Autor: Calligraphy
Tytuł oryginału: "The Fourth Year"
Zgoda na tłumaczenie: wysłana, czekam
Beta: sandwich (chupaChak)
Ostrzeżenia: NC — 17; sceny erotyczne, wulgaryzmy
A/N: Trochę się obawiałam rozpocząć tłumaczenie - Calligraphy jest już znana dzięki "Taki samotny beze mnie" - i jestem przekonana, że to opowiadanie naturalnie będzie porównywane do poprzedniego. Kocham całą jej twórczość, więc porównanie nie wypada źle w moim odczuciu - ale zastanawiam się, jak Wy je odbierzecie.
Miłej lektury!


1.

O szóstej rano podniósł się z kokonu narzut i koców.

Na podłodze, między jego łóżkiem a łazienką, było dokładnie dziewięć skrzypiących desek podłogowych.

Wziął prysznic. Pod stopami znalazł trzy popękane kafle.

Wyszczotkował zęby miętową pastą i podreptał z powrotem do pokoju, gdzie włożył szare spodnie i czarny sweter. Wilgotne włosy zawiązał z tyłu gumką. Nie patrzył w lustro, nie miał na co.

Potem skarpetki, dalej buty. Obejrzał swoje paznokcie, zawiązując sznurowadła.

— Trzeba je obciąć — mruknął i dodał kolejny obowiązek do listy zadań.

Dom był nadal ciemny i cichy. Za oknem pierwsze promienie słońca wtapiały się linię horyzontu.

Severus Snape zastanowił się przez moment nad małymi, życiowymi absurdami.
A potem, trochę dłużej, zadumał się nad większymi.

*****
Kostki zaciśniętej w pięść dłoni zastukały w zamknięte drzwi sypialni naprzeciwko. Severus przysunął ucho do drewna. Usłyszał stłumione przekleństwo i łomot.

— Wstałem już…! Nie wchodź!

— Nie odważyłbym się, Wasza Wysokość — powiedział. Tylko dla własnej przyjemności przewrócił oczami, następnie ruszył korytarzem i zszedł po schodach.

Zaklęcia rozgrzewające nie pozwalały, by chłód wdarł się do starego, wiejskiego domu. Choć jeśli stanął w odpowiednim rogu, mógł poczuć lodowaty powiew. Potrafił jednak z łatwością go uniknąć. Minął zimny obszar po ciemku.

Nie lubił światła. Lubił, gdy mrok i cisza utrzymywały się tu tak długo, jak to tylko możliwe. To sprawiało, że dom bardziej przypominał lochy. Jeśli zamknął oczy, prawie udawało mu się oszukać umysł. Prawie.

Słońce wyjrzało spoza dalekich wzgórz, wypełniając kuchnię przyjazną, pomarańczową poświatą. Być może powinien już przestać podziwiać widoki — w końcu herbata sama się nie zrobi, śniadanie nie poda, podłoga nie zamiecie, a pranie nie wypierze, zanim zaczną się seriale (choć nadal nie był pewien, jak właściwie działa to mugolskie ustrojstwo). Sięgnął po różdżkę, ale kieszeń była pusta.

Sięgnął raz jeszcze, tym razem do włącznika. Kuchnia rozbłysła światłem. Chwycił czajnik i napełnił go nad zlewem.

Zrobił omlety nadziewane grzybami, papryką, serem i szynką. Polał wszystko gorącym sosem. Bąble, które powstały przy jego podgrzewaniu, przypomniały mu kotły do eliksirów.

— Doskonale pachnie! — krzyknął jego stróż gdzieś z głębi domu. Sądząc po odgłosach, siłował się ze swoją szatą.

— Bo to nie ty gotujesz — powiedział cicho, pogrążając się w tym nie do-końca-spokoju, którego się nauczył. Było coś kojącego w mieszaniu jajek na patelni. Nie myślał o rozpalaniu ognia za pomocą gałki ani wycieraniu okien wilgotną szmatką. Nic prócz bąbli i ciepła, zapachu przypraw, scalaniu kilku składników w doskonałą całość…

Severus lubił gotowanie.

Potter pojawił się jak zwykle, co wiele mówiło na ten temat. Zbyt szybko na jajecznicę, która jeszcze nie była gotowa; źle ubrany w swoje żółte, aurorskie szaty, uśmiechając się jednym z tych drżących, za-wszelką-cenę-wesołych uśmiechów.

— Mówiłem, że cudownie pachnie.

— Słyszałem cię.

— Och. Słyszałeś. — Chłopak sięgnął widelcem do patelni.

Severus nie mógł się powstrzymać i uderzył go drewnianą łyżką. Tylko raz, ale mocno.

— Au! Hej.

— Trochę szacunku dla mojej kuchni, Potter.

Harry chwycił się za obolały nadgarstek.

— Nie musiałeś mnie bić.

Snape się skrzywił.

— Zjesz, jak będzie gotowe.

Brwi Pottera zbiegły się w środku czoła.

Severus nawet nie doliczył do trzech. Raz, dwa...

— A kiedy będzie gotowe?

— Jak będzie gotowe. Weź czajnik.

Kiedy w końcu usiedli, chłopak jadł gorliwie, ignorując starania czarodzieja by uczynić jedzenie zbyt gorącym lub pikantnym (ale nie tak pikantnym, by Snape uważał je za niesmaczne). Jego oczy nawet nie zaszły łzami.

