Ten fik publikowany jest również na portalu Northern Lights pod tym samym nickiem. Zabrania się kopiowania, przerabiania i tym podobnych rzeczy...Pierwszy rozdział jest - jak zwykle - nieudany, mimo to proszę o niezrażanie się ;)

Tokyo nie zasypiało nigdy. Przez całą dobę funkcjonowały sklepy, jeździły samochody, a ludzie przemierzali ulice niezależnie od godziny. Nigdy nie było tu ciemno, setki świateł pochodzących z latarni ulicznych rozjaśniały mrok, a jaskrawe neony wręcz oślepiały. Jedynymi miejscami, w których panował względny półmrok, stawały się brudne zaułki, niemalże niewidoczne wśród szerokich, ozdobionych drzewami wiśniowymi ulic. To one stawały się schronieniem dla włóczęgów, alkoholików i narkomanów, kryjących się przed światem i ludzkimi spojrzeniami. Dla ludzi z marginesu, wiodących żałosne życie z dala od luksusu i jakichkolwiek norm wyznaczonych przez społeczeństwo. Większość gdzieś miała swoje domy i rodzinę, jednak z różnych powodów odchodziła. Nie radząc sobie z życiem, popadali w nałogi i tracili zaufanie do otaczającego ich, zimnego świata.

Bladą, drżącą dłonią wyjął z kieszeni brudnej kurtki strzykawkę. Drugą ręką odsunął rękaw aż do łokcia, odsłaniając wieloletnie ślady po ukłuciach. Zagryzł wargi i wbił strzykawkę w skórę, pochylając głowę. Jego twarz skryły jasne, brudne włosy, sięgające mu do ramion i układające się w delikatne fale. Był młody i gdyby jego twarzy nie szpeciły ciemne cienie pod zmęczonymi, niebieskimi oczami, a jego ciało nie było tak wychudzone, mógłby uchodzić za modela. Teraz wpatrywał się w bezbarwny płyn w strzykawce, powoli naciskając na tłok. W miarę jak narkotyk rozprzestrzeniał się po jego organizmie, jego ciało ogarnęło przyjemne otępienie. Wysunął igłę ze skóry i odrzucił strzykawkę jednym ruchem osłabłej ręki. Osunął się na ziemię, układając się na boku. Wsunął dłoń do kieszeni i wyczuł drugą strzykawkę. Wiedząc, że ma niewiele czasu, bez ceregieli wbił ją sobie w rękę. Nie miał już siły, by naciskać tłok, więc wstrzyknął narkotyk tylko w połowie. Zamknął oczy, pogrążając się w błogim zapomnieniu, w błogosławionym stanie wszystkich, którzy nie chcieli pamiętać o tym, co było lub jest. Był tylko ćpunem. Nikim więcej.

Nikt nie zauważył leżącej w zaułki, skulonej i nieruchomej postaci, której wytarte i poszarpane ciemne dżinsy i równie zniszczona kurtka wtapiały się w mrok nieoświetlonej uliczki. Zza kosza na śmieci wysunął się kot-włóczęga. Ostrożnie, na ugiętych łapach podszedł do człowieka, a nie zauważając oznak życia podszedł bliżej. Podniósł głowę, spłoszony głośnym śmiechem dochodzącym z głównej ulicy. Zwierzę stanęło bez ruchu, a potem, straciwszy zainteresowanie stworzeniem leżącym bez ruchu, przybliżyło się do wylotu uliczki. Szerokim chodnikiem alei szła dwójka ludzi, mężczyzna trzymał smycz. Potężny pies, ujrzawszy odwiecznego wroga, szarpnął smyczą, wciągając zaskoczonego pana do zaułka. Kot uciekł, a mężczyzna uspokoiwszy psa rozejrzał się dookoła i jego wzrok padł na nieruchomą postać. Zaklął i podszedł bliżej, podając smycz towarzyszącej mu kobiecie.

-Zostaw, to tylko ćpun. - powiedziała, krzywiąc się na widok strzykawki na ziemi.

-Może. - odparł jej towarzysz - Ale ja nie chcę mieć nikogo na sumieniu. Dzwoń po karetkę.

