Wygląda na to, że rpzesłałam na tę stronę pierwszy polski fik do TMNT. Ciekawe, czy ktoś to będzie czytał.

A wracając do historii - ma ona dwie główne części, które z kolei dzielą się na mniejsze "podczęści". Pierwsza część dzieje się w czasie, kiedy żółwie są małe (wpiszcie sobie na dA "tmnt tot", a zobaczycie jak to wygląda) i nagle zapadają na jakąś dziwną chorobę; druga - kiedy są dorosłe i tym razem choruje mistrz Splinter. Przyznam się, że to on jest głównym bohaterem tego fika i akcja będzie oscylować wokół jego ojcowskich uczuć do żółwi, ale szykuję też coś bardziej "ostrego".

Nie przedłużając - enjoy!

To nie jest zwykły kaszel, Część 1

Ścieki nie były idealnym miejscem do wychowywania dzieci. Jeśli w ogóle spełniały jakiś ideał, to były perfekcyjną wylęgarnią zarazków. Skąd Splinter to wiedział? W końcu posiadał inteligencję dopiero od niedawna. Może to dlatego, że pamiętał wiele ze swojego życia przed mutacją. Nie tylko to, że miał pana i go stracił, ale też mnóstwo innych, pobocznych rzeczy, które niekoniecznie musiały zapaść mu w pamięć, a zapadły.


Mistrz Yoshi otworzył klatkę i włożył do środka miseczkę z jedzeniem. Splinter jednak nie był głodny. Skorzystał z okazji i wszedł swojemu panu na rękę. Yoshi nie wsadził go z powrotem do środka, tylko rozpromienił się, przysunął rękę bliżej i pogłaskał swoje zwierzątko. Stojący z boku Moshimi uśmiechnął się złośliwie.

- Słuchaj, Yoshi, a nie boisz się zarazków?

Yoshi zdumiał się i odwrócił w stronę przyjaciela, ale nic nie odpowiedział. Splinter również podniósł głowę i popatrzył na Moshimiego. Ten ciągnął dalej:

- No wiesz: ten szczur mógł wcześniej biegać po ulicy, albo, co gorsza, po kanałach. Wiesz ile zarazków znajduje się w ściekach? I nie zapominaj, jak wybuchła plaga dżumy. Dziwię się, że w ogóle zawracasz sobie głowę takim… – Przerwał i przez chwilę patrzył na Yoshiego z obrzydzeniem. – osobliwym zwierzątkiem.

- Shen go lubi. I ja też – zaczął mistrz Yoshi i znów się uśmiechnął. – Nie martw się o mnie, Moshimi. Dbam o higienę swoją i Splintera. Poza tym – odwrócił się w stronę swojego domowego szczurka i pogłaskał go. – Splinter to bardzo inteligentny szczur. Wie, że zarówno cielesna jak i duchowa czystość jest ważna.

Podstawił rękę pod drzwiczki do klatki. Splinter od razu zrozumiał o co chodzi, ale i tak wszedł do środka niechętnie. Mistrz Yoshi zamknął klatkę i zwrócił się do Moshimiego, tymi słowy:

- Gdyby był człowiekiem, miałby zadatki na mędrca.


Kiedy mistrz Yoshi zginął i Splinter uciekał przed jego oprawcami, szczur nie zastanawiał się nad tym, jakie skutki może mieć obrany przez niego kierunek. Kanały wydawały się być najlepszym schronieniem, jego instynkt wiódł go do studzienki kanalizacyjnej, a potem przez ciemne korytarze. Wtedy nie było ważne gdzie, byle tylko uciec. Jego mały, jeszcze niezmutowany mózg, i tak nie rozumiał, że środowisko w jakim się znalazł, pełne było wirusów, bakterii, drobnoustrojów i innych świństw. Zresztą – nawet po mutacji jego i żółwi nie myślał o tym prawie wcale.

Aż do tego dnia.

