Jeszcze raz uprzedzam, że poniższe opowiadanie jest slashem. Wszystkich reagujących alergicznie na słowo „homoseksualizm" proszę o znalezienie sobie innej lektury, bo przy tej tylko się zdenerwują.
Motywu świata wirtualnego wraz z Sylwią też na próżno tu szukać, oba z radością wysłałam w kosmos.

Już zaraz po pierwszym obejrzeniu filmu, co miało miejsce stosunkowo niedawno, włączyły mi się w mózgu dwie lampki alarmowe, obie czerwone. Jednej towarzyszyło uporczywe wycie Fix it! Fix it!, a drugiej głośny i pełen niedowierzania komunikat, jak można było zmarnować tak piękną chemię między chłopakami.
Postanowiłam wyłączyć oba alarmy i zaczęłam szukać w sieci gotowca, niestety tym razem nie dokopałam się do żadnego wchodzącego w grę. Ba, dobrze że w ogóle znalazłam coś fikopodobnego! Nie pozostało mi więc nic innego niż zadziałać na zasadzie „pani se sama weźmie i zwęzi".

To opowiadanie, AU do filmu, jest z zamierzenia tylko poprawiaczem humoru i nie należy traktować go jako historii z jakimś głębokim przesłaniem.

Dziękuję Liberi za podsunięcie filmu i ogólnie za nieustanne krzewienie kultury dla opornych, Aevenien za betę, jej entuzjastyczne Macki przez wielkie em, a mojemu miastu za inspirację oraz za raj, jakim jest dla takich jak „moi" chłopcy.

Przepraszam, jeśli rozczarowałam kogoś, kto spodziewał się po tym tekście więcej.

I na koniec: wszystkie prawa do rozpoznawalnych z filmu postaci, tekstów i sytuacji mają jego twórcy. Reszta to moja rozbujana wyobraźnia. Pozdrawiam i miłego odbioru!

W górę, ścieżką ożywieńców

Część pierwsza

0

Niektórzy samobójcy wybierają mosty.
Przystaję, opieram się łokciami o barierkę, patrzę w dół. Rzeka leniwie transportuje kry, gdyby nie ich powolny ruch, można by pomyśleć, że stoi w miejscu. Nie chcę się zastanawiać, jak zimna jest woda. Na jej powierzchni widać stalowoszare odbicie budynków po obu brzegach. Niesie ze sobą całą bezbarwność ponurego, styczniowego popołudnia. Rozcieram zgrabiałe z chłodu ręce.
Jeszcze tylko papieros.
Szczękam zapalniczką, przypalam, wciągam dym do płuc. Wolną ręką stawiam kołnierz kurtki i patrzę w niebo.
Jak żywy staje mi przed oczami podobny mglisty dzień sprzed roku. Ta sama wilgotna szarość, ta sama melancholia bezśnieżnej wielkomiejskiej zimy. Nawet samo miasto podobne, tylko ta rzeka inna, poskromiona, ustatkowana, nieskłonna do dramatycznych wylewów.
Jakbym nie o niej mówił, ale o sobie.
Czuję trącający mnie łokieć. Tak, wiem, nie czas na wspomnienia i filozoficzne popatrywanie na sunące powoli w dole panta rhei. Nie chcę, żebyśmy się przeze mnie spóźnili. Zaciągam się ostatni raz, patrzę w bok, odpowiadam uśmiechem na uśmiech.

1

Szary dzień, początek stycznia. Opieram głowę o szybę. Podskakuje i obija się lekko o szkło, gdy Jacek, który wozi mnie na wszystkie zajęcia, robi mały wiraż przy zjeździe do szkoły. Facet jest całkiem w porządku, tylko jego gust muzyczny pozostawia wiele do życzenia.
Ziewam i masuję czoło. Nie boli zbytnio, grzywka zamortyzowała uderzenie. Burczę coś pod nosem w ramach „do zobaczenia po południu", biorę torbę i wystawiam nogi za drzwi.
Zimno, ponuro, mokro. Tramwaj piszczy na niedalekiej pętli, na gołych drzewach skrzeczą ptaszyska, brrr, ohydne miejskie szczury ze skrzydłami, śmierdzi brzydką zimą, spalinami i poniedziałkiem. Rzyg.
Od większej ulicy bez przerwy nadciągają grupki, większe i mniejsze. Rozchichotane albo nierozchichotane, jak ja. Wychodzę z bocznej alejki, w której zaparkował Jacek, i łączę się z nimi niczym mały dopływ zasilający wielką rzekę. Pod schodami przed głównym wejściem jak zwykle stoi Lubomirski ze świtą, opiera czubek stopy o deskę i wypala ostatnią fajkę przed dzwonkiem. Pietrukaniec stoi najbliżej chodnika. Gdy ich mijam, jako jedyny wyciąga do mnie rękę, przybijamy szybką piątkę. Reszcie kiwam głową, nie chce mi się podchodzić do każdego z osobna. Na Aleksa nawet nie patrzę. Wchodzę do szkoły.
Kiedyś chodziłem do innego liceum. Tylko przez rok, bo nie spodobało się ojcu. Pewnie za mało liczących się osób posyłało tam swoje dzieci. Więc przeniósł mnie tutaj. Z zewnątrz w ogóle nie widać, ile kasy ładują w ten budynek nasi starzy. O tej porze roku jest tak samo szary jak reszta miasta. Od środka wygląda trochę lepiej. Dyrekcja dba, żeby ściany były czyste i motywująco pastelowe, wysokiej jakości kreda zostawiała dobrze czytelne ślady na wysokiej jakości tablicach, WLAN miał tylko absolutnie konieczne blokady, nauczyciele wiedzieli, co robią albo przynajmniej nosili szlachetne tytuły native'ów, a palacze roztaczali smrodek wyłącznie na świeżym powietrzu.
Ludzie są tu całkiem sensowni. Dziewczyn jest wokół mnie jakby więcej niż facetów. Ale nikt się tu mnie nie czepia ani mnie nie dołuje. No, może z jednym małym wyjątkiem, ale po co mam sobie psuć dzień od rana?
Znowu ziewam. Gdyby ojciec nie wypychał mnie na prawo, nie musiałbym przychodzić tu bladym świtem na fakultet z łaciny. O siódmej czterdzieści pięć w poniedziałek, akcentuje dramatycznie mój wewnętrzy głosik, brat syjamski i doradca w jednym, żerujący głównie na tragediach egzystencji. Idź, idź na tę łacinę, idź na to prawo, udawaj, że jesteś jednym z nich. Słuchaj się tatusia, goń inne szczury, wtop się w tłum, który nigdy cię nie zrozumie, bądź grzeczny, bo nawet bierny opór przekracza twoje siły. Chyba czas się przedstawić. Dominik Emo Santorski, dzień dobry.
Zlewam takich, którzy mówią, że emo jest out. Dobrze mi z nim. Moje emo jest tak out, że aż in. I na pewno, jestem o tym dogłębnie przekonany, każde mi słuchać dużo lepszej muzyki niż upierdliwa technosieczka.
Schody, drzwi, hol, drzwi, korytarz, znów drzwi. Dzwonek. Ziewam trzeci raz i wchodzę do klasy.

