II Reperkusje part II

Severus Snape przeniósł się kominkiem do Dworu Malfoyów, gdzie czekali na niego już członkowie Wewnętrznego Kręgu, czyli generalnie niemal wszyscy kuzyni Lucjusza i siostra Narcyzy wraz z mężem, który wyglądał tak jak zazwyczaj – jakby go nie było. Bellatrix, korzystając z kilku chwil spokoju, przymierzała się najwyraźniej do jednego z pozostałych przy życiu mugoli.
Mistrz Eliksirów zignorował witających się i czym prędzej podbiegł do Lucjusza, który zdążył tylko zrobić zaskoczoną minę, zanim jego spodnie zostały zsunięte do kolan.
- Co ty najlepszego wyprawiasz? – krzyknął oburzony arystokrata, gdy mężczyzna dobrał się do jego bokserek.
- Szukam mojego jądra, bałwanie – warknął przez zaciśnięte zęby Snape i kontynuował w najlepsze poszukiwania.
Nie było tajemnicą, że Lucjusz posiadał tylko jedno jądro. W zasadzie w rodzinie Malfoyów było to dość popularne. Istniała bowiem zasada, która mówiła wyraźnie o stosunku liczby potomków płci męskiej do liczby jąder ojca. Severus więc podejrzewał, zresztą całkiem słusznie, że Lucjusz może chcieć mieć kolejnego dziedzica, tym bardziej, że Draco ostatnimi czasy próbował za wszelką cenę ukryć swoje piegi i pudrował się bardziej nawet od Narcyzy.
- Nie mam go – odwarknął tymczasem Lucjusz, patrząc na niego wściekle.
Po chwili, gdy Severus naocznie potwierdził prawdziwość jego słów, dopiął jego spodnie i wyprostował się, patrząc wprost na Lestrange'a, który schował się za Bellatrix.

- Nawet o tym nie myśl! – pisnął. – Ja nie mam w ogóle jąder na zbyciu! Ani swoich ani cudzych! – dodał całkiem niepotrzebnie. Po chwili zreflektował się jednak i wyprostował dumnie. – Pamiętacie moją teorię, która dowodziła, że im mniej jąder tym większa siła magiczna? – spytał całkiem poważnie.
- Jasne, że tak, ale to oznaczałoby, że czarownice są od nas silniejsze – odwarknął zirytowany Severus i kątem oka uchwycił moment, w którym Bellatrix potraktowała się szósty raz Cruciatusem, bo celowała nie tą stroną różdżki.
Nie był pewien, co do możliwości magicznych kobiet, ale zdecydowanie podważał inteligencję co poniektórych.

ooo

Chimera pilnująca wejścia do gabinetu dyrektora próbowała za wszelką ceną schować się głębiej w ścianę, ale rzeźbiarz najwyraźniej nie przewidział opcji ucieczka. Kamienny stwór chciał jak najszybciej zejść z drogi rozpędzonego Mistrza Eliksirów, ale nie miał najmniejszych nawet szans.
- Pieprzone ciastka! – warknął tylko Severus Snape, gdy zauważył nieznaczny ruch w ciemności.
Posąg odchylił się i syknął boleśnie, gdy marmurowy koniuszek ogona ukruszył się podczas uderzenia o otwierane drzwi.
- Co się stało drogi chłopcze? – spytał Albus z dobrotliwym uśmiechem, ale to nie było odpowiednim zagraniem.
- Przez ciebie, cholerny starcze, zapytałem Czarnego Pana czy ma moje jądro? – krzyknął rozwścieczony.
Dumbledore zaintrygowany, pochylił się do przodu.
- I co? – zapytał z zaciekawieniem.
- Lucjusz ma tylko jedno jądro! – dodał jeszcze głośniej, ale Dumbledore nawet nie drgnął. – A Lestrange nie ma wcale!
Severus zatrząsł się ze złości i zaniemówił. Na domiar tego przeklęty feniks wybrał akurat tę chwilę, by rozprostować skrzydła, więc oberwał kilkoma piórami po nieskazitelnej czerni swych szat. Dumbledore tymczasem splótł dłonie i spojrzał na niego wnikliwie zza swych okularów połówek.
- Może cytrynowego dropsa, drogi chłopcze? – spytał łagodnie.
Mistrz Eliksirów zacisnął dłonie w pięści, ale rozluźnił je niemal natychmiastowo, z całkiem niepasującym do niego szerokim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy.
- A dziękuję, panie dyrektorze – odpowiedział siląc się na grzeczność.
Ból widoczny w oczach Dumbledore'a, gdy poczęstował się cukierkiem, był wart każdej ceny. Nikt nigdy jeszcze nie wziął od dyrektora dropsów i wiekowy czarodziej myślał najwyraźniej, że podobnie jak on – cukierki są nietykalne.

