Po emisji ostatniego odcinka drugiej serii Sherlocka, Internet zalała fala opowiadań reunionowych, co było z resztą do przewidzenia, bo każdy chociaż trochę chciał sobie osłodzić smutek po tym, jak duet Moffat&Gatiss rozdzielił naszych chłopaków, każąc im tkwić w smutku.
Nie byłam wyjątkiem, też sobie umilałam czas, czytając takie opowiadania, ale tych naprawdę dobrych zalazłam bardzo mało. Większość z reguły zalatywała patosem, albo była naciągana (Sherlock wraca, John cieszy się jak wariat i wszyscy żyją sobie długo i szczęśliwie).
Potem jednak natrafiłam na i jej wspaniałe "We go anywhere but to the ground", które mnie po prostu poraziło.

Jedyny THE reunion fic, jaki zdarzyło mi się czytać.
Dlatego od razu wiedziałam, że go przetłumaczę ;)
Teraz kwestie techniczne: jest to jednoczęściówka, ale - jak sami zauważycie - potężna, ponad 27.000 słów, dlatego też rozbiłam ją na party, kierując się odpowiednimi zwrotami fabularnymi, które pozwolą mi zakończyć jedną część, by potem bez problemu rozpocząć drugą.
Mam nadzieję, że chociaż w niewielkim stopniu uda mi się przekazać ten ogromny ładunek emocjonalny, jaki zawiera to opowiadanie.
Wszystkim, miłego czytania! :)


Tytuł oryginalny: We go anywhere but to the ground

Link do oryginału: h t t p : / / w w w . f a n f i c t i o n . n e t / s / 7 7 9 7 7 9 0 / 1 /

Autorka: h t t p : / / w w w . f a n f i c t i o n . n e t / u / 2 5 9 1 4 5 1 / g e o r d i e _ l o v e r

Zgoda na tłumaczenie: jest


Odejście w nicość

Widziałem cię wczoraj,

Twe oczy w odcieniu szarości,

Wciąż słyszę, co do mnie mówisz:

Błagam, nie pozwól mi odejść"

Mayday autorstwa Dispatch


Rozdział pierwszy

John spoglądał przez okno w gabinecie swojej terapeutki. Jego wzrok był jednak odległy, a mężczyzna nie widział tak naprawdę niczego, co znajdowało się wokół niego. Na zewnątrz było widno i ciepło — cudowny dzień nastawał w Londynie, co w rzeczywistości doprowadzało go do szału.

Taki właśnie cudowny dzień wybrała sobie czaszka Sherlocka, aby roztrzaskać się o chodnik.

John nienawidził tego rodzaju dni.

Od jakiegoś czasu nienawidził wielu rzeczy.

Zamrugał dwukrotnie, a pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem zdawało mu się, że dostrzegł jakąś wysoką, elegancką postać, ukrytą wśród drzew, lecz gdy tylko wyostrzył wzrok, wszystko znikło.

Przycisnął opuszki palców do ust i poprawił się na krześle. Tłumione od miesięcy łzy cisnęły mu się do oczu, powodując niemal ból.

Ella nie odezwała się słowem — ona tylko patrzy. Obserwuje, lecz nigdy nie widzi tego, co naprawdę istotne. Jest święcie przekonana, że John przechodzi teraz najgorszy etap żałoby, jednak koniec końców upora się z tym emocjonalnym cyklonem i wyjdzie na prostą. Przepisuje mu ciągle silne leki nasenne, mające pomóc mu przetrwać koszmary, jakie nawiedzają go nocą — obrazy; rozmyte cienie na tle postawnego, beżowego budynku, które przewijają się pod jego powiekami.

Ella uważa, że jego pamięć o Sherlocku z czasem zblednie, stając się jedynie cennym wspomnieniem.

John nie cierpi jej za to.

Rozpacz rozlewała się stopniowo po krawędziach jego umysłu, wysyłając impulsy do każdego nerwu, znajdującego się w jego ciele, i John nagle musi tamować narastające w nim pragnienie wybuchnięcia szaleńczym śmiechem.