— Dziś długa zmiana.

— Mhm — wymruczał niezrozumiale. Pomagało to w podtrzymaniu konwersacji, szczególnie takich, w których nie chciał brać udziału.

— Taka jak te, dzięki którym wolałbym zostać w domu. Czasem myślę, że jeśli będę musiał wyśledzić jeszcze jeden brakujący podpis, to naprawdę się wścieknę. Mówią ci na treningu, że musisz być gotowy na wszystko, ale nigdy nikt nie powiedział, że będzie tyle roboty papierkowej. Muszę się podpisać pięćset razy w ciągu dnia. Może trochę przesadziłem… ale czasem myślę, że to się nigdy nie skończy.

— Zrezygnuj. — Severus rozciął jajko.

— Co?

— Zrezygnuj. Nienawidzisz tego. Zrezygnuj.

— Nie mogę zrezygnować.

— Jest jakieś prawo, które nakazuje ci być aurorem?

Potter spojrzał na niego.

— Nie rozumiesz.

— Przez prawie dwadzieścia lat zmuszano mnie do zawodu, którego nienawidziłem. Nie zgodzę się z tobą w tej kwestii.

Wybraniec pokręcił głową.

— To nie jest takie proste.

— To twój problem, Potter. Tylko twój.

Milczeli przez chwilę.

— Idę później do księgarni — powiedział chłopak pomiędzy kęsami. — Chcesz coś? — Wzruszył ramionami. — Przyniosę ci.

Snape nie chciał.

Widelec uderzył o stół.

— Nie bądź idiotą. Jak mogę... Czego ty chcesz?

Severus zapatrzył się w okno.

— Zabij mnie — zasugerował łagodnie.

— Nikt nie ma zamiaru cię zabić, Snape. Musisz do tego przywyknąć. — Harry westchnął i potrząsnął głową. Niektóre kosmyki na jego głowie sterczały w nieładzie.

— Kup sobie grzebień — odpowiedział Mistrz Eliksirów.

*****
Życie skrzata domowego pozostawiało całkiem sporo czasu na kontemplację.

Severus nie był z tego faktu jakoś szczególnie zadowolony. Wolał pracować, aż praca pochłonie całą jego energię — fizyczną i psychiczną — a potem opaść w błogosławiony brak przytomności, zanim na nowo będzie trzeba wstać i zacząć dzień do początku. Chciał, aby jego myśli były tak wyczerpane jak cała reszta, kiedy wpełzał wieczorem do łóżka. Niestety, obowiązki służącego nigdy nie zmęczyły go aż do tego stopnia.

Właśnie skończył szorować podłogę, kiedy pojawiła się na niej para butów. Ścisnął gąbkę w dłoni, ale nie spojrzał w górę.

— Zadepcz mi moją mokrą podłogę, a pożałujesz.

Harry przystanął.

— Wiesz, nie musisz zachowywać się jak niewolnik.

Severus wrócił do szorowania.

— Dlaczego tu jesteś? Nie powinieneś być w pracy? Czy płacą ci teraz, kiedykolwiek byś się nie zjawił?

— Jest pora lanczu. Mogę poprosić Zgredka, żeby to zrobił.

— Jak już wspominałem przy tak wielu okazjach, że nie będę się trudził ich liczeniem, nie mam zamiaru mieszkać z domowym skrzatem.

— Może nie musiałby tu mieszkać na stałe. Wpadałby w weekendy.

Wykręcił gąbkę.

— Więc może powinienem zająć się brudem, który zgromadzi się w trakcie tygodnia. Och. Wróć. Właśnie to robię — powiedział to z największą dozą sarkazmu na jaką było go stać. Pochylił się i zaczął szorować dalej.

— Minęły już cztery lata.

— Co proszę?

— Jesteś już tutaj cztery lata.

— Czyżby. — Severus zauważył paproch, którego wcześniej nie widział, zakleszczony pomiędzy deskami.

— No, prawie.

— I nie zmieni się to do końca mojego nieszczęsnego życia. Dziękuję, Potter, naprawdę wiesz, jak podnieść człowieka na duchu.

— Znów zajmują się twoją sprawą

Naprawdę nie chciał, by go to zaskoczyło. Ale stało się to i tak.

— Dlaczego?

¬— Bo ich o to poprosiłem. Bo nadszedł czas, by pewne rzeczy w końcu się zmieniły.

Milczał.

Bolały go kolana od mycia podłóg w korytarzu i kuchni. Był gdzieś mop, ale uważał, że za jego pomocą tylko rozgarnia kurz. Severus wolał swoje wiadro, gąbkę i mydło. Takie mycie podłogi zabierało więcej czasu i bardziej przypominało karę.

— Mamy zamiar wymienić mnie na pannę Weasley, czyż nie?

Harry zmarszczył się.

— To nie twoja sprawa.

— Odgrzebano moją teczkę. Myślę, że to jest moja sprawa.

— Chodziło mi o Ginny. Ona nie jest twoją sprawą.

Severus uśmiechnął się krzywo do swego stróża.

— Ocaliłem jej życie.

Brwi Harry'ego zbiegły się jeszcze bardziej, a twarz wygięła w grymasie.

— Mógłbyś podziękować — warknął i ruszył do drzwi, zostawiając odciski butów na świeżo umytej podłodze.

