, Ulquiorra, cześć. Więc, idziesz we fraku...?

— Na razie idę w krawacie.

— ... Wyłącznie...?

— Z krawatem wiele można zdziałać, człowieku. Ale nie przypuszczam, żebyś ty zdołał ogarnąć głębię jego zastosowań. Nie szarp mnie, kobieto. Pozbędę się tego natręta i wrócimy do naszych zajęć.

— Błagam, Ulquiorra, nie wspominaj nawet o tym przy mnie. Nie każ mi o tym myśleć.

— Sądziłem, człowieku, że też to czasem robisz. Z tego co wiem, Sexta ma rozległe potrzeby w tym zakresie.

— A co ty możesz wiedzieć o jego potrzebach!

— Absolutnie wszystko. Byłem już Espadą, kiedy on jeszcze gonił myszy pustynne albo własny ogon. Wiem więcej, niż ty kiedykolwiek zdołasz pojąć.

— Phi!

— I mam jeszcze większe potrzeby...

— Khhhhh...

— To, człowieku, była aluzja, że powinieneś już się pożegnać i odłożyć słuchawkę. Mamy tu pilniejsze sprawy niż twoje problemy z Grimmjowem.

— Nie mam żadnych cholernych problemów z cholernym Grimmjowem! I nie człowiekuj mi tu! Mam imię, do jasnej cholery!

— I ubogie słownictwo. Nie rozumiem cię, człowieku. Czyż nie jesteś człowiekiem?

— Mam cholerne imię! Mógłbyś je zapamiętać!

— Pamiętam twoje imię. Pamiętam imię twojego ojca i twoich sióstr.

— Odczep się od moich sióstr.

— One mnie lubią. A ja pamiętam nawet imię twojego misia.

— On jest lwem, i wcale nie jest mój!

— Śpi z tobą. Nie powinieneś spać z cudzymi misiami. Nawet ja wiem, że to niewłaściwe.

— Odczep się ode mnie, zmoro jedna!

— Nie jestem zmorą. Jestem arrankarem. To zupełnie inny gatunek, człowieku.

— Nie człowiekuj mi, do cholery! Czy Inoue naprawdę nie przeszkadza, że jej tak kobietujesz na prawo i lewo? Jakby w ogóle nie miała imienia?

— Kobieta?

— Inoue! Inoue Orihime.

— Kobieta. I co z nią?

— Wszystko! Myślisz, że jej nie boli, jak tak nią pomiatasz?

— Uhm.

— Zdaje ci się, że wszystko jest w porządku i cacy? Moim zdaniem to jest kompletny brak szacunku dla Inoue!

— Skoro tak mówisz, człowieku. Hi, hi.

— ...

— Hiii...

— Ulquiorra... Czy ty... Zachichotałeś?

— Z całą pewnością nie, człowieku. Masz omamy słuchowe. To częste u waszego gatunku, wasze synapsy są zbyt zarośnięte. Hi, hi. Nie teraz, kobieto, najpierw skończę z tym człowiekiem.

— Do jasnej cholery, przestaniesz wreszcie?

— Co mam przestać?

— Człowiekować! Kobietować! Obrażać nas! Mamy imiona! Jesteśmy osobami!

— Zdaję sobie z tego sprawę, człowieku. Pracuję nad swoją resocjalizacją. Umiem utrzymywać poprawne stosunki społeczne z otoczeniem. I szanuję swoją kobietę.

— A jakoś tego nie okazujesz!

— Okazuję to na każdym kroku, człowieku. Teraz na przykład okazuję jej niezmierzony wprost szacunek. I to nie tylko dlatego, że trzyma za drugi koniec krawata, zawiązanego na moim...

— NIE chcę wiedzieć, gdzie Inoue wiąże ci krawaty! Nic nie chcę wiedzieć! Chcę, żebyś traktował ją jak należy, bo inaczej stłukę cię na miazgę!

— Czy ty ją usiłujesz chronić?

— Oczywiście, że ją usiłuję chronić! I będę ją chronić! I w ogóle cię stłukę na miazgę.

— Skąd pomysł, że trzeba ją chronić przede mną? Ona wcale tego nie chce. Sama mnie atakuje. Kobieto, nie atakuj mnie, kiedy rozmawiam przez telefon. Ta część mojej osoby jest mi potrzebna do rozmowy.

— Ulquiorra...

— Widzisz, kobieta nie potrzebuje twojej pomocy, człowieku.

— Nie nazywaj mnie tak! Jej tak nie nazywaj!