XXX

Po jakiego diabła on tu siedzi? Dobrowolnie, w poniedziałek rano?
Zastanawiam się nad tym, od kiedy pod koniec tego półrocza walnęli nam pierwsze fakultety. W radosnych podskokach pozbyłem się wtedy biologii, otrzepałem z geografii, rytualnie spaliłem zeszyt z chemii. Zostawiłem fizykę i jeden dodatkowy język, żeby mieć jakieś wyzwanie. Reszta pozostała obowiązkowa.
Niech mi w takim razie ktoś powie, na co Lubomirskiemu łacina, skoro wybiera się na studia techniczne. Cholerny analityczny umysł, mistrz nauk ścisłych, siatkówki, deski na halfpajpie, zarządzania klasowym pogłowiem i wkurzania mnie do białości. Chociaż jak trafi mi się nie najlepszy dzień, moje wypieszczone emo woli nazywać to ostatnie sianiem niepokoju.
Jesteśmy prawie w komplecie. Łaciny potrzebuje większość. Grubo ponad pół klasy wali na medycynę, prawie cała reszta na prawo tak jak ja. Na lekcji brakuje tylko nawiedzonych artystów planujących architekturę lub dizajny tego i siamtego. Ci wysypiają się z definicji, ambicje tego typu zobowiązują.
Więc czego on tu chce, pan genialny przyszły inżynier? Też kocha wyzwania?
Odwracam głowę w lewo do rzędu obok. Aleks sunie wzrokiem po linijkach tekstu, co kilka sekund regularnie powraca ciemny błysk jego oka. Od czasu do czasu przerywa na moment i zerka na produkującą się pod tablicą Martę. Zwiniętą pięść oparł o wysoką kość policzkową. Jedna kostka na jego dłoni jest obita, ciągnie się od niej cienkie, podłużne zadrapanie, podkreślone świeżo zakrzepłym strupem. Jego koniec ginie pod krążkami skórzanych bransoletek.
Czuję nagły niepokój.
Marta, obryta jak kret, nawet się nie zająknie. Kosi przekład w tempie kałasznikowa, rozbiera zdania na golasa, śpiewa odmianami. Takiej to łatwo, dostała po tatusiu zestaw romańskich genów w pakiecie. Kątem oka rejestruję niewielki ruch po lewej. Zaczytany Lubomirski wyciąga drugą rękę i skubie palcami skaleczenie, bezwiednie odrywa kawałek strupka. Pod spodem pojawia się mała, okrąglutka kropla krwi. Nie mogę oderwać od niej oczu, boję się, że przegapię moment, kiedy zacznie matowieć przed skrzepnięciem na nowo. Idealna chwila, by ją zlizać, cierpki, szczypiący smak krwi jest wtedy najlepszy. Wyobrażam sobie, jak przesuwam językiem po nadgarstku Aleksa.
No i, cholera, jednak zepsuję sobie dzień.

XXX

Historia. Głodny jestem.
Dziewczyny mają liczenie kalorii, proteiny i inne dukany, ja mam przemianę materii. Na śniadanie wciągnąłem trzy croissanty i pół litrowego kubełka naturalnego jogurtu zmieszanego z siekanką ogórków, pomidorów i rzodkiewek, a mam wrażenie, jakbym zaraz miał umrzeć z głodu. Spalam wszystko, zanim zdążę przełknąć.
Nadia nie umie inaczej, niż zaciągać kremówką, smażyć na maśle i produkować zupy i sosy tak zawiesiste, że aż łyżka staje. Pożeram wszystko, co wjeżdża na stół i ciągle jestem chudy, a niektórzy z irytacją w głosie twierdzą, że poza tym również tyczkowaty, nietabelkowy i żeby coś porządnie na mnie leżało, trzeba to uszyć na miarę.
Nie lubię tylko słodkiego. To dlatego jego włosy, oglądane pod światło, nie mają dla mnie koloru gorzkiej czekolady, ale przypominają środkową warstwę w latte macchiato, tę najciemniejszą, na dole której espresso delikatnie przechodzi w mleko pod spodem.
Oblizuję wargi. Jeszcze bardziej niż jedzenia chce mi się kawy.
Lubomirski siedzi na historii w rzędzie pod oknem. Szarość dnia znika na chwilę, promień słońca przebija chmury, wpada ukośnie do klasy, kładzie się na głowie Aleksa. Espresso prześlizguje się refleksami po jego nastroszonej grzywie i czuję, jak ślina coraz mocniej napływa mi do ust.
W dni tak niedobre jak ten zdecydowanie wolę, gdy pochmurna pogoda wykazuje nieco więcej konsekwencji.

XXX

Quod erat demonstrandum. — Aleks odkłada kredę i strzela palcami, strzepując jej resztki na podłogę.
Barwińska robi potrójny podbródek, a potem zsuwa okulary na czubek nosa i patrząc ponad ich brzegiem zaczyna sprawdzać, czy dowód na tablicy został wyprowadzony poprawnie. Wlepiam wzrok w zagryzmoloną równaniami i łukami funkcji taflę, żeby nie zasnąć. Kawy. Kawy mi dajcie, dożylnie, w trybie natychmiastowym.

Udowodnij prawdziwość twierdzenia:
Trójkąt o bokach określonych równaniem n²+1, n²–1 oraz 2n (gdzie n1) jest trójkątem prostokątnym.
Używając kontrprzykładu udowodnij, że przeciwieństwo twierdzenia jest fałszywe.

O w mordę jeża. A zadanie podobno łatwiutkie, na rozgrzewkę przed łomotem, jaki Barwińska zaraz spuści nam na lekcji. Maleńkie ćwiczonko na dzień dobry, zachętę i celujący dla ochotnika.
Kontrola nie ma sensu, Lubomirski to pieprzony geniusz matematyczny.
Barwińska wydaje z siebie nosowe pomruki i schodzi stopniowo wzrokiem w dół tablicy. Pomruki są aprobujące. Tłuste podbródki rozpłaszczają się na musztardowym golfie coraz mocniej, w miarę jak zbliża się do końca wywodu. Gapię się na fałdy starej skóry, są fascynujące w swojej brzydocie. Wolę już patrzeć na nie niż znów na Aleksa, który wisi Barwińskiej nad karkiem z dłońmi opartymi o biodra i ustami wykrzywionymi na pół ironicznie, na pół lekceważąco, jakby chciał powiedzieć „na co ty jeszcze tracisz czas, kobieto, stawiaj mi ten celujący i zajmij się lepiej bałwanami pokroju Santorskiego". Mógłbym się założyć, że tak właśnie myśli, bo nagle czuję na sobie jego świdrujący wzrok. Odrywam oczy od imponującego podgardla i patrzę na niego, ale szybko wraca spojrzeniem do robiącej ciągłe hmm-hmm Barwińskiej. Nie pozbył się dokładnie kredy z palców, na jego dżinsach widać białą, pudrową smugę, przebiegającą ukośnie od kości biodrowej do rozporka. Pospiesznie przenoszę wzrok na tablicę i próbuję skupić się na jednym z fragmentów, nabazgranych ręką Aleksa.

Suma kwadratu długości przyprostokątnych wynosi
(n² – 1)² + (2n)² = n4–2n² +1+4n² = n4+2n²+1
Kwadrat długości przeciwprostokątnej wynosi (n²+1)²
(n²+1)² = n4+2n²+1
Tym samym suma kwadratu długości przyprostokątnych…

Zjeżdżam wzrokiem na sam dół tablicy.

Załóżmy, że w trójkącie prostokątnym abc długość przeciwprostokątnej a = 65 i przyprostokątnej b = 60
Wtedy
c = √ (a²–b²) = √ (65² –60²) = √ (4225–3600) = √ 625 = 25
Określmy a = n²+1 = 65
Wtedy n = √ (65–1) = √ 64 = 8
Tym samym (n² –1) = 64–1 = 63 ≠ b = 60 ≠ c = 25
2n = 16 ≠ b = 60 ≠ c = 25
Z czego wynika, że trójkąt abc jest prostokątny, ale nie może zostać określony równaniem n²+1, n²–1 oraz 2n (gdzie n1)

Jasna cholera, co za hieroglify.
Nie jestem dobry z matmy. Wolę abstrakcję na innej płaszczyźnie. Nie pojmuję tej nauki, mózg mnie od niej boli, ale nie wiem, czemu miałbym odmawiać szacunu tym, którzy ogarniają jej otchłanie. Czasem, jak mam dobry dzień, udaje mi się nawet sobie wmówić, że tylko na tym opiera się niechętny podziw, jaki wzbudza we mnie Lubomirski.
Ale dziś, to chyba jasne, nie jest dobry dzień.

