Rozdział 14: Marvel Knights! Assemble!
Autor: GrayFox

Pogoda w West Bromwich była typowo angielska. Tej zimnej nocy, temperatura powietrza nie wynosiła więcej niż 5 stopni Celsjusza, choć odczuwalna była znacznie niższa przez porywisty wiatr i zimny, ulewny deszcz. Idącemu błotnistą drogą Crossbones'owi nieprzyjazna pogoda zdawała się w ogóle nie przeszkadzać. Woda chlupała mu w butach, a od jego kapelusza odbijały się ogromne krople deszczu jednak niemal całą swoją uwagę poświęcał sporej wielkości zawiniątku, które niósł ze sobą, a co jakiś czas rozglądnął się by zobaczyć czy ktoś go nie śledzi. W pewnym momencie przystanął przy wielkim, acz niezbyt luksusowym hotelu o nazwie Campanile. Rozglądnął się po raz ostatni, otworzył drzwi i wszedł do środka.
Za ladą stał względnie młody, około 20 letni mężczyzna. Crossbones podszedł do niego, oparł się groźnie o dzielący mężczyzn blat i spojrzał na chłopca spod swojego mokrego kapelusza.
- Paskudna pogoda, prawda?
- Prawda proszę pana. W czym mogę panu służyć?
Crossbones spojrzał na zegar ścienny, który wisiał za chłopcem i wydał odgłos przypominający mruczenie, jednoznacznie pozwalający stwierdzić, że nad czymś się zastanawia.
- Wygląda na to, że zegar odmierza godziny głupstwa…
- …ale mądrości nie mierzą zegary.
- Hail Hydra.
- Hail Hydra sir Crossbones. Pańscy goście są na górze. Pokój 1408. – powiedział chłopiec i podał naziście klucz do wspomnianego przez niego pokoju. Crossbones pokłonił się delikatnie i poszedł na górę.

W pokoju 1408 już przed przybyciem Crossbones'a znajdowało się jedenaście osób. I to nie byle jakich – każde z nich było niezwykłą osobistością na swój własny sposób, niemal każde z nich pochodziło z innego kraju, ale wszystkich łączyła profesja i cel w którym tu przybyli.
- Witajcie. – powiedział Crossbones zrzucając z siebie mokry płaszcz i kapelusz ukazując umięśnione ramiona, kamizelkę kevlarową z namalowaną czaszką i twarz zakrytą czarną maską. Sięgnął do szuflady dość ładnej, mahoniowej komody i wydobył jedenaście grubych teczek po czym położył je na biurku.
- To są wasze akta. Was wszystkich. Madame Masque, Rattler, Swarm, Unicorn, Fantomex, Gideon, Black Tom, Morbius, Grey Gargoyle, Klaw, Swordsman. Zostaliście starannie wyselekcjonowani przez Hydrę do wykonania niezwykle ważnej operacji. Pieniądze nie grają roli, ale o tym zostaliście już poinformowani.
- Kogo musimy zabić? – spytał z wyraźnym francuskim akcentem potężnie zbudowany, szaro skóry Grey Gargoyle.
- Kapitan Ameryka zebrał nową wesołą kompanię. Już pewnie są w drodze tutaj. Jestem pewien, że wielu z was znajdzie tam starych znajomych, bo wraz z nim lecą tu Madrox, Spider-Man, Hawkeye i Moon Knight. To także jeden z powodów, dla których to właśnie wy zostaliście wybrani do tego zadania.
Na wspomnienie o Stevie Rogersie część z zebranych aż się wzdrygnęła, powietrze zaczęło gęstnieć od nienawiści, złości i nieprzyjemnych wspomnień.
- Scheiße! Tego cholernego jankesa zabiję z przyjemnością! – wrzasnął Swarm. W jego głosie było coś niepokojącego, coś sprawiało, że był nienaturalny, nieludzki tylko niski, buczący i urywany. Jakby przemawiał przez niego rój pszczół. Część zebranych zdecydowanie pokiwała głową, jakby pomysł nazistowskiego najemnika bardzo im się podobał.
- Co jest ich celem? – spytała pewnym głosem Madame Masque. Siedzący za nią jaszczurowaty Rattler sprawiał wrażenie zafascynowanego jej krągłościami, czym spowodował rozbawienie znajdujących się obok Unicorna, Gideona i Klawa. Crossbones na pytanie Madame Masque opuścił na ułamek sekundy głowę, po czym odwrócił się do okna i zaplótł ręce za plecami.
