Jako facet zrodzony tylko i wyłącznie ze szczytowej desperacji, usilnie starał się przedłużać czas, w którym przedziwny akt jego istnienia był w pełni uzasadniony i uprawomocniony. Niestety, walka z przeciwnikiem tak nieadekwatnie słabym, że nawet gdyby się przy nim położył dla zobrazowania różnicy i tak byłby wyżej o szesnaście wszechświatów już nie tyle urągała mu swoją nudnością, co po prostu zaczęła go – jako Saiyanina obrażać. Ileż można słuchać szczekania czegoś, co nie potrafi go nawet walnąć tak, żeby jakkolwiek to poczuł. Buu nie nadawał się nawet na masażystę. Na szczęście, był już odpowiednio wściekły: nie tak, żeby grzebać w szale między wymiarami, ale tak, żeby dotarło do niego jego położenie i obudziła się w nim desperacja, która – o czym Vegetto aż nazbyt dobrze wiedział – była matką wynalazków. No, może trochę wspomaganych. Mężczyzna westchnął z politowaniem zmieszanym z rozbawieniem i dyskretnie zerknął w kierunku leżącego nieopodal kawałka różowego cielska, któremu jak najbardziej umyślnie oszczędził procesu utylizacji. Zastanawiał się tylko, kiedy reszta jasnocynobrowego ścierwa zorientuje się, że ten nieszczęsny ochłap tam leżał i czekał, aż się go niecnie wykorzysta. Oby było to dość szybko, bo już samo liczenie do dziesięciu z taką powolnością uwłaczało mu jak diabli.

-Osieeeeeeem – zawył przeciągle dziwnym, nieswoim głosem do którego jeszcze nie przywyknął. – Dzieeewięęęęć – odczuł nutę satysfakcji, gdy osioł wreszcie przyzezował tam, gdzie trzeba i zaczął radośnie kombinować, by ocalić łajzowaty tyłek. –Dziesięć! – Ryknął i mimowolnie napiął mięśnie, gdy płaszcz z żywego budyniu zasłonił mu już nieco słońce. – Bariera – zarządził sam sobie i przez ostatnie milisekundy zastanawiał się, jak skończy.

Opatrzność mu sprzyjała, bo wcale nie skończył. Prychnął i zaśmiał się zuchwale, przecierając nos palcem, a jego głos roznosił się echem po cuchnących trzewiach tej wstrętnej francy. Tak, był zaiste geniuszem, a swoim pomysłem z barierą wciąż był nieprzyzwoicie oczarowany. Taka mała rzecz, a ile zmienia! Gdyby tylko wiedział, ile zmienić mogłoby jej zdjęcie, byłby szczęśliwym człowiekiem. A w zasadzie byłby dwoma szczęśliwymi ludźmi, a to naprawdę kardynalna różnica. Ale nie wiedział, toteż puszył się w niej jak paw i z szelmowskim, kocim uśmieszkiem i rękoma opartymi o biodra dreptał wymuszenie wolnym spacerkiem po potworze tak, jakby sobie łaził latem po promenadzie. Miał czas. Miał za dużo czasu. Miał wieczność, tylko nie bardzo wiedział na co. Dręczyło go całkiem słuszne przeczucie, że kwestią autentycznie dla niego problematyczną będzie nie Buu, ale to, co potem. Bo co, u licha, miało być z nim potem? Nie lubił, naprawdę nie lubił niuansów związanych ze skomplikowaniem międzyludzkich relacji – jedna z niewielu cech, które dawcy jego życia mieli wspólne. Był bystrym facetem – wiedział, że problem z tego będzie. Nie miał za to pojęcia jak to rozwiązać i nie chciał jeszcze o tym myśleć. Żeby to sobie ułatwić, również podskórną walkę z demonem postanowił przedłużyć aż do granic ciężkiej cholery. W końcu, i tak wszyscy trochę nie żyli. Gdyby nie ten smród, byłoby tu całkiem znośnie. Dość szybko znalazł zajęcie. Co prawda miał początkowo ogromne obiekcje powodowane obrzydzeniem, dały one się jednakże zniwelować, ponieważ jakaś cząstka owocu fuzji przekonała go, że to nie takie dramatyczne, na jakie może wyglądać. A poza tym, darowanemu koniowi nie zagląda się w dupę, czy coś w tym stylu. W związku z sukcesem takiej argumentacji wylądował na herbatce u przypadkowo poznanej rodziny, poniekąd dość specyficznej. Państwo Tasiemcowie okazali się być jednakże bardzo miłymi pasożytami, a konwersacja z nimi zabijała czas o wiele ciekawiej, niż na przykład przyglądanie się temu, jak kwas trawił ciasto. Co nie znaczy, że sam chciałby mieć u siebie tasiemce – tak, jak jego protoplaści i wszyscy bracia saiyańskiej krwi zapewne – lubił jeść i nie zamierzał się przyswajanym pożywieniem dzielić z czymkolwiek. Przy okazji spożywania – grzecznie odmówił wypicia owej herbaty, picie tego, co piły pasożyty budziło w nim uzasadniony wstręt. Siedząc więc o suchym ryju, dał się zabawiać rozmową, która niespodziewanie wkroczyła na temat rodziny. Na ten moment był to dla niego grząski grunt i ziemia niczyja zarazem. Cóż, może i los mu sprzyjał, ale był sukinsyn wredny – myślał Vegetto i przeklinał na czym świat stał, a raczej na czym sam stał. A nie bardzo wiedział na czym.