XXX

Wyzwanie wyzwaniem, ale w tym przypadku to akurat sam do końca nie wiem, czemu tu siedzę. Nie mam talentu do tego języka, nie podoba mi się jego brzmienie, trawię go tylko w wydaniu Rammsteina, gdy moje emo ma swój dzień. W dodatku jest trudniejszy niż angielski, trudniejszy nawet niż pieprzona łacina o siódmej czterdzieści pięć rano.
Na fakultet z niemca chodzi może z dziesięć osób na krzyż. Oprócz mnie Zimmer, Pietrukaniec, Dubois-Kos, kujonka jedna, ona na wszystko chodzi, Anielewicz, Galas, Dobuszewska, Bielak, Tumialis. I Lubomirski. Oczywiście, jego tu nie może zabraknąć, zdaje niemiecki na maturze i wybiera się na studia do Niemiec. Jak ten gostek mnie irytuje. To nienormalne wiedzieć tak dobrze już od pierwszej klasy, co i gdzie chce się robić.
Voß rozdaje nam kopie. Kawałek tekstu i jego ulubione ćwiczenie, dialog na temat. Jest nas mało, siedzimy wokół zestawionych w duży prostokąt ławek. Obok mnie Karolina, z drugiej strony Anka. Z tą ostatnią przymierzam się do nieszczęsnego dialogu, skoro już trzeba.
Heute mischen wir die Sitzordnung ein wenig auf — mówi Voß i choć robi to powoli i wyraźnie, dopiero po chwili łapię, o co mu chodzi. — Steht auf, wechselt die Plätze. Marta bleibt wo sie ist, Dominik auch, Bartek tauscht den Platz mit Marek, Patrycja macht dasselbe mit Karolina. Wiktoria, komm hier rüber, an Mariusz Platz. Ania, und du hier. Dominik, Aleks, zusammen. — To ostatnie rozumiem za to od razu i aż nazbyt dobrze.
Szuranie odsuwanych krzeseł, krótki zamęt, większość wstaje i zamienia się miejscami. Nie ruszam się z krzesła zgodnie z poleceniem Voßa. Dubois-Kos też zostaje tam, gdzie siedziała. Lubomirski zabiera swoje ksero razem z notatkami i przysiada się do mnie.
Nachylamy się razem nad kartką, mordujemy tekst do końca, zaczynamy dzielić role. Jest źle. Moje IQ z marszu spada o trzydzieści oczek, gdy mam zrobić coś kreatywnego w tym języku. Aleks ciągnie dialog naprzód, podtyka mi pod nos odpowiedzi, prowadzi mnie przez ćwiczenie za rączkę. To już wkurw, a nie irytacja gościem. Czuję ciepło bijące od jego ramienia i to, czym natarł się dziś rano po goleniu. Nie umiem wyraźnie zidentyfikować zapachu. Chyba Fierce. Stuka niecierpliwie ołówkiem w tekst, pokazując mi właściwy rodzajnik, przy którym się zawiesiłem. Nachyla się przy tym niżej nad ławką. W polu widzenia, z bardzo bliska, pojawia się jego zadrapany nadgarstek. Przelotnie dotyka kolanem mojego uda. Urywam w pół podsuniętego mi słowa i definitywnie gubię wątek. Lubomirski wykrzywia usta, przechyla głowę i zerka na mnie od dołu, znad skopanego dialogu, uśmiechając się złośliwie.
Kurwa, kurwa. Dawno nie miałem tak złego dnia.

XXX

Z pójścia na fizykę rezygnuję, zanim się jeszcze zaczyna. Degrengolada w mózgu po żenadzie na niemcu skrystalizowała się jako dzisiejszy stan ostateczny. Nie widzę powodów, żeby się dodatkowo dołować. Poza tym, co ja tam stracę? Następne pole do popisu dla pana L.? To nie fakultet, to jakaś farsa, pierdolona osmoza ścisłych umysłów, jedna wielka odjechana dysputa między nim a Fryszkowskim, który jest tak nawiedzony, astrofizyk skubany z główką nomen omen wiecznie wśród gwiazd, że nie widzi nawet, jak reszta klasy przysypia, kiedy on się nakręca w duecie z Aleksem.
Idę do kafeterii na syf, który sprzedają tam jako kawę. Biorę piankowy kubek, ostrożnie pociągam łyk, parzę się w język, ale jak jest jeszcze bardzo gorące, nie czuć, co to za lura. Wychodzę przed szkołę na fajkę. Nie mam za bardzo dokąd pójść, a Jacek będzie zgodnie z planem dopiero za niecałą godzinę. Pooddycham trochę smogiem i posłucham krakania skrzydlatych szczurów. Wszystko lepsze niż ten cholerny cyborg, rozwalający kolejne równanie.
Spokojnie, Dominik. Zaraz przerwa na obiad, śmigniesz do domu, później sobie trochę odpoczniesz, na piątą jeszcze judo i zły dzień masz z głowy. Nie, wróć, stooop. Nie ma tak lekko.
Bo kogo przydzielił ostatnim razem trener do mojej pomarańczowej grupy? Żeby podniósł jej poziom swoim zielonym pasem? No jasne, że Lubomirskiego.
Boję się otworzyć lodówkę.

