Kamerdyner

Autor: Zilidya

Beta: MichiruK (Cóż, ma do mnie cierpliwość)

Paring: Severitus, Drarry, ale tak do końca jeszcze nie wiadomo

Rating: +15

Rodzaj: Jeszcze nie sprecyzowano

Pomysł zaczerpnięty z dramy „Mei-chan no shitsuji"

Zdarzenia od I do V tomu (trochę?) odbiegają od normy.

Ostrzeżenia:

Alternatywa.

Kanon wziął długi urlop, może nawet tacierzyńskie.

Nie wzięto pod uwagę majątku Weasleyów.

Prawa własności:

Wszystkie postacie należą do J.K Rowling i z tego fanfiction nie są pobierane żadne korzyści.

Spełnienie życzenie Deedee.

Rozdział 1.

— Słyszałeś, ten nowy dostał samego Draco Malfoya!

— Kamerdynera klasy Z? Musi być naprawdę kimś ważnym ten Evans. Nie słyszałam o żadnym rodzie o takim nazwisku. Pewnie bogaty, bo przecież ostatnio nie ma nikogo dostatecznie potężnego magicznie, nawet wśród mugolaków.

— Panienko, proszę o spokój. Zaraz powitamy nowego ucznia. — Rozmowę, i to dosyć głośną, przerwał stojący za ich plecami młody, czarnoskóry mężczyzna.

— Och, Zabini. Lepiej popraw moją fryzurę. Ten wiatr całkiem ją zniszczył.

Profesor Minerwa McGonagall, opiekunka Domu Gryffindora, obserwowała z boku zebranych uczniów oraz ich kamerdynerów i pokojówki. Jako nauczycielka w prestiżowej szkole dla szlachetnie i bogato urodzonej młodzieży, pilnowała panujących tu zasad. Każda młoda dama posiadała swego sługę, panicze preferowali pokojówki, chociaż w obu przypadkach zdarzały się wyjątki.

Głośny trzask teleportacji tuż za bramą Hogwartu oznajmił przybycie oczekiwanych gości.

— Zobaczę Draco! — Jakaś panna wręcz mdlała, łapana w ramiona swego kamerdynera.

— Panienko, jeśli chcesz go zobaczyć, to lepiej wstań.

W świetle zachodzącego słońca w bramie stanął anioł.

Promienie rozświetlały blond włosy, zmieniając je w płynne złoto. Frak, uszyty na miarę, opinał szczupłe, wysportowane ciało. Szata czarodzieja niedbale przerzucona przez ramię. Angielski znak najwyższego wyszkolenia lśnił w klapie. Szkoła ta wypuszczała w świat tylko najlepszych kamerdynerów na świecie i trzeba dodać, że robiła to niezwykle rzadko, odrzucając wielu w czasie szkolenia.

Uśmiechnął się delikatnie do zebranych, po czym odwrócił się do kogoś ukrytego za załomem muru i kładąc rękę na sercu, w lekkim pokłonie, powiedział:

— Paniczu, proszę podejść.

Zebrani wstrzymali oddech. Każdy był ciekaw nowego nabytku.

Ich oczom ukazał się chłopak około szesnastoletni. Ubranie nie wskazywało na wysokie pochodzenie, było standardowo mugolskie.

— Proszę się przywitać, paniczu Harry.

Chłopak nazwany przez swojego kamerdynera Harrym poprawił okulary i zwrócił się do uczniów:

— Eee…Cześć.

W ciągu jednej chwili dziedziniec opustoszał z rozczarowanych uczniów.

— Witam w Hogwarcie, paniczu Evans — dobiegł za pleców Malfoya miły głos. — Nazywam się Albus Dumbledore i w razie pytań zapraszam do mojego gabinetu. Mam nadzieję, że spodoba ci się tutaj. Twój pokój jest już gotowy.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się do nowo przybyłych, wskazując bramę wejściową do zamku.

— Dziękuję.

Harry za żadne skarby nie chciał tu być. Został wyrwany ze swego świata. Kochał swoją rodzinę. Ciocia dbała o niego jak o własnego syna. Wuj, może trochę szorstki, był pracowity i uczciwy. No i Dudley. Łobuz jak się patrzy, ale o dobrym sercu. On, jako sierota, czuł się wśród nich dobrze. Aż do tego feralnego dnia tydzień temu. Stracił ich wszystkich w głupim wypadku samochodowym, gdy wracali z zakupów. A teraz musiał uczęszczać do tej dziwnej szkoły dla dystyngowanych czarodziei. Już wcześniej wiedział, że nim jest, ale nikt dotąd nie kazał mu się w tym kierunku szkolić.

Był jeszcze Draco.

Pojawił się w dzień po pogrzebie i powiedział, że od teraz jest jego kamerdynerem.

Pamiętał ten dzień bardzo dobrze. Stał w ogródku cioci Petunii, podlewając jej róże i czekając na kogoś z kuratorium. Kogoś, kto miał go zabrać i umieścić w Domu Dziecka.

— Paniczu Harry?

Nikt nigdy tak nie zwracał się do chłopaka. Odwrócił się i zobaczył młodego mężczyznę stojącego przy bramce.

— Słucham?

— Witam. Jestem Draco Malfoy i od dzisiaj jestem twoim kamerdynerem.

Zamrugał, nie bardzo rozumiejąc.

— Że… kim?

— Od dziś będę spełniał wszystkie twoje polecenia, paniczu Harry — powiedział blondyn, wchodząc do ogródka, zabierając mu węża z rąk i zakręcając wodę.

— Nie rozumiem.

— Wszystko ci wytłumaczę. Przysłał mnie twój dziadek. Harold Potter.