***
Kurogane dopił resztę kawy pozostałej w kubku i rozejrzał się do dyżurce w poszukiwaniu fartucha. Kitel leżał tam, gdzie go zostawił, na poręczy krzesła, więc z westchnieniem wstał z kanapy i sięgnął po niego, odkładając kubek. Za trzy minuty zaczynał dyżur, więc zarzucił na siebie fartuch i powoli pozapinał guziki. Poprawił identyfikator z jego imieniem i nazwiskiem, przypięty do materiału i był gotowy do pracy. Słysząc pukanie do drzwi, obejrzał się w tamtą stronę i kiwnął na przywitanie pielęgniarce. Rudowłosa dziewczyna odwzajemniła powitanie i podała mu notes z podkładką. Zmarszczył brwi, widząc nowe, obce nazwisko wśród pacjentów.

-Mamy kogoś nowego ? - zapytał, przeglądając uważniej kartkę. Dodstrzegł jeszcze jedne personalia, jednak przy nich widniały już inicjały S.S., co znaczyło, że zajął się już nim doktor Sakurazuki.

-Tak. Fay Flourite, lat dwadzieścia jeden. - odparła dziewczyna, poprawiając krótkie włosy. - Przywieźli go wczoraj o jedenastej. Złoty strzał. Zajmiesz się nim?

-W porządku. - odparł Kurogane, oddając jej notes. Pielęgniarka przyłożyła go do ściany, wyjęła mały ołówek z kieszeni i obok nazwiska pacjenta napisała K.Y..

-Leży w siódemce, Nadeshiko wcześniej się koło niego krzątała. Seishiro w nocy podał mu leki i pobrał krew. Zrobił też badania. Wyniki powinny już być. - Sakura zerknęła na zegarek.

-Zszedł już z dyżuru?

-Tak, pojechał do domu. Jego pacjent ma się dobrze, więc uznał, że może wracać.

-Przynieś mi kartkę tego narkomana i wyniki, jak będą. - polecił mężczyzna. Pielęgniarka kiwnęła głową i wyszła z dyżurki. Kurogane rzucił ostatnie spojrzenie na pokój, po czym ruszył za nią, wychodząc na oddział. Toksykologia. Miejsce, gdzie trafiają zatruci gazem, grzybami czy nieświeżym jedzeniem, ale także alkoholicy i amatorzy środków odurzających, którzy przesadzili z narkotykami. Kurogane pracował tu już rok, przyzwyczajony więc był do przebywania wśród nich, często bezdomnych i mających problemy ze sobą. Ze studiów wiedział, że w przypadku uzależnień oprócz leczenia ważna jest też uwaga i opieka, więc z jego inicjatywy na oddziale panował specyficzny system. Ci najbardziej uzależnieni trafiali pod opiekę jednego z lekarzy i stawali się jego priorytetowymi pacjentami. System działał, Kurogane kilka miesięcy temu udało się wyleczyć z alkoholizmu nastolatkę, która zaczęła pić, by zaszpanować przed kolegami. W trakcie terapii tacy pacjenci musieli odbyć kilka rozmów z szpitalnym psychologiem, panią Chie. Kurogane czasem przysłuchiwał się takim rozmową. Nie, żeby lubił wysłuchiwać rozterek alkoholików czy ćpunów, jednak chciał wiedzieć kogo leczy, bo użeranie się z bezdomnym dzieciakiem, który, sądząc z jego nastawienia, zaraz po skończeniu terapii wróci do ćpania, według niego mijało się z celem i było jedynie stratą czasu i energii. Takich pacjentów od razu przekazywał Seishiro albo Kakyo, którzy mieli więcej cierpliwości od niego.

Przeszedł przez drzwi dzielące oddział na dwie części. Kiwnął głową Nadeshiko, młodej lekarce i kuzynce Sakury, która właśnie rozmawiała z jednym z pacjentów. Mimo, że była dopiero siódma rano, dzień w szpitalu rozpoczynał się wcześnie. Na korytarzu widział już tych mniej uzależnionych, gawędzących ze sobą albo skupionych wokół odbiornika telewizyjnego na końcu holu. Większość z nich stanowili mężczyźni. Podszedł do drzwi opatrzonych numerem siedem i rozejrzał się w poszukiwaniu pielęgniarki.