Założenie, że będzie w stanie kiedykolwiek otrząsnąć się z bólu, jaki pozostawił po sobie Sherlock, było dla niego niepojęte.

Dobre sobie.

W mieszkaniu nic się nie zmieniło. Po tym jak Pani Hudson pozbyła się wszystkich części ciała i przekazała większość urządzeń badawczych Sherlocka lokalnym szkołom, nie ośmieliła się już ruszyć niczego więcej. Pewnego dnia próbowała przesunąć fotel, na którym zwykle siedział brunet, aby móc przejechać tam odkurzaczem, na co John zaprotestował na tyle stanowczo, iż był on niemal pewien, że przestraszył biedną kobietę.

Przeprosił ją później, lecz tylko za podniesiony głos. Nie zamierzał korzyć się przed nią za to, iż wciąż wierzy, że przyjaciel wróci któregoś dnia do domu.

Gospodyni załamała ręce, spoglądając na niego ze łzami w oczach. Słaby uśmiech pojawił się na jej zmęczonej twarzy, a po chwili zaproponowała, że zrobi mu herbatę.

John opadł z powrotem na swoje siedzenie, głowę ukrywając w dłoniach. Jego ramiona drżały od targających nim szlochów, lecz oczy miał wciąż suche.

Przywarł do Pani Hudson, kiedy ta przybiegła do niego i wzięła go w ramiona.

— Dlaczego musiał być takim idiotą — wykrztusił, ciągnąc za brzeg jej swetra, próbując jeszcze głębiej schować twarz pomiędzy jego fałdami. — Czy nie zdawał sobie sprawy, że ja… że ja…

Kobieta nie wtrącała się; gładziła go jedynie po głowie, tuląc do siebie niczym matka syna. Pozwalała, aby zawisła między nimi cisza i John był jej za to dozgonnie wdzięczy. Za sam fakt, że dano mu po prostu cierpieć.

Każda przemijająca sekunda boleśnie przypominała o pustce, jaką pozostawił po sobie Sherlock. John czuł jakby dusza prześlizgiwała mu się między palcami — kawałek po kawału, z każdym kolejnym dniem.

I po jakimś czasie nadszedł moment, w którym nie próbował jej już łapać.


W przeciągu pierwszych kilku tygodni od śmierci Sherlocka, Mycroft starał się skontaktować z nim przynajmniej trzy razy dziennie. Wiadomości, które od niego dostawał, przychodziły z precyzją zegarka — dokładnie co osiem godzin. John nie miał jednak ochoty na prowadzenie rozmowy z człowiekiem, który własnemu bratu zgotował śmierć. Szczerze powiedziawszy, nie życzył sobie jakichkolwiek interakcji z Holmesem, na którego głowie nie znajdowała się burza loków, a którego oczy nie miały tej niezwykłej, jasnej barwy.

Blondyn nic od niego nie chciał. Już nie. Żeby cokolwiek chcieć, musisz najpierw w ogóle czuć, a serce Johna Watsona zajęte było powolnym wykrwawianiem się, leżąc na chodniku przed szpitalem Św. Bartłomieja, gdzie zostało porzucone parę tygodni temu.

Mężczyzna kasował wszystkie wiadomości Mycrofta. Z zatwardziałym uporem ignorował każdy ciemny samochód, jaki za nim podążał. Któregoś dnia wszedł do mieszkania i — starając się nie przesunąć przy tym zbyt wielu rzeczy Sherlocka — znalazł, a potem zniszczył kamery, które starszy Holmes zainstalował w ich domu, gdy tylko się wprowadzili.

Jedną zostawił, umieszczając ją nad drzwiami wejściowymi. Stanął na schodach, wpatrując się w, niemal niewidoczną dla innych, kamerę, a w jego oczach tliła się groźba — jeśli znowu się wtrącisz, zabiję cię bez wahania.
Od czasu do czasu sprawdzał, czy nie przeoczył jeszcze jakiś urządzeń, ale najwyraźniej nic już nie zostało.