— Życie ich wszystkich, w gruncie rzeczy — zawołał za nim. — I to ty mógłbyś podziękować, Potter.

Trzasnęły drzwi.

Snape odłożył gąbkę i pochylił się tak nisko, aż jego czoło oparło się o chłodne drewno podłogi.

*****
Ludzie w telewizji mieli program o nazwie „Schronienie na czas burzy". Jego bohaterami była trójka atrakcyjnych ludzi z nadmorskiego miasta, którzy lubili sypiać ze sobą nawzajem (i właściwie każdym, kto się nawinął). Co ciekawe, wszyscy w mieście zdawali się mieć jakieś straszliwe i szokujące tajemnice.

— On zabił twojego ojca — powiedział Snape do telewizora. Jedną z dobrych rzeczy w telewizji było to, że aktorzy nie mogli cię usłyszeć. To było trochę tak, jak siedzieć w dźwiękoszczelnej kabinie i przyglądać się sztuce, jednocześnie łupiąc orzechy nie przeszkadzając sąsiadowi obok. — Nie idź z nim do łóżka. On zabił twojego ojca. — Wyciągnął się na kanapie i zadumał nad swoimi najdziwniejszymi pragnieniami.

Chciał papierosa.

Nie palił od lat. Najprawdopodobniej Potter by mu na to nie pozwolił.

Kobieta w telewizorze zaczęła krzyczeć.

Severus podparł ręką brodę.

— Mnie za to nie wiń. Próbowałem cię ostrzec.

*****

Sieć Fiuu zagwizdała.

Z salonu dobiegły dwa podniesione głosy.

Severus zaczął cicho kroić ogórki, zatrzymując ostrze, zanim uderzyło o deskę.

— …nigdy o mnie nie myślisz! O mnie! Nigdy nie zapytałeś, czego chcę, po prostu założyłeś, że to wiesz. Jak mogłeś to zrobić? To moja rodzina! — zaskrzeczała najmłodsza Weasleyówna. — Jak mogłeś to przed nimi zrobić w ten sposób?

— Są też moją rodziną.

— Wiesz, Harry, ostatni raz jak sprawdzałam nie byłeś naturalnym rudzielcem. To znaczy... jesteś rodziną, ale nie - rodziną. Nie jestem gotowa, dobra? Następnym razem kiedy zdecydujesz się zrobić coś równie głupiego jak oświadczyny, zanim zapytasz mnie o zda...

— To miało być romantyczne.

— Bez choćby ostrzeżenia? Nie chcę wychodzić za mąż, Harry!

— Teraz już to wiem.

— Mogłeś zrobić to gdziekolwiek indziej. W restauracji, w pracy, gdziekolwiek! Zamiast tego chciałeś, abym wypadła na niewychowaną, okropną su... przed wszystkimi! Teraz oni uważają mnie za wstrętną, złą osobę tylko dlatego, że chcę spędzić jeszcze kilka lat rozwijając się zawodowo, zamiast zostać żoną mężczyzny, który traktuje mnie raczej jak młodszą siostrę niż prawdziwą dziewczynę.

W salonie ucichło.

Severus odłożył nóż i podkradł się do drzwi.

— Mogę popracować nad tą sprawą z seksem.

Snape zamrugał. To niemożliwe, by usłyszał właśnie to, co usłyszał. To było jak manna z nieba. Jeśli manna mogła być materiałem do szantażu.

— Nie. Myślę, że chcę... że chcę to skończyć. Ja nie... Harry. Jesteś naszym przyjacielem. Jesteś jak jeden z moich braci. I tak powinno pozostać.

Zza drzwi było słychać zdławiony kaszel.

— Mogę popracować nad… Ja po prostu nie lubię, kiedy ludzie są naprawdę blisko, ja…

— Wracam. Powiem im, że nasze reakcje były trochę zbyt gwałtowne, ale o tym porozmawialiśmy i damy sobie więcej czasu. Potem, za kilka miesięcy, zerwiemy ze sobą i zaczniemy spotykać się z innymi.

— Poznałaś kogoś? — zapytał Harry. Oskarżenie wymknęło się razem z pytaniem.

— Tak.

*****

Potter wziął tydzień wolnego.

— Szkoda. Setki znudzonych uczniów nie będą musiały słuchać słuchać niskiego mężczyzny wysławiającego zalety pozostania w szkole i trzymania się z daleka od czarnej magii.

Harry, trzymając głowę w dłoniach, wypuścił rwany oddech.

Severus dodał więcej pieprzu Cayenne do mieszanki ziół, którymi podkreślał smak kurczaka. Drobinki przypraw zawisły w powietrzu.

— …na domiar złego z raczej wystającą szczęką — mruknął, skończył obiad i podał do stołu.

Potter nie był na tyle przyzwoity, by powstrzymać się od wycierania mokrych oczu podczas posiłku.

Natomiast oczy Severusa utkwione były w talerzu.

— To bardzo smaczne — powiedział Harry. — Dobrze gotujesz. — Snape mruknął coś na kształt potwierdzenia. Zakaszlał. — Ten dom jest naprawdę czysty. Dzięki tobie.

Przełknął.

— Panie Potter.

