A/N: Sorry za opóźnienia, ale widzicie, rodzice autorek nie odnoszą się przychylnie do ich spotkań, gdyż po nich zazwyczaj w domu, w którym się spotkały panuje tzw. burdel^^ Zapraszamy do lektury i mamy nadzieję, że następny chapek pojawi się szybciej. Nie martwcie się, tak łatwo tego zacnego opowiadanka nie porzucimy~

Rozdział 11: Wejście Smoka


Riza wpatrywała się w twarz (obszerną dość) Madame Christmas. Tamta zaś zdawała się nie przejmować blondyną, a raczej pudełkiem, które trzymała w ręku.

- Dzi-dzi-dzień d-d-obry pani – wybełkotała Hawkeye z czerwoną twarzą. Cholera, dlaczego akurat teraz?

Madame Christmas cmoknęła znacząco i zajrzała do pudełka, mówiąc po chwili:

- Oi, skarbie, a nie masz tu jakiegoś yuri?

Takiej odpowiedzi porucznik się nie spodziewała. Mrugnęła parę razy, jakby trawiąc słowa matki Roya.

- S-s-sądzę, że Maes się tym nie interesował – odparła stwierdzając, że nawet jeżeli ta kobieta ma jakie

ś dziwne fetysze, to wypada być miłym, ponieważ bądź co bądź w tym momencie uważała Rizę za swoją przyszłą synową. – Raczej fazę na Yaoi miał…

-A, Yaoi, mhm, też zacnie~~ - powiedziała z uśmiechem matka Roya. – Szkoda, że mój Royuś nie miał takich zapędów. Niee, ten to zawsze na ładne dupy chadzał. Chociaż on i Hughes, neee, zawsze im kibicowałam! Albo ten młody, jak mu tam było… Elric?

Riza nie wierzyła własnym uszom. Kim była ta kobieta była, starą yaoistką? I yuristką w jednym?! Co to za matka, która paruje własnego syna z jego najlepszym przyjacielem?! I robi z niego pedofila?!

- M-może usiądziemy przy stole? He-hełbatki przyniosę…

- Nieee, lepsza byłaby…

Tu Madame zawahała się chwilę, a blondynka czekała, co ta pani odpowie. Tamta po chwili śliniąc się krzyknęła:

- VOOOOOOOOODKAAAAAA~~!

Roy w tym momencie wszedł do pokoju i widząc swoja ukochaną opiekunkę, uradował się, wypuszczając z rąk wszystkie talerze, które przed chwilą zgrabnie umył i machając różowym fartuszkiem podbiegł do niej z wyciągniętymi rękami:

- Maaaaaaaamuuuuuś!

- Syyyyyyynuuuuuuś!

(scena z zwolnionym tempie a la „Shrek")

- Maaaaaaamuuuuuuuś!

- Syyyyyyyynuuuuuuś!

- Maaaaaa-AAAAAAAAA! – tu mama walnęła synusia z headshota wrzeszcząc: POSPRZĄTAĆ HURE MAĆ TE TALERZE PLEBSIE! TAK CIĘ WYCHOWAŁAM?!

- Pse-pseplasam… - w kącikach oczu pułkownika pojawiły się łzy. – Plosę nie bij…

- Chodź, Elizabeth. Usiądźmy sobie, a Royuś zrobi Kaffki… - kochana mamusia dbała o przyszłą synową. Musiała być naprawdę wytrwałą i niezwykłą kobietą, jeżeli była w stanie wytrzymać z jej syneczkiem. Mustang smarkając noseczkiem zbierał skraffki talerzy i wstawił wodę na Kaffkę.

- Chodź, Jasiek, chodź pomóż! – szepnął w kierunku okna. A tymczasem przy stole w salonie Madame Christmas omawiała z Rizusią nową, fantastyczną serię Yaoi, która dopiero co weszła do sklepów…


- Uuuuuu-łaaaaaa, śnieg! – siedząc Edowi na plecach Pat jarała się śniegiem. – Dalej, Edo, dalej~!

I wyrżnęli się ze schodów. Młodsze rodzeństwo myślało, że będą musieli ich pocieszać, ale oni ku ich zdziwieniu wybuchli śmiechem i zaczęli rzucać się śnieżkami oraz robić aniołki.

- A to podobnież oni są ci starsi… - westchnęła Eve opatulając się szczelniej szalikiem.