Ilość wiadomości, które dostawał, stopniowo zmalała do jednej na kilka dni, następnie do trzech na tydzień, by w końcu pojawiać się wyłącznie w niedziele.

John przez przypadek otworzył jedną z nich i przeczytał, nim mógł się powstrzymać. Na krótką chwilę zapłonęła w nim złość, lecz znieczulenie szybko wróciło, gasząc gniew.

Nie chciałby, abyś zachowywał się w ten sposób.

MH

Zanim się zorientował, jego palce latały już po klawiaturze.

w jaki znowu sposób.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie:

Żaden z nas nie jest głupcem, John.

Obaj doskonale wiemy, że się wyniszczasz.

MH

Blondyn nie odpisał mu przez następne siedem godzin, a gdy w końcu się zdecydował…

czy to ważne

Czekał. Po chwili:

Dla Sherlocka by było.

Odgłos, jaki wydał jego telefon po zderzeniu ze ścianą, nie przyniósł mu żadnej satysfakcji.

Został tylko on — John Watson, którego zdrowy rozsądek zaczynał się już kruszyć; jego kawałki, rozrzucone po podłodze, walały się wśród pozostałości po komórce.


Mycroft co tydzień przysyłał mu nowy telefon. John po pewnym czasie uznał, że nie chce mu się po raz kolejny rozwalać urządzenia o ścianę lub tłuc go na miazgę młotkiem, a zamiast tego łatwiej jest po prostu wywalić go do śmieci.

Żadna z rzeczy, jakie ten Holmes mógł mu zaoferować — o ile nie była by to umiejętność wskrzeszenia zmarłych — nie zdoła niczego naprawić.

John sam kupił sobie komórkę. Nie była wyszukana — posiadała tylko podstawowe funkcje, służąc głównie do wykonywania połączeń. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, gdyż i tak jedyna osoba, jaka do niego pisała, odeszła.

Odeszła, była martwa i pogrzebana głęboko w ziemi.

Telefon przez większość czasu nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, jedynie okazjonalnie wyrywając go z zamyślenia, gdy dzwonili do niego Lestrade, Mike Stamford czy (bardzo rzadko) Harry.

John okupował swój fotel, wbijając wzrok w puste siedzenie na wprost niego, czując przy łokciu wibracje komórki. Przynajmniej do czasu, aż zsunęła się ze stołu i spadła na podłogę. Oczy lśniły mu od łez, którym nigdy nie pozwalał opaść na policzki. Jego noga, a nawet myśli były chore z tęsknoty za kimś, kogo nigdy już nie będzie.

Blondyn zawsze wiedział, że Sherlock Holmes potrafił wypełnić swoją osobą całe pomieszczenie, do którego akurat wparował. I siedząc w pokoju, w którym każdy kąt i miejsce niegdyś nim tchnęło; gdzie wszędzie był SherlockSherlockSherlock, a gdzie teraz ślady po nim zdawały się blednąć i odchodzić w nicość, John miał wrażenie, jakby kurczył się w sobie.

Siedział po ciemku. Światło z ulicznych lamp prześwitywało przez okna, a on wbijał paznokcie w wewnętrzną część dłoni tak mocno, że zaczęła ona krwawić.

Dowlekł się do łóżka, zranioną dłonią opierając o ścianę i zostawiając na niej brunatne smugi. Usilnie starał się sobie wmówić, że z każdym kolejnym uderzeniem serca, jego dusza wcale nie wymyka się coraz bardziej spomiędzy jego palców.


Możesz dalej uważać, że to, co robisz jest nadzwyczaj szlachetne,

ale uwierz, że w Twoim najlepszym interesie będzie zakończenie tej misji najszybciej,

jak to tylko możliwe.

MH

Nie.

SH

Ten człowiek jest zdruzgotany.

MH

Wrócę dopiero, gdy sieć Moriarty'iego zostanie

sukcesywnie zniszczona.