— To zupełnie bezcelowe. Nic nie potrafię zrobić jak trzeba. Nie jestem nawet wystarczająco dobry, by zostać aurorem — siedzę za biurkiem, cały dzień wypełniając formularze, a kiedy tego nie robię, jeżdżę po szkołach i wygłaszam przemówienia, które napisał za mnie ktoś inny. Równie dobrze mógłbym wcale nie nosić uniformu. Równie dobrze mógłbym mieć przyczepione sznurki do rąk i nóg. Mogli by mnie wypatroszyć, wypchać słomą i podłożyć głos.

¬— Panie Potter.

— Miałem dziewczynę. Miałem. Jedną. Pewno nie będę miał następnej. Tak jak rodziny. — Snape zacisnął pięści na swoich sztućcach. — Nigdy. — Nauczyciel warknął. — Z wszyst…

— Potter. Jesteś młody. Jesteś bogaty. Może trochę niski, ale całkiem przystojny. — Rozciął kurczaka. Było zbyt cicho, więc dodał: — No i może nie jesteś jakoś bardzo inteligentny, ale nie sądzę też, byś był głupszy niż większość ministerialnych oficjeli.

— Próbujesz sprawić, bym poczuł się lepiej? — wysyczał Harry.

To było trochę lepsze niż nieszczęśliwa cisza.

— Nie musisz pracować, Potter. Masz więcej niż potrzeba, by skromnie wesprzeć jakieś małe państewko spośród krajów trzeciego świata. Chcesz jakąś dziewczynę? Odpisz jednej z tych, co zasypują cię listami. A jeśli tak bardzo chcesz mieć cholerną rodzinę, to po prostu ją załóż.

— Załóż ją. — Potter zamrugał.

Snape wrócił do posiłku.

— Zaadoptuj. Kup sobie jedną. Zajdź w ciążę.

— Zajść… — otworzył szerzej oczy. — Co?

— Spędzisz kilka miesięcy, nie będąc w stanie zobaczyć swoich jąder, ale decydowali się na to więksi idioci niż ty. — Harry zaczął się na niego gapić. Wyglądał, jakby był zbyt przerażony, by zacząć krzyczeć. Snape już więcej na niego nie spojrzał. — Jestem tu, by ci robić herbatę, Potter. A nie żałować.

*****

Potter spędzał niedziele z Weasleyami. Przynajmniej wcześniej tak było. Wizyty z czasem robiły się coraz krótsze, aż pewnej niedzieli został w domu, nie kłopocząc się, by zamienić pidżamę na normalny strój.

— Nie odwiedzasz dziś swoich rudowłosych przyjaciół? — spytał Severus, składając pościel.

Młody mężczyzna spojrzał na równe kostki z prania i wyjątkowo nie zapytał, czy nie mógłby tego zrobić skrzat domowy. Potarł bliznę, która nadal szpeciła jego czoło. Powiedział dziennikarzom, że już go nie boli i że pocieranie jej to tylko nawyk, ale sam ten ruch powodował, iż Snape zerkał na swoje ramię, by upewnić się, że znak na pewno znikł.

Nie odpowiedział.

— Potrzebujesz pomocy?

I zanim Snape odgonił go jak natrętnego owada, złapał za drugi koniec prześcieradła i podniósł tak, by jego rogi spotkały się z tymi, które trzymał w dłoniach Severus. Został, żeby pomóc przy następnym i jeszcze kolejnym.

— Zdałem testy zręcznościowe — powiedział Harry.

— Tak? — To nie było jakoś bardzo interesujące, ale nie była to też telewizja.

— No. Został mi jeszcze jeden egzamin, choć nie pracuję w terenie. Zdałem trzy testy z czterech, mimo że nie musiałem. Wiesz, czemu jeden oblałem?

— Nie mam zielonego pojęcia.

— Miałem niedowagę.

Prześcieradła załopotały jak żagle.

— Sam ci to mogłem powiedzieć.

— Wiedziałem, że się przyczepią. Ale jadłem — odpowiedział cicho. — Jednak mnie przepuścili mimo to. Chyba powinienem podziękować za to, że mnie zmusiłeś.

— Nie mam różdżki, Potter. Nie bardzo mogę zmusić cię do czegokolwiek.

— Budzisz mnie rano, robisz śniadanie, obiad. Zawsze mam czyste szaty. Czuję się lepiej niż kiedykolwiek. A tak przy okazji — parsknął nagle — muszę kupić nowe. Stara szata wyjściowa przestała na mnie pasować.

— Rozrastamy się w alarmującym tempie, hm?

— Raczej udajemy, że jesteśmy więksi niż w rzeczywistości. Mam dość ludzi, którzy karmią mnie na siłę.

Skończyli z pościelą i zaczęli zwijać skarpetki. Nie trwało to długo. Wszystko co było długie i czarne należało do Severusa, a wszystkie krótkie i w jaskrawych kolorach do Pottera.

— …Snape?

— Co? — Jakkolwiek niezwykłe, to stała obecność Harry'ego nie była jakoś bardzo irytująca.

— Nienawidzisz tego miejsca?

Pociągnął nosem. Zwinął parę czarnych skarpetek z kulkę.

— To nie ma większego znaczenia. Nie powinienem cieszyć się swoją karą.