ooo

Nie było mroczno ani ciemno. Żadna sowa w pobliżu nie pohukiwała złowrogo, bo i skąd miałaby się wziąć w środku dnia poza sowiarnią? Severus Snape przechadzał się jak zwykle wzdłuż granic Zakazanego Lasu nie podejrzewając nawet, że Dumbledore tak podstępnie go wykorzystał. Mistrz Eliksirów myślał początkowo, że dyrektor zalecając mu codzienne spacery z dokładnym wyznaczeniem startu i mety, miał na względzie jego zdrowie. Nic bardziej mylnego. Z jakiegoś niewyjaśnionego dotąd powodu Severus Snape działał na wszystkie czarno magiczne stworzenia lepiej niż wszystkie bariery ochronne wokół zamku.
W tym samym czasie Harry Potter czuł w sobie pulsujący Płomień Miłości, który to nieustannie przyprawiał go o mdłości. Od ponad dwunastu godzin wymiotował w łazience Jęczącej Marty. Miało to też swoje dobre strony, bo duch nagle stracił zainteresowanie chłopcem, co ten próbował uzyskać od ponad pięciu lat.
Magiczna siła uczuć wypełniała go po brzegi i rozpierała od wewnątrz. Chciał skakać, chciał płakać ze szczęścia, tańczyć i śmiać się, ale wymiotował. I właśnie wtedy, gdy był już bliski zdania sobie sprawy z tego, że miłość nie jest dla niego – wściekle różowe promienie przestały pulsować na jego piersi. Spojrzał zaskoczony na swoją dłoń, która opierała się o jedną z łazienkowych płytek za sedesem. Spod jego palców wyrastał piękny niebieski kwiat.
Czym prędzej wybiegł z łazienki, kierując się w stronę gabinetu dyrektora. Dwadzieścia minut i sześć bukietów później wiedział. Miał nową moc – ratował kwiaty, nawet takie zasiane przypadkowo na nieprzyjaznym gruncie.

Część III – Choinka

Severus Snape wrócił do swych mrocznych komnat, z nadzieją wpatrując się w przestrzeń pod niewielką choinką. Nie bardzo wiedział o co chodzi Dumbledore'owi, ale skoro ani Czarny Pan, ani Lu nie mieli jego jądra, świat stanął na głowie. Nikogo innego nie uważał za godnych siebie przeciwników, więc czas przyszedł na plan numer trzy. Zakupił na Nokturnie (a gdzieżby indziej!) jedyną w swoim rodzaju choinkę. W zasadzie przepłacił za nią czterokrotnie, ale goblin, który ją mu sprzedawał twierdził, że na pewno jest kradziona, więc już sam ten fakt przeważył. Doskonale pamiętał jak dyrektor zwracał mu uwagę, że nie ma zbyt wielu świątecznych elementów w swoich komnatach, jakby cała zieleń Slytherinu nie wystarczała! Być może więc, gdy pojawi się choinka, pod nią znajdzie jedyny prezent, który chciałby dostać?
Jednak następnego dnia, ani tego kolejnego pod pieprzonym drzewkiem nic się nie pojawiło, prócz podarunku od Trelawney, który bał się trącić nawet kijem.
- Przecież są święta! – mruknął pod nosem, kopiąc pod ścianę paczkę w srebrne gwiazdki, z której to unosił się podejrzany pył.
Chcąc nie chcąc powędrował na śniadanie w Wielkiej Sali, utykając i złorzecząc.
- Jeśli Albus myśli, że napiszę list do świętego Mikołaja – urwał, zgrzytając zębami tak mocno, że Filch ponownie nałożył na zawiasy w jednym ze schowków potężną dawkę smaru.
Kilkanaście minut później wracał tą samą drogą bogatszy o jakże wspaniałą informację, że Potter być może jednak wybierze zaawansowane Zielarstwo. Jego najnowszy talent zirytował Severusa jeszcze bardziej. Podobnie jak Jamesowi, temu smarkaczowi też musiało się wszystko udawać. Mistrz Eliksirów doskonale pamiętał jeszcze z czasów szkolnych jak wszystkie jego rośliny w szklarni usychały, gdy tylko próbował je podlać… jedną czy drugą miksturą… Niewdzięczne.
Wszedł do swoich komnat niemal od razu stwierdzając podejrzane pyłki, fruwające w powietrzu i zanieczyszczające bezwonne pomieszczenie. Miły na pozór, kwiatowy aromat roznosił się w całym jego gabinecie, więc nie kwapiąc się nawet o różdżkę podszedł i po prostu rozpakował prezent od Trelawney.
Kilka pędów róży francuskiej wylądowało na ciemnozielonym dywanie, doprowadzając go do rozpaczy. Roślina ta nie była być może zbyt trudna do kupienia w mugolskim świecie, ale w czarodziejskim uchodziła za rzadkość, choćby dlatego, że trudno było przechowywać jaz byt długo. Ściął więc czym prędzej powiędłe już kwiaty, które zaczęły się już rozpadać i zastosował czar konserwujący, mając nadzieję, że zdąży.
Potter był jego jedyną nadzieją.