~Coś długo jej schodzi. ~ pomyślał, ale zanim zdążył się zniecierpliwić, zauważył drobną postać Sakury zmierzającą w jego kierunku. Dziewczyna podała mu papiery, po czym oddaliła się. Zobaczył jeszcze, jak Nadeshiko ją zaczepia i zwrócił wzrok na litery na kartkach. Już wiedział, czemu tego pacjenta powierzono pod szczególną opiekę. Substancja wykryta w jego krwi nie była jedną z nich najsilniejszych, jednak zmiany w jego organizmie wskazywały, że musiał brać ją od dłuższego czasu.

~Długo nie pociągnie, serce mu nie wytrzyma ~ pomyślał Kurogane, analizując zniszczenia w ciele pacjenta. Złożył kartki i wszedł do sali, nie siląc się na pukanie.

W sali był tylko jeden człowiek, więc lekarz nie musiał tracić czasu na identyfikowanie pacjenta. Podszedł do łożka, przyglądając się mu. Nie wyglądał na dwadzieścia jeden lat, najwyżej na dziewiętnaście. Młodzieńczego wyglądu dodawały mu jasne włosy, rozsypane wokół jego głowy i duże, niebieskie oczy, teraz wpatrzone pusto w sufit. Ręka, podłączona do kroplówki, nosiła znamiona wieloletniego brania narkotyków.

-Kim jesteś ? - odezwał się blondyn cichym, zachrypniętym głosem, z trudem odwracając głowę w jego kierunku.

-Twoim lekarzem. - odpowiedział spokojnie Kurogane, widząc, że na organizm pacjenta nadal działają podane w nocy leki.

-Wypuście mnie. - szepnął Fay, zamykając oczy. - Mogę wyjść na własne żądanie, prawda?

-Mógłbyś, gdybyś był w jakimś tokijskim szpitaliku. - powiedział lekarz, podchodząc do łóżka i regulując kroplówkę. - Ale jesteś w Togiyaku. - skrzywił wargi w uśmiechu, słysząc ciche przekleństwo. Najwidoczniej młody ćpun słyszał coś o tym szpitalu i o jego możliwościach. Togiyaku było największym szpitalem w Tokyo, specjalizującym się w leczeniu uzależnień. Dzięki kontaktom ekscentrycznej ordynatorki, miał prawo wysłać on na leczenie odwykowe nawet bez zgody pacjenta i jego rodziny. Jeśli lekarze uznawali, że człowiekowi potrzeba leczenia, odbywało się ono bez względu na opinię zainteresowanego. System, choć może trochę brutalny, sprawdzał się doskonale, a wśród szpitali Togiyaku wiodło prym w ilości wyleczonych alkoholików i narkomanów, o innych uzależnieniach nie wspominając.

-To był twój złoty strzał, dzieciaku. - podjął Kurogane, nie przejmując się chłodnym spojrzeniem, jakim obdarzył go blondyn. - Z badań wynika, że bierzesz od kilku lat. Jeszcze kilka takich dawek a twoje serce wysiądzie. Innymi słowy, umrzesz. - dodał, widząc, że pacjent nie ma na tyle siły, by mu zaprzeczyć. - Zostajesz tu przez tydzień, potem lecisz na odwyk. Plus mała sesja z psychologiem. Nie patrz tak na mnie. - dodał spokojnie - Nie ja to ustalam. - spojrzał uważnie w oczy blondyna i oprócz zamroczenia lekami, dostrzegł rezygnację połączoną w dziwny sposób z determinacją. Wyglądało na to, że najbliższe kilka dni będzie ciekawe...

Kurogane wyprostował się i wyszedł na korytarz. Podszedł do Nadeshiko nadal gawędzącej z pacjentami. Długie, rude włosy kobiety opadały jej na plecy.

-Masz jakiegoś szczególnego pacjenta ? - zapytał, opierając się o ścianę.

-Nie, a co ?

-Wezmę twój dyżur dzisiaj w nocy. - odpowiedział, wskazując głową na salę numer siedem. - Nie wygląda mi on na gotowego do współpracy, nie zdziwiłbym się, gdyby w nocy próbował nawiać. - Próby ucieczki czasem się zdarzały, Kurogane widział już niejedno i wiedział, jak kreatywni potrafią być pacjenci. - Po co będziesz się męczyć. Jak wyglądał, jak go tu przywieźli, byłaś przy tym ?