— Ale, spójrz. Moglibyśmy... mógłbyś sprawić, by twoje życie było dużo cięższe. Przyznaj, choćby wtedy, gdy zalałeś dom — głos Harry'ego zamarł. Starszy męzczyzna milczał. Nawet na łożu śmierci nie zdradziłby detali dotyczących Incydentu Z Pralką. — Ale nic się nie stało — przerwał na moment. — Dziś jestem hojny, Snape. Powinieneś to wykorzystać. Czego chcesz? Nigdy o nic nie prosisz, prócz tego, co masz na liście zakupów. Musi być coś, czego byś chciał.

Severus pokręcił głową.

— No dalej. Musi coś być. Cokolwiek. Spróbuj.

Zastanowił się chwilę.

— Papierosy — powiedział.

Potter zamrugał.

— Papierosy? Nie wiedziałem, że palisz.

— Nie paliłem od dłuższego czasu, co jest raczej oczywiste. Chciałbym zacząć na nowo, jeśli nie masz nic przeciwko. — Zmarszczył się. — Więc? Sam zapytałeś, czego chcę.

— Papierosy. — Harry również się zmarszczył. — Nie chcę, żeby dom śmierdział.

No i nic więcej na ten temat.

— Nieważne — westchnął.

— Czekaj. Nie wolno ci wychodzić na zewnątrz, wiem. Ale...

— Nie trudź się, Potter. — Severus podniósł koszyk ze stołu. — Nie zhańbię zapachem twoich cennych dróg oddechowych. Będziesz jadł dziś kolację w domu? Myślałem, że zostaniesz ze swoimi rudzielcami. Rozmroziłem tylko jeden stek.

To byłby genialny posiłek. Duszone ziemniaki, szparagi, masło, ale prawdziwa zabawa zaczynała się dopiero, kiedy Pottera nie było w domu.

— Mógłbym go powiększyć jakimś zaklęciem.

— Nie trzeba. Zrobię makaron.

— Ja mógłbym coś ugotować — zaoferował się Harry.

— Masz chyba na myśli to, że mógłbyś rozpuścić kluski na patelni.

Potter miał czelność wyglądać na zranionego.

— Potrafię gotować. To, że nigdy nie pozwoliłeś mi podejść do garnków, jeszcze nic nie znaczy. Zawsze podkreślasz, że to twoja kuchnia.

— Miałem do wyboru albo się poddać, albo ją przejąć

— Można wziąć na wynos. Tak jest prościej. Ja naprawdę cały dzień pracuję.

Snape warknął, odsłaniając zęby.

— Tak, Potter, a ja nie robię nic. Spędzam cały dzień, leżąc na aksamitnej kanapie, a domowe skrzaty karmią mnie obranymi winogronami.

— Nie o to mi chodziło! Chciałem tylko powiedzieć... że jeśli będę miał okazję... to mógłbym coś ugotować. Byłem dobrym kucharzem. I nie potrzebuję do tego różdżki. Kiedy dorastałem wśród mugolskich krewnych, byłem regularnie zmuszany do sterczenia w kuchni. — Wydął dolną wargę.

Snape przyłożył rękę do ucha.

— Słyszysz, Potter? To najmniejszy na całym czarodziejskim świecie gobliński kwartet smyczkowy, który gra tylko dla ciebie — zadrwił. — Spróbuj się wysilić i nie użalać się nad sobą przez cały czas. To dość nudne, a ty robisz się w tym coraz lepszy. — Podniósł wiadro i wyminął chłopaka. — Wybacz. Czeka na mnie kąpiel z bąbelkami. I słudzy z wachlarzami w rękach.

Zwlekał na schodach chwilę dłużej niż to było konieczne.

Potter nigdy nie potrafił się rozstawać.

*****

W czołówce "Schronienia na czas burzy" zawsze pokazywano statek na morzu, ale sam program właściwie nie miał wiele wspólnego z żeglarstwem.

— Choćby jeden morski wątek. Czy proszę o zbyt wiele?

Ale dzisiaj był. Główni bohaterowie brnęli przez wydarzenia, zaangażowani w tę samą fabułę.

Althea chciała wyjść za Chralesa, ale Charles był zakochany w Kristinie. Z jakiegoś powodu, Althea chciała zagłuszyć swój ból za pomocą żywiołowego seksu na tylnym siedzeniu swojego automobilu (który wcale nie wyglądał komfortowo) z gościem o imieniu Robin. Robin nie mówił wiele. Najwyraźniej został zatrudniony ze względu na walory ukryte pod koszulką, a nie umiejętności aktorskie.

— Żaden z was nie grzeszy rozumem. Gdybyście byli pod moją kuratelą, zastosowałbym kilka długoterminowych szlabanów. Bylibyście zmuszeni do przepisywania „Ilustrowanego podręcznika o magicznych niewypałach" tak długo, aż sama myśl o spółkowaniu powodowałaby u was mdłości tak wielkie, że nie bylibyście w stanie opuścić toalety.

Fiu zaszumiało.

Severus poszukał pudełka, które podobno nazywano pilotem, i wyłączył telewizor.

Potter wyszedł z kominka. Był ubrany z jasnoniebieskie szaty zamiast zwykłych żółtych.

— Dziś też nie pracujesz, Potter? — nieuważnie poprawił narzutę.

Czarodziej rzucił w niego reklamówką.

— Zastanawiam się, czy jednak nie zrezygnować, powiem ci tak całkiem szczerze. Ostatnio jest dość nerwowa atmosfera.

Snape złapał torbę i otworzył ją.

— Nie wiedziałem jaki rodzaj lubisz.