— Ja nie mam dziadka.

— Masz, paniczu. Twój dziadek chciałby, żebyś wrócił do rodziny i swoich czarodziejskich korzeni.

Nie mając zbyt wielkiego wyboru, wylądował w Hogwarcie. Drugą opcją był Dom Dziecka, dopóki nie uzyska pełnoletniości. Niezbyt zadowalające go wyjście.

W ten sposób znalazł się w szkole, w której nikogo nie znał i już na dzień dobry nie zrobił dobrego wrażenia.

Westchnął ciężko, wchodząc do swojego pokoju. Oczywiście, drzwi otworzył mu Draco. Ciągle go zaskakiwał. Traktował prawie jak dziewczynę, usługując na każdym kroku. Kilka dni z blondynem nauczyło go, żeby zbyt z tym nie walczyć, bo i tak kamerdyner zrobi swoje. Najgorsze, że zaczynał się do jego ciągłej obecności przyzwyczajać. Czy to normalne? Czyżby szukał zastępstwa swojej rodziny w lokaju?

Opadł na łóżko załamany.

— Paniczu, chyba wypada, byśmy zjawili się na kolacji. Twoje kufry już dotarły i raczyłem przygotować ci ubiór — odezwał się blondyn, rozpakowując kufer swego pana.

— Naprawdę muszę? — spytał błagalnie.

— Dobre wychowanie nakazuje uszanować prawa i zasady domu, w którym się przebywa, paniczu Harry. Eliksir na poprawienie twego wzroku też już dotarł. Mówiliśmy o tym wczoraj, jeśli nie zapomniałeś.

— Ale ja lubię swoje okulary! — oburzył się chłopak, zrywając z łóżka. — Nie mam zamiaru tego zmieniać.

Malfoy podszedł powoli do Harry'ego, po czym ostrożnie i delikatnie zdjął czarne, okrągłe oprawki.

— Bez nich twoje oczy nabierają nieziemskiego blasku. Nie ukrywaj swojej urody. Jesteś piękny.

Harry zarumienił się, wyrywając swoje okulary z ręki Draco i odsuwając się na bezpieczną odległość.

— To co mam ubrać? — zapytał w miarę neutralnie, choć rumieniec nadal gościł na jego policzkach.

— Rzeczy przygotowałem w łazience, paniczu. — Draco pochylił się w ukłonie z dłonią na klapie na wysokości serca.

Chłopak szybko skrył się we wskazanym miejscu.

Harry stał już dłuższą chwilę przed lustrem i sam nie wierzył, że dał się na coś takiego namówić. Został poinformowany przez swego sługę o dosyć kontrowersyjnej modzie, panującej wśród czarodziei, ale żeby nosić sukienki, to już drobna przesada.

— Wyglądasz cudownie, mój drogi.

Omal nie wyskoczył ze skóry, gdy usłyszał głos dobiegający ze szklanej tafli.

— Ty mówisz?

— Oczywiście, jak wiele innych rzeczy w tym zamku. Nowy, prawda?

— Gadam z lustrem — szepnął do siebie Harry, wychodząc z łazienki.

— Paniczu?

Harry zerknął w stronę Draco i zdębiał. Gdzieś zniknął frak, a sam kamerdyner był ubrany tylko w koszulę i kamizelkę.

— Coś się stało? — zapytał, wskazując na resztę ubioru wiszącego na oparciu krzesła.

— Nie. Takie panują tutaj zasady. Dopóki nie awansujesz wyżej, nie wolno mi nosić fraku, garnituru ani żadnej tego typu odzieży. Należysz teraz do domu Hufflepuff i jesteś tak zwanym Puchonem. Po zdobyciu odpowiedniej liczby punktów — wskazał małą klepsydrę przy drzwiach — możesz ubiegać się o przyjęcie do Ravenclawu, czyli domu Krukonów. Kolejne w kolejce Domy to Gryffindor i Slytherin, czyli Lwy i Węże.

— Czyli przeze mnie zostałeś zdegradowany? — zmartwił się trochę Harry, zagryzając wargi.

Malfoy podszedł do niego, klękając na jedno kolano i podnosząc jego dłoń do ust, cicho szepnął:

— Nadal jestem twoim kamerdynerem, nieważne co mam na sobie.

Evans odskoczył cały czerwony, skrępowany takim zachowaniem sługi.

— Przestań. Ile ty masz lat? Jestem nastolatkiem. Nie możesz tak mnie traktować!

Draco wstał i kłaniając się, położył zwyczajowo dłoń na sercu.

— Wybacz mi, paniczu Harry. Nie miałem niczego złego na myśli. A odpowiadając na twe pytanie, jesteśmy równolatkami.

— Nieprawda! Wyglądasz jak dorosły. — Zaczął krążyć po pokoju, nie mogąc znaleźć miejsca.

— Ty też.

Chłopak stanął zszokowany. Kamerdyner widząc to, zaprowadził go do łazienki i stanęli razem przed lustrem. Dopiero teraz Harry zauważył, że Draco jest tylko o niecałą głowę wyższy od niego. Dodatkowo jego nowy strój wydobył z niego „to coś" i uwydatnił jego męskie ja. Co prawda, do sługi było mu daleko. Nie miał tego żaru w oczach ani tak prostej sylwetki, choć nad tym ostatnim wystarczyło popracować.

— Czas iść na kolację.

Evans odetchnął, otrząsając się z zamyślenia, i odwrócił się do wychodzącego z łazienki kamerdynera.

— A nie możemy się po szlachecku spóźnić?

— I tak już jesteśmy spóźnieni. — Lokaj uśmiechnął się trochę ironicznie.