— Dlaczego?

— Bo to uwłaczające!

— Więc jednak znasz wielosylabowe słowa. Zgadzam się, że bycie człowiekiem jest trochę uwłaczające, ale można z tym żyć. A ty w ogóle kwalifikujesz się do gatunków hybrydowych, więc nie powinieneś się czuć źle z powodu swojego ludzkiego dziedzictwa. Jeśli potrafisz przynieść dumę swojej rasie, to masz prawo być z niej dumny. Tego się nauczyłem na terapii resocjalizacyjnej.

— Ulquiorra...

— Słucham cię, człowieku. Tylko się streszczaj, marznę pod tym krawatem.

— Ty jesteś z cholernego lodu, ty nie marzniesz. Gdybyś lepiej sobie radził z malowaniem króliczków, Kuchiki w te pędy by cię adoptował. Nawet kolorem włosów pasujesz. A temperamentem to już na pewno.

— Dziękuję, człowieku. Nawet z twoich ust to zaszczyt, na który chciałbym zasługiwać. Rozmawiałem kilka razy z Kuchiki Rukią na ten temat i pilnie pracuję nad swoim talentem malarskim. Kilka moich wczesnych prób trafiło do Seireitei i Kuchiki—dono był łaskaw wypowiedzieć się nader pochlebnie o jednym z moich portretów. Bardzo sobie cenię jego opinię. Dziękuję ci za poparcie. Bardzo pragnąłem zaprosić Kuchiki—taichou do nas na herbatę, jednak kobieta boi się, że poczęstunek wyda mu się zbyt skromny.

— Ha! No i masz! No i znowu! „Kobieta", zawsze to „kobieta" i „kobieta". Jak możesz ją tak traktować? Na świecie są miliardy kobiet! Świat jest pełen kobiet! A Inoue jest tylko jedna! Obrażasz ją!

— Mówisz bzdury, człowieku. Próbujesz mnie przekonywać do swoich złudzeń. Nie ośmieszaj się.

— Nie pomiataj Inoue!

— Nic takiego nie robię.

— Ona ma imię! Ma osobowość! Jak ty, jak ja, jak każdy! Ma prawo do tego!

— Oczywiście. Nie odbieram jej tego prawa. Niczego jej nie odbieram. Moja kobieta ma swoje imię, ma swoją godność. A ja mam swoją kobietę.

— Na świecie jest miliony kobiet! Nie możesz tak...

— Bzdury.

— Na świecie jest milion milionów kobiet!

— Nie w moim świecie.

— ...

— Więc, czy chciałeś czegoś od nas, czy tylko dzwonisz poprzeszkadzać, jak zazwyczaj?

— A, idź się powieś za krawat. Nie idę z wami na żaden bal.

— Ależ z całą pewnością cię nie zapraszałem na bal, człowieku. A ty, kobieto?

— Nieee, Ulquiorra—chan, na pewno nie. Do widzenia, Kurosaki—kun. Hi, hi, hi.

#

Kon niemalże zdołał okopać się bezpiecznie na biurku za pomocą słowników i brulionów, kiedy do pokoju wpadł jego wściekły i jarzący się niezdrowej barwy reiatsu właściciel. Grimmjow zaś już od dobrej chwili spał snem sprawiedliwego i wzorcowego arrankara, kiedy na jego głowę zwalił się jakiś pokaźny ciężar, intensywnie pachnący — konfiturą z brzoskwiń? Nos Grimmjowa zadrgał raz i drugi, a oczy natychmiast otwarły się szeroko i rozbłękitniły. Rozpoznanie znajomych skądinąd kształtów osoby, która siedziała właśnie Grimmjowowi na plecach i usiłowała otworzyć słoik z konfiturą, zajęło byłemu Espadzie zaledwie jedną chwileczkę. Obecność tej konkretnej osoby w tym konkretnym miejscu nieco Grimmjowa zaskoczyła.

— Ichigo...?

Chłopak posłał mu naburmuszone łypnięcie znad konfitury.

— To moja szafa — przypomniał.

— Terefere... — bąknął niepewnie Grimmjow. Hm. Zachowanie Kurosakiego było nieco... dziwne. Nigdy dotąd nie właził do szafy. Mniejsza o to, czy należała do niego, czy do ciotecznej babki wujka hollowa, czy do tej rzeszy szafostopowiczów, z którymi Grimmjow czasem musiał dzielić się przestrzenią. W każdym razie, nigdy dotąd do szafy nie właził sam Kurosaki. Grimmjow mu właził wszędzie, a on Grimmjowowi nie właził do szafy. Prosty i sprawiedliwy układ. Hm. O co mogło chodzić? Może zniecierpliwiony gospodarz postanowił wyciągnąć swojego arrankota z szafy przy użyciu siły?