-Tak. - odpowiedziała lekarka. - Wiem o co chodzi. Był brudny, najwidoczniej zgarnięty z ulicy.

-Bezdomny ? - Kurogane zerknął na drzwi ,,siódemki". - No to będzie zabawa.

Fay cicho westchnął, przymykając oczy. Cieszył się, że w sali nie ma nikogo oprócz niego, bo dzięki temu mógł pomyśleć w spokoju. Nie dał tego po sobie poznać, ale słowa lekarza, rzucone bądź co bądź dość bezpośrednio, zszokowały go. Nie spodziewał się, że narkotyki wyrządziły aż takie wielkie szkody w jego ciele. Nie był głupi i widział, co się z nim działo oraz to, jak bardzo jest uzależniony, wiedział, że po złotym strzale może kopnąć w kalendarz, ale jakoś nigdy o tym nie myślał. Bał się śmierci i to ten strach nie pozwolił mu się kiedyś powiesić, zamiast tego popychając go do narkomanii. Powolne obumieranie tkanek zamiast gwałtownej śmierci. Zagryzł wargi, czując jak w jego głowie pojawia się tępy ból, wysłany przez spragnione substancji odurzających nerwy. Narkotyki przynosiły ukojenie, pozwalały przez chwilę poczuć się szczęśliwym, zapomnieć o tym, co się stało...

~Czy ja kiedykolwiek byłem szczęśliwy ? ~ zapytał sam siebie i w zamroczonym lekami umyśle znalazł odpowiedź. Były takie czasy. Przed wypadkiem. Wtedy był szczęśliwy. Po raz ostatni nie czuł się samotny rankiem tamtego dnia, gdy wsiadali na rowery. Potem nic już nie było dobrze. Minęło już sześć lat, jednak nie potrafił wyrzucić z myśli tamtej sceny, pisku opon i krzyku przypadkowych świadków, wspomnień niezwykle żywych mimo minionego czasu. Po narkotyki sięgnął po pogrzebie, bo nikt nie mógł go pocieszyć. Miał piętnaście lat.

W głębi serca nawet ucieszył się, że trafił do szpitala, że ktoś się nim zainteresował, zwykłym ćpunem z ulicy. Co prawda jedynie służbowo, bo to był obowiązek lekarzy, ale zawsze. Togiyaku było słynne i wiedział, że będą traktować go dobrze, bał się jednak zapowiedzianego odwyku. Nie bardzo orientował się, na czym to będzie polegało, ale kojarzyły mu się z tym między innymi rozmowy z psychologami, koła z krzeseł, na których ćpuni opowiadali swoje historie... Zadrżał. Nie bardzo rozumiał, w czym miało to pomóc. On sam ledwo znosił myślenie o wypadku, opowiedzenie tego komuś obcemu, kogo kompletnie nie znał byłoby ponad jego siły. W czym miało pomóc przypominanie sobie najgorszych chwil życia ? Właśnie po co ćpał, by zapomnieć. To nie miało sensu. Po za tym, bał się odstawienia narkotyków. Próbował kilkakrotnie, ale zawsze wracał po trzech, czterech dniach, bo głód był zbyt silny. Na samą myśl, jak to będzie, robiło mu się niedobrze.

Otworzył oczy i przekręcił głowę. Z wysiłkiem uniósł się na łokciach i przekręcił się lekko na bok, sięgając ręką z przymocowanym wenflonem do szafki obok łóżka. Tak jak się spodziewał, zastał w niej swoje ubranie, najwidoczniej wyprane, złożone w elegancką kostkę. Zaklął cicho, przesuwając dłonią po kurtce. Nie było nic, nie licząc jego dowodu osobistego, który zawsze miał włożony w wewnętrzną kieszonkę. Czując, że robi mu się gorąco nawet z tak niewielkiego wysiłku, położył się ponownie.