- To nie jest istotne i w żaden sposób was nie dotyczy. Skupcie się na zadaniu, Hydra nie przyjmuje możliwości porażki. Ani odmowy udziału w misji, wasza deklaracja jest ostateczna. Podejmiecie się tego zadania.
- Hej ssszczurze! Odpowiedz tej miłej pani na pytanie! – Rattler poderwał się z miejsca i zrobił wyzywająco kilka kroków w stronę umięśnionego oficera Hydry. Crossbones w spokoju odwrócił się do biurka i spojrzał w akta.
- Dostałem pełne upoważnienie by rozwiać wszelkie wasze wątpliwości co do udziału w tej misji. Rattler, czy masz jakieś wątpliwości? – spytał ze stoickim wręcz spokojem Crossbones. Jaszczurowaty najemnik podszedł tylko bliżej niego i uśmiechnął się obnażając ostre zęby i rozwidlony język. Crossbones wziął pilota do zestawu stereo i włączył muzykę, po czym szybkim ruchem chwycił Rattlera za pysk i z całej siły pchnął na ścianę. W pokoju rozległ się głos Johna Lennona, a Rattler prędko pozbierał się z ziemi i ruszył pewny siebie na Crossbonesa, ten jednak w ogóle się tym nie przejął. Wymierzył jaszczurowi kopniaka w głowę i zanim najemnik upadł oficer Hydry złapał go i uderzył jego głową o kant biurka. Krew zalała gadzi pysk Rattlera, ale w Crossbonesie nie było ani grama litości. Przycisnął mocno butem szyję buntownika, aż ten ledwo łapał oddech.
- Cel Kapitana Ameryki nie jest waszym zmartwieniem tylko moim. Wy zamiast głowić się nad tym po co przyjechali, zacznijcie się lepiej zastanawiać jak ich stąd odesłać. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno. Rattler?
- Tt…Tkkkk!
Crossbones ściągnął nogę z gardła swojego gadziego przeciwnika. W pokoju dalej rozlegał się głos Johna Lennona, przerywany tylko głośnymi kaszlnięciami Rattlera. Zebrani w pomieszczeniu najemnicy spojrzeli po sobie.
- No to do dzieła. – stwierdziła pewna siebie Madame Masque, uderzając zaciśniętą pięścią w otwartą dłoń.

Bohaterów spod Moskwy zabrał sporych rozmiarów pojazd powietrzny SHIELD. Pilotowany był przez trójkę oficerów pokładowych tajnej organizacji, oprócz tego znajdowało się na nim około dziesięciu członków Tarczy. Bohaterowie zostali osobiście powitani przez major Marię Hill oraz samego Nicka Fury.
- Zaraz się zacznie. – powiedział pod nosem Clint głęboko wzdychając i przewracając oczami.
- Kapitanie Rogers. Możesz mi powiedzieć, co to kurwa za zbieranina? – Fury zabrał się mało dyplomatycznie do tej rozmowy. – To miała być mała operacja.
- Ja dowodzę tą operacją i potrzebuję ich pomocy. – powiedział stanowczo Steve. – Jeśli chcesz mieć w tym jeszcze jakiś udział, to załatw opiekę medyczną. Mamy rannych.
Fury kiwnął tylko major Hill, która zaraz odprowadziła Moon Knighta i Frenchiego do punktu medycznego. Sanitariusz zaopiekował się Duchampem, jednak Spector odmówił wszelkiej pomocy medycznej i nie mogło go przekonać nawet błagalne spojrzenie jego pomocnika.
- Co się tam stało na boga? Skąd Moon Knight się tu wziął? Przecież jest poszukiwany. – Nick Fury wciąż niedowierzał temu co widziały jego oczy. Steve Rogers ściągnął maskę i rozmasował dłonią kark.
- Błagam cię Nick. Potrzebujemy każdej pomocy. Marc bardzo się nam przysłużył. Gdyby nie on stracilibyśmy włócznię już w Nowym Jorku.
- A Spider-Man?
- Uznałem, że przyda nam się nieco młodzieńczego zapału. Swoją drogą przypomniałeś mi dlaczego nigdy nie lubiłem z tobą pracować Fury. Zawsze wtykasz nos tam gdzie nie trzeba. Mogłeś równie dobrze sam zająć się tą operacją, ale nie zrobiłeś tego, więc z łaski swojej odpierdol się od tego jak przewodzę tym chłopcom. – powiedział ostro Steve, jednak Fury w ogóle się tym nie przejął. – Wytłumacz się lepiej co obiecałeś Clintowi.
