Tytuł: Czekając Na Happy-End

Ostrzeżenia: Opowiadanie zawiera pary męsko-męskie.

Prawa własności: Nie posiadam żadnej z postaci Harry'ego Pottera, które w całości należą do J.K. Rowling.

Streszczenie: 2 lata po wojnie życie Harry'ego było udane: Severus oświadczył się, ich wspólny przyjaciel Draco pomagał im zorganizować wesele, inni nie krytykowali tych planów. Jednak pewnego dnia Harry znika bez słowa. HPSS SSDM

Ignoruje Insygnia śmierci i wydarzenia prowadzące do śmierci Dumbledore'a - na potrzeby historii.

Prolog

Pomimo ciężkiej ulewy niewysoka postać powoli, ale pewnie zmierzała przez błonia Hogwartu w stronę wejścia do zamku. Wiatr nie dawał za wygraną i chlastał drobną sylwetkę silnymi uderzeniami. Kroki dodatkowo utrudniała zalegająca ciemność, śliska murawa i wyłaniające się z niej sporadycznie plamy błota. Ścieżka prowadząca od granic osłon anty-aportacyjnych wydawała się przez to jeszcze dłuższa niż zwykle. Niewiele osób zdecydowałoby się wyjść na zewnątrz w taką pogodę, a późna godzina odstraszyłaby przynajmniej dodatkową połowę tych śmiałków.

Zakapturzona sylwetka po kilkunastu minutach dotarła do drzwi frontowych Hogwartu i uchyliła je tylko na tyle, by wślizgnąć się szybko do środka. Zamykając drzwi odgrodziła się od nawałnicy i odetchnęła z ulgą, opierając czoło o grube drewno.

Zamek był cichy. Późna nawet jak na nocne patrole nauczycieli godzina spowodowała, że korytarze ziały pustką. Postać oderwała się od chłodnej powierzchni drzwi i wolnym krokiem zaczęła przemierzać kolejne zakręty i kamienne hole. Poza jej krokami słychać było jedynie pykanie pochodni i ciche chrapanie postaci zamieszkujących mijane przez nią portrety. Jednak jedna z przedstawionych na obrazach osób nie spała mimo późnej pory. Spod uchylonych rzęs pasterka obserwowała korytarz od momentu, w których usłyszała echo kroków. Zazwyczaj blondynka zganiłyby każdego, kto zostawiał za sobą plamy błota i kałuże, ale dziwna aura otaczająca zakapturzonego osobnika zniechęciła ją do tego. W milczeniu obserwowała jak oddala się on od jej obrazu wiszącego nieopodal wejścia, powoli zmierzając w głąb zamku. Gdy tylko uznała odległość za bezpieczną szerzej otworzyła brązowe oczy, podniosła się zbierając do ręki suknię i cichym ruchem wyszła poza ramy swojego obrazu kierując się do gabinetu dyrektora. Należało go poinformować o tajemniczej postaci.

Gdy malowana strażniczka zamku pędziła ostrzec swojego zwierzchnika o niezapowiedzianym gościu, ten kierował się dokładnie w to samo miejsce co ona. Po kilku zakrętach i wielu metrach ciemnych korytarzy zatrzymał się wreszcie przed kamiennym gargulcem, zasłaniającym wejście do biura urzędującego dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa – Albusa Dumbledore'a.

- Cytrynowe dropsy – wycharczał w próbie podania właściwego hasła, jednak kamienny golem nie odsłonił schodów – Czekoladowa żaba, lizak, fasolki wszystkich sma... nie, to na pewno nie... – przez chwilę próbował przypomnieć sobie, jakie słodycze może sędziwy czarodziej lubić. – Może toffee, karmelki... snickers? – wymieniał w kolejnych podejściach.