XXX

Klub judo jest w tej samej dzielnicy co szkoła. Jacek odbiera mnie z domu, zostawia pod halą i mówi, że przyjedzie za półtorej godziny.
Jestem tu dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i środy. Do niedawna przynajmniej tutaj nie obawiałem się żadnych kolizji, bo grupa Aleksa miała swoje dni we wtorki i czwartki. Trudno, trzeba zaklasyfikować to jako następne wyzwanie.
Mam szczęście. Lubomirski najpierw się spóźnia i nie muszę się o niego potykać w szatni, a potem ćwiczy w przeciwnym rogu sali. Mistrz nie dał mi go dziś do pary, rzuca więc o matę mniejszymi farciarzami niż ja. Wygląda na to, że paskudny dzień może mieć całkiem znośne zakończenie.
Rewiduję tę myśl tuż po treningu. Stoję właśnie pod prysznicem, kiedy zjawia się rozebrany Aleks z ręcznikiem na ramieniu i wchodzi do sąsiedniej kabiny. Widzę go tylko krótko, bo zaraz się odwracam, ale i tak udaje mi się zobaczyć wystarczająco dużo. W szkole po wuefie zawsze przemykam się pod prysznic tak, żeby nie dojrzeć za wiele u innych i żeby i u mnie nikt nie dojrzał tego samego. Czasem ktoś mi mignie, jasne, tego nie da się uniknąć, ale Lubomirskiego w takim wydaniu nie widziałem jeszcze nigdy. Z ogólnej szatni wiem tyle, że jest szczupły i napakowany, bez przesady, ale widać, że oprócz judo pływa, chodzi na siatkę i puszcza się z deską. Lekko wklęsły brzuch. Klata trochę owłosiona, nogi i przedramiona też czarno zarośnięte, nie za gęsto. Absolutną nowością jest, że wiem teraz, że ma dużego. To jeszcze o niczym nie świadczy, bo o broni w stanie spoczynku wiele powiedzieć nie można. Nie świadczy też niczego o mnie. Faceci często dokonują porównań. Odruchowo, bez żadnych podtekstów. Tak jak babki robią sobie wzajemnie skan wielkości cycków albo szerokości tyłków. Dla sportu, z zazdrości, z ciekawości lub bez żadnego z tych powodów. Po prostu ludzie tak robią.
Nie jestem głupi. Nie raz i nie dwa zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jestem gejem. Przyszło mi to do głowy już dawno, kiedy zauważyłem, że nic sobie nie robię z dziewczyn. Nie żeby mi były całkowicie obojętne, zwłaszcza jeśli są ładne i estetyczne, ale sam z siebie nigdy bym nie wpadł na to, żeby o nie celowo zabiegać. Same do mnie lgną, czasem się jakaś przyklei na imprezie mocniej niż zwykle. W zeszłym roku nie mogłem opędzić się od Julki z trzeciej a. Przyczepiła się do mnie na dobre, z fejsa mi zejść nie chciała, od jej esemesów padła mi karta w telefonie, powtarzała w kółko, że wyglądam jak główny bohater z jej ulubionego anime i czy nie założyłbym fioletowych soczewek, tak by dopełnić jej szczęścia? A gdy w maju na wycieczce wlazła mi do łóżka, to ją w końcu bzyknąłem, niech ma i da mi święty spokój. Jak było? Nijak. Taka masturbacja z użyciem człowieka. Z dwojga złego wolę już zrobić to sobie sam.
Skoro niezupełnie dziewczyny, to pewnie chłopcy. Nie byłoby z tego żadnego dramatu, emo by się nie najadło. Zwisa mi równo, co pomyślałaby klasa, rodzice i znajomi królika. Skonsultowałem więc mój przypadek z wszechwiedzącym netem i spróbowałem postawić sobie diagnozę. Zrobiłem przebieżkę po portalach dla homoseksualistów, popatrzyłem na odpowiednie obrazki, pooglądałem bardzo pouczające filmiki, porozmawiałem z ludźmi, którzy znają to z pierwszej ręki. Raz nawet poszedłem do klubu dla gejów i omal w mordę nie dostałem za to, że ludzi w ciula robię. I co? I nico. Stwierdziłem, że goli, seksowni faceci wzbudzają we mnie takie same emocje co gołe, seksowne dziewczyny. Znaczy tyle co nic. W najlepszym wypadku leniwe zainteresowanie. Czyli co ja jestem? Ukryty aseks, przyczajony bi? A może latający pies?
Wcale niezła opcja. Gdyby nie Lubomirski, fruwałbym sobie teraz pod prysznicem, poszczekując beztrosko. Ale nie, ten dupek musi przecież zatruwać mi życie, to jego ustawienie fabryczne.
Jedna jaskółka nie czyni wiosny, jeden facet nie zamieni cię w geja. Dobra, przyznam się. Na myśl o nim robi mi się gorąco. W twarz, w brzuch i ze złości. Koleś za bardzo mnie wkurwia, żebym napalił się na niego do końca i za bardzo mnie kręci, żebym znienawidził go bez reszty. Więc bujam tak sobie gdzieś pomiędzy. Jeśli mam dobry dzień, jest więcej jednego, jeśli zły — drugiego. Cholernie, ale to cholernie męczący stan.
Dlatego zamiast otwarcie myśleć o nim, gdy sobie trzepię, wolę raczej nie myśleć o niczym.
Zabiłby mnie śmiechem, gdyby się dowiedział o moich rozterkach. I bez tego gnoi mnie na każdym kroku. Już sobie wyobrażam, jak bym mu „zrobił dzień". Poza tym, jaki w tym sens? Aleks to hetero jak ta lala, jestem pewien, że kosi laski jedną za drugą. W kolejce do niego stoją. Gdybym był dziewczyną, sam bym stanął. Och. Tylko nie to. À propos stanął. Kurwa, co za dzień.
— Ty, Dominik, masz tam szampon?
Podskakuję i odruchowo zakrywam dłońmi krocze. Kurwa, kurwa, kurwa. Chwytam butelkę, na oślep wystawiam ramię z kabiny i stukam nią o ściankę działową. Lubomirski przejmuje szampon i mruczy krótkie podziękowanie.
— Oddasz mi w szatni, dobra? — mówię i puszczam strumień zimnej wody, żeby to i owo mogło ochłonąć, a potem biegiem wylatuję spod prysznica i lecę się ubrać. Dzień jest stanowczo zbyt zły, żeby pogarszać go widokiem Lubomirskiego, niespiesznie wciągającego na siebie ciuchy. Skompromitowałbym się ostatecznie i bardzo jednoznacznie. Energicznie trę grzywkę ręcznikiem, zaplątuję się w koszulkę, która klei mi się do wilgotnego jeszcze grzbietu, skacząc na jednej nodze wbijam się w spodnie, byle szybciej, chcę już stąd wyjść. Jezu, skarpetki są czasem po prostu wkurwiające. Wciskam je do kieszeni dżinsów. Prawie funduję sobie nieumyślne bondage palców, próbując błyskawicznie zasznurować czaksy. Nie dosuszam włosów, naciągam na nie kaptur bluzy, chwytam torbę i gnam przed siebie. Schody, zbiegam po nich już trochę spokojniej, w porządku, żadna erekcjogenna wizja już mnie tu nie dopędzi, na dziś koniec niepokojów. Zwalniam do normalnego tempa, popycham drzwi. Po parze łaźni zimno zapiera oddech w piersi i brutalnie wali w twarz. Samochód już czeka. Wsiadam, wciskam słuchawki na uszy, bo Jacek znów atakuje wczesnowieczorne korki klubową rąbanką, o rozmowie z nim nawet mi się nie śni, zamykam oczy, odpływam. Byle nie za bardzo, w dni tak złe jak ten muszę się mocno pilnować, żeby nie odlecieć zbyt intensywnie, inaczej cała ucieczka pójdzie się kochać, a z mroku wystrzelą nagle pokryte czarnymi włoskami ramiona Aleksa, złapią mnie mocno od tyłu i pociągną za sobą, w ciemność.
Jazda trochę trwa. Nasz dom stoi już właściwie poza miastem.
Duży, piękny dom z ogrodem, sauną, basenem i gosposią ze śpiewnym akcentem. Jestem szczęśliwym chłopcem. Mam wszystko, czego dusza zapragnie. Przestronny pokój z ukośnym sufitem i wielkim oknem w dachu, przez który na gwiazdki mogę tęsknie patrzeć, gdy moje emo jest w nastroju. Wakacje pod palmą, ciepłe posiłki dwa razy dziennie, internet bezprzewodowy. Żyć nie umierać. A moi rodzice! Trudno o lepsze wsparcie. Wynajęli Jacka, żebym nie bratał się z plebsem w komunikacji miejskiej ani niepewnym elementem, jakim są przypadkowi taksówkarze. Dużo ze mną rozmawiają. Matka jakby trochę więcej.
— Dominik, w maju matura.
— Dominik, dla ciebie prawo to jedyny sensowny kierunek z przyszłością.
— Dominik, masz chyba jakieś ambicje, prawda? Nie chcesz dojść kiedyś do tego co my?
(Mowa o dwudziestogodzinnym dniu pracy, mamo? Eee, to ja może jednak postoję.)
— Dominik, oczu ci już nie widać, weź zrób coś z tą grzywką, czy ty w ogóle możesz odczytać, co w szkole na tablicy napisane? Pamiętaj, że w maju matura.
— Dominik, będę pewnie dopiero jutro, nie siedź całą noc w internecie.
— Dominik, pospiesz się, idziemy do opery, to ważne spotkanie dla ojca. No i ubierz się jak człowiek, choć ten jeden raz, co to za spodnie, gdzieś ty je kupił, czy ten rozporek koniecznie musi być otwarty? Co? Nie, Dominik, to ty się nie znasz, ja siedzę w branży i wiem lepiej.
— Dominik, studniówka za miesiąc, garnitur byś przyszedł przymierzyć. Z kim ty wreszcie chcesz tego poloneza zatańczyć?
— Dominik, a ten lakier na paznokciach to już zawsze będzie?
— Oj Dominik, nie nudź, porozmawiasz o tych nartach z ojcem później, kiedy wróci. O ile w ogóle dziś wróci.
— Dominik, czy ty czasem nie dostajesz od nas za dużo?
Mało kto ma tyle co ja.
Musiałem jednak trochę za bardzo odlecieć, bo gdy Jacek trąca mnie w kolano przed bramą domu, przytomnieję z bolesną ciasnotą w spodniach i emo na wielkim głodzie.
Dzień musiał być naprawdę, ale to naprawdę do dupy, skoro mój wewnętrzny głosik domaga się zakończenia go słuchaniem Placebo.