- A ty nie lubisz śniegu? – zapytał Alphonse.

- Tak, kocham go tak, że nie wiem, to jest przecież najcudowniejsza rzecz na świecie, co z tego, że mam odmrożenie drugiego stopnia, skoro wszędzie dookoła pada ten pieprzony puch? – odparła blondynka z uśmiechem wykazując wyraźne oznaki sarkazmu.

Przerywając tę fascynującą konwersację w pewnym momencie spostrzegli brak czegoś…

A mianowicie ich rodzeństwa.

- O MY GY, O MY GY, NISSAN, NISSAN, GDZIE JESTEŚ?! – zaczął histeryzować Al łapiąc się rękoma za hełm i poczynając biegać wkoło.

- Jaka pizdusia – skwitowała jego zachowanie Eve strzelając fejspalma.

Nagle ni stąd ni zowąd Zbroja wyciągnęła z siebie pukiel blond włosów Edzia, uniósł go do góry i krzyknął:

- TELEPATIA BRACI ELRIK!...

…Podczas gdy Eve po prostu sobie poszła.

...

- Ale Edo, ale Edo, Edo, ale Edo, ale gdzie my jesteśmyyyyyyy? – pytała Pat pozwalając blondynkowi nieść się.

- Zamknij twarz, babsztylu. Ty weź wyczaj, gdzie jest północ, bo inaczej tu zamarzniemy.

Pat popatrzyła w górę i smarkając delikatnie w kożuch kaptura Eda, powiedziała:

- Chmury są, chyba będzie padał śnieg…

- Fajnie, śnieżyca ze zrzędzącym babsztylem… lepiej trafić nie mogłem…

I tak, Edo z Pat na plecach pruli przez śnieżycę. Pat stwierdziła, że „umili" im czas podróży i będzie śpiewać.

Po pięciu minutach, Edo transmutował jej jakąś zabaweczkę, żeby się nią zajęła i zamknęła.

Po jakiś kilku godzinach drogi, Pat wyczaiła z daleka bramę Briggs. Ed, czując nagły przypływ energii, udał się tam biegiem, prawie jebjąc o ścianę swoją twarzyczką. Nie zdążyli nawet zapukać, gdy armia uzbrojonych facetów ich otoczyła. Z samego środka bandy wyłoniła się ciemna postać. Po chwili napięcia, pokazało się słońce i ją oświetliło.

Jak założył Edo – Była to siostra majora Armstronga.

Wszyscy czekali na jej budzący strach głos, jakąś groźbę pod adresem Nowych, lecz ona złapała się za brzuch i jęknęła:

- Ma ktoś podpaski?

Wszyscy z miną totalnego „WTF" spojrzeli się w jej stronę. Pat natomiast szepnęła Edziowi na ucho: Weź jej daj, to se zarobisz u niej dodatkowe punkty.

Edzio przytaknął, poszukał czegoś w swojej kurtce. Nagle słońce wyszło zza chmur, oświeciło go jego blaskiem, a w tym momencie wyjął zza pazuchy podpaskę, uniósł ją do góry i z dumą powiedział:

-JA MAM~~!


Riza siedziała obok Roya na kanapie, zastanawiając się, za jakie grzechy przyszło jej tu siedzieć? Pułkownik nawijał ze swoją matką o różnych pierdołach, które jej nie obchodziły, nie schodząc przy tym z tematu par homoseksualnych. Wtem Madame Christmas zapytała:

- To co, gołąbeczki, kiedy planujecie dzieci?

Hełbatka, którą właśnie żłopała Riza wylądowała na podłodze.

- Eeee…toooo skoro jesteśmy… małżeństwem, świeżo po ślubie, to chyba nie powinniśmy…

- To chyba niedługo coś zmajstrujemy, co Rizuś? – zapytał Roy oplatając ją ramieniem.

Blondynka patrząc na niego świdrującym spojrzeniem rodem z sennych koszmarów odparła:

- T-tak, Royusiu, spłodźmy sobie bliźniaki!

- Mogą być nawet i trojaczki, o ile nie stracisz przy tym swojego jędrnego ciałka~ -powiedział ze słodkim uśmiechem. Ona z jeszcze słodszym, łapiąc go za policzki i robiąc mu drastyczne „puci puci" odpowiedziała:

- Strzelę se lifting.