SH

Możemy nie dysponować aż taką ilością czasu.

MH

Nic mu nie będzie.

SH

Jesteś tego pewien?

MH


Pani Hudson zadzwoniła do Lestrade'a dwa tygodnie po śmierci Sherlocka. Od tego czasu inspektor zwykł wpadać do mieszkania z podobnym impetem, z jakim robił to, gdy miał dla nich w zanadrzu jakąś sprawę.

Pewnego dnia John, świeżo po kąpieli, ubrany w ten sam sweter i jeansy, które miał na sobie, gdy po raz pierwszy zobaczył Sherlocka, siedział na kanapie, trzymając w dłoniach filiżankę — letniej już — herbaty.

Słyszał dudniący odgłos kroków po schodach, dostrzegł cień, jaki nagle padł na podłogę, i zacisnął powieki w złudnej nadziei, że gdy je otworzy, przyjaciel będzie stał przed nim cały i zdrów.

— John.

Głos Lestrade'a przeciął ciszę. Blondyn zamrugał, odwracając głowę na tyle, aby postać inspektora pojawiła się w zasięgu jego wzroku. Jedynie jego zaciśnięte na filiżance dłonie były potwierdzeniem, że zdawał sobie sprawę z obecności mężczyzny.

— Musisz w końcu wyjść z tego mieszkania — ton, z jakim zwracał się do niego inspektor, był łagodny, chociaż słychać w nim było ukryte napięcie.

John zastanawiał się, czy śmierć Sherlocka w ogóle zrobiła na nim jakieś wrażenie. Czy roztrzaskała świat Lestrade'a chociaż w podobnym stopniu, w jakim zrobiła to z jego.

Pani Hudson stanęła w drzwiach. Blondyn odwrócił się od nich obojga.

— Wychodzę przecież — odparł spokojnie z ustami przy filiżance. Nie kłamał, naprawdę wychodził — robił to po prostu znacznie rzadziej.

— Kiedy ostatni raz?

— W poniedziałek. Do Tesco.

Nastała cisza, podczas której John zakładał, że Pani Hudson i Lestrade wymienili między sobą spojrzenia.

— Mamy niedzielę, inspektorze — wyszeptała gospodyni, po jej głosie można było poznać, że jest na skraju łez.

Niedziela — skonstatował w myślach blondyn, nie przejmując się tym zbytnio. Wziął łyk chłodnej herbaty. Nawet nie zauważył, jak tydzień przeleciał mu przed oczyma. I pewnie z tego właśnie powodu miał teraz tych dwoje na karku.

— Kolego — zaczął Lestrade, co słysząc John momentalnie się spiął. — Minęły dwa miesiące. Ja wiem… wiem, że za nim tęsknisz. Mi też go bra—

Blondyn poderwał się z siedzenia, przy okazji wysyłając filiżankę na drugą stronę pokoju, gdzie walnęła w lustro, wiszące nad kominkiem. Naczynie rozpadło się na kawałki, rozlewając herbatę po ścianie i regale z książkami, skąd zaczęła powoli sączyć się na dywan.

John, drżąc pod wpływem czegoś, co niegdyś chyba nazywał „gniewem", spojrzał na nich ponownie.

Pani Hudson płakała; łzy toczyły się po jej policzkach, a ona sama stała, przyciskając dłoń do ust. Inspektor był zmizerniały i blady. Ciemne cienie wykwitły pod jego powiekami, a na policzkach pojawiło się delikatne zaczerwienienie.

Przedstawiali sobą idealny obraz dwóch żałobników.

Co oni mogli wiedzieć o żałobie po Sherlocku.

— Skończ — warknął John, wskazując drżącym palcem na Lestrade'a. — Słuchaj, gdybyś tylko postawił na swoim, olał opinie tych mściwych debili i po prostu w niego wierzył, tak jak ja, to może wciąż by teraz żył! — Zdał sobie sprawę, że krzyczy — niemal na całe gardło, a krew uderza falą na jego policzki i szyję. — Gdybyś tylko… gdybyś tylko nie… — zamilkł, zaciskając usta w wąską linię i ciężko oddychając przez nos.