2

Stosik białych karteczek na blacie przed trzyosobową komisją. Wybieram jedną i odwracam. Hamlet. Lepiej być nie może. Oby tak mi się trafiło i na prawdziwej maturze. Unoszę z zadowoleniem brwi, wracam na miejsce koło drzwi i siadam obok Aleksa.
Lubomirski zagląda mi przez ramię.
— Książę wyciągnął księcia — mówi ironicznie, a ja się zastanawiam, czy doszukiwać się w tych słowach jakiejś dwuznaczności, czy lepiej dać sobie spokój. A tam, niech bredzi. Pewnie trzęsie portkami, palant jeden. Na polskim z nas dwóch to on musi się spinać, żeby nie odpaść. Może gdy tak tu opowiadam, to nie widać, ale jak się postaram, potrafię budować całkiem zgrabne wypowiedzi, w mowie i na piśmie. I lubię zastanawiać się nad tym, co czytam. A czytam raczej sporo.
Miałem zdawać dopiero w piątek, razem z resztą na literę S. Ale że Leszczyński zachorował i zwolnił miejsce, skorzystałem, będę miał to szybciej za sobą.
Wywołują Lipińską. Wciąga powietrze z kwikopodobnym odgłosem i rusza do boju. Patrzę znów na swoje pytanie, zaczynam układać zdania w głowie. Polka jąka się przed komisją, myli i plącze w zeznaniach, ale jakoś brnie. Próbuję dojrzeć dyskretnym zezem, co wyciągnął Lubomirski, ale trzyma kartkę tak, że musiałbym się przechylić i spojrzeć od dołu. Przecież go nie zapytam otwarcie, bo znów walnie jakiś beznadziejny komentarz. Pola kończy wreszcie i wraca do nas, spocona jak ruski termos. Pada na krzesło i od razu zakłada nerwowo nogę na nogę, stopa jej podryguje. No ludzie, dajcie sobie na luz, to tylko próbna matura.
Głos Centki odbija się od ścian pustej sali.
— Następny pan Dominik Santorski. Dominik, prosimy.
Aleks daje mi prztyczka w biodro, wstaję szybciej, niż zrobiłbym to normalnie i sunę w stronę trójcy przy stoliku. Nie mam nawet czasu przekląć go w duchu.
Wałomski patrzy na mnie znad okularów.
— Jakie wylosowałeś pytanie?
— „Świat wyszedł z formy. I mnież to trzeba wracać go do normy!" Jak rozumiesz słowa Hamleta?
— Jak rozumiesz słowa Hamleta. No właśnie, jak?
Nabieram tchu. Dalej, Dominik, cała naprzód.
— Hamlet szuka sposobu wcielenia prawdy, demaskując fałsz i hipokryzję, która jest wokół niego i w tym celu przywdziewa… — urywam na chwilę, bo za plecami słyszę jakiś dziwny dźwięk, jakby ktoś chciał sobie wyssać coś spomiędzy zębów —… maskę. Odgrywa… — Rozlega się drugie cmoknięcie, tym razem głośniejsze, a zaraz za nim karcący syk Lipińskiej. No nie, zajebię gościa. — Yyy… Odgrywa to… yyy… odgrywa… — Kompletnie nie wiem, co chciałem powiedzieć, robię błyskawiczny reset i zaczynam od nowa, inaczej. — Wszystko, co głębokie, przywdziewa maskę, a w sztuce często pojawiają się postaci błaznów czy szaleńców, którzy swoimi czynami demaskują zło.
Centka i Wałomski wymieniają szybkie spojrzenia w swoim konspiracyjnym kodzie, kiwają głowami. Dyrektor gestem ręki nakazuje mi mówić dalej.
Po wszystkim odwracam się i idę w stronę naszych miejsc. Złość we mnie bulgocze, mogło być lepiej, gdyby Lubomirski mi nie przeszkodził. Zbliżam się i patrzę na niego, staram się, żeby w moim wzroku zobaczył tylko politowanie. Nie musi wiedzieć, że udało mu się wkurwić mnie na całego. Dla lepszego efektu wzruszam jeszcze ramionami. Centka wywołuje jego nazwisko, Aleks wstaje, gapi mi się z bezczelnym uśmieszkiem prosto w twarz. Zaciskam zęby. Rusza do odpowiedzi, wymija mnie i na koniec posyła strzałę w plecy:
— Książątko w masce błazna.
Dziś jest dobry dzień. Zero dziwnych ciągot, myślę tylko o rzeczach normalnych. Przykładowo takich jak ta, że jeszcze jedno zagranie w tym stylu, a mu wpierdolę. Przysięgam.
Jestem tak zły, że nawet nie słucham, co ten idiota wygaduje przed komisją.