~Boję się. ~ pomyślał. W ciszy wyraźnie słyszał uderzenia swojego serca. ~ Ja nie wytrzymam odwyku. Jestem za słaby. Jeszcze kilka dni, a oszaleję bez działki. Ale on powiedział, że umrę, jeśli będę dalej brał. ~ nie wiedział już, co robić. Czy warto było żyć z głodem narkotykowym, w ciągłym szaleństwie, cały czas odczuwając te wszystkie potworności, które się nasilały, gdy nie miał dostępu do strzykawki ? Ta perspektywa wydawała mu się straszna, jednak nie chciał wracać na ulicę, do marznięcia po nocach, głodowania i ćpania. Chciał rozpocząć nowe życie. gdyby tylko istniała droga środka... ~ Ale wychodzą. ~ przez myśl przemknął mu obraz widzianej niegdyś ulotki. ~ Ludzie wytrzymują, rzucają to. Dlaczego ja miałbym nie wytrzymać ? To chyba nie trwa wiecznie...

Jego rozmyślania przerwało ciche skrzypienie drzwi. Odwrócił głowę w tamtym kierunku i zobaczył drobną, rudowłosą pielęgniarkę. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i z wózka z lekami wzięła jakąś fiolkę i strzykawkę.

-Jak się czujesz ? - zapytała, podchodząc do jego łóżka i krzątając się przy kroplówce.

-Średnio. - odparł cicho. - Boli mnie głowa.

Pielęgniarka kiwnęła głową ze zrozumieniem. Miała zielone, dobre oczy.

-Podam ci coś przeciwbólowego. Proszę cię, byś jeszcze dzisiaj nie wstawał. Za chwilkę będzie śniadanie, powiem, by przywieźli ci je tutaj. - mówiła dziewczyna, wstrzykując coś do kroplówki. - Jeśli będziesz czegoś potrzebować, na ścianie - wskazała na coś w rodzaju kontaktu, którego wcześniej nie zauważył. - Jest dzwonek do dyżurki. Ktoś na pewno przyjdzie.

-Mogę prosić o coś do picia ? - spytał, dopiero teraz dając sobie sprawę, jak bardzo jest spragniony. Dziewczyna kiwnęła głową i zostawiając wózek wyszła z sali. Po chwili wróciła z przezroczystym dzbankiem i szklanką.

-Na razie powinieneś pić tylko wodę. - stwierdziła, nalewając płyn do szklanki. Podała mu ją i Fay z ulgą zaspokoił pragnienie. Wzięła od niego puste już naczynie i postawiła razem z dzbankiem na szafce. Zmierzyła mu temperaturę i zapisawszy wynik na jego karcie zapytała, czy kogoś ma zawiadomić o jego pobycie w szpitalu. Zaprzeczył, więc wyszła, mijając się w drzwiach z osobą, która przywiozła mu śniadanie.

Kurogane przez resztę dnia miał ręce pełne roboty, nie miał więc jak przyjrzeć się dokładniej swojemu ,,pacjentowi". Wcześniej polecił Sakurze przekazać wiadomość Chie, szpitalnej psycholożce, by w wolnej chwili pojawiła się na oddziale. Korzystając z wolnej chwili poszedł do obecnie pustej dyżurki i przeglądał jeszcze raz wyniki badań Flourite'a, jednocześnie zerkając na informacje na jego temat, jakie udało się zebrać szpitalowi. Lekarza zaskoczyło to, że narkoman miał przy sobie dokumenty, polecił więc sprawdzić, kim dokładnie jest. Z danych z dowodu zainteresowało go jedynie nazwisko panieńskie matki. Jedna z dużych firm farmakologicznych była prowadzona przez kogoś o tym nazwisku, więc jeśli to nie zbieg okoliczności, młody narkoman mógł pochodzić właśnie z tej poważanej rodziny. Dlaczego więc żył na ulicy? Kurogane pokręcił głową i odłożył kartkę. Drzwi uchyliły się i zauważył Sakurę.

-Pani Chie już przyszła. - oznajmiła pielęgniarka, już ubrana w dżinsy i bluzkę. - Ja idę do domu.

-Idź. - odparł mężczyzna, wstając. - Idę posłuchać.