Inspektor uniósł do góry podbródek, zmuszając się do spojrzenia mężczyźnie prosto w oczy. John doszedł do wniosku, że Lestrade cierpliwie znosi wszystkie te poniżenia tylko dlatego, gdyż w głębi serca uważa, iż na nie zasłużył. Czuł się winny — i dobrze, bo powinien tak się czuć, lecz mimo to blondyn ze zdziwieniem odkrył, że nie potrafił dać mu tej satysfakcji i zwyczajnie wybuchnąć.

Zamiast tego zaczął się śmiać; histeryczny, urywany dźwięk wypełnił pokój. Po chwili uniósł dłoń i zacisnął nos pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym, starając się zapanować nad szaleństwem, które zdawało się kumulować w jego piersi.

Twarz inspektora jest popielata i stężała. Smutek wyżłobił na niej linie, przecinając, niegdyś gładką, powierzchnię.

Makijaż Pani Hudson był rozmazany po policzkach kobiety. Jej postać wątła i wymizerowana, zmuszona do patrzenia, jak jedyny przyjaciel Sherlocka stopniowo popada w obłęd.

— Wynoście się — zażądał John, którego usta nadal rozciągnięte były w sztucznym, wymuszonym uśmiechu. Blondyn nie był w stanie zapanować nad ruchem mięśni twarzy w podobnym stopniu, w jakim nie panował już nad żadnym aspektem swojego życia. Całe szczęcie, ta niemal groteskowa imitacja uśmiechu szybko zbledła, zostawiając w nim tylko żal i pogardę, z jaką wpatrywał się w Lestrade'a.

Mężczyzna nie poruszył się. John chwycił pierwszą lepszą książkę, jaka nawinęła mu się do ręki i rzucił ją w kierunku kuchni, gdzie uderzyła w drzwi lodówki, a po chwili spadła otwarta na podłogę.

— Czy macie, kurwa, jakiekolwiek pojęcie, co teraz czuję? Wynoście się. Nie mogę nawet patrzeć na… Wynoście się, i to już!

Żadne z nich nie posłuchało.

— Wynocha!

Pani Hudson odwróciła się i z płaczem zbiegła po schodach najszybciej, jak tylko mogła.

John stał po środku salonu, dysząc ciężko i nie mogąc pojąć, czemu w dalszym ciągu przejmuje się w ogóle czymś takim jak oddychanie. Lestrade przypatrywał mu się z posępną miną. Jego brązowe oczy szkliły się delikatnie.

— Był też moim przyjacielem, wiesz — odparł sucho. — Ty przywróciłeś go do świata żywych, sprawiłeś, że stał się bardziej ludzki, ale to ja uratowałem go jako pierwszy. Gdzie byłeś, gdy przedawkowywał, aby tylko odgonić od siebie nudę?

— W Afganistanie — oświadczył John, wysuwając do góry podbródek i napinając ramiona — jak żołnierz, którym zawsze już będzie. — Wykrwawiając się na śmierć, jak wiesz. A gdzie ty byłeś, gdy imię dobrego człowieka mieszano z błotem? Gdy mój, kurwa, najlepszy przyjaciel skakał z tego pierdolonego budynku i… — gardło odmówiło mu posłuszeństwa.

Inspektor wyraźnie zapadł się w sobie, zdradzając tym samym swoją porażkę. Potężny szloch zatrząsł jego ramionami, a on przycisnął dłoń do ust i schylił głowę. Łzy skapywały na połacie jego płaszcza, wsiąkając weń i zaciemniając materiał.

Blondyn przyglądał mu się, w dalszym ciągu nie uspokoiwszy swojego oddechu, nie pragnąc w tej chwili niczego więcej, jak tylko obecności Sherlocka.