Dokładnie zbadał zawartość siatki. Było w niej mnóstwo paczek.

— Wolałbym, żebyś nie palił w domu.

— Ale nie mogę stąd wyjść, Potter. Właśnie dlatego nazywają to aresztem domowym.

— Możesz palić w oknie. — Harry uśmiechnął się. — Powiedziałeś, że chcesz palić... ale to ja nadal ustalam zasady. Jego uśmiech zrobił się trochę mniej przyjemny. — Więc? Jak będzie, Snape?

Severus prychnął.

— Zapomniałeś o zapałkach.

— Jesteś czasem takim sukinsynem — zamruczał jego strażnik i pokręcił głową.

Mężczyzna udał, że tego nie słyszał. Rozerwał banderolę i wciągnął w nozdrza zapach.

Spokój, jaki obiecywały, mu wystarczy.

*****

— Oficjalnie zerwaliśmy. Znaczy, nie byliśmy razem już wcześniej, ale teraz stało się to wiedzą publiczną. Nie, żeby cię to obchodziło, ale pomyślałem, że cię poinformuję — powiedział mu Potter z ta samą fałszywą radością, którą wkładał na twarz przed fleszami aparatów. — Podaj chili, proszę.

Podał.

Harry polał obficie swój ryż z warzywami. Posiłek mógłby być zrobiony z kartonu, a nie zauważyłby tego.

Severus prawdopodobnie powinien czuć się tym urażony, ale nie był człowiekiem, który oczekiwałby mdłych uprzejmości. Teraz, kiedy już nie musiał polegać na swoim węchu i kubkach smakowych, by powiedziały mu, czy jedzenie nie jest zatrute, cieszył się każdym kęsem. Nałożył na swój talerz podwójną porcję.

— Heirich i jego koledzy męczą mnie, bym przyprowadził cię znów na przesłuchanie.

Brwi Snape zbiegły się w środku czoła.

— Kto? Nie. Żadnych przesłuchań.

— Mógłbyś to rozważyć.

— Mógłbym też wetknąć widelec w toster. — Och, doskonale o tym wiedział.

— Zrobienie dobrego wrażenia na kilku wpływowych ludziach pomogłoby ci wydostać się stąd szybciej.

— Podobnie jak arszenik. — Wrażenie, jakie by zrobił, zaprowadziłoby go wprost do Azkabanu.

Nie, żeby nie był teraz w swego rodzaju więzieniu, ale jeśli chodziło o więzienną dolę, mogło być dużo gorzej.

— Waży się różnica miedzy kilkoma latami a całym życiem. Pomyśl o tym.

— Nie chcę myśleć.

— Więc pal, póki nie wyplujesz swoich płuc.

— Co za fantastyczna sugestia, Potter. Być może to zrobię, zaraz po obiedzie. — Jadł schludnie, jakby w milczącym proteście na sposób, w jaki chłopak pochłaniał kolejne kęsy. Połykał wszystko, zamiast właściwie żuć i smakować potrawy.

— …mógłbym przyjść?

— Co?

Potter odłożył widelec i nóż obok talerza.

— Nieważne — poprawił się, chyląc głowę.

Snape zatrzymał miarowo ruszające się szczęki.

— Chcesz zapalić?

— Nie. Ja. No... nie ma tu zbyt wiele do roboty. Poza tym, nigdy nie miałem okazji.

— Poszerzasz horyzonty, Potter?

— Nie wiem. Zapomnij. — Wrócił do jedzenia.

Mistrz Eliksirów obserwował go z czającą się w sercu grudką litości. Potter musiał być w naprawdę złym stanie, skoro błagał o jego towarzystwo.

— Dobrze. Ale żadnego gadania.

Harry skinął głową.

*****

— Oddychaj płytko na początku. Albo będziesz kaszleć. — Uderzył plecy krztuszącego się chłopaka trochę mocniej niż trzeba było.

— Jestem żałosny nawet jak palę — sapnął Harry.

— Na początku wszyscy kaszlą.

— Naprawdę?

Zmarszczył się.

— Tak.

— Dobra. Nie musisz się tak krzywić.

— Żadnego gadania, Potter.

Na zimnie ich oddechy zamieniały się w parę i mieszały z dymem.

Zauważył, że kilka razy z ust chłopaka wydobywa się tylko para, a papieros wisi zapomniany w ręce.

Okno w korytarzu na drugim piętrze było największe w całym domu. Snape spojrzał w dół i zastanowił się, jakby było z niego skoczyć. Najprawdopodobniej by się nie zabił, a życie spędzone w szpitalu byłoby gorsze niż to z Potterem. Biały puch pokrył stosy gnijących liści zmieszanych z zimowym błotem, co uczyniłoby nieudaną próbę samobójczą jeszcze bardziej nieprzyjemną.

— Wyglądamy jak smoki — wyszeptał Potter, wypuszczając z ust dym.

*****

We wtorek Kristina wpadła do szybu. Wydawało się, że nikomu nie uda się jej uratować, mimo że cała reszta ludzi była dorosła, zaopatrzona w najlepszy sprzęt, a sama Kristine przytomna na tyle, by powiedzieć załodze stojącej na górze wszystko o rurze, która spadła na nią i przyszpiliła do ziemi. Nie zważając na fatalne okoliczności, zdołała również wyjawić Althei (w szokującym zwrocie akcji), że się w niej zakochała.