Nowy Jork, rok 1990

To wydarzyło się, kiedy Mikey, Leo, Don i Raph mieli po pięć lat. Splinter wszedł do pokoju, gdzie jego przybrane dzieci spały sobie smacznie. Od razu kiedy na nich spojrzał, odniósł wrażenie, że coś było nie tak. Ich twarze zdradzały trud w oddychaniu i jakiś niepokój. Wszystkie cztery żółwie opatulały się mocno swoimi kocami, drżąc pod nimi, mimo że miejsce, w którym się teraz znajdowali, nie było specjalnie chłodne. Stary szczur ukląkł przy swoich synach i ostrożnie położył łapę na czole Leonarda, potem po kolei: Rafaela, Michelangela i Donatella. Wszystkie były rozpalone, a ogień, który Splinter wyczuł, przyprawił go o dreszcze.

Szybko obudził chłopców, którzy niechętnie otworzyli oczy. Każdy z żółwi wydał z siebie pomruk niezadowolenia. Nagle Leonardo się rozkaszlał, pogłębiając niepokój swojego ojca. Splinter pogłaskał głowę Leo, po czym ostrożnie podniósł się z kolan.

- Moi synowie, jak się czujecie? – zapytał.

Wszyscy czterej podnieśli na niego oczy. Na twarzy każdego z nich malował się ból i Splinter nagle poczuł silną potrzebę, aby ich wszystkich do siebie przytulić.

- Brzuszek mnie boli – wyjęczał Mikey.

- Mnie też – odparł Raph. – Niedobrze mi.

Zakrył usta ręką, a Splinter szybko wybiegł z pokoju, aby w mgnieniu oka wrócić z pustym kubłem. Chwilę potem Raph oparł ręce na krawędzi kubła, pochylił nad nim głowę i zwymiotował dp środka. Znów jęknął. Splinter podniósł go do góry i zaczął uspokajać.

Nie ulegało wątpliwości, że byli chorzy, ale na co – tego szczur nie wiedział. Odkąd sięgał pamięcią, widział czasem jak w okresie zimowym mistrz Yoshi kaszlał i jak leciało mu z nosa, ale nie wyglądał, jakby coś go bolało. Sam Splinter miał czasem niegroźną niestrawność albo infekcję, ale to wszystko. Do tego kto wie – może to, na co chorowali teraz jego synowie, było chorobą, która dopadała tylko gady albo tylko żółwie, albo…

Albo na którą zapadały tylko mutanty.

Splinter ścisnął mocniej Rafaela, jakby obawiał się go upuścić. Wszystkie cztery żółwie patrzyły na niego pełnymi nadziei oczami, zapewne oczekując, że ich mądry ojciec coś wymyśli. Jego serce napełniło się trwogą, ale starał się tego nie okazywać. Musiał coś zrobić, musiał ulżyć w ich cierpieniu, ale nie był pewien, czy to, co zrobi, nie pogorszy sprawy. Ale jeśli zostawi wszystko tak jak jest, to im na pewno nie pomoże.

Spróbował przypomnieć sobie, co czynił mistrz Yoshi, kiedy był chory. Najpierw zapalał w kominku. Tak! – aby było mu ciepło. Splinter położył Rapha na podłodze i powiedział żółwiom, aby nie ruszały się z miejsca, bo on zaraz wróci.

Niedawno, kiedy wyszedł na powierzchnię, znalazł przy jakimś śmietniku zepsuty ogrzewacz. Zabrał go ze sobą do matecznika, bo pomyślał, że Donatello chętnie się nim pobawi, a mały go zreperował i nawet zmontował tak, że działał na baterie, a nie prąd. Teraz nadszedł moment, aby ogrzewacz się na coś przydał. Splinter wyciągnął go i postawił na środku matecznika, tuż przy leżu swoich dzieci. Z pomocą Dona udało mu się go uruchomić.