— Przepraszam — wykrztusił Lestrade. Gdy mężczyzna podniósł z powrotem wzrok, John zauważył, jak w rzeczywistości jest on zrozpaczony. — Boże, musisz mi wierzyć. Jakbym wiedział, co ma zamiar zrobić, to w życiu nie posłuchałbym Donovan i Andersona. Tak mi przykro.

Jego desperacja obudziła w Johnie dawne wspomnienia: o wieczorach, spędzonych w pubie, o śmiesznych anegdotkach związanych z Sherlockiem, jakie między sobą wymieniali, o wiadomościach alarmowych w związku z tzw. ciężkimi nocami*, o oferowanej pomocy, gdy żona inspektora odeszła już od niego na dobre, jak i o fakcie, że to właśnie on, John, stawiał mu wtedy ćwiartkę.

Te wspomnienia nie wiązały się dla niego z żadnymi uczuciami — były jedynie serią obrazów, które przewijały się przez jego umysł, mimo iż wiedział, że powinny stanowić dla niego jakąś wartość sentymentalną.

Wszystko straciło barwę, od kiedy zabrakło w jego życiu Sherlocka, który potrafił rozjaśnić swoją osobą niemal cały świat wokół niego.

John odwrócił się, czując jak gniew powoli opuszcza jego ciało.

— Proszę, idź już — zażądał cicho, pocierając powieki. — Lestrade. Greg. Po prostu… wyjdź. — Zmusił się do przywdziania chorobliwie fałszywego uśmiechu. — Odezwę się… Odezwę się do ciebie we wtorek, dobra?

Była to najdalej posunięta próba wyciągnięcia gałązki oliwnej, na jaką chciał i mógł się zdobyć.

Mężczyzna jednak chwycił się jej łapczywie, przytakując głową i otwierając usta, jakby chciał coś jeszcze dodać, lecz zamiast tego odwrócił się i opuścił 221B Baker Street.

Blondyn zabrał się za sprzątanie resztek filiżanki z podłogi, nie raz rozcinając sobie przy tym dłonie o ostre krawędzie. Krew miarowo płynęła z jego ran, plamiąc posadzkę, lecz on w żaden sposób nie starał się temu zapobiec.

Stanął nad zlewem i włożył dłonie pod ciepłą wodę, patrząc obojętnie jak różowa ciecz, wirując, spływa do ujścia. Tkwił tak, dopóki Pani Hudson ostrożnie nie zajrzała do kuchni i nie zobaczyła brunatnych śladów, zdobiących tył jego głowy, gdzie uprzednio łapał się za włosy.

Odciągnęła go od zlewu, po czym zakręciła wodę i nakłoniła go, aby usiadł w fotelu. Obserwował, sączącą się w dalszym ciągu z jego dłoni krew, nie mogąc oderwać wzroku od głębokich rozcięć na skórze.

Gospodyni polała je wodą utlenioną i delikatnie obwinęła bandażem. Wysłała go do łóżka, na odchodnym dając paracetamol, którego i tak nie zażył.

Dziwne — myślał, leżąc już w łóżku i trzymając nad twarzą dłonie, które na zmianę zginał i rozprostowywał. Nie czuł nawet ukłucia, naruszając świeżo rozdarty fragment ciała.

Nie czuł zupełnie nic.

Już nie.


John nieczęsto się upijał — a przynajmniej nie od czasu, gdy stało się jasne, że Harry ma z tym dość poważny problem. Nie raz widział, jak różni mężczyźni czy kobiety bez problemu byli w stanie samodzielnie opróżnić butelkę wina, a na samo wspomnienie o tym jego żołądek skręcał się w proteście.

Tak czy siak, nie był obecnie w nastroju do integrowania się, więc wyciągnął z regału butelkę whisky, którą swego czasu Mycroft sprezentował Sherlockowi na święta, i nalał sobie porcję.

Pierwszą pił powoli; ciecz wypalała mu gardło, dławiąc go — głównie poprzez swój mocny smak. Z drugą poszło mu już lepiej; podobnie jak i z trzecią, czwartą oraz piątą.

