To miejsce było straszniejsze, niż sobie wyobrażała. Zatłoczone i brudne, szczególnie niebezpieczne, jeśli przybyłeś samemu. Tak jak ona. Bez pieniędzy, bez planów. Bez nadziei. Nie wiedziała, co ją czeka. Dodatkowo, eyrieńskie społeczeństwo miało jasny stosunek do słabych kobiet – ich rolą było służyć i siedzieć cicho. Nigdy, przenigdy nie buntować się. A ona właśnie złamała wszystkie te zasady.

Ostrożnie zeszła z lądowiska w kierunku odbywającego się aktualnie bazarku. Handlarze nie mogli, oczywiście, przegapić tak wielu klientów zgromadzonych w jednym miejscu. A przecież nie wszyscy uciekali „spontanicznie". Większość miała przy sobie pieniądze, w zasadzie dobytek całego życia – gdy ktoś przenosił się do Kaeleer, już tu nie wracał. Co oznaczało, że zaradni kupcy mogli się wzbogacić szybko i łatwo. Oczywiście, to samo dotyczyło złodziei... Jednak ich Dorian nie musiała się obawiać – przy sobie nie miała niczego cennego.

Po chwili podszedł do niej strażnik, z obojętną miną wskazując jej kolejkę do jednego z budynków. Napis na nim głosił „ZAPISY", co wyjaśniało niepewne miny czekających tam ludzi. Skinąwszy głową, poszła w tamtym kierunku. W końcu, co innego jej zostało?

Stojących w kolejce ludzi nie dałoby się zakwalifikować do jednej kategorii. Znajdowały się tam całe rodziny, jak i pojedyncze osoby, przedstawiciele różnych ras. Zarówno tych długowiecznych, jak i tych, których żywot przemijał w okamgnieniu. Lecz wszystkich łączyło jedno – chęć bezpiecznego życia, jakiejkolwiek by ono nie było długości, chęć służenia sprawiedliwym Królowym.

Dorian stanęła na końcu, starając się nie zwracać na siebie uwagi, co nie było możliwe. Tylko ona miała tu skrzydła. W zasięgu wzroku nie widziała żadnych innych Eyrieńczyków. Po kilku godzinach stania i przesuwania się w ślimaczym tempie, nareszcie dotarła do celu, którym było biurko z siedzącym za nim znudzonym urzędnikiem.

- Imię, kolor klejnotów, rasa – powiedział, nawet nie podnosząc wzroku.

- Do... Dorian Mislava, Różowy, Eyrienka... - podała pokornie wymagane informacje.

- Dzisiaj jest drugi dzień targów, co oznacza, że masz jeszcze dobę na znalezienie dla siebie dworu. Jeśli ci się uda, przyjdź tu z jego przedstawicielem by podpisać kontrakt. Jeśli nie, będziesz służyć u pierwszej osoby, która wyrazi chęć wzięcia cię czwartego dnia rano. Gdyby nikt się nie zgłosił, możesz wrócić na kolejne targi. Podstawowy kontrakt dla Różowego to trzy lata – wyrecytował monotonnie zapamiętaną formułkę. - Następny!

Dorian odeszła posłusznie, ustępując miejsca innym. Czuła się skołowana, a przede wszystkim... Zagubiona. Z daleka od domu. Samotna. Opuszczona przez swoich bliskich. Pozostawiona sobie samej...

Potrząsnęła głową, wyrywając się z tego niby-transu. Musiała z tym przestać tu i teraz, ponure myśli mogły poczekać. Teraz najważniejsze było znalezienie noclegu – przynajmniej na jedną noc, i czegoś do jedzenia. Przywołała swój portfel. Na szczęście znajdowało się w nim kilka monet, więc stać ją było na jednorazowe wynajęcie pokoju. Wyszła z budynku, tym razem uważniej się rozglądając. Teraz zwróciła uwagę na więcej szczegółów, niż na początku.

Plac wydawał się być podzielony na sektory, które zajmowały większe grupy. Dalej znajdowały się zajazdy i same jadłodajnie, czym dalej położone od głównego budynku, tym biedniej wyglądające. A pomiędzy tym wszystkim chodzili potencjalni kupcy – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – szukający odpowiednich „nabytków" dla swych Królowych.

Powoli skierowała się ku obrzeżom osiedla. Wybrała lekko zaniedbaną, ale zdawało się, porządną karczmę. Odetchnęła z ulgą, gdy w środku zobaczyła parę z siedzącą między nimi małą, śmiejącą się radośnie dziewczynką.

- W czym mogę pomóc, pani? - zapytał od baru właściciel.