Nigdy nie lubił słuchać tych rozmów. Tym razem Chie rozmawiała z jakimś podstarzałym alkoholikiem, więc tym bardziej nie miał na to ochoty. Niestety, to był jego obowiązek, więc chcąc nie chcąc udał się do Pokoiku, salki, w której odbywały się rozmowy z psychologiem. Za dwa dni, gdy tylko dojdzie do siebie, na rozmowę miał się stawić jego nowy pacjent, Fay Flourite.

Pokoik urządzono tak, by był przytulny i dawał poczucie bezpieczeństwa. Pomalowany na ładny, zółty kolor, z jasną kanapą, stołem i krzesłami, a także kredensem z możliwością zrobienia kawy lub herbaty naprawdę wyglądał swojsko. Było to jednak niejako iluzja, bo ogromne lustro na jednej ze ścian było tak naprawdę szybą, przez którą personel mógł widzieć - a w razie potrzeby i słyszeć - rozmowy z psychologiem. Kurogane uważał, że instalowanie lustra weneckiego w szpitalu było przesadą, ale musiał przyznać, że miało swoje zalety. Pacjenci, nie wiedzieć czemu, bali się lekarzy i nie chcieli z nimi rozmawiać. Otwierali się dopiero podczas rozmowy z Chie.

Kurogane wszedł do pokoju obok salki. Tu mógł obserwować sesję. Zerknął na zegarek i uśmiechnął się. Dochodziła ósma wieczór.

Zwinął się w kłębek, zagryzając wargi. Poirytowany szarpnął ręką z wenflonem, który przeszkadzał mu w wygodnym ułożeniu się, ale jeszcze bardziej pogorszył swoją sytuację, bo igła poruszyła się boleśnie w żyle. Tą niedogodność przyćmił jednak pulsujący ból głowy, który nękał go przez cały dzień. Kolacji nie tknął, nie był w stanie nic przełknąć, bo zbierało mu się na wymioty. Nawet nie mógł się przespać, bo migrena skutecznie odganiała sen. Podano mu leki, jednak nie działały długo, pewnie bali mu się podać zbyt wiele. Akurat to Fay miał teraz gdzieś. Po porannych rozmyślaniach nie było śladu i marzył jedynie, by wbić sobie w żyłę nie jakiś wenflon z pieprzoną kroplówką, a działkę. Dopiero wtedy bóle i złe samopoczucie ustąpiłyby i poczułby się dobrze. Nie miał już narkotyku, ale gdyby udało mu się uciec, bez problemów znalazłby dilera w tokijskich zaułkach. Nie miał już pieniędzy, na ,,krechę" pewnie mu nie dadzą, zresztą takie układy były niebezpieczne. Gdyby wstąpić do Ashury... Desperację zastąpiły wyrzuty sumienia na myśl o opiekunie. Nie, nie może się u niego pokazać. Byłoby mu przykro, że Fay stoczył się tak nisko... Blondyn westchnął. Zresztą, proszenie Ashury o pieniądze na narkotyki byłoby nielojalne. Kasę można zdobyć w inny sposób... Przymknął oczy, czując obrzydzenie do samego siebie. Był beznadziejny. Zamiast cieszyć się, że wyleczą go z tego, planuje ucieczkę w sam środek tego gówna.

~Jestem za słaby. ~ pomyślał, czując się bardzo źle. ~ Jestem tylko ćpunem, nikim więcej.

Przez ostatnie lata ciągle przegrywał ze swoimi słabościami, nie mając na tyle silnej woli, by się im przeciwstawić. Po cichu marzył o normalnym życiu, ale to najwidoczniej nie było mu pisane. Najwidoczniej przeznaczenie związało go czerwoną nicią nie z innymi ludźmi, ale ze strzykawką. Mdłości nasiliły się i wiedział, że nie wytrzyma dłużej. Jakby cierpień było mało, jego pęcherz, pewnie przez te nieustanne kroplówki, domagał się opróżnienia.

Wyciągnął rękę i nacisnął lekko dzwonek, chcąc, by szybko pojawił się ktoś, kto uwolni go od płynnych leków kapiących powoli w przezroczystej rurce. Nie musiał długo czekać. Już po chwili w drzwiach ten sam lekarz, który odwiedził go rano. Teraz był przytomniejszy, więc mógł przyjrzeć się mu bliżej.