XXX

Lubomirski przewalił ustną z polaka. Dostał ostrzeżenie, że gdyby chodziło o prawdziwą maturę, mogłoby mu to mocno zaszkodzić. Przez resztę dzisiejszych lekcji uważanie jest dla mnie sprawą wyłącznie opcjonalną. Mały mściciel w mojej głowie za bardzo cieszy się z porażki tego frajera. Jako-tako opanowana łacina jeszcze nie wystarczy, żeby zrobić z ciebie minimum humanisty konieczne do zdania egzaminu dojrzałości, drogi Aleksandrze hrabio Lubomirski.
Piękny, ach naprawdę piękny dzień.
Gdy wychodzę po lekcjach przed szkołę, jak zwykle stoi pod schodami z resztą deskofilów. Zbiegam po stopniach, a kiedy ich mijam, z pełną i rozkoszną premedytacją wydaję z siebie donośne, przeciągłe cmoknięcie.
Udało się. Lubomirski robi krótki wypad w moją stronę, wyrzuca ramię nad głowę i pokazuje mi trzy zamaszyste fakolce, jakby chciał zarzucić na mnie lasso. Oj, oj, to lekka żenada tak tracić fason, mój ty El Commandante. Odpowiadam mu wyważonym, pojedynczym wystawieniem palca, nie zapominam przy tym o odpowiednim uśmiechu. Wkurw bierze go na maksa, łapie za leżącą u stóp deskę i ciska nią we mnie z całej siły.
Uskakuję w ostatniej chwili. Nieee no, facet, wyluzuj, czy to moja wina, że zrobiłeś z siebie durnia na próbnej? Deska z łomotem spada na chodnik, jedno kółeczko kręci się jak oszalałe, a część agresywnego impetu przenosi się na mnie. Tracę dobry humor i wyobrażam sobie, jak biorę rozpęd, daję mu solidnego kopa prosto w splot słoneczny i posyłam na ziemię, zwalam się na niego, unoszę zwiniętą pięść nad jego wykrzywioną gębą, jeszcze raz patrzę w zmrużone, brązowe oczy i… Moja pięść mięknie, słabnie, opada i zamiast z trzaskiem wylądować na ostrej, wystającej kości policzkowej, rozwija raptem czułe macki palców badające łuk jego żuchwy, a wtedy on…
Kurwa, nie! Dziś jest dobry dzień, mój dzień!
Mam ochotę przystanąć, podnieść tę cholerną deskę Lubomirskiego z ziemi i kilkakrotnie rąbnąć nią sobie w łeb. Albo lepiej wykrzystać w tym celu coś bardziej neutralnego niż jego własność. Mur szkolnego budynku byłby jak znalazł.
Odchodzę, byle dalej stąd. Miejsce, w którym Jacek czeka zwykle w samochodzie, jest puste. Wzdycham z irytacją.
— Dominik!
Odwracam się. Karolina. Biegnie za mną, powiewa rozpiętym płaszczykiem, koczek jej się rozsypuje. Zwalniam, zatrzymuję się. Hamuje mi ostro przed nosem z piskiem obcasów, wbija ręce w kieszenie, kręci się na pięcie, przechyla głowę, zerka na mnie od dołu. Jeju, babska mowa ciała to język, przy którym z niemieckiego jestem geniuszem. Pytam więc grzecznie:
— Tak?
— Słuchaj, Dominik — zaczyna rzeczowo, ale zaraz zmienia ton. — Co taki smutny jesteś?
Patrzę na nią uważniej, bo pytanie jest jakieś… tendencyjne. Tendencyjne w sposób, który pachnie Julką z trzeciej a.
— Ja? Smutny? Nie jestem smutny.
Karolina buja się na piętach.
— Nie? To dobrze. Słuchaj, wiesz już, z kim idziesz na studniówkę?
Dobra, spróbuję z nią pogadać w jej języku. Aktywuję translatora.
— Może tak, może nie.
Wygląda na to, że to jest to, co chciała usłyszeć.
— Nie poszedłbyś ze mną?
Volvo, którym Jacek wjeżdża w boczną alejkę, ratuje mnie przed koniecznością bezpośredniej odpowiedzi. Odwracam się lekko w stronę samochodu, patrzę, jak Jacek wykręca, cofa i wreszcie zatrzymuje obok nas. Pukam mu w szybę, opuszcza ją.
— A możemy następnym razem prosić punktualnie? — pytam swoim specjalnym tonem, pochylając się nad oknem. Karolina chichocze.
— Korek przy Ślężnej był większy niż zwykle. Nie czekał pan dłużej niż pięć minut — odpowiada Jacek, sięga po paczkę papierosów na fotelu pasażera, ale zaraz ją puszcza, uświadamiając sobie, że nie ma czasu na fajkę, bo ja już tu jestem i czekam na niego.
— Pięć minut to raczej trzeba być przed czasem, dobrze? — mówię. Jacek ni to przytakuje, ni to kiwa głową na boki. — Dzięęękuję. — Podkręcam i wybijam środkowe „ę", to zwykle działa. Prostuję się i odwracam. Karolina dusi się ze śmiechu. Patrzę na nią i pytam ruchem brwi, co ją tak rozbawiło.
— Nauczysz mnie tego „dziękuję"? Mówisz to tak, że ludziom w pięty idzie.
— Ważne, żeby jemu w pięty poszło. Szczególnie w tę od gazu — odpowiadam, a Karolina aż się zapowietrza. Po chwili uspokaja się, wraca do kręcenia nogą dziury w chodniku, kryguje się. Wyraźnie coś kombinuje.
— To co? Pójdziesz ze mną? — pyta znów, a ja robię wszystko, żeby zyskać na czasie. Najchętniej wsiadłbym do samochodu i odjechał, ale jak na złość Jacek nie próbuje mnie dziś subtelnie poganiać. Pewnie chce się zrehabilitować za spóźnienie. Czego ta Karolina chce? Jaja sobie jakieś robi? To taka klasowa samica alfa, Lubomirski w spódnicy, może mieć na studniówkę kogo chce, jego zwłaszcza. A może właśnie on ją na mnie nasłał? Nie no, nie popadajmy w paranoję.
Patrzę znów na Karolinę i uśmiecham się niezobowiązująco. Hmm, brać ją czy nie? W sumie to miałem zapytać Magdę, nie dlatego, że mi się jakoś szczególnie podoba, ale żeby zrobić na złość Aleksowi, który na nią ostatnio leci. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dobrze pamiętam, co było w zeszłym miesiącu na osiemnastce Wiki. Magda ubzdryngoliła się wtedy jak autobus i siedziała mi cały czas na kolanach, obejmowała za szyję, przypalała fajki, poiła piwem. A potem zaciągnęła mnie do pustego pokoju, wepchnęła w kąt, rozpłaszczyła na ścianie i dobrała mi się do rozporka. Umiem być towarzyski i uprzejmy, szczególnie po kilku piwach, więc wsadziłem jej łapę pod spódnicę i jeszcze głębiej. Byłem tak miły, że aż mnie ręka rozbolała. Kobiety mają dziwną anatomię, śmiesznie zakręcają za winkiel i żeby włożyć palec do środka, trzeba porządnie wygiąć nadgarstek, zwłaszcza kiedy różnica wzrostu jest spora. Od wewnątrz też są w dotyku jak kosmita, wystraszyć się można, gdy ostro skurczą te swoje mięśnie. Magda to wtedy raz zrobiła, a ja myślałem, że mi palce połamie. No więc stałem tak sobie sprzężony z nią w tym kąciku, gdy nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wlazł Lubomirski, nawalony nie mniej niż Magda. Trochę postał, a gdy oczy mu się już przyzwyczaiły do ciemności, zobaczył nas pod ścianą i wtedy jakby go coś nagle ugryzło, rzucił się na mnie, oderwał siłą od Magdy, wyciągnął z kąta i popchnął tak, że wywaliłem się na podłogę. Odpuściłem sobie rewanż, po co miałem się z nim o nią bić, aż tak mi nie zależało, żeby mi zwaliła do końca.
Ale skoro Karolina podsuwa mi się teraz sama, nie ma sensu tracić energii na zapraszanie innej dziewczyny.
Uśmiecham się ponownie, tym razem już bardziej zobowiązująco. Karolina się rozpromienia, cmoka mnie w policzek, wykręca pirueta na obcasie i odfruwa. Patrzę za nią chwilę, a potem pozwalam Jackowi spełnić swoją powinność.

3

— Za sto dni matura! — mówi Wałomski takim tonem, jakby wręczał zapalnik bomby nadgorliwemu dżihadyście. Nie ma to jak sztuczny, dziarski entuzjazm. Miła odmiana po stosowanej na co dzień przez ciało pedagogiczne metodzie groźby i szantażu. — Matura jest to słowo, które pochodzi od łacińskiego słowa maturus, czyli dojrzały. Życzę wam z całego serca, żebyście mieli odwagę na wyrażanie samych siebie, żebyście się jak najszybciej utożsamili…
Przestaję słuchać, odwracam głowę w bok, zerkam przez ramię. Są, stoją tam wraz z innymi rodzicami, którzy przyszli na część oficjalną, nawet niewiele się spóźnili, nie przepuszczą przecież takiej gratki jak polonez w wykonaniu ubranego w dizajnerski garnitur jedynaka. Matka błyska zębami na prawo i lewo, co moment zbliża usta do ucha ojca, robiąc mu za suflera, wystawia w górę kciuk jako komentarz do sukienki Karoliny. Karolina, wypolerowana na wysoki połysk, trzyma mnie pod rękę i opiera skroń o moje ramię.
Przenoszę wzrok na grupę stojącą po przeciwnej stronie pustego kółeczka, w którego środku przemawia dyrektor. Aleks patrzy na Wałomskiego z poważną miną, najwyraźniej jeszcze się nie znudził, słucha. U jego boku Magda, to było jasne, zapytał ją, gdy tylko Karolina pochwaliła się, że idzie ze mną. Idiota. Ale gajer ma całkiem niezły.
Polonez zaczyna się i kończy bez żadnych potknięć. Moi starzy krążą po sali, uprawiają obowiązkowy small talk, przynudzają. W końcu udaje mi się ich grzecznie wyrzucić, praktycznie bez wysiłku. Są tak dumni z syna, że aż bije od nich blask. Matka, cała podjarana, ściska ojca za ramię. Mógłbym się założyć, że jak tylko stąd wyjdą, zafundują sobie małą rundę tego, o czym wolałbym nie myśleć.
Od czasu do czasu śledzę wzrokiem Aleksa, żeby sprawdzić, czy czegoś nie knuje. Wygląda na to, że dziś nie stanie się nic nadzwyczajnego. Nie zwraca na mnie uwagi, nasze spojrzenia krzyżują się najwyżej raz.
No i super.