-Ma pan dzieci, panie Vegetto? – zapytał uprzejmie pan Tasiemiec i spojrzał z dumą na swoje specyficznie urokliwe latorośle.

-Tak, trójkę – odparł bez namysłu. To akurat było dla niego oczywiste. Wszystkie i jego i jego dzieci to jego dzieci, proste.

-Zapewne jest z nich pan bardzo dumny?

-Zapewne jestem – odrzekł, i stwierdził, iż istotnie zapewne był. Tylko, że w jakichś dziwnych, średnio równomiernie rozłożonych stopniach.

-Skoro ma pan dzieci, to – jeśli nie jestem zbyt bezpośredni – czy ma pan małżonkę?

„Oj, cholera, jesteś" – jęknął w myślach nieszczęsny adresat pytania. Tu już nic nie było oczywiste. Mógł mieć dwie kobiety, mógł jedną, mógł nie mieć żadnej. Musiałby je zobaczyć i się zastanowić. Uczucia miał mieszane i słodko - gorzkie jak whisky z colą. Ale nie mógł tego teraz zrobić, bo… o właśnie….

-Szanowna małżonka nie żyje – westchnął i rad był z siebie, że nie skłamał.

-Przepraszam, tak bardzo mi przykro…! To takie straszne… - zasępili się obydwoje z gospodarzy, biorący najwyraźniej owo westchnienie za wyraz bólu.

W tym konkretnym momencie było to danie wyrazu uldze. O tym jednakże, ani pan, ani pani Tasiemiec nie musieli wiedzieć. Uznał to za dobry moment na skończenie wizyty. Pożegnał się i udał we wskazanym wcześniej przez uprzejme pasożyty kierunku. Znalazłszy rodzinę i przyjaciół, uwolnił ich bez problemu. „Grubego też" –przeszło mu nagle przez myśl, w efekcie wszystkie znalezione kokony znalazły się na jego plecach. Wyleciał przez otwór we łbie potwora, który nagle zaczął się gotować i rozwalił go jedną kulą energii zanim na dobre zaczął się transformować. Zrobił to bez pożegnania, bo po prostu nie lubił frajera.

I wszystko byłoby teraz fajnie gdyby nie to, że wiedział, że nie będzie. Ocknęli się. A gdy to uczynili strasznie się zdziwili. W telegraficznym skrócie opowiedział, co się stało i zasygnalizował, że tak już będzie, na zawsze, fest, do końca. Bo tylko to o sobie w stu procentach wiedział. Zasadniczo składał się ze sprzeczności, co mogło mu utrudnić życie, jeśli sam siebie wkrótce nie poustawia, tego nawału danych, kontrastujących opinii i antagonistycznych emocji. W tej chwili niestety nie mógł, bo zalały go dziesiątki pytań.