Dopiero dwunasta próba i dobrodziejstwo M&M's wpuściły go na spiralne schody. Wspinał się bez pośpiechu, woląc nie zaskakiwać starszego czarodzieja późną wizytą. Zabezpieczenia Hogwartu przepuściły go nie uznając go za zagrożenie dla szkoły i jej mieszkańców, ale wiedział doskonale, że pomimo braku alarmu informacja o jego przybyciu musiała w jakiś sposób trafić do dyrektora. Wystarczyło tylko dać jej czas na dotarcie.

Niespiesznie otworzył drzwi, stanowiące ostatnią barierę odgradzającą go od celu podróży i nie zapalając światła skierował się do najbliższego fotela. Tego wyściełanego jaskrawo-niebieskim materiałem, z brzegami zdobionymi złotą lamówką i wyszywanego srebrną nicią. Nie potrzebował oświetlenia, aby tam sprawnie trafić - znał układ gabinetu na pamięć. Wystarczyło ominąć jeden z regałów stojących przy drzwiach i skręcić nieco na lewo. Cały manewr wykonywał dziś niezwykle ostrożnie, gdyż na kilku mijanych drewnianych półkach spoczywały ciężkie, skórzane tomy książek, a jego przemoczone odzienie skróciłoby ich długość życia dość drastycznie w bezpośrednim kontakcie. Najcenniejszych woluminów dyrektor zamku nie trzymał w tak podatnym na zniszczenia miejscu, ale przybysz wolał nie ryzykować żadnych uszkodzeń, nawet jeśli nie kosztowałyby go zbyt drogo. Po kilku starannych krokach opadł na siedzenie z mokrym plaśnięciem. Momentalnie wokół mebla zaczęła powiększać się kałuża brudnej wody, spływającej z płaszcza i przemoczonej odzieży nocnego gościa.

Po chwili z sypialni, przylegającej do jednej ze ścian biura, szybko wystawił głowę Albus Dumbledore. Nawet w słabym półmroku, jaki dawała niewielka kulka światła zawieszona obok jego głowy, wyraźnie można było dostrzec wśród siwych pasm włosów kolory ciemnozielonej szlafmycy w czerwono-złote gwiazdy zakończonej nieco figlarnie puchatym pomponikiem. Jeden z najpotężniejszych czarodziei współczesnego świata, odznaczony Orderem Merlina I Klasy i uwieczniony na kartach z czekoladowych żab. Znany z prac alchemicznych z Nicolasem Flamelem i wynalezienia dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi. A przy tym amator barw co najmniej „niestandardowych" i wszelkiego rodzaju słodyczy - poza fasolkami wszystkich smaków Bertiego Botta. Z niechęcią do tego czarodziejskiego produktu wiązało się kilka zabawnych i nieco niesmacznych anegdot.

Czy pańskie nakrycie głowy ma swoimi barwami promować współpracę Slytherinu i Gryffindoru, zachęcić do świętowania Bożego Narodzenia już od października, czy też może ukazać Pańskie niezachwiane wsparcie dla drużyny Senegalu w zbliżających się Mistrzostwach Świata w Quidditchu? starty głos zwrócił uwagę przebudzonego ze snu siwego czarodzieja na postać siedzącą na fotelu w rogu jego gabinetu. A może to właśnie pomponik jest kluczowym elementem tego wystroju, a silne kolory szlafmycy mają odwrócić od niego uwagę wścibskich osobistości. Czyż nie, profesorze?

Wątpię, kochany chłopcze, żebyś przyszedł do mojego biura o... – Dumbledore delikatnie poruszył dłonią rzucając Tempus i po chwili kilka złotych liczb zawisło w powietrzu, pokazując godzinę ...trzeciej w nocy, aby spróbować przekonać mnie, że wspieranie drużyny republiki afrykańskiej jest bezcelowe. Nie tak dawno, bodajże w ubiegły czwartek podczas kolacji, prowadziłem na ten temat żwawą dyskusję z Rolandą. Wspominałem ci o tym?