Madame popijając herbatkę (siorbiąc przy tym, ale kogo to obchodziło) uśmiechnęła się przyjaźnie i zabrała głos:

- Och, kochanie, jesteś taka miła! Ale jesteś zbyt ładna na to, by być z moim syneczkiem! Powinnaś być lesbijką! Mogę Ci nawet pracę załatwić!

Obydwoje wpatrywali się w Christmas jakby się naćpała.

- Ma…Mamo! Riza nie mogłaby być lesbijką! Jest na to stanowczo zbyt męska! – wypalił Roy.

- ŻE CO PROSZĘ!? – wybuchła Riza – ŻE NIBY JA JESTEM MAŁO KOBIECA!? PRZECIEŻ JA JESTEM CHODZĄCYM SEKSAPILEM!

- No chyba nie w mundurze.

- No chyba ty.

- No przepraszam, ale to za mną się oglądają, nie za tobą.

- To idź sobie z nimi dzieciaki rób! – wstała od stołu – Idę do sypialni, masz zrobić kolację, bo jak nie, to śpisz dziś na podłodze! I nawet nie licz na żadne małe „co nieco" skoro jestem zbyt męska! – poszła naburmuszona do pokoju z kartonem pornoli.

-Wybuchowa. Podoba mi się – powiedziała Madame popijając herbatę, Roy natomiast wstał od stołu i pognał za Rizą. Chyba zrozumiał, że przesadził, choć kto tam mógł zrozumieć ten jego męski tok myślenia…

Porucznik trzasnęła drzwiami od sypialni szefa i padła natychmiast na łóżko. Po jej policzkach pociekły kryształowe łzy. Jak on mógł coś takiego powiedzieć?! Wbrew pozorom pod tą twardą maską kryła się kobieta… Tak, kobieta. Z tą „męskością" stanowczo przesadził. Rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok spoczął na pamiętniku czarnowłosego mężczyzny. Wciąż zastanawiał ją ten wpis.

- Dziwkarz – stwierdziła fakt blondynka i z furią wywaliła książkę przez okno. Nie przejęła się zbytnio faktem, że ktoś z dołu wrzasnął „AŁA"!

Wtem usłyszała pukanie do drzwi.

- Riiiizuuuś, skaaaarbieeee!

Jakie to słodkie. Aż rzygnąć tęczą się chciało.

- Nie fochaj się, no! Tak tylko powiedziałem żeby zaszpanować przy matce.

Dziwkarz i do tego maminsynek.

- Przepraszam!

To on umiał to powiedzieć? Riza uchyliła drzwi.

- Co powiedziałeś? Możesz powtórzyć?

- Przepraszam cię. Nie powinienem tak mówić. To musiało cię urazić.

- Ale ty jesteś bystry! Tak bystry, że o ja pierdolę! Jak woda w kiblu normalnie! – wysyczała zjadliwym tonem.

- Ja… - zaczął Roy, kiedy nagle usłyszeli, jak coś wchodzi przez okno. Wykonali zwrot o 180 stopni i ujrzeli… Barry'ego Choppera.

- Hej, do cholery, kto we mnie tym rzucił?! – krzyknął wyciągając jakąś książkę. – Trafiło mnie ustrojstwo w głowę!

- A-ale to mój pamiętnik! – wrzasnął Roy.

- Heee? To może powinieneś tego bardziej pilnować?! – i zaczął czytać na głos:

27 października

Dzisiaj na lekcji etyki – a wspominałem, że sor był naprawdę srogi i straszny – była dość napięta atmosfera. Maes nie mógł sobie poradzić z jednym z ćwiczeń i… nie przebierając w słowach, zesrał się w gacie. Sor od razu wyczuł, że było coś na rzeczy i kazał mu wstać. Maes wstał, wyraźnie… nom ciekło mu po nogawce, robiąc plamę na podłodze. Sor powiedział do niego : Hughes! Sprzątnij to w trybie NAŁ! Hughes spojrzał się pod swoje nogi, potem z powrotem na sora i powiedział: Ale to nie moje. (wstawka SHK: *le autentyk)

Riza próbowała stłumić śmiech, ale nie do końca jej się udało i z jej kształtnego ciałka wydobył się śmiech zmieszany z charkaniem świnki. Kawajaśne, doprawdy. Roy spalił buraka, po czym krzyknął w stronę porucznika:

- Co mój pamiętnik robił za oknem?