Mężczyzna był przystojny. Wysoki, z pewnością przewyższający go o głowę, o krótkich, czarnych włosach i opalonej skórze. Miał dobrze zbudowane ciało, a czerwone oczy patrzyły na niego spokojnie. Pod białym, rozpiętym kitlem nosił ciemny sweter. Na szyi dostrzegł cieniutki łańcuszek. Musiał mieć powodzenie wśród płci przeciwnej. Fay poczuł, że się rumieni.

-O co chodzi ? - zapytał lekarz, podchodząc bliżej. Identyfikator na jego piersi zalśnił w świetle lampy i Fay mógł odczytać jego personalia. Kurogane Youou.

-Muszę do toalety. - mruknął blondyn, nie wiedząc czemu czując się tak onieśmielony. Dyskomfort zwiększył się, gdy lekarz pochylił się nad jego ręką, robiąc coś przy wenflonie. Owinął go zapach mocnych, męskich perfum zmieszany z ledwo wyczuwalną wonią leków.

-Choć. Wstaniesz sam? - zapytał lekarz, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy z sensacyjnych przeżyć pacjenta. Wyprostował się, zaczepiając rurkę kroplówki na stojaku.

Flourite kiwnął głową i powoli wstał. Mężczyzna przyglądał mu się i blondyn lekko się zachwiał, przytrzymał go za ramię. W jego wzroku nie było niepokoju, jedynie odpowiedzialność o pacjenta. Youou poczekał, aż blondyn stanie pewnie na nogach i pozwolił mu iść. Przeszli przez korytarz i lekarz zatrzymał się przed drzwiami toalet. Rzucił znaczące spojrzenie blondynowi, więc Fay wszedł sam do pomieszczenia. W schludnych toaletach nie było nikogo, co go ucieszyło. Jakoś nie miał ochoty na spotkania z innymi pacjentami. W spokoju ulżył pęcherzowi i dał upust mdłościom, które dręczyły do od rana. Pochylając się nad umywalką przepłukał usta i spojrzał na swoje odbicie. Z lustra spojrzała na niego zmęczona, blada twarz z podkrążonymi oczami. Stwierdził, że wygląda naprawdę źle. Potem w zwierciadle dostrzegł ramę okna. Dużego, przestronnego okna. Nie myśląc wiele, podszedł bliżej, starając się być cicho. Pierwsze podekscytowanie minęło, gdy ujrzał ziemię kilkanaście metrów poniżej, ale zaraz potem odżyła w nim nadzieja. Okno dało się otworzyć, a piętro niżej i dwa metry w bok, był spory balkon połączony schodami z poniższymi. Awaryjne wyjście w razie pożaru. Zawahał się. Gdyby zeskoczył na balkon, uciekłby. Widział wyraźnie, że schody kończą się na poziomie ziemi. Ogrodzenie widoczne w oddali było w jednym miejscu przerwane, gdy wysilił wzrok, dostrzegł porzucone narzędzia. Robiło się ciemno, mógłby przemknąć niezauważony i się stąd wydostać. A gdyby nie udało mu się zeskoczyć... Cóż, nawet śmierć jest lepsza od odwykowych cierpień. Przekręcił klamkę okna, otwierając je całkowicie. Podniecony perspektywą ucieczki stracił czujność. Był jedną nogą za oknem, na parapecie, gdy poczuł, jak coś zaciska się na jego ramieniu jak imadło. Albo jak ludzka ręka. Przez myśl przemknęła mu setka japońskich i angielskich przekleństw, zasłyszanych na ulicy. Ktoś brutalnie wciągnął go do wewnątrz, a on sam odruchowo skulił się w kącie, czując, jak jego serce bije niczym dzwon.

-Co wyrabiasz, do jasnej cholery? - to nie był krzyk, ale pytanie, zadane jednak tak niskim, wściekłym głosem, że wydawało się znacznie gorsze. Zbierając się na odwagę, spojrzał w wykrzywioną gniewem twarz ciemnowłosego lekarza, a później przeniósł wzrok na podniesioną w powietrze rękę. Duże ręce chwyciły go za szpitalną koszulkę. Wisiał oko w oko z bardzo wściekłym, bardzo silnym i bardzo przystojnym Kurogane Youou.