Wciąż trzymając różdżkę w dłoni czarodziej skierował ją w stronę kominka. Momentalnie rozbłysł w nim płomień. Niewielkie światło jakie dawał nie wyłoniło z głębokiego kaptura twarzy przybysza, ale dyrektor nie potrzebował oświetlenia aby znać jego tożsamość. Dumbledore zgasił wiszące wciąż w powietrzu światełko, po czym schował niepotrzebną już różdżkę do kieszeni równie barwnego co jego nakrycie głowy szlafroka. Wszedł szybkim krokiem do pomieszczenia i skierował się do swojego biurka. Mijając fałszoskopy i wykrywacz wrogów zerknął na nie z ugruntowanego już dwoma wojnami przyzwyczajenia. Mgła w wykrywaczu jednolicie przelewała się w jego ramach, nie kłębiła w konkretne kształty. Orientując się, że mogło to zostać odebrane przez siedzącą w fotelu postać jako brak zaufania, Dumbledore odwrócił się i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Następnie nieśpiesznie usadowił się za biurkiem, zapalił stojącą na nim lampkę i przemierzył wzrokiem blat w poszukiwaniu okularów. Znalazł je po chwili pod pismem od profesor McGonagall, założył i skierował twarz w stronę siedzącego przy drzwiach cienia.

Co się stało, że zdecydowałeś się mnie obudzić o tej godzinie? spytał po chwili.

Postać nie odpowiedziała. Nie słyszała nawet skierowanego do niej pytania. Głowę opartą na dłoni skierowaną miała w stronę okraszonych wodą okien. Dyrektor nie mógł dostrzec w tak słabym świetle jej oczu, ale wydawało mu się, że wzrokiem śledziła spływające po szybie pojedyncze krople wody. Chcąc wyrwać ją z zamyślenia podniósł nieco głos i powtórzył pytanie, ale musiał nadać swojemu głosowi zbyt ostre brzmienie, gdyż przybysz gwałtownie odwrócił twarz w jego stronę i zaskoczony szybko przemówił.

Profesorze, najmocniej przepraszam za to najście. Po prostu nie wiedziałem, gdzie indziej... ja... próbując wyjaśnić swoją obecność postać zaczęła podnosić się z fotela, ale podniesiona w górę dłoń Dyrektora Hogwartu przerwała dukane przez nią zdania. Gość zamarł niczym posąg w groteskowej i wyraźnie niewygodnej pozycji - na ugiętych nogach i uniesiony nieco z fotela na ramionach, które aby wstać wyprostowane oparł na podłokietnikach mebla.

Przepraszam cię najmocniej. Nie chciałem, żebyś przez moje pytanie poczuł się tu niemile widziany skomentował dyrektor i nie opuszczając trzymanej w powietrzu ręki, ciągnął dalej.

Po pierwsze, mój chłopcze, prosiłem cię już niejednokrotnie, abyś mówił do mnie po imieniu. Nie jestem twoim profesorem już od kilku lat. Po drugie, nie sądzę, żebyś zakłócał ciszę nocną zamku... widząc otwierające się usta siedzącej naprzeciw niego postaci, Dumbledore uniósł dłoń nieco wyżej, zaznaczając, że jeszcze nie skończył. Jak mówiłem, nie sądzę, żebyś zakłócał ciszę nocną zamku bez konkretnego powodu.

Postać rozluźniła się i opadła z powrotem na siedzenie. W ciszy.

Widząc, że może bez przerw kontynuować, czarodziej opuścił dłoń. Uśmiechnął się delikatnie, poprawił w fotelu i splótł obie dłonie na brzuchu.

Gdzie to skończyłem? Ah, tak... Dumbledore opuścił nieco głowę zerkając znad połówek okularów. Po trzecie, możesz do mnie przyjść: o każdej porze, każdego dnia, z najbardziej banalną sprawą. Albo też zwyczajną wizytą towarzyską – dyrektor zerknął przelotnie w stronę okien. – Chociaż biorąc pod uwagę pogodę i godzinę wątpię, żeby była to właśnie taka wizyta.