I konfitur?

Obie możliwości sprawiły, że nienasycone libido byłego Espady natychmiast zerwało się z nadzieją na łapy i zaczęło tuptać kapryśnie, ugniatając mu co wrażliwsze organy wewnętrzne. Pazury same wysunęły się i wbiły w deski szafy, o włos mijając udo Kurosakiego.

Ale drapnęły w przelocie. Troszeczkę.

Kurosaki Ichigo poprawił się na grzbiecie Grimmjowa i zaczerpnął konfitury. Pełną garścią.

— Na żaden cholerny bal z nimi nie idziemy! — oznajmił kategorycznie.

— Aha! — zgodził się natychmiast Arrankar, wyginając się nieco w lewo i kombinując najlepszy doskok do słoika.

— Nie ubieramy żadnych cholernych garniturów z krawatem! — Kurosaki pogroził pięścią sufitowi, kapiąc brzoskwiniami na nos Grimmjowa.

— Aha! — zgodził się Sexta Espada jeszcze skwapliwiej. I zaatakował.

— I na pewno nigdy nie kupimy żadnych popieprzonych krawatów! Ani... Eeeeej! E... ej?

Grimmjow nie zwrócił uwagi na podrygi Ichigo, zajęty był bowiem degustowaniem konfitury wprost ze źródła, którym niekoniecznie był słoik. Po dłuższej chwili — wypełnionej równomiernym mlaskaniem, ciamkaniem i mruczeniem — obaj panowie spojrzeli sobie w oczy.

— Hej... — zaszeptał konspiracyjnie Grimmjow.

— No?

— A co to właściwie jest, ten krawat, o którym ciągle paplasz?

Cisza.

Ichigo zmrużył oczy.

— Urządziłeś mi scenę z efektami specjalnymi, pokaz humorów, kocią muzykę i upiorny jarmark, wszystko dlatego, że nie chciałeś włożyć krawata na bal, a nawet nie wiesz co to jest krawat?

Grimmjow wzruszył buńczucznie ramionami i liznął zapomnianą kroplę konfitury na policzku Ichigo.

— Nie chcemy chyba, żebyś zaczął myśleć, że jestem... łatwy? — oznajmił bezczelnie. — A poza tym, teraz jestem uspołeczniony i zresocjalizowany, i wiem, że nie należy pakować się z głową w każde pierwsze lepsze nieznane bagno. Tego się nauczyłem na terapii resocjalizacyjnej.

Ichigo jęknął. Grimmjow przyjrzał mu się bacznie i liznął jeszcze trochę.

— Trzeba zachować ostrożność, kontrolować swoje reakcje, bo potem już będzie za późno. Chciałeś mi wetknąć jakieś dziwaczne ustrojstwo, a dziwisz się, że wyraziłem racjonalny protest?

Ichigo spoglądał na niego w zamyśleniu.

— Za dużo rozmawiasz z Ulquiorrą — ocenił.

— Chodzimy razem na terapię. A poza tym, jak jesteś w szkole... Yuzu tylko o jednym, a Karin tylko o drugim... A doktor w pracy...

— Ulquiorra też chodzi do szkoły!

— Na terapii mówią, że wagary to część umowy społecznej i trzeba jej przestrzegać. I on przestrzega regularnie jak w zegarku, zwłaszcza na fizyce doświadczalnej.

— Wygodne...

— Ja tam nic nie wiem. Mnie — kolana i łokcie Espady wbiły się znienacka w brzuch Ichigo — mnie nikt nie zabiera do szkoły.

Cisza.

— Może... czasem... — mruknął Kurosaki gdzieś spod spodu.

— Hmmmm? — Grimmjow podniósł się na łokciach i opadł jeszcze mocniej.

— Po balu, ok.? Wprowadzimy cię na spokojnie po balu. Może.

— Mrrrrr. — Chwilowo zadowolony, Arrankar zwinął się w łagodny kłębek. Zaraz jednak podniósł głowę.

— Ej... Ale powiedz chociaż, co to jest ten krawat!

W ciemnych oczach Ichigo odbiło się rozbłękitnione libido Szóstego Espady.

— Miałem tu jeden kiedyś gdzieś na dnie szafy... Ja ci to po prostu zademonstruję...

koniec części pierwszej