- Wywaliłam go – odparła ze stoickim pokojem.

- Ż-że co? Cz-czytałaś to?

- No przecież miałam tu sprzątnąć, tak?! Poza tym, tego wpisu to akurat nie…

- A który?

Wyraz twarzy blondynki zmienił się w ułamku sekundy, po czym wkurzonym tonem odpowiedziała:

- Nieistotne! Czytałam kawałek o twoich „cudownych" podbojach. Zacne dupy, nie ma co! Chodź, Barry, kolacja sama się nie zrobi! – w nieoczekiwanym momencie ze środka Choppera wyszedł… Grumman! Uśmiechnął się, po czym rzekł:

- No, no, no, kochani, widzę, że dobrze się bawicie!

Roy i Riza mieli niezłe miny. Serio, gdyby im zrobić w tym momencie zdjęcie, wyszliby jak para kompletnych idiotów. Takiego rozwoju wydarzeń nikt się nie spodziewał…

- Co pan tu robi? – spytała Riza.

- Jaki pan? Dziadek! Jesteśmy już po godzinach!

- Dziadek?! – spytał zszokowany Roy.

- Grumman!? – wrzasnęła Madame Christmas stając w drzwiach.

- Christina!? – wrzasnął Grumman.

- ANDRZEJ!? – wrzasnął Barry, widząc faceta stojącego za Madame.

- ŻE CO KURWA!? –wrzasnął Roy chowając się za Dziadkiem Grummanem.

Zapowiadała się interesująca kolacja…


- M-mój brat… mój oni-san… nie słyszę go… - młodszy Elric miał wpaść w bezdenną rozpacz, z powodu, że nie miał kto w tym momencie chronić mu jego blaszanego tyłka, ale ogarnął się na komentarz Eve „Ogarnij się, człowieku!".

- Musimy ich znaleźć… Kto wie, co moja siostrzyczka mogła odwalić… Zaczynam się bać o zdrowie osób przebywających w jej pobliżu… - rozmyślała głośno dziewczyna. – Te, zbroja, masz jakiś plan, gdzie możemy ich znaleźć?

- Aaaa jak było w tej twojej mandze, czy czymś tam?

- No w Briggs byli…

- Więc oni tam są, ja to wiem! – krzyknął Al machając przed sobą puklem włosów Edzia. – Ja to czuję!

- Taaaa… Jasneeee… - wtem Eve zauważyła wystający ze śniegu czarny KIKUt. Zaintrygowana pociągnęła go, a spod warstwy puchu wyłoniła się ludzka głowa.

- YOKI-KUN! – krzyknęła widząc jego twarz i uruchamiając tzw. tryb fangirla.

- Że co? A kim ty jesteś?

- le fangril! – odparł ze sparklami Al.

- Ooo nauczyłeś się. Eve jeśt ź ciebie dumnia~! – i zrobiła *puci puci* Zbroi. – zaraz, jeżeli jest tu Yoki, to musi tu być i…

Nagle poczuła czyiś oddech na plecach. Odwróciła się powoli, a tam za nią stał nie kto inny, jak (werble proszę) ARCY-PRZERAŻAJĄCY-SUPER-HIPER-DUPER-ISHVARCZYK-SCAAAAAAAR! OU YEAH!

Mający wyraz twarzy jakiegoś nieogarniętego dzikusa.

- Kim jesteście i jaki mam powód, aby was nie zabijać? – zapytał Scar patrząc na Eve. Następnie jego wzrok spoczął na Alu. – A tę pizdusię to ja znam!

- Dlaczego wszyscy nazywając mnie „Pizdusią"? To przez moje AlPHONse? – powiedział Alfons wpadając w emo-taaaaaaaaaaaajm.

- Nie, to przez to, że dubbing robi ci kobieta - powiedziała monotonnie Eve.

- To co tu robicie? Znów chcecie mi pokrzyżować plany?!

- Ależ nie, Skaruś. Jesteśmy tu, bo stalowy kurdupel i moja siostra się zagubili. Pewnie są w Briggs…

- Tak, przybyliśmy tu, aby… - zaczął Al, kiedy przerwał mu Yoki.

- Szczerze? Nikogo to nie interesuje, Alfonsie. Pozwól mówić tej uroczej panience, która uratowała mnie przed hipotermią!