Postać w rogu pokoju nie zaprzeczyła ani nie potwierdziła słów siwego czarodzieja. Nie musiała. Deszcz niezmordowanie tłukł niezmiennie o szyby okien. Podmuchy wiatru słyszane były nawet przez grube kamienne mury. Brudna woda wciąż skapywała z płaszcza prosto do kałuży zalegającej pod nogami przybysza. Przez zalegającą w gabinecie ciemność przebijało się tylko światło kominka, lampki na biurku i sporadyczny blask błyskawic za oknami. To wszystko wykluczało możliwość, aby niezapowiedziana wizyta miała cel tylko i wyłącznie towarzyski.

Siądź proszę bliżej mnie, nie przejmuj się zabrudzaniem podłogi. Poczęstuj się proszę cytrynowym dropsem i spokojnie wyjaśnij mi, co się stało zachęcił po chwili zza biurka Dumbledore.

Postać posłusznie podniosła się. Następnie nieśpiesznie opuściła kaptur, rozpięła broszę trzymającą poły płaszcza i przewiesiła go przez przemoczone oparcie fotela. Po chwili wahania nocny gość odwrócił się w stronę Dumbledora i skierował się do mebla stojącego bezpośrednio przed biurkiem jednocześnie wyłaniając się z cienia i po raz pierwszy pokazując tego wieczora swoją twarz. Niebieskie oczy starszego czarodzieja rozszerzyły się na ten widok.

Przybysz nie prezentował się najlepiej. Ciało oblepione mokrym ubraniem trzęsło się, najprawdopodobniej z zimna. Najsilniej drgały dłonie, które trzymał razem i wykręcał w widocznym zdenerwowaniu. Nienaturalnie blada skóra odcinała się wyraźnie na tle ciemnych włosów. Świeże zadrapania na lewym policzku, ciągnące się krwawymi liniami od skroni do żuchwy również nie wyglądały najlepiej. Tak jak i przecięta pośrodku warga, z której delikatnie sączyła się na podbródek krew. Dumbledore próbował złapać spojrzenie znanych mu zielonych oczu, ale zniknęły one pod przylepionym do czoła grubym pasmem włosów.

Harry, co się stało? dyrektor nie mógł powstrzymać cisnącego mu na usta pytania.

Usłyszawszy pytanie przybysz zdenerwował się wyraźnie. Opadł na fotel z lekkim jękiem wypuszczając wstrzymywane przez chwilę w płucach powietrze i w nerwowym tiku odgarnął włosy do tyłu. Spod czarnej grzywki ukazały się zielone oczy, których wzrok skierował się po chwili z podłogi na siedzącego za biurkiem sędziwego czarodzieja.

Dumbledore głośno wciągnął powietrze na ten widok.

Patrzące na niego oczy były pełne emocji, a jednocześnie tak z nich wyprane. Oglądał je w takim wewnętrznym konflikcie już drugi raz. Pierwszy miał miejsce ponad dwa lata temu, kiedy siedząca przed nim postać spełniła przepowiednię. Dumbledore klęczał wówczas w błocie, podtrzymując przelewające mu się przez dłonie ciało chłopca. Trwali tak wśród rozsypanych po polu bitwy ciał aż do przyjścia pomocy.

Obok nich spoczywały zdeformowanie resztki Sami-Wiecie-Kogo. Ten wiedząc, że umiera trafiony klątwą przez 20-letniego Harry'ego Pottera, a pozbawiony nieśmiertelności poprzez zniszczenie Horcruxów, próbował pociągnąć za sobą tylko przeciwników, ilu zdołał. W ostatnim rozpaczliwym ataku śmierć poniosło ponad trzydziestu Aurorów i członków Zakonu Feniksa, dwóch Śmierciożerców, a stojący najbliżej Voldemorta Chłopiec-Który-Przeżył... przeżył ponownie. Gazety wspominały następnego dnia, że ostatni atak Czarnego Pana rozerwał mu nogę, strzaskał żebra w lewym boku i pozbawił sporego fragmentu skóry od ramienia aż do połowy uda, ale obrażenia, które nieznanym sposobem wyciekły do prasy, jedynie rozpoczynały długą listę rzeczywistych ran. Dyrektor dotarł do jego ciała najwcześniej i próbował zatamować krwawienie z przerwanej tętnicy udowej, ale skamieniał na kilka sekund, gdy spojrzał prosto w oczy ratowanego chłopca.