- Nie mogę. Jeśli on zechce ci o tym powiedzieć to proszę bardzo, ja nie mam zamiaru. Mamy dżentelmeńską umowę.
- W takim razie skończyliśmy rozmowę. – powiedział Kapitan Ameryka i odwrócił się na pięcie po czym ruszył do jednej z tych maleńkich kajut, których kilka znajdowało się na pokładzie tego pojazdu. Przysiadł na łóżku i odrzucił tarczę, która sprawiała wrażenie cięższej niż zwykle. Nagle w drzwiach kajuty pojawił się Spider-Man.
- Kapitanie… możemy porozmawiać?
- Oczywiście przyjacielu, wejdź. – rzekł serdecznie Rogers i wskazał ścianołazowi niedbałym ruchem ręki cały pokój. – Siądź gdzie chcesz.
- Wiesz o tym, że jesteś bohaterem? – powiedział Spider-Man przyklejając się do ściany po prawej stronie Steve'a.
- Takim samym jak ty czy Clint. Jak każdy z naszej drużyny.
- Ale część z nas odbiera życia. Czy to konieczne?
- Chodzi ci o Marca?
- Mooney to wariat. Chodzi mi o ciebie Steve. To ty zabiłeś Omegę Red.
Nastała chwila ciszy. Rogers westchnął głęboko, poprawił poduszkę, po czym położył się zaplatając ręce na piersiach.
- Wiesz Spider-Manie, nie jestem dumny z tego co się wydarzyło. Myślę, że gdybym mógł być tym kim jestem bez tego całego bagażu emocjonalnego jaki przyniosła ze sobą wojna, to zapewne postąpiłbym inaczej. Rozważyłbym sytuację ponownie, rozpatrzyłbym mniej oczywiste opcje. Być może dałoby się wówczas pokonać Omegę Red, bez konieczności zabijania go.
- A nie uważasz, że to lepiej, że go zabiłeś?
Steve popatrzył na Spider-Mana smutnym wzrokiem.
- Nie, nie uważam, żeby pozbawienie Omegi Red życia było dobrym rozwiązaniem. Wiesz, że wszyscy, których w życiu zabiłem śnią mi się po nocach? To jest najstraszniejsza walka jaką można stoczyć. – Steve zamyślił się na chwilę, jednak nie spuścił wzroku z Parkera ani na sekundę. - Nie poznaję cię Spider-Manie. – dodał po chwili - Pamiętasz co mi kiedyś powiedziałeś? To, że z wielką mocą w parze zawsze idzie wielka odpowiedzialność? Gdybyśmy zostali przyjaciółmi podczas wojny, to pewnie i ona inaczej by się potoczyła, byłbym innym, lepszym człowiekiem. Niestety z doświadczenia wiem, że ludzie się nie zmieniają, a tym bardziej nie na starość. – zaśmiał się dość sztucznie Steve, by spróbować choć trochę rozładować napięcie. - Nie zapomnij nigdy tej nauki Spider-Manie bo to ona czyni cię lepszym człowiekiem i lepszym bohaterem niż ja kiedykolwiek byłem i będę.
- Dziękuję ci Kapitanie. – powiedział Spider-Man zeskakując z gracją ze ściany i lądując bezgłośnie na ziemi. – Jak myślisz? Mooney ma problemy z takimi snami?
- Moon Knight to wariat, jak sam zauważyłeś. – odrzekł z delikatnym uśmiechem Steve.

W punkcie medycznym Frenchie leżał na łóżku, trawiony przez gorączkę, a obok niego siedział Moon Knight. Rycerz Khonshu wyglądał na zmartwionego, Duchamp to widział jednak nie chciał odzywać się sam. Wiedział, że rycerz w końcu przemówi.
- Skanery w kombinezonie pokazują, że twoja noga źle wygląda. Temperatura twojego ciała wynosi 42 stopnie. Zakażenie krwi. Masz gangrenę. – rzekł wreszcie Moon Knight.
- Oj młody, ty tylko patrzysz na te skanery. Wierzysz w boga?
- Wierzę, tylko nie w tego co ty. Dlatego nie rozumiem. Khonshu powiedział, że nie zabierze cię do siebie, ale twój stan wciąż się pogarsza.