Przed oczyma mu wirowało i mógł przysiąc, że niemal czuł rwanie w sercu, które — jak sądził — dawno już zamarło.

Chwycił więc kluczki, leżące na blacie, niezdarnie próbując założyć kurtkę, po czym — całkowicie ignorując fakt, że kołnierz w dalszym ciągu ma zawinięty pod spód — wybiegł z pokoju. Pierwszą partię schodów pokonał bez większych problemów, lecz na ostatnich trzech stopniach podwinęła mu się noga i musiał starać się z całych sił, aby utrzymać równowagę. Zatoczył się na ścianę, opierając ramieniem o solidną strukturę. Czuł ból w kolanie, gdy kładł nacisk na nogę.

Po raz pierwszy od prawie dwóch lat John Watson kulał, idąc po ulicy. Nagle tak bardzo zatęsknił za Sherlockiem, że pomimo tego, iż opuścił mieszkanie bez konkretnego celu, natychmiast złapał taksówkę i kazał się zawieść w stronę cmentarza, gdzie pochowany był przyjaciel.

Po tym jak wręczył taksówkarzowi pieniądze — prawdopodobnie za dużo — upadł na ziemię w momencie, gdy tylko otworzył drzwi.

— Wszystko w porządku, kolego? — zapytał z dezaprobatą mężczyzna.

— W najlepszym — odparł John, chwiejąc się na nogach. — Całkowicie.

Po chwili postać blondyna zniknęła w ciemnościach, spowijających cmentarz. John użył swojej taniej komórki, aby oświetlić sobie drogę, chociaż tak naprawdę nie było to wcale konieczne, gdyż do tej pory poznał już ścieżkę na pamięć.

Zatrzymał się przed lśniącym, czarnym nagrobkiem Sherlocka, zaciskając wargi. Oddychał głęboko i urywanie.

A wtedy… wszystko puściło.

Spazm wykrzywił mu twarz, a ból, który wcześniej tylko snuł się po jego piersi, teraz wybuchł z pełną mocą. I John pada.

Sherlock Holmes — nawet po śmierci — był jedynym mężczyzną, zdolnym do sprowadzenia go na kolana.

Zagłębił palce w ziemi, łkając. Nie był w stanie wylać nawet jednej łzy, mimo iż nie pragnął w tej chwili niczego bardziej, jak tylko płaczu. Chciał w końcu poczuć coś innego niż ten nieustanny żal, jaki pozostawił w nim Sherlock.

John sądził, że odchodząc, przyjaciel zabrał ze sobą część jego serca. Lecz teraz, gdy leżał na ziemi, przyciskając policzek do zimnego grawerunku z inicjałami bruneta, wiedział już, że to nieprawda.

Sherlock tamtego dnia nie zabrał mu kawałka serca — wyrwał za jednym zamachem całe. Jest teraz pewnie razem z nim — tam, pod ziemią, gdzie powolnie i z trudem pompuje krew.

John zasnął w tej pozie: obejmując wypolerowany kamień, podczas gdy jego dusza, w tym samym, miarowym rytmie, odchodziła w nicość.

Leżał w zimnie i ciemnościach, zaciskając powieki i myśląc o tym, jak wszystko to mogłoby wyglądać, gdyby sprawy potoczyły się inaczej.

Śni.


Owiewał go chłodny, gryzący wiatr. Lewa strona twarzy, którą wystawił na działanie tego dziwnie lodowatego powietrza, była zimna. Zwinął się w kłębek przy nagrobku Sherlocka, opatulając szczelniej kurtką, by jakoś zatrzymać przy sobie ciepło.

Drżał tak mocno, że bolały go już żebra.

Istniało niebezpieczeństwo, że może zostać zabity przez jakiegoś obłąkanego złodziejaszka.

Że zamarznie tu na śmierć.

Niebezpieczne było też to, że nieszczególnie przejmował się już tym, co może się z nim stać.