Nie było w nich nawet iskry radości z powodu zwycięstwa, jedynie porażka. Rozpacz tak wielka, że wypływała potokami łez na policzki. Żal za zmarłymi we wcześniejszych momentach wojny i tymi, którzy wokół niego dogorywali w przedśmiertnych jękach i krzykach. Nienawiść do samego siebie za zamordowanie innej osoby, nawet jeśli według słów przepowiedni zależało od tego jego własne życie, istnienie wielu czarodziei przeciwstawiających się Czarnemu Panu oraz całych narodów Mugoli i ras magicznych, które wedle Voldemorta nie zasługiwały na dalszą egzystencję. Samotność osoby, której jako jedyna znała horror licznych wizji i rozmaitych tortur wywołanych dzieleniem fragmentu duszy z najstraszliwszym czarnym czarodziejem XX wieku.

Te i kilka innych emocji przelewało się i łączyło w przerażająco kruche zielone spojrzenie.

Na koniec przyszło zobojętnienie.

Pustka.

Brak chęci do życia.

...

Ciszę w gabinecie dyrektora przerwał cichy trel feniksa, który z przeznaczonej dla niego żerdzi przeniósł się na kolana do Harry'ego i cichym śpiewem próbował zwrócić na siebie jego uwagę. Albus zamrugał odganiając od siebie duchy przeszłości, wstał z dyrektorskiego fotela i obchodząc biurko podszedł do siedzącego naprzeciwko ciemnowłosego 22-latka. Ujął jego twarz w dłonie i kciukami starł spływające po policzkach łzy.

Jeśli chcesz, możesz nam powiedzieć, co się stało. Nie opuści to tego pokoju Dumbledore uśmiechnął się delikatnie. Nigdy nie zostawimy cię samego, kochany chłopcze.

Opuścił dłonie i wyciągnąwszy różdżkę prostym zaklęciem ustawił wolny fotel zaraz naprzeciw tego, na którym spoczywał Harry. Kolejnymi ruchami różdżki wysuszył przemoczone ubrane swojego gościa, wyczarował ciepły puchaty koc, którymi okrył jego plecy.

Albus... chyba twój nowy fetysz rzeczywiście obejmuje wszystko, co razi oczy pospolitych ludzi barwami Senegalu... uśmiech dyrektora powiększył się nieco na dźwięk cichego głosu Nawet kocu się nie upiekło.

Ah. Moja fascynacja ich drużyną przypomina nieco fanatyzm kibiców Armat Chudley'a. Według ich doktryny wszystko, ale to absolutnie wszystko, powinno być w klubowych barwach. Ubrania, bielizna, pościel, ramki na zdjęcia. Myślałem o zmianie dekoracji w Wielkiej Sali, ale Minewrze nie przypadł ten pomysł do gustu. Rzuciła się na mnie jak wściekła kotka. Kompletnie nie rozumiem jakie może mieć on wady. Mój pierwotny plan ujmował nawet dodanie Fawkesowi kilku zielonych pasm na ogonie i... Wspomnianemu feniksowi rozszerzyły się widocznie oczy i z głośnym piskiem obrócił się w stronę właściciela, po raz pierwszy słysząc o tak brutalistycznych zapędach w jego stronę.

Harry musiał wyobrazić sobie widok, jaki przedstawiałoby po tych zmianach magiczne stworzenie i zaczął chichotać pod nosem. Wkrótce jednak cichy śmiech przerodził się w płacz.