Severus założył ręce przed sobą.

— To jest głupie.

— Co jest głupie? — zapytał Potter.

Znów kręcił się pod nogami, siedząc skulony na parapecie ze stosem listów, na które musiał odpowiedzieć. Młodzieniec potrzebował, i to szybko, jakieś cholernej dziewczyny. W innym razie Severus nigdy już nie będzie miał spokoju.

— Telewizja.

— No, większość ludzi by się z tobą zgodziła w tej kwestii. Mogę przynieść trochę książek.

— Nie chcę książek.

— Czemu nie?

Wyłączył telewizor.

— Książki nie mają nic do zaoferowania.

Zapatrzył się w biały punkt światła z centrum ekranu.

— A telewizja ma?

— Telewizja nie zje mi czasu, oferując magiczne teorie, których nigdy nie będę mógł zrealizować; ulepszenia dla eliksirów, których osobiście nie sprawdzę i nie będzie kuła mnie w oczy oczywistym stwierdzeniem, że każdy czarodziej może używać różdżki.

— Są mugolskie książki.

— Na Pokątnej nie ma nic prócz śmieci.

Tych samych, które on oglądał teraz w telewizji…

— Sądzę, że w mugolskiej części Londynu coś znajdę.

Severus zastanowił się przez chwilę. Telewizja robiła się niewiarygodnie idiotyczna.

— Jeśli zdarzyłoby ci się przechodzić obok mugolskiej księgarni, to myślę, że mógłbym przekartkować kilka tytułów — przyznał niechętnie. Ale to była ostatnia rzecz, jaką mógł zaakceptować. Jeśli będzie się dawał zwodzić łapówkami, wszystko się skończy. Potter będzie mógł mu równie dobrze kupić obrożę i smycz.

— Chcesz fikcję? Literaturę faktu?

— Nie znam się na mugolskiej literaturze — powiedział, krzywiąc się. Nacisnął pilota, rzucając Harry'emu ponure spojrzenie. — Uważasz, że powinienem się znać? Przeczytałem kilka mugolskich książek dla dzieci, Potter, ale kiedy stałem się czarodziejem, czytałem tylko to, co należało do czarodziejskiego świata. Jeśli moja niekompetencja z tym związana czyni ze mnie w twoich oczach bigota... to pieprz się.

— Tak, to bardzo dojrzałe.

— Wróć do odpowiadania na listy. „Najdrożsi, całujący mnie w tyłek pochlebcy, którzy wierzycie, że jestem tak wysoki, jak mnie pokazują w gazetach…"

— Dlaczego zawsze żartujesz z mojego wzrostu?

— To zaczęło się wówczas, kiedy zauważyłem, że przed dupkiem zawsze występuje tłustowłosy.

Potter ucichł.

Nie mógł ufać takiemu cichemu Potterowi. Severus skrzyżował nogi i uniósł brew.

— No dobrze. Coś w tym jest — powiedział w końcu chłopak, kiwając głową.

Severus odwrócił się w stronę telewizora.

Althea była bardzo smutna. Trzeba było kilku zbliżeń, żeby to pokazać.

— To jest głupie — zgodził się Potter.

*****

Masturbacja.

Trudny temat.

Trudny do zrealizowania w domu, w którym rozchodziło się echo. To znaczy dobra masturbacja.

Dobra, twarda masturbacja, z dużą ilością lubrykantu, takiej, jakiej pragnęło się w nocy. Nie jakieś tam ciągnięcie pod przykryciem.

Mógł to robić, gdy Potter był w pracy, ale istniało ryzyko, że spóźni się z wykonywaniem swoich obowiązków. I było nie do pomyślenia jak bardzo niezdyscyplinowany by się stał, pozwalając sobie drzemać popołudniami zmęczony ipsacją.

Jeśli jakość jego sprzątania czy gotowania pogorszyłaby się, chłopak na pewno wezwałby skrzata.

Severus wzdrygnął się na samą myśl.

Dni były wystarczająco trudne, aby je przeżyć z całą listą zadań. Mógł czyścić. Mógł gotować. Mógł udawać, że nadał był dostatecznie żywy, by planować swoją przyszłość. Nie odzyska swojego życia, to było pewne, ale być może będzie mógł jeszcze kiedyś na nie jakoś wpływać. Do tego czasu... wytrzyma. Perfekcyjnie opanuje wszystkie domowe sfery, do których ma dostęp (jakkolwiek to smutne). Może szorować. Może sterczeć w kuchni.

A potem mógłby się długo i porządnie onanizować i traktować to jako dzienną nagrodę, by zachować te resztkę zdrowych zmysłów i charakteru, które zostały ocalone przez wojnę i Wizengamot.

— Cholerny Potter — wysyczał. Ciężko było mu się skoncentrować, kiedy słyszał przez ścianę czyjeś kroki. — Zamknij się — zgrzytnął zębami. Objął delikatnie peniasa i pociągnął, aż znów stał się twardy. Zamknął oczy i wcisnął głowę w poduszkę.

O, tak. To było to.

Miał kilka różnych scenariuszy; nic zbyt skomplikowanego czy osobistego. W ciągu swojego życia zrozumiał, że najbardziej efektywne fantazje to były te, które najprawdopodobniej nigdy się nie spełnią.