- Widocznie już pora na mnie młody. Mój bóg przygotuje mi miejsce gdzieś w zaświatach.
- Nie dopuszczę do tego.
- Każdy kiedyś musi umrzeć. Nie powstrzymasz tego ani ty, ani twój bóg, ani mój. Czasami trzeba po prostu, żeby coś się wydarzyło.
- Khonshu obiecał, że będziesz żył. Że ta rana się zabliźni i nie stracę cię.
Moon Knight zdając sobie sprawę z własnej niemocy z uporem maniaka skanował nogę Frenchiego. Jego stan był katastrofalny. Pomimo interwencji w Rosji i tej niedawnej na pokładzie pojazdu latającego SHIELD wyglądało na to, że Frenchiemu zostało niewiele czasu. O wiele mniej niż się wydawało.
- Jestem zmęczony chłopcze. Posiedzisz tu ze mną jeszcze?
- Nie zasypiaj starcze. Walcz, kurwa mać, walcz! – Rycerz Khonshu złapał swojego przyjaciela za rękę – Trzymaj mnie Duchamp. Khonshu da nam siły i razem wyjdziemy z tego gówna.
Modlitwa do Khonshu trwała blisko trzydzieści minut. Marc modlił się na głos, co jakiś czas Madrox zaglądał do punktu medycznego, obserwował bacznie sytuację wzrokiem pełnym nadziei na wyzdrowienie Francuza. Spector modlił się nieprzerwanie, nie przestawał nawet w chwili kiedy czuł, że uścisk Jeana się zwalnia, aż w końcu jego dłoń stała się zupełnie bezwładna. Moon Knight spojrzał swoim zimnym, niebieskim spojrzeniem, a skanery w jego kombinezonie pokazały brak jakichkolwiek funkcji życiowych. Marc zaczął delikatnie gładzić głowę swojego przyjaciela i pochylił się nad nim składając głowę na jego piersiach. Madrox i Spider-Man weszli do pomieszczenia i ten pierwszy położył rękę na ramieniu Moon Knighta.
- Przykro mi Marc. – powiedział detektyw.
- Niech spoczywa w pokoju. – powiedział cicho Spider-Man. Moon Knight poderwał się na równe nogi i szybkim ruchem odepchnął detektywa po czym rzucił się jak wściekła bestia na Człowieka Pająka.
- To przez ciebie nie żyje. Ty kurewska łajzo. Zabiję cię. – powiedział wściekle, lecz – co chyba było zdecydowanie bardziej przerażające - niesamowicie spokojnie Moon Knight, zacieśniając uścisk na szyi Spider-Mana. Ten próbował się bronić, jednak Spector był tak nabuzowany wściekłością, że wszelkie ciosy pająka nie robiły na nim żadnego wrażenia. Kiedy Spider-Man opadł z sił, Biały Rycerz przymierzył się do zadania ciosu pięścią w głowę młodego bohatera, jednak detektyw Madrox rzucił się na pomoc. Tworząc kilka kopii samego siebie odciągnął Rycerza Khonshu od wycieńczonego Parkera. Nie powstrzymało to jednak na długo Białego Mściciela, który szybkim ruchem wyciągnął ostrze i zabił kilka z kopii Jamiego i ponownie rzucił się na Spider-Mana. Przyparł go do ściany i podłożył pod szyję ostrze, co dało do myślenia Madroxowi, by rozważniej zabrać się za kolejną próbę ratowania przyjaciela.
- Nie chciałem… - wyszeptał pająk.
- Przyczyniłeś się do zabicia mojego przyjaciela. Podaj mi jeden powód, dla którego nie miałbym ci wyciąć jelita i cię nim udusić?
- Nie zrobisz tego. – rozległ się głos po lewej stronie rycerza. Hawkeye wycelował łuk w głowę Moon Knighta. Na cięciwie założoną miał najostrzejszą strzałę, która bez większego problemu przebiłaby wzmacniany włóknami kuloodpornymi hełm Wysłannika Khonshu, przewierciłaby się przez jego mózg i wyszła drugą stroną. Obok jak zwykle poważnego Bartona stał Steve Rogers i to on próbował przemówić do rozsądku Spectorowi.
- Gdybyś nie przeszkodził mi wtedy z Lady Bullseye, włócznia już byłaby bezpieczna, a Frenchie wciąż by żył. Ty bohaterska popłuczyno.