Mierzący się spojrzeniami ze swoim magicznym towarzyszem dyrektor przerwał tą cichą rywalizację, powolnym ruchem rozdzielił splecione palce zapłakanego chłopca i ujął je w swoje własne. Ścisnął je lekko nie wiedząc do końca czy chce dodać otuchy zapłakanej osóbce czy też samemu sobie. Fawkes przesunął się nieco na kolanach Harry'ego, uniósł głowę na wysokość jego obojczyka i przylegając do ciała ciemnowłosego zapłakał. Łzy spłynęły powoli po jego dziobie i zniknęły w tkaninie na wysokości serca, ale płacz 22-latka nie ustał. Jeśli już, wzmógł się jeszcze bardziej. Nie rozumiejąc co się stało, Fawkes uniósł łebek do góry i z pytającym trelem spojrzał na młodego czarodzieja. Po chwili brunet uspokoił się nieco.

Tego rodzaju bólu serca nie da się wyleczyć twoimi łzami, Fawkes wychrypiał.

Delikatnie wysupłał jedną dłoń z objęć dyrektora z uspakajającym uśmiechem posłanym w kierunku starca i spojrzawszy w dół zaczął gładzić nią pióra na ciele feniksa.

Ale i tak dziękuję, że spróbowałeś wyszeptał delikatnie do stworzenia.

Po chwili łzy ustały całkowicie. Młody czarodziej podniósł wzrok i w obserwujących go znad szkieł niebieskich oczach dostrzegł kiełkujące zrozumienie. Pociągnął nosem. Starzec szybko sięgnął do kieszenie szlafroka i wyciągnął stamtąd kawałek materiału w żółte, zielone i czerwone groszki. Harry pozwolił swojemu byłemu profesorowi otrzeć chustką wilgoć z policzków i przyjął ją, aby już samodzielnie wytrzeć nos.

Na święta spodziewaj się kilku par zielono-złoto-czerwonych skarpet, Albus. Skoro twoja fascynacja obejmuje chusteczki do nosa, kilka wełnianych skarpet będzie jak nic pasować. Czy wolałbyś dostać coś innego pod choinkę? Dyrektor nie skomentował jego niezgrabnej próby odejścia od tematu, uśmiechnął się jedynie pod wąsem.

Harry westchnął ciężko i wysiąkał nos jeszcze raz, tak dla pewności. Chusteczkę złożył starannie w kostkę i położył na stoliku w zasięgu ręki nie oddając jej właścicielowi. Podejrzewał, że przyda mu się jeszcze nie raz, jeśli ma przedstawić Albusowi historię ostatniego okresu. Pomimo że dyrektor słynął ze swojej wszechwiedzy o życiu swoich podopiecznych i kolegów z pracy, czy to byłych czy obecnych, Harry chciał samodzielnie opowiedzieć wszystko od początku. Nawet jeśli tylko po to, aby samemu spróbować znaleźć jakiś powód... najmniejsze źródło tego, co działo się teraz. Może podczas opowieści dostrzeże, gdzie zawinił albo Dumbledore wytknie mu jakieś karygodne zaniedbanie, które przyczyniło się do tego wszystkiego.

Dla wsparcia wsunął z powrotem jedną z dłoni w pomarszczone wiekiem ręce dyrektora, wciąż spoczywające na ich złączonych przez ustawienie foteli kolanach. Pomarszczony kciuk dyrektora zaczął gładzić blizny pochodzące z licznych szlabanów z Umbridge, co przyciągnęło wzrok Harry'ego. Kobieta w pierwszych miesiącach po pokonaniu Voldemorta skazana została na 10 lat kary więzienia w pozbawionym po wojnie dementorów Azkabanie. Wizengamot jednogłośnie uznał jej winę – między innymi za korupcję, używanie artefaktu czarnomagicznego i łamanie licznych praw dzieci. Dzieci, które miała za zadanie ochraniać, a nie prześladować w imię awansu i ślepej wiary w przełożonych.

Przez chwilę Harry wodził wzrokiem po delikatnych liniach własnego pisma wyrytych w grzbiecie dłoni. Blizny kończyły się tuż powyżej delikatnego srebrnego pierścionka zdobiącego serdeczny palec.

Położył wolną dłoń na główce moszczącego się na nim feniksa, podniósł głowę i zaczął opowiadać.