[b]A gdyby tak...[/b]

Autor: Zilidya

Beta: MichiruK

Rodzaj: Merthur, Snarry

Rating: Nie spodziewam się scen drastycznych

Ostrzeżenie: Crossover, non-canon.

Dla Euphori.

A gdyby tak któregoś dnia okazało się, że Lily Evans nie jest czarownicą, tak w pełni tego słowa znaczeniu, i że jej magia jest całkiem inna niż wszystkich dookoła?

Cóż, tak się nie zdarzyło, bo po prostu nie zdążyło, a może i się zdarzyło, tylko nikt tego nie zauważył.

Za to Harry Potter miał się wkrótce o tym przekonać. Chociaż jakby o tym wiedział wcześniej, bardzo dobitnie by podziękował. Wystarczał mu aż nadto cały harmider, jaki unosił się koło niego niczym pył za wozem na piaszczystej drodze.

Unicestwienie Voldemorta, uratowanie i oczyszczenie ze wszystkich zarzutów Severusa Snape'a, to dawało mu już wystarczająco sławy, popularności, glorii, famy, chwały, rozgłosu, nawet renomy i wszystkiego innego podobnego, czego nie omieszkał przytoczyć „Prorok Codzienny".

Teraz Harry Potter chciał ukończyć szkołę i móc normalnie żyć. Najgorzej, że normalność umykała od niego w podskokach, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie. Teraz było podobnie.

Odrabianie roku, który stracił, uciekając przed Voldemortem i poszukując horkruksów, zaczęło się od wywiadów już u wejścia do szkoły, jakby jeszcze nie było im mało po całych wakacjach. Całe szczęście, że dyrektor McGonagall ukróciła je bardzo szybko, zabraniając wchodzenia dziennikarzom na teren prywatny.

Potem jego koszmarem okazali się sami uczniowie, nauczyciele jeszcze się hamowali. Najgorsi byli nowi – pierwszoroczni. Rodzice chyba obiecali im podwyższenie kieszonkowego, jeśli zdobędą jego autograf, a najlepiej wspólne zdjęcie. Błyski fleszy magicznych aparatów towarzyszyły mu na każdym kroku, na jego nieszczęście nawet w łazience.

W tym ostatnim pomógł mu Snape, choć nie z własnej woli. Po namowach, Harry nawet nie chciał wiedzieć jak długich, Minerwy McGonagall profesor eliksirów wziął go pod swoje czarne, łopoczące skrzydła szaty.

Harry Potter – Gryfon – miał swój pokój tuż przy prywatnych kwaterach mistrza.

Tak oto osiemnastoletni, pełnoprawnie – w każdym świecie – pełnoletni czarodziej, mieszka vis-à-vis z byłym śmierciożercą, swoim największym po Voldemorcie wrogiem. A najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że wcale mu to nie przeszkadzało.

W lochach miał spokój.

Ślizgoni raczej nie domagali się podpisów na dziwnych częściach ciała. Standardowo okazywali mu niechęć – tak jak na Węże w pobliżu Lwa przystało. Tu mieszkała jego normalność.

Snape też się za bardzo nie zmienił. Nawet uratowanie z rąk samej Pani Śmierci nie ruszyło jego sumienia, jeśli chodzi o postępowanie wobec Gryfona. Nadal był wrednym, ironicznie wkurzającym Nietoperzem. Jedynie co uległo zmianie, to ich wspólne podejście do siebie. Jeśli jeden nie podpadł naprawdę drugiemu, to ten nie wkurzał się bez powodu. Plusem tego były normalne lekcje eliksirów. Oczywiście Snape dogryzał mu kiedy tylko mógł, a zdarzało się to często, bo wiedza Harry'ego jakoś tak nie lubiła zbyt długo mieszkać w jego umyśle. Teraz jednak młody mężczyzna nie miał się o co burzyć, bo był krytykowany za prawdziwe błędy, a nie wymyślone.