XXX

Po pierwszej robi się dużo, ale to dużo mniej oficjalnie. Z nauczycieli zostają tylko niedobitki, które już nawet nie udają, że mają włączony radar na papierosy, zioło i alkohol.
Koło drugiej nikogo już nie obchodzi, co robimy. Zbijamy się w grupę, jest nas dobra połowa klasy. Siedzimy wszyscy luzem na podłodze, parę dziewczyn podostawiało krzesła, oblegają Lubomirskiego. Sam nie wiem jak, ale w którymś momencie ląduję koło niego. Jak nic Karolina musiała mnie zaciągnąć. Jest mi gorąco i powoli robię się trochę śpiący. Wypasiona marynarka od głównego gwiazdora matki poszła w kąt, rozwiązana mucha zwisa po obu stronach kołnierzyka. Piwo szumi mi w głowie już od jakiegoś czasu. Mam małą przerwę w percepcji, dopiero na pisk Magdy wracam z powrotem na ziemię. Justuję słuch. No tak, Polka się rozkręca, dosiada swojego konika. Seksualne podboje, dziś w wydaniu lesbijskim. Lipińska to notoryczna mitomanka. Z tego, co opowiada, trzeba wziąć połowę, przesiać przez gęste sito, z osiadłej na dnie reszty wyciągnąć pierwiastek — Aleks, prosimy — i mniej więcej wtedy się wie, jaki film obejrzała.
— … nie ma faceta, który potrafi zrobić taką minetkę jak Dominika — kończy wywód Polka i reszta wybucha wrzaskiem i śmiechem.
Magda się podnieca, znów piszczy i odkrzykuje Pietrukańcowi, że jasne, całowała się już kiedyś z inną laską. Karolina kuli się ze śmiechu. Aleks przekrzykuje wrzawę i żąda dowodu, tu i teraz ma to zrobić z Karoliną.
Magda się nie szczypie i sunie w dół z krzesła w stronę Karoliny. Ta zatrzymuje ją wyciągniętym ramieniem, nie ma mowy, żeby sprzedała się tak tanio dla uciechy ogółu. Mówiłem już, Lubomirski w spódnicy. Nie, przepraszam, w zajebistej kiecce, która zdobyła nawet uznanie mojej matki.
— Jest taki deal… — zaczyna, gestykuluje dziko i przewraca kieliszek z winem. — Oj, wylało się… No to jest taki deal, że ja się przyliżę z Magdą, a ty — wskazuje Aleksa — ty się przyliżesz z Dominikiem.
Lubomirski patrzy na nią przez moment i trawi jej słowa, ale zaraz się decyduje i przyklepuje handel. Gapię się na nich przez gęstą piwną kurtynę, jakby mnie to w ogóle nie dotyczyło. Zresztą wątpię, czy gdy pierwszy warunek umowy dobiegnie końca, ktoś będzie jeszcze pamiętał o drugim. Za dużo tu facetów, którzy potrafią odlecieć na widok dwóch całujących się ze sobą kobiet.
Magda i Karolina przystawiają się do siebie. Ludzie wokół ryczą, Lipińska dopinguje głośno, Paweł wyciąga komórkę i zaczyna nagrywać. Dziewczyny wciąż się całują, trochę pod publiczkę, trochę nerwowo. Wiercą językami z pokazową werwą, zawrotu głowy można dostać od samego patrzenia. Wreszcie kończą. Piski i gwizdy, Karolina ryczy ze śmiechu i znów trzaska piątkę z Aleksem, a zaraz potem zaczyna skandować razem z resztą dziewczyn wezwanie do wywiązania się z umowy. Nie ruszam się z miejsca i uśmiecham tylko, nie wiem, czy to mają być jaja. Lepiej sobie dalej siedzieć i się nie wychylać. Wola tłumu wywołuje Lubomirskiego do tablicy, bo podnosi się w końcu na kolana, bierze blanta od Marty, ciągnie raz i podaje dalej, do Aśki. Wyraźnie widać, że coś postanowił.
— Ja dotrzymuję słowa — mówi i patrzy wszędzie, tylko nie na mnie. Alkohol ułatwia mi decyzję. Ruszam się. Klęczymy naprzeciwko siebie, zaczyna mi się robić dziwnie i lekko, jakbym znalazł się w jakimś innym wymiarze, gdzie wszystko jest dozwolone. Uśmiech nie schodzi mi z ust, opuszczam lekko głowę i patrzę na niego zza rzęs. Aleks upija łyk piwa i podaje mi butelkę. — Chcesz przedtem łyczka?
Kiwam głową. Bąbelkowaty chłód zwilża mi krtań i co ważniejsze: usta. Dziewczyny drą się coraz głośniej, zaczynają odliczać. To chyba mit, że dwie całujące się babki są silniejszym stymulantem niż dwaj całujący się faceci. Hej, stooop. Całujący. Się. Faceci. Ja to zaraz zaliczę, w wersji jak najbardziej aktywnej i dostępnej publicznie. Pierwszy raz w życiu. Z nim, z Lubomirskim, który właśnie przysuwa się niebezpiecznie blisko.
Trzeźwieję, ale nie na tyle, żeby się wycofać. Zamiast tego spuszczam wzrok i zawieszam go na jego półotwartych ustach. Aleks kładzie mi jedną dłoń na twarzy, jego kciuk muska ucho, a mały palec szyję tuż pod szczęką. Moja ręka wysuwa się sama i dotyka jego boku. Tętno zaczyna szaleć, w zwariowanym tempie przerabiam promile na nicość i wyostrzam zmysły. Rozchylam wargi i z wielką, przerażająco wielką ochotą tracę resztki wątpliwości.
Wpasowujemy się w siebie z zadziwiającą swobodą, czysto i bez zgrzytów. Jego druga dłoń leży nagle na moim barku, odpowiadam mu, obejmując go wolnym ramieniem i przyciągając bliżej. Całujemy się bez najmniejszego skrępowania i przesady, z jaką robiły to dziewczyny. Język Aleksa porusza się we mnie niespiesznie i równomiernie, jakby zlizywał krem z ciastka, dokładnie i z oddaniem sprawie.
Tracę poczucie czasu. Nie wiem, kiedy odrywamy się od siebie, wiem tylko, że to musiał być on, bo sam nigdy nie przerwałbym tego pocałunku z własnej woli. Słyszę opętańczy wrzask kibiców i jego radosny śmiech. Ktoś klepie mnie po plecach, ktoś krzyczy mi do ucha „Aleście się wczuli, Mariusz musiał go od ciebie odciągnąć!". Powolutku opadam na podłogę, wyłączam audio i oddaję się cichej ekstazie. Jakie to łatwe. Paręnaście sekund z jego ustami otworzyło mi furtkę, za którą zobaczyłem olśniewającą bajkową krainę, gdzie można znaleźć wszystko, absolutnie wszystko z wyjątkiem latających psów.
Jeden mężczyzna może sprawić, że będziesz gejem. Jeszcze nic w całym moim życiu nie było tak naturalne, tak cudownie proste jak ten pocałunek i to objawienie.