- Chciałabym wynająć pokój na jedną noc – odpowiedziała, starając się opanować drżący głos.

- Proszę tędy – mężczyzna wskazał na prowadzące w górę drewniane schody, wychodząc zza lady.

W milczeniu weszli na górę, gdzie zatrzymali się przed jednymi z otwartych drzwi.

Na szczęście mam jeszcze ten wolny pokój. Opłatę pobieram wcześniej – zastrzegł, uważnie patrząc na niepewną kobietę.

Nie wszyscy z przybywających na targ mogli pozwolić sobie na nocleg pod sufitem, a nie pod otwartym niebem. Biznes szybko nauczył tutejszych, że najpierw należało sprawdzić wypłacalność klienta, a dopiero potem oferować usługi.

- Tak, tak, oczywiście – szybko potwierdziła Dorian, przywołując portfel.

Nocleg kosztował ją ponad połowę jego zawartości, ale wolała nie spędzać tych godzin na zewnątrz, wśród obcych.

Gdy w końcu znalazła się w pokoju sama, usiadła na łóżku, i pozwoliła popłynąć łzom.


- Książę Sadi? - zagadnęła Marian, podając tacę z ciasteczkami bakaliowymi, które sama upiekła poprzedniego dnia.

- Marian, moja droga, ile razy mam ci powtarzać, że nie musisz zwracać się do mnie tak oficjalnie. Przecież jesteśmy rodziną - napomniał ją delikatnie Daemon Said, Książę Wojowników o czarnym kamieniu. Aktualnie jej szwagier.

- Wiem, ale... Nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić... - westchnęła, siadając obok niego. - Jeszcze niedawno byłam służącą we własnej rodzinie, a teraz, teraz... - nie dokończyła, po prostu zamaszystym gestem wskazując na wszystko wokół.

Daemon rozumiał, co odczuwała. Pamiętał doskonale, jak się czuł po odnalezieniu swojej rodziny. Po odnalezieniu Jaenelle. Przecież kilka lat dla nich, dla długowiecznych ras, nie mogło zatrzeć wspomnień kilkuset lat mąk.

- Pyszne ciasteczka - w końcu przerwał ciszę Sadi. - Chociaż wydają mi się podobne w smaku do tych, które podała ostatnio pani Beale.

- Bo to jest przepis pani Beale - odpowiedziała bezmyślnie Marian, zastanawiając się nad czymś innym.

Ręka Daemona zamarła w połowie drogi do tacy. Wpatrywał się w siedzącą obok kobietę, jakby wyrosła jej nagle druga głowa, albo nawet i trzecia. Musiał się upewnić, że słuch go nie zwiódł.

- To jest przepis pani Beale? - zapytał, nie potrafiąc się pozbyć nuty przerażenia ze swojego głosu. - Czy my mówimy o tej samej osobie? Duża, pracuje w Pałacu, chociaż najczęściej wydaje się, jakby nim zarządzała?

- Pani Beale to przemiła kobieta - obruszyła się Marian, wstając od stołu i wychodząc do drugiego pokoju, żeby zobaczyć czy Daemonar nadal ucinał sobie drzemkę.

Sadi pozostał w bezruchu. Był Księciem Wojowników z czarnym kamieniem. Nawet on bał się podpaść własnej kucharce. A żona jego brata, domowa czarownica z Purpurowym Zmierzchem, traktowała ją jak jedną z psiapsiółek... Tym razem nie umiał nawetprzybrać na twarz swojej zwyczajnej bezemocjonalnej maski. Czasami szok był zbyt wielki...

Jak na zawołanie, poczuł zbliżającą się do domu moc Szaroczarnego i po chwili do kuchni wszedł lekko spocony Lucivar. Na widok gościa, spiął się wyraźnie, natychmiast sprawdzając, gdzie przebywa jego żona. Niewiele rzeczy mogło doprowadzić Daemona do stanu, w jakim go zastał, a wszystkie, które znał, zwiastowały niebezpieczeństwo.

/Co się dzieje?/ zapytał na szaroczarnej nici włóczni, gotowy na wszystko. Ale nie na odpowiedź, którą dostał.

- Twoja żona wymienia się przepisami z panią Beale - odpowiedział na głos Sadi, patrząc na brata niewidzącym spojrzeniem.

Eyrieńczyk przysunął sobie stołek i usiadł bezwładnie. Szklisty nagle wzrok wbił się w leżące na stole ciasteczka.

W takim stanie zastała ich Maian, minutę później wracając do kuchni.

- Co się wam obu stało? - zdziwiła się.