- Gdybym wiedział, że tak się stanie…
- Co byś zrobił? Bo ja gdybym wiedział, że to się stanie, zabiłbym cię już dawno temu.
- Nie rób tego Marc. Frenchie zginął walcząc za naszą sprawę. Za dobro całego świata. Spider-Man nie jest temu winny. – Steve próbował pertraktować z przepełnionym nienawiścią Białym Rycerzem.
- Jest winny. On i koleś, który stoi za tą całą szopką. Spider-Mana zabiję teraz, tamtego później.
- Rusz ostrzem o milimetr a zrobię ci z bebechów kisiel. – powiedział twardo Hawkeye, naciągając jeszcze mocniej cięciwę łuku. Moon Knight spojrzał po wszystkich po czym schował ostrze.
- Wykorzystaj swój gniew przeciw temu, kto faktycznie jest za to odpowiedzialny. – dodał spokojnie, pełen przekonania Kapitan Ameryka.
- Wynoście się. Wypierdalać wszyscy. – powiedział cicho Spector, po czym przysiadł do ciała swojego przyjaciela i pochylił się nad nim. Jamie Madrox pomógł pozbierać się Spider-Manowi, Clint zwolnił cięciwę łuku, a Steve poklepując go po ramieniu dał znak, że pora żeby wyszli z tego pomieszczenia i dali Moon Knightowi trochę czasu i prywatności, której teraz niesamowicie mocno potrzebuje.

Po paru godzinach statek powietrzny SHIELD dotarł do Anglii. Nick Fury patrzył spokojnie na bohaterów, wśród których nie było Spectora, a wokół agenci Tarczy uwijali się jak w ukropie.
- Z danych udostępnionych przez Moon Knighta wynika, że włócznia jest w miasteczku West Bromwich. Nie ma tam lotniska, a trzeba działać szybko, dlatego musimy was zrzucić na spadochronach. Spróbujemy wyrzucić was tak, żebyście wylądowali w miasteczku. Każdy z was dostanie nowe komunikatory dostrojone do naszych częstotliwości. Będziemy waszymi oczami i uszami kiedy będziecie tego potrzebować. Przygotujcie się do skoku.
Sprawdzając cały osprzęt spadochroniarski wśród bohaterów panowała niezręczna cisza.
- Mamy jakąś nazwę? – spytał Jamie Madrox, próbując w jakiś sposób rozluźnić atmosferę.
- Co? – spytał z niedowierzaniem Hawkeye. – Nie masz innych problemów na głowie?
- Byłem po prostu ciekaw, bo skoro jesteśmy drużyną, to powinniśmy mieć jakąś nazwę. Może… - urwał nagle Madrox kiedy zobaczył, że do luku w którym się znajdowali wszedł nie kto inny jak Rycerz Khonshu.
- Cieszę się, że wróciłeś. – powiedział Steve. Pojawienie się Moon Knighta podsunęło Steve'owi pewien pomysł. – Marvel Knights.
- Co? – spytał po raz kolejny Hawkeye.
- Jeśli to jest nazwa dla nas, to ja jestem za. Jak cholera. – powiedział podekscytowany Madrox, czym po raz kolejny spowodował, że Hawkeye zaczął się zastanawiać, czy ktokolwiek poza nim myśli jak dorosły człowiek.
- Dawno nie mówiłem nic w tym stylu. – powiedział Kapitan Ameryka z wyraźnym zadowoleniem. Poczuł się jak za starych, dobrych czasów, kiedy dowodził Avengers. Zdał sobie sprawę, że przechodzi właśnie drugą młodość. – Marvel Knights! Assemble!
- Dobre! – rzucił podniecony Madrox, po czym wszyscy wyskoczyli z samolotu na prawdopodobnie najcięższą bitwę w swoim życiu, o czym mieli się dopiero przekonać…

Pogoda w West Bromwich była mało ciekawa. Było chłodno i wiał wiatr, a jednak ulice zdawały się tętnić życiem. Wszędzie pełno było przechodniów w różnym wieku od młodzieży szkolnej poruszających się po mieście za pomocą deskorolek, przez młode małżeństwa, a kończąc na spacerujących dziadkach z wnukami. W okolice hotelu Campanile podjechały dwie ciężarówki, a na każdej z nich znajdował się znak w kształcie odciśniętej, czerwonej dłoni...