- Dziękuję. Paaaanieeee Skaaaruuuuś, nieeeeech paaaan z naaaaamiiii poszuuuuka rodzeeeeństwaaaaa! I niech mnie poniesie :3 – rzekła dziewczyna.

- Dlaczego niby mam przystać na coś tak głupiego i antyreligijnego?! – zapytał Ishvarczyk szykując prawą rękę służącą mu do rozwalania wszystkiego w pył.

- ... Chwila, zaczekaj pan, wymyślę zaraz jakiś dobry szantaż, proszę mi dać 10 sekund – odparła blondynka i zrobiła myślącą pozę. Po upływie tego czasu zdecydowanym tonem i z rozpromienioną miną powiedziała:

- Bo jak mi Skaruś nie pomożesz, to powiem wszystkim twoje prawdziwe imię!

Nagle „Skarusiowi" mina zrzedła.

- No co? Wstydzisz się czegoś? Toć to bardzo zacne imionko~ Choć stwierdzam, że chyba rodzice cię nie kochali…

- S-skąd możesz je znać?

- Wiesz, za taką wiedzę to się płaci!

- A w czym?

- W naturze~

- Yyyy…eeeee...yyyyy… Wskakuj na plecy, poniosę cię.

- Uwielbiam robić z panem interesy, panie Skaruś^^

Po czym we czworo pognali w stronę Briggs (nie pytajcie się mnie, skąd znali kierunek).

...

Pat i Edo siedzieli w jadalni pani Armstrong. Okazała ona im dozgonną wdzięczność za ratunek w trudnym momencie jej egzystencji. Edzio powiedział sobie, że już zawsze będzie miał przy sobie taki fant, a nuż się przyda do uratowania modnych spodni jakiejś panny.

- To powiedzcie mi, moi drodzy, co was tu sprowadza.

- Ja czegoś szukam.

- Ja na nim jechałam.

- A czego tu szukasz, młodzieńcze? Tu tylko śnieg i lód…

- Chętnie przejdę się do podziemi, jeżeli macie tu takowe – wyszczerzył się. – z doświadczenia wiem, że są tam ciekawe rzeczy.

- Na przykład burdele – rzuciła Pat i każdy w jadalni spojrzał się na nią. – No co? W Polsce wszystko jest możliwe. W piwnicach to nawet czasami ludzie zwłoki i wódkę razem trzymają. Ale burdele wysokiej jakości są.

- Nie mamy tu burdeli.

- Szkoda.

Edo spojrzał się na Pat z wzrokiem, który kazał jej się zamknąć.

- No co Edo? Nie lubisz burdeli? Cycki ble? – powiedziała zdziwiona Armstrongowa.

- Eeee…noo….

- Co ty? Chcesz mi powiedzieć, że… STRAŻ! Zabrać mi go stąd! Do celi z nimi!

- Tylko dlatego, że nie mam ochoty iść do burdelu? ;_;

- Tak. Nie masz prawa zwać się w takim wypadku facetem! To moja jednostka i ja tu rządzę. Zamknąć ich.

Gdy wynosili (a raczej szarpali się z nimi) dało się w korytarzu usłyszeć krzyki Pat : Ale ja luuuubiiiię! ;_;

Szpecialowy szpecial

Lin, po kilkudniowym pobycie w więzieniu tylko o więziennych posiłkach, delikatnie rzecz ujmując - bzikował. Znalazł sobie z dupy wymyślonego przyjaciela, który wyglądał jak jakaś podłużna kiełbasa z blond grzywką. Kazał się nazywać Ludwiś.

Ludwiś nakrzyczał na Lina. Oskarżał go o bycie gorszą pizdusią niż Al. Gdy Lin zapytał, co ma zrobić, ów blond kiełbasa powiedziała mu, żeby zaczął gryźć kraty. Obawiając się gniewu Ludwisia, Lin przez ostatnie 3 dni gryzł kraty. I jak to mówią, dla Xingskiego Księcia nie ma rzeczy niemożliwych. Pod pretekstem kilku koniecznych wizyt u stomatologa, skośnookiemu udało się w końcu przegryźć kraty. Wystrzelił jak idiota przed siebie, uciekając z więzienia, w stronę woni najbliższego jedzenia.

A gdzie gotowali najbliższe żarełko? O tym następnym razem.