XXX

Mija godzina.
Paweł pokazuje nakręcony filmik tuż po wszystkim. Ludzie zbijają się w rozkwiczane stadko i nachylają nad telefonem. Dziewczyny piszczą, krzyczą „Geje, geje!" i nadużywają angielskich wyrazów słodkiego zachwytu. Nie przyłączam się do widowni. Obejrzę film później, Leszczyński na mur wrzuci go zaraz po studniówce na fejsa. Poza tym nie dowierzam własnemu ciału. Podczas pocałunku zdążyłem dobić tylko do połowy masztu, ale jeżeli zareaguję na film entuzjastycznie, może się to uwidocznić w całej okazałości, choć strategiczne miejsce w gajerkowatych spodniach jest dosyć obszerne.
Aleks promienieje, rzuca się w wir śmiechów i poklepywań. Pietrukaniec prawie nosi go na rękach. Bawi się dalej w tym samym stylu, w którym się bawił, zanim to się stało. Trzyma się blisko mnie, ale prawie wcale się do mnie nie odzywa. Zajmuje się innymi, a inni nim. Chyba nawet tak wolę. Nie wiem, co miałbym powiedzieć, jak miałbym na niego patrzeć. Całą towarzyską robotę wokół mnie przejmują dziewczyny, ale mało co z tego do mnie dociera, tkwię w jakimś tęczowym otępieniu.
Kolorowy stupor nie opuszcza mnie przez resztę studniówki. Nie piję więcej. Chcę być zupełnie trzeźwy na ostatni punkt dzisiejszego programu, który planuję przerobić zaraz po powrocie do domu. Nie mogę się doczekać.
O czwartej siedemnaście uznaję, że dość tej zabawy i że czas na lepszą. Dziś jest dzień dobroci dla Jacka, dzwonię więc po taksówkę. Wiercę się przez całą trasę. Przed bramą płacę roztrzęsioną ręką, wyskakuję z samochodu jak z procy, wpadam do mieszkania i pędzę na górę do swojego pokoju. Lecę jak na skrzydłach, moja dusza śpiewa, wszystko mi teraz wolno. W pośpiechu zrzucam marynarkę, koszulę, wyskakuję ze spodni i padam plecami na łóżko. Dopiero tu wytracam prędkość i zaczynam poruszać się jak w zwolnionym tempie. Przesuwam rękami po brzuchu, unoszę gumkę bokserek, zsuwam je w dół. Koniec ze spychaniem rzeczy w głąb świadomości. Z najwyższą rozkoszą, zupełnie otwarcie wypuszczam na wolność wspomnienie ust Aleksa. Myślę o leniwych ruchach jego języka, wyobrażam sobie, jak w ten sam powolny sposób przejeżdża nim po różnych częściach mojego ciała. Przymierzam się do nas dwóch w najróżniejszych konfiguracjach i scenariuszach, a że chcę wynieść dziś z tego maksimum przyjemności, na chwilę przestaję się dotykać i wybieram najbardziej prawdopodobny wariant.
Jesteśmy w wyłożonej matami sali gimnastycznej. Mamy na sobie tylko judogi. Oprócz nas żywego ducha. Aleks pomaga mi w opanowaniu techniki, bez której nie zdobędę zielonego pasa. Rozgrzewamy się kilkoma manewrami i przechodzimy do części zasadniczej. Chwyt, rzut, dźwignia. Jest lepszy, z łatwością wytrąca mnie z równowagi. Ani razu nie daje mi przejąć prowadzenia. Gdy kolejny raz przewraca mnie na matę, szarpię go za połę keikogi, wyrywam ją spod pasa. Biała kurtka rozchyla się, a jego naga pierś przyciska się do mojej. Obaj dyszymy, Aleks wyczuwa, co ze mną jest i rozluźnia chwyt, zaskoczony. Wypuszczam z ręki keikogę i dotykam czubkami palców odsłoniętego sutka. Aleks nieruchomieje zupełnie, ze świstem wciąga powietrze, patrzy na mnie intensywnie i nagle wczepia się we mnie ustami.
Z całą, calutką dokładnością jeszcze raz przerabiam to, co stało się niecałe dwie i pół godziny temu. Smakuję każdą nanocząsteczkę wspomnienia, nie zostawiam ani atomu.
Aleks z sali gimnastycznej kończy pocałunek, łapie mnie za rękę i kieruje ją w dół. Dosięgam brzegu grubo tkanej bawełny, rozwiązuję pas, wkradam się pod spód i po chwili wyciągam na wierzch ósmy cud świata.
Wtedy, po treningu pod prysznicem, nie powiedziałem całej prawdy. Przez tamten ułamek sekundy, gdy przechodził obok mojej kabiny, zdążyłem wchłonąć każdy jego szczególik, każdą fałdkę i każdą żyłkę.
Więc teraz dobrze wiem, jak wygląda, gdy pęcznieje, wzrasta i rozkwita we wnętrzu mojej wirtualnej dłoni. Jest ciepły, jedwabiście miękki i sprężyście elastyczny, dokładnie jak to, co trzymam teraz między swoimi palcami w realu. Aleks z mojej wyobraźni rozpoczyna wędrówkę na południe, rozchyla poły mojej keikogi, pozostawia wilgotne pieczątki pocałunków składanych na piersi i brzuchu i podąża dalej w dół. Wciska mi język do pępka, zsuwa zubon i schodzi jeszcze niżej. Jego usta wraz z językiem docierają do celu, skupiają się na nim bez pośpiechu.
Odlatuję.
Moja ręka pracuje bardzo starannie i z obłędną powolnością, żeby starczyło na dłużej i jest to najlepsze trzepanie w moim życiu.

XXX

Nagranie pojawia się na fejsie w niedzielę o szóstej dwanaście rano. Przy okazji dowiaduję się, o której Leszczyński wrócił do domu. Tak w przybliżeniu.
Gdy oglądam filmik po raz pierwszy, mam za sobą trzy bardzo satysfakcjonujące i wyczerpujące masturbacje i teoretycznie ani zapału, ani siły na czwartą. Praktyka jak zwykle okazuje się mieć niewiele wspólnego z teorią.
Po wszystkim zasypiam z czołem opartym o monitor notebooka. Zanim powieki opadną mi ostatecznie, rejestruję skrawkiem świadomości, że pojawiają się pierwsze komentarze. Nie czytam ich, mój mózg nie daje już rady przetworzyć żadnych nowych informacji bez porządnej dawki snu.
Budzę się koło południa. Schodzę do kuchni po kawę i rogalika i zamawiam jajecznicę u Nadii. Wracam na górę z parującym kubkiem i od razu wskakuję na neta.
Komentarze rozkładają mnie na amen. Czytam i czuję, jak szczęka leci mi na podłogę, ale jej nie zbieram, niech tam sobie leży na pamiątkę.

Alex Dominik kiedy ślub? 33
Całowanie było sweeeet ^^ mmmmmm
Oglądam wasz pocałunek i robi mi się gorąco ;O
Sooo fucking hot want u both 3

Cała reszta w tym samym stylu, ani jednego negatywa. A wśród nich ten jeden, najważniejszy.

To wydarzenie roku

Znów rosną mi skrzydła, mógłbym wrzeszczeć z radości. Coś mnie rozpiera od wewnątrz, zaraz chyba wzlecę pod sufit i pęknę jak balon. Mógłbym przebiec maraton, pędem wdrapać się na K2, a nawet, bo ja wiem, wysprzątać cały dom. Rozlega się pukanie, wchodzi Nadia z jajecznicą. Zrywam się z miejsca, zabieram jej tacę z ręki i ciskam na biurko, obiegam ją w kółeczko i porywam do krótkiej, zwariowanej polki. Piszczy i krzyczy ze zdziwienia, ale oczy jej się śmieją.
Cały świat się śmieje. Jestem tak szczęśliwy, że mógłbym skakać z teletubbisiami po łączce pełnej słodkich, puchatych króliczków.
Mój profil na fejsbuku puchnie od komentarzy, lajksy śmigają jeden za drugim.

Koniec części pierwszej