- Ty... i pani Beale... - tylko tyle zdążył wyszeptać Lucivar, zanim przerwało mu warczenie kobiety. Wychodziło jej coraz lepiej - no cóż, lata praktyki czynią mistrza...

- Jeszcze jedno słowo na ten temat i obaj dostaniecie patelnią - zagroziła, odwracając się na pięcie i wychodząc, trzaskając za sobą drzwiami.

Mężczyźni w końcu spojrzeli sobie w oczy. Kilka sekund później, równocześnie wybuchnęli głośnym śmiechem, aż łzy spłynęły im po policzkach. Rodzina SaDiablo będzie miała o czym mówić przez kolejną dekadę.

Gdy nareszcie udało im się uspokoić, poprosili Marian, by wróciła.

- Wybacz kochanie, ale to jest takie... niesamowite.

- Dlaczego? Obie jesteśmy domowymi czarownicami. To chyba normalne, że znalazłyśmy wspólny język, prawda?

- W zasadzie, coś w tym jest... - zamyślił się Daemon. - Ale chyba wystarczy mi już wrażeń jak na jeden dzień. Zmieniając temat, wydaje mi się, że przed tą przerażającą wieścią o pani Beale, zamierzałaś mnie o coś zapytać?

Marian natychmiast spoważniała, a wesołe iskierki zniknęły z jej oczu. Lucivar ścisnął jej dłoń pod stołem, dodając otuchy.

- Sadi, sprawujesz pieczę nad tym, kto przechodzi przez Targi, prawda?

- Tak. Wcześniej zajmował się tym Yaslana, ale wszyscy znamy jego miłość do słowa pisanego... - odpowiedział z przekąsem, spoglądając na swojego brata.

Eyrieńczyk uśmiechnął się krzywo, wywracając oczami. Zarówno Daemon, jak i ich ojciec, Saetan, uwielbiali czytać. I choć szanowali kulture jego rasy, nie łączyło to się ze zrozumieniem.

- Kiedy ojciec zdał sobie sprawę, że już się tu zadomowiłem, zrzucił to na moje barki - kontynuował mężczyzna. - A czemu pytasz?

- Ja... Czy... Chciałabym znaleźć swoich rodziców, jeśli się tam pojawią - w końcu Marian wyrzuciła z siebie.

- Po tym, co ci zrobili, nadal chcesz mieć z nimi cokolwiek wspólnego? - warknął Daemon, z hukiem odstawiając kubek z herbatą. Już czuł wzbierającą w nim Furię.

- Nie tym tonem, bękarcie - natychmiast odezwał się Lucivar, sam też podenerwowany sytuacją.

Nie pochwalał decyzji swojej żony, lecz nie miał za wiele do powiedzenia w tej kwestii. Co tylko czyniło go jeszcze bardziej nerwowym.

- Z ojcem nie - stanowczo oznajmiła Marian, ignorując wybuchy mężczyzn. W końcu, byli Książętami Wojowników. Instynkt obronny leżał w ich naturze, do czego zdążyła się już przyzwyczaić.

- Z drugiej strony, nie jest osobą, która powinna zostać wpuszczona do Kaeleer. Za to matka... Ona też... Była tylko eyrieńską kobietą - dokończyła ciszej, wpatrując się w stół.

- To niczego nie zmienia. Jeśli wiedziała, co cię czeka, i nic nie zrobiła... - zaczął Yaslana, lecz szybko mu przerwała.

- Nie wiedziała, że ojciec mnie... sprzedał - to ostatnie słowo wypowiedziała z obrzydzeniem.

Zapadła cisza. Ani Daemon, ani Lucivar nigdy wcześniej nie pomyśleli, że tak to mogło wyglądać. A teraz obaj gryźli się w duchu, że nie przyszło im do głowy zapytać.

- Ja wiem, że nie masz zbyt wiele czasu, Książę Sadi... - ponownie odezwała się kobieta. - Ja sama mogę przeglądać listy, jeśli tylko mi je udostępnisz...

- Nie ma problemu. Targ odbywa się raz na dwa miesiące, więc nie zajmie to wiele czasu. Chyba najlepiej by było, gdybyś na te trzy dni przenosiła się do Stołpu... - mówiąc to, Daemon spojrzał pytająco na brata.

Lucivar, zrezygnowany, tylko wzruszył ramionami.

- Pani Beale na pewno będzie szczęśliwa - westchnął.

Po chwili cała trójka wybuchnęła śmiechem. Wspólnymi siłami, po mału wychodzili z tej pustki, która w Terreille wypaliła znamiona na ich duszach.


Bardzo ładnie proszę o komentarze! :)