Z przyczyn mu nieznanych, i których nawet nie próbował zgłębić, najbardziej odpowiadały mu te zawierające ciężką pracę na statku lub — alternatywnie — bycie przetrzymywanym na nim jako więzień. Dziś był Kapitanem. Pierwszy majtek był raczej leniwy, ale na szczęście wystarczyło wprowadzić tylko trochę ostrej dyscypliny, żeby poprawił swoje zachowanie. Właśnie błagał Severusa, by oszczędził mu chłosty...

Rozległo się pukanie do drzwi.

Snape jęknął w poduszkę. Zatrzymał rękę.

— Snape? Nie śpisz? — zza drzwi dobiegł go głos Pottera.

Milczał.

— Snape?

Nawet się nie poruszył.

Minęły minuty i w końcu odetchnął.

Po jakimś czasie (i niestety częściowo zmarnowanym wysiłku) podjął wcześniejszą aktywność.

Pierwszy majtek wyglądał trochę jak mniejsza wersja Kingsleya Shacklebolta (świętoszkowaty łajdak, choć nawet dość przystojny). Snape kazał mu uklęknąć.

— Tak jest — mruknął zadowolony w poduszkę, wbijając się w swoją pięść. — Obciągniesz mi, i jeszcze będzie ci się to podobać.

Nawet starając się być cicho, końcówka nie zabrała mu wiele czasu. Pierwszy majtek Kingsley, jak się wydawało, wyjątkowo chętnie przyjmował wszystko, co Snape zdecydował się mu dać. Tak chętnie, że wypchnął swój zgrabny tyłek w górę i jęczał do swego Kapitana, by zrobił coś z jego głodną, małą dziurką. I jaki Kapitan nie ulitowałby się nad taką desperacką prośbą swojego pierwszego majtka o ładną, sztywną…

Podłoga zaskrzypiała.

Severus wcisnął się znów w ciasny tunel swojej ręki, przyspieszył i wytrysnął, jęcząc z satysfakcją.

Błogość zaraz po była krótka, ale intensywna.

W końcu sięgnął po chusteczki leżące na etażerce. I wtedy zauważył.

Drzwi były otwarte.

*****

Snape się zmarszczył.

— Dzieńbry — wymruczał Harry. Nie podniósł wzroku znad Proroka.

Tak jest, celowo nie podniósł wzroku znad gazety.

Jego wściekłość trochę osłabła. Jeśli Potter nie ma zamiaru niczego mówić, może wszystko było w porządku. W końcu był przykryty, a każdy od czasu do czasu się masturbuje. Chłopak nie bardzo mógł rozsiewać plotki o włamaniu się do jego pokoju i złapaniu na jakichś nienaturalnych czynnościach. Jeśli człowiek nie mógł tego zrobić pod przykryciem we własnym pokoju, to w takim razie gdzie?

Głośno pociągnął nosem.

Zmarszczka pomiędzy brwiami Harry'ego pogłębiła się. Drgnęła grdyka.

— Dobrze spałeś, Potter?

— Hnnm? Co? A. Tak. — Spojrzał w górę i szybko spuścił głowę.

Czajnik był już ciepły. Miska z płatkami śniadaniowymi stała obok łokcia Harry'ego. Severus rozważył zrobienie sobie czegoś ciepłego do jedzenia, ale w końcu odpuścił. W lodówce były zimne babeczki.

— Wcześnie wstałeś.

— Taaa, wiem. To znaczy. Tak — chrząknął. — Nie spałem zbyt dobrze.

— Przed chwilą powiedziałeś, że było dokładnie odwrotnie, Panie Potter.

— Co? Och. Musiałem nie zwrócić uwagi na to, o co pytałeś — wyjąkał. — Mam zajęty dzień. Muszę uczestniczyć w międzynarodowym śledztwie... będzie mnóstwo zabawy. A potem jeszcze mam przemówienie. — Jego łyżka uderzała w dno miski. — Najgorsze nie jest nawet to przemówienie. Tak naprawdę, najgorsze są te niewygodne pytania, które ludzie zadają później, albo kiedy próbują zwędzić moje rzeczy. Albo kiedy wracam do biura na godzinę i tam czekam na kolejne, które muszę wygłosić... Tak, wiem, to jest częścią mojej pracy, dziękuję bardzo... i wszyscy żartują, że zrywam się z roboty i jadę do domu, co jest idiotyczne. Jestem tam dłużej niż dziewięćdziesiąt pięć procent moich kolegów. Wydaje mi się ze stale w niej siedzę. — Kaszlnął słabo. — No, więc, pewno o tym myślałem.

Snape skinął głową.

— O obciąganiu — rzekł.

Nalał sobie herbaty.

— Co? — zaskrzeczał Potter.

— O przeciążaniu się pracą — powiedział głośniej.

— Taa.

Filiżanka stuknęła odkładana na spodek.

Severus usiadł naprzeciwko. Ukrył uśmiech za fragmentem gazety.

— Och, zobacz.

— Co?

— Otworzyli nowy kierunek studiów. Voyeurism*.

Potter odsunął śniadanie. Jego policzki zrobiły się czerwone.

— Muszę się już zbierać — powiedział. — Wrócę raczej późno. — Szybko wstał od stołu i wyszedł. Sieć Fiuu zaświszczała, a w domu zrobiło się cicho.

Severus polizał koniuszek palca, przewrócił stronę, a potem skończył płatki śniadaniowe chłopaka.

_
* podglądactwo