Splinter wyprostował się i znów pogrążył w rozmyślaniach. Co dalej? Co jeszcze robił mistrz Yoshi? Splinter pamiętał, że ilekroć jego pan był chory, sąsiadka przychodziła do niego z jakąś dziwną, gęstą zupą, która miała go „wzmocnić". W tej chwili szczur próbował sobie przypomnieć, co to była za zupa, ale nie mógł. Z dość prostego powodu.

- Sensei, sensei! Jestem głodny! – krzyknął Leonardo.

- Ja też! – wtrącił Michelangelo, a zaraz potem się uśmiechnął. – Możemy zjeść pizzę? Możemy, możemy?

- Tak, zjedzmy, zjedzmy! – wtórował mu Rafael.

Nagle wszyscy czterej zaczęli krzyczeć do Splintera, aby się zgodził. Przez to nie był w stanie się skupić. Zaraz jednak złapali się za brzuchy i zajęczeli z bólu.

- Połóżcie się, moi synowie – powiedział do nich Splinter. – Musicie odpoczywać.

- Tak jest, sensei – powiedzieli jednocześnie.

Położyli się w legowisku i weszli pod pierzyny, a Splinter usiadł przy nich. Wyraz bólu wciąż był obecny na ich twarzach. Szczur miał wrażenie, że jego chłopcy zaraz się rozpłaczą. Serce starego szczura zakołatało w jego piersi. Jeśli było coś, co mogło pomóc jego dzieciom, on musiał to zdobyć.

Znów zaczął myśleć o tym jak kurował się mistrz Yoshi. Splinter przypomniał sobie, że sąsiadka jego pana zawsze kazała mu dużo leżeć. Yoshi niechętnie, ale się zgadzał – wchodził do łóżka i przesypiał kilka godzin, a potem znów zjadał tę dziwną zupę i pił dużo herbaty z cytryną, która unosiła się na powierzchni napoju jak okrągła, żółta tratwa. Czasem wychodził z domu, mówiąc: „Nie bój się, Splinter. Niedługo wrócę. Idę tylko do lekarza…" i po dwóch-trzech godzinach wracał z paczką różnych lekarstw, które sumiennie zażywał. Splinter nie potrafił odczytać ich nazw, zresztą wtedy jeszcze nie był na tyle pojęty, aby cokolwiek przeczytać.

Lekarz… Potrzebny był mu lekarz. Ale który medyk udzieli im pomocy? Prędzej ucieknie w popłochu albo zaatakuje, kiedy tylko zobaczy wielkiego szczura i cztery żółwie, które chodzą i mówią jak ludzie. Poza tym Splinter nie był pewien, do którego lekarza powinien się zwrócić – takiego zwykłego, czy też może takiego dla zwierząt? W końcu jego leczył inny medyk, niż mistrza Yoshi. On się jakoś specjalnie nazywał. Weter-coś-tam. O! – weterynarz!

Czy więc powinien ich zabrać do weterynarza? Czy też może ciała jego dzieci były już na tyle „ludzkie", że zwykły medyk mógł im pomóc?

Brzuchy czterech żółwi zaczęły burczeć, przypominając Splinterowi, że jego synowie są głodni. Szczur podniósł się i zwrócił do nich:

- Poszukam czegoś do jedzenia, a wy tu zostańcie. I nie opuszczajcie łóżek.

- Tak jest, mistrzu Splinter – powiedzieli ponuro.

Poszedł do tej części matecznika, gdzie znajdowała się kuchnia. Otworzył lodówkę i przeleciał wzrokiem z góry na dół. Trochę ciasta, salami, ser (który pachniał już gorzej, niż powinien), mleko, czerwona kapusta, masło i samotny kawałek pizzy, który chyba tylko cudem się zachował. Splinter zamknął lodówkę i sprawdził wszystkie kredensy. Znalazł trochę czerstwego chleba, jakieś bułki, herbata, płatki owsiane, ciasteczka i paczka cukru. Westchnął. Żaden z tych składników na pewno nie znajdował się w zupie, którą jadł mistrz Yoshi, no i nie było w ogóle cytryn. Po krótkim namyślę Splinter doszedł do wniosku, że może najpierw lepiej było zrobić im normalne śniadanie, a potem ewentualnie zastanowić się nad kuracją.