ooo

Harry siedział w swoim dormitorium, starając się odpisywać na sowy przyjaciół. Z jego Domu nie wrócił do tej pory żaden kolega, więc smętnie patrzył na puste skarpety po słodyczach, które wciąż wisiały nad kominkiem. Oczyma wyobraźni widział jednak czarne jak smoła włosy i obsydianowe oczy swego ukochanego profesora. Ten niesamowity mężczyzna usiadł nawet prawie koło niego podczas śniadania. Gdyby nie Dumbledore, McGonagall, Flitwick, Hagrid i Trelawney trącaliby się łokciami podczas jedzenia.
Wtem, jego radosne rozmyślania przerwało wykrzyczane do Grubej Damy hasło. Portret odsunął się, ukazując w przejściu nie kogo innego jak podmiot uczuć Harry'ego. Gryfon zdążył pomyśleć tylko, że Snape wygląda uroczo, gdy jego tłuste włosy falują wraz z każdym ruchem. I, że cudowny jest ten rumieniec na jego twarzy, a nawet to utykanie. Ocknął się dopiero wtedy, gdy profesor stanął tuż przed nim i bezceremonialnie wręczył mu bukiet najpiękniejszych róż, jakie Harry widział w całym swoim życiu.
- Trzymaj – warknął do niego.
Harry'emu nie pozostało nic innego jak szeroki uśmiech. Przytulił do piersi kwiaty, które natychmiast zostały otoczone różowym promieniem. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym jego ciele, więc nawet nie zauważył zszokowanego wyrazu twarzy Snape'a, gdy ten jednym płynnym ruchem ściągnął mu z szyi tajemniczy medalion.
Nie wiedział, kiedy profesor wyszedł. Czuł jedynie aromat róż w całym dormitorium.

ooo

Kamienny gargulec nie miał najlepszych dni pod koniec grudnia tego roku. Ledwo zdołał uprosić dyrektora o wyrzeźbienie nowego ogona, a Snape ponownie wrócił do gabinetu i tym razem ukruszył mu również ucho. O dziwo, duchy donosiły, że po wizycie w toalecie przestał utykać, więc zaczęto podejrzewać, że musiał być to jakiś złośliwy przypadek zatwardzenia. Właściwie to nawet wydawał się jakiś szczęśliwszy, gdy po raz kolejny odwiedził Dumbledore'a.
Ledwo stanął w drzwiach, rozpoczął wcześniej przećwiczoną przed lustrem przemowę.
- Dyrektorze, ja w pełni rozumiem, że w przypływie ułańskiej fantazji postanowił pan połączyć mnie i Pottera jakimś głębszym uczuciem, ale podarowanie szczeniakowi mojego jądra, było najdziwaczniejszym pomys…
- To nie tak Severusie – przerwał mu szybko Dumbledore.
Mistrz Eliksirów zamilkł i spojrzał na niego pytająco.
- Może usiądziesz, drogi chłopcze? – spytał z pozoru dobrotliwie dyrektor, ale Snape od razu zauważył, że nie został poczęstowany cytrynowym dropsem.
- Spytam wprost, Albusie – powiedział nabierając głęboko do płuc powietrza. – Dlaczego ukradłeś moje jądro?
- Myślałem, że pomaga na celulitis – odpowiedział zażenowany Dumbledore.