Dni mijały tak, jak powinny. Raz szybciej, jeśli było wesoło, choć to zdarzało się rzadko na tle ostatnich pogrzebów i uroczystości. I bardzo wolno, jeśli chodzi o naukę. W końcu jednak nadeszły ferie świąteczne i powoli cichło całe zaaferowanie śmiercią Czarnego Pana. Ludzie uspokajali się, nie oczekując ataków w środku nocy. Nadchodzące święta Bożego Narodzenia zajęły całe ich myśli.

Harry uprosił McGonagall aby mógł zostać na ferie w zamku. Nie miał ochoty na samotne siedzenie na Grimmuald Place, czy wśród niepełnej rodziny Weasleyów. Dyrektorka zgodziła się, w pełni rozumiejąc jego postępowanie. Gdyby wiedział, co wydarzy się podczas jego pobytu w prawie opuszczonej szkole, chyba zdecydowałby się jednak na Grimmuald Place.

Pierwszy wolny dzień spędził na lataniu po sklepach. Sam nie rozumiał, co dziewczyny widzą w kilkugodzinnych wędrówkach od jednego do drugiego stoiska za nie wiadomo czym.

On już po pierwszej godzinie miał dosyć. Nie dość, że był rozpoznawany na każdym kroku, a jego plecy chyba były całe fioletowe od ciągłego poklepywania, to nadal nie kupił ani jednego prezentu dla przyjaciół.

Po raz pierwszy zachował się jak przysłowiowy Ślizgon – wycofał się na z góry upatrzoną pozycję – za mury Hogwartu.

Snape zobaczył go przy wejściu do Wielkiej Sali, gdy w mocno wybrakowanym dzięki zachłannym fanom ubraniu wchodził do zamku.

— Czyżby sława ulubowała sobie widzieć Złotego Chłopca półnago?

Wcześniejsze stwierdzenie, że garderoba Pottera była wybrakowana nie należało do precyzyjnych. Szatę chłopak zgubił już na samym początku, ratując się ucieczką z rąk wiekowych czarownic. Większa część spodni została zabrana przez dzieciaki, a koszula szczyciła się teraz tylko mankietami i kołnierzem, pełnymi śladów szminek.

Purpura zażenowania pokryła nie tylko policzki Gryfona, ale i sporą część klatki piersiowej.

— Z wielką ochotą zobaczyłbym pana w podobnej sytuacji, profesorze — bąknął i niemal natychmiast zapadł się pod ziemię ze wstydu z dwóch powodów.

Po pierwsze insynuacji, a po drugie wyobrażając sobie roznegliżowanego mistrza.

Hormony swoją drogą, ale to, że Harry odkrył w sobie jakiś czas temu pociąg do płci niecałkiem przeciwnej, było jego problemem numer dwa. Numerem trzy okazał się być nie kto inny. a Severus Snape.

I niestety, albo i stety, ten moment wybrała sobie ta inna magia, by się przebudzić i zareagować.

Gdy Harry otworzył oczy, zastanawiał się bardzo długą chwilę, gdzie jest. Chwila zamieniła się w kwadrans, a dokładne obejrzenie otoczenia nic mu nie powiedziało, bo przebywał w całkowitych ciemnościach. Czuł, że jest duszno i gorąco, więc nie były to lochy Hogwartu ani też żadne okolice szkoły, przynajmniej nie takie, które Harry by znał.

— Potter, to ty?

Podskoczył, słysząc głos Snape'a dochodzący gdzieś z prawej strony.

— Tak, profesorze.

— Wiesz może, co się stało? Albo gdzie jesteśmy?

— Nie bardzo. Pamiętam tylko jakiś błysk światła i tyle. Ocknąłem się tutaj.

Severus warknął coś, co z pewnością nie było cenzuralne, i Harry usłyszał szuranie.

— Co pan robi? — zapytał ciekaw.

— Szukam wyjścia, matole. Mógłbyś zrobić to samo, zamiast zadawać durne pytania.

Harry sięgnął po różdżkę z zamiarem oświetlenia pomieszczenia i wtedy zauważył jej brak.

— Nie mam różdżki!

Prychnięcie, chyba mające ukryć krótki ironiczny śmiech, odbiło się od ścian sporego, teraz już to wiedział, pomieszczenia.

— Myślisz, że gdybym posiadał swoją, to nie użyłbym jej do zwykłego Lumos?