John zamknął oczy, chowając nos w zgięciu swojego łokcia, po czym zanurzył palce jeszcze głębiej w ziemi.

Może, jeśli tylko uda mu się sięgnąć wystarczająco daleko, będzie mógł znowu dotknąć przyjaciela.

Wstrząsnęły nim spazmy, od których zacisnęło mu się gardło. Bolała go głowa. Drżał od wzrastającej w nim rozpaczy.

Powoli otworzył oczy, wpatrując się w ciemność.

Sherlocku — wyszeptał, wtulając twarz w ziemię. Wyobrażał sobie, że materiał, który okrywał teraz jego ramiona, to ciężki płaszcz bruneta. — Tęsknię za tobą.

Szepty wiatru, snujące się wśród drzew i nagrobków, brzmiały prawie jak jego imię.

Czemu musiałeś umrzeć? — wyjęczał w odpowiedzi. Jego ramiona przeszył kolejny mocny wstrząs, a potem znowu. — Nie mogę… Nie mogę bez ciebie.

Czego nie możesz? — dopytywał się wiatr, mrucząc mu do ucha.

Oddech Johna stał się płytki. Mężczyzna zakrztusił się, nieudolnie próbując jednocześnie zaczerpnąć powietrza i przełknąć ślinę.

Wszystkiego.

Nagle ogarnęło go ciepło, a na szyi poczuł nacisk, do złudzenia przypominający czyjąś dłoń. Delikatny chłód owiał linię jego szczęki, jak gdyby palcem ktoś pieścił jego twarz. Gdy wiatr wyszeptał ponownie, jego głos jest znacznie niższy niż poprzednio, i John mógłby przysiąc, że brzmi on prawie jak…

Już dobrze — zapewnił. — Wszystko będzie dobrze.

Nacisk, ciepło i głos – były z nim dalej, gdy ciemność zaczęła przesłaniać mu wzrok. Po chwili John nie czuł już nic, z wyjątkiem wrażenia, że odlatuje wraz z wiatrem.


Następnego ranka blondyn obudził się we własnym łóżku. Miał brudne włosy i bolało go ramię. Gdzieś głęboko w piersi czuł jeszcze większą niż uprzednio pustkę, jakby to, czego tak było mu brak, wróciło do niego na krótką chwilę, by opuścić go potem ponownie.

Przejechał palcami wzdłuż szczęki.

Jedyne pozostałości szczęścia, do których pamięta, że niegdyś desperacko lgnął, teraz wystrzępiły się na brzegach, grożąc zniszczeniem.

John nie miał pojęcia, co z niego zostanie, gdy tych kilka promyczków wreszcie zgaśnie.

Podejrzewał, że nic.


Czy teraz mi wierzysz?

MH

Poradzi sobie.

SH

Tylko w tym miesiącu spał przy Twoim grobie jedenaście razy.

MH

John da sobie radę.

SH

Cóż za niezłomna pewność.

Lecz prawdziwe pytanie, braciszku, brzmi — jak długo?

MH

Nie będzie czekał wiecznie.

MH

Już teraz jego zdrowy rozsądek zdaje się niknąć w oczach.

Minęło cztery i pół miesiąca, Sherlocku.

Jak myślisz, przez ile czasu jego przeciętny umysł zdoła jeszcze dźwigać ciężar Twojego kłamstwa?

MH

Przestań.

SH

Nigdy więcej nie pisz „przeciętny", odnosząc się do Johna.

SH

I nie kontaktuj się już ze mną.

SH

Spełniłbym Twoją prośbę, gdybym wierzył, że jest szczera.

A tak, skąd, jeśli nie ode mnie, wiedziałbyś, jak miewa się Twój doktor?

MH

Doprawdy, bracie.

Takie zachowanie niejednemu dałoby do myślenia,

czy kiedykolwiek w ogóle Ci na nim zależało.

MH

Koniec rozdziału pierwszego


* autorce zapewne chodziło o dni, w których istniało największe ryzyko, że Sherlock może znowu sięgnąć po narkotyki