-Jak się do ciebie zwracać? – zapytał Gohan.

-Tak jak zawsze – „tato"? – sarkastyczną odzywką spróbował ukrócić sprawę. Nawet, jeśli oznaczałoby to robienie z syna idioty.

-A pozostali? –sarknął Piccolo, któremu coś nie pasowało w przewrotności udzielonej odpowiedzi.

-Vegetto – odparł beznamiętnie.

-Dobrze. A mógłbyś sprecyzować, kim bardziej jesteś? –drążył Nameczanin.

Saiyanin jęknął z bezsilności. To pytanie było obraźliwe, głupie, abstrakcyjne – a co za tym szło – trudniejsze.

-Jestem Vegetto! I tyle!

-I co zrobisz teraz… tato? – zaczął Gohan, którego średnio bawiło mówienie „tato" do Vegety. Zaraz, to nie był Vegeta. Nie no, trochę był. Szlag. Chłopak wskazał przy tym znacząco na młodszych pół – Saiyan, wpatrujących się w żywe novum jak łysy w grzebień na malowanych wrotach. Wykonał przy tym dość sugestywny gest ramionami, implikujący ogarnianie sytuacji rodzinnej jako całości. – Co teraz?

To pytanie należało już do kategorii zbyt trudnych. Całe szczęście, że było parę innych rzeczy do roboty, które trzeba było zrobić najpierw.

-Nie teraz! – oznajmił radośnie. –Trzeba tu ogarnąć, Gohan, ogarnąć!

Vegetto pomysł miał gotowy. Wiązał z nim również pewne nadzieje. Po wcześniejszym przedstawieniu planu, teleportował się wraz z Dendem na Nową Namek, gdzie wezwano Porungę. Odrestaurowano Ziemię i zwrócono życie wszystkim dobrym ludziom, który ucierpieli w całości demonicznego zamieszania. Trzecie życzenie było na deser i należało do Vegetto.

-Zapytaj go, czy może przerwać fuzję!

Dende coś tam wybąkął, po czym smok swoje odszczekał i dzieciak się zasępił. To nie był dobry znak – myślał Saiyanin.

-Nie może.

-Dlaczego nie może?

-Kolczyki Potara to starożytna magia najwyższych Bogów, Porunga jest stworzony przez Nameczan i nie ma takich wielkich kompetencji… - Vegetto w zasadzie spodziewał się takiej odpowiedzi. Ale śmierć resztki nadziei na ominięcie nadchodzących problemów i tak była dla niego szokiem.

-No… ale… jest większy od naszego smoka! To chyba może więcej?

-Tym chyba go nie przekonasz –jęknął chłopiec, obleczony szkarłatnym rumieńcem zażenowania.

-Dobra, to dajmy mu spokój. Wracamy – rzucił, położył rękę na ramieniu Wszechmogącego i teleportował ich z powrotem.

Teraz miały zacząć się schody. Lub nie… na oblicze Vegetto wpełzł przebiegły uśmieszek.

-Gohan! – Zawołał.

-Tak… tato?

-Bo widzisz, chyba można by było się już zbierać do Pałacu, gdzie są wszyscy i jest taka opcja, że… ty im powiesz.

-Co? Dlaczego ja?

-Bo możesz, hm, bo umiesz, bo ci każę, bo tak… Uratuję cię, tak?

Gohan westchnął ciężko. To było do przewidzenia.

-Jeśli kiedykolwiek będę miał względem ciebie jakieś wątpliwości, to ten moment przypomni mi, że jednak jesteś moim ojcem.

-I widzisz, jak pięknie! Uratowałem całą rodzinę, to teraz odpocznę, o. Na moment. Zanim mnie dopadną. Ty i tak będziesz tylko na rozgrzewkę.

I ojciec i syn wzdrygnęli się mimowolnie.

Ale chcąc- nie chcąc, znaleźli się w końcu u celu. Vegetto żałował, że nie ma czegoś takiego jak korki podczas ki – teleportacji. Oj wielu, wielu rzeczy już na zapas żałował. Między innymi tego, że był.