Zdecydował się na płatki, bo wolał dać im coś ciepłego. Wlał mleko do garnka i postawił na małym piecyku. Kiedy już się zagrzało, przygotował cztery miski, wsypał tam płatki i wlał mleko. Przez chwile zastanawiał się czy zawołać żółwie do kuchni, ale zdecydował, że jednak zaniesie im miski do pokoju. Wziął dwie z nich i poszedł do chłopców. Na jego widok od razu się podnieśli, ich usta natychmiast uformowały się w szerokie uśmiechy. Każdy z nich głośno wołał, aby być pierwszym, który dostanie jeść. Splinter zaśmiał się pod nosem i podał miski Donatello i Michelangelo, którzy byli najbliżej. Kilka minut potem wrócił z pozostałymi dwoma porcjami płatków i dał je Rafaelowi i Leonardowi.

Posiedział z nimi jeszcze godzinę, a potem wybrał się na przechadzkę po kanałach, przykazując żółwiom, aby nigdzie się nie ruszali z matecznika. Chciał poszukać czegoś, co mogłoby mu się przydać, ale przede wszystkim musiał się zastanowić nad paroma sprawami. Kiedy tak wędrował po wąskim chodniku kanałów i przyglądał się płynącym obok ściekom, w których dryfowały różne brudy i śmieci, po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że przyczyną choroby jego synów mogło być to miejsce, w którym żyli od momentu, w którym ich przygarnął.

…ten szczur mógł wcześniej biegać po ulicy, albo, co gorsza, po kanałach. Wiesz ile zarazków znajduje się w ściekach?

Przed oczami Splintera stanęły obrazy wszystkich tych razów, kiedy jego synowie zanurzali ręce w brudnej wodzie, aby coś wyłowić, a czasem nawet chlapali się nią nawzajem, dopóki Splinter nie kazał mi zakończyć te wygłupy. Potem, co prawda, zabierał ich do najbliższego zbiornika z czystą wodą, ale nie zawsze był w stanie ich upilnować. Kiedy teraz o tym myślał, czuł się jak nieodpowiedzialny głupiec. Powinien bardziej uważać.

A potem przeszła mu przez myśl jeszcze gorsza rzecz. Być może to on nieświadomie ich czymś zaraził. W jego futrze mogło się ukryć wielu nieproszonych gości, nie wspominając już o tym, że bardziej niż na higienie, skupiał się na poszukiwaniu czegoś do jedzenia albo na trenowaniu swoich malców, a kiedy już miał czas dla siebie, czytał tę książkę o renesansie, a potem kładł się spać. Nawet się nie wylizywał.

Myśl o tym, że mógłby przyczynić się do pogorszenia stanu zdrowia swoich synów napełniała go lękiem i starał się ją odeprzeć. Zresztą teraz nie był czas na panikę, tylko na działanie. Teraz musiał zrobić wszystko, aby ich wyleczyć i miał nadzieję, że nie było za późno.

- To tu? – doszło z powierzchni.

Splinter nagle się zatrzymał i podniósł głowę na właz nad sobą. Nie był pewien, czy ten, kto to powiedział nie zamierzał zejść teraz do kanałów, ale po kilku sekundach studzienka się nie podniosła, za to odezwał się ten drugi:

- Przecież widzisz: „Schronisko Dla Bezdomnych imienia Świętego Franciszka". Chodź, im szybciej tam przyjdziemy, tym szybciej dostaniemy zupę.

Na twarzy Splintera pojawił się uśmiech. Nagle w starego szczura wstąpiła nowa energia. Być może wieczorem, kiedy chłopcy będą spać, a ulice ogarnie ciemność, rozejrzy się za jakimś lekarzem. Na razie musiał przynieść czterem chorym żółwiom gorącą zupę.