Nagły rozbłysk światła oślepił ich i dopiero po chwili mogli ruszyć do drzwi, których wcześniej tu nie było, za co Harry dałby sobie ręce uciąć.

Przeszli przez nie szybko, gdyby znów zachciało im się zniknąć, pogrążając w ciemności pokój.

— Na Merlina! Gdzie my jesteśmy?

Stali na wzgórzu, za plecami mając ścianę lasu. Gdy Harry się odwrócił, by sprawdzić drzwi, tych już nie było. Zamrugał ze zdziwienia, bo spodziewał się jakiegokolwiek domu, a nie pustej przestrzeni. A ich oczom prezentował się zamek w oddali. Ogromna budowla, która z całą pewnością nie była Hogwartem. Po pierwsze była za nowa, nie wydawała się starsza niż kilkadziesiąt lat, a już na pewno nie tysiąclecie.

— Co robimy? — spytał, rozglądając się wokoło. — Tam jest droga, może kogoś spotkamy?

— Z tym wyglądem to możesz najwyżej kogoś przestraszyć — usłyszał zza swoich pleców i coś czarnego wylądowało na jego głowie. — Załóż to. Przestań deprawować niewinnych ludzi.

Harry zdjął koszulę profesora ze swojej głowy i założył ją. Była tylko niewiele większa od jego własnej. Kątem oka zauważył, że profesor zakłada na powrót szatę. Nie trzeba chyba dodawać, że jego wzrok łakomym spojrzeniem obiegł szybko części ciała, których nie skrywało jeszcze odzienie.

Mimowolnie oblizał wargi. Snape zauważył ten odruch, ale jego twarz nie zdradziła się najmniejszym drgnięciem.

— Chodźmy. Jeszcze nas mrok zastanie w tej głuszy.

Dotarcie do drogi nie zajęło im dużo czasu. Problemem okazała się jednak sama droga. On nie nazwałby tego drogą, zresztą przypuszczał, że Snape także.

O! Trakt był idealną nazwą. A gdy zza zakrętu wyłonił się drabiniasty wóz załadowany słomą, ich szok był równoważny z paniką.

— Lepiej tego nie mów, Potter.

— Czy ma pan na myśli to, że chyba to nie nasze czasy?

— Właśnie tego nie chciałem słyszeć — warknął na niego mężczyzna.

Chłop minął ich, obserwując z dziwną miną. Obaj nie sądzili, by chciał się zatrzymać, nawet gdyby próbowali go do tego namówić.

— Może lepiej idźmy w tym samym kierunku, co on? Chyba jechał do tego zamku, który widzieliśmy ze wzgórza — zaproponował Harry. — I tak lepszego wyjścia na razie nie mamy. Poza tym musimy się dowiedzieć co to za czasy, a w mieście powinna być biblioteka. Hermiona zawsze powtarza...

— Zamknij się! Przynajmniej w tych czasach siedź cicho — uciszył go mężczyzna i ruszył śladem wozu.

Zamek objawił się im w całej okazałości dopiero wczesnym wieczorem. Strażnicy u bram także spiorunowali ich wzrokiem, ale nie zatrzymali dziwnych przybyszów.

Severus zatrzymał się zaraz za bramą, widząc przed sobą całą okazałość wnętrza miasta pod zamkiem.

— Potter? Na który wiek ci to wygląda?

Harry stał u jego boku i zaczynał mieć coraz gorsze podejrzenia.

— Z historii nie byłem biegły, ale stawiam na wczesne średniowiecze — odparł, spoglądając na kobietę wylewającą pomyje przez okno wprost na niespodziewających się niczego przechodniów.

Brak kanalizacji to tylko jeden z faktów, który rzucił mu się w oczy. Ubiory, nawet zachowanie, a już na pewno zbrojni rycerze na każdym kroku utwierdzały go w tym przekonaniu.

— Mogę postawić wszystkie eliksiry świata, że jesteśmy w czasach Merlina i Artura. Spójrz, to znak Uthera Pendragona. — Snape wskazał na flagi powiewające co jakiś kawałek.

Złoty smok na czerwonym tle.