AN: Po przeszło roku pojawiam się z kolejną częścią, za co bardzo przepraszam. Było trochę spraw prywatnych, uczelnianych, a przez pewnien czas nawet moje zainteresowanie Sherlockiem mocno podupadło.
Jednak opowiadanie jest już wznowione, w przeciągu miesiąca, maksymalnie dwóch, myślę, że opublikuję już całość.
Jeszcze raz przepraszam za oczekiwanie i zapraszam do lektury :)


Rozdział drugi

John nie czuł nic.

Żal zadomowił się w nim na dobre. Blondyn zbyt długo był lekarzem — i pacjentem, jeśli wliczyć w to terapię — żeby nie zdawać sobie sprawy z nacisków społecznych. Wymagano od niego, aby na powrót zaczął żyć tą namiastką życia, które prowadził, zanim poznał Sherlocka, więc przez jakiś czas zaczął udawać, iż owszem — żyje.

Nie odzywał się za często, ale gdy to już robił, zawsze starał się mówić z uśmiechem.

Wspominał wtedy Sherlocka, płaczącego kiedyś na miejscu zbrodni, starając się w ten sposób wywieść w pole żonę jednej z ofiar. O tym, jak dzwonił on do mieszkania zupełnie obcej osoby i namawiał ją, by pozwoliła mu wejść do środka. Jak również o dniu, w którym poprosił go, żeby przywalił mu w twarz, przez co mógłby odpowiednio podejść Irene Adler.

Mając to w pamięci, blondyn postanowił odjąć nieco ze swych barków, wmawiając sobie, że jest zupełnie szczęśliwy, mimo iż w rzeczywistości ledwo co mógł sobie przypomnieć, czym tak naprawdę było „szczęście".

Przyjaciel byłby dumny; John musiał nieźle sobie radzić, bo wszystkie współczujące spojrzenia, jakimi obdarzali go ludzie oraz ta nieustanna — wcale nie taka subtelna — obserwacja jego zachowania, zdawały się stopniowo zanikać.

I chociaż w dalszym ciągu wyglądał gorzej niż po niejednej nieprzespanej nocy ze smyczkowym akompaniamentem Sherlocka, to zmiana w jego osobowości okazała się wystarczająca, by oszukać tych, na których mu najbardziej zależało.

Od czasu do czasu aktualizował bloga, wrzucając od biedy parę nieciekawych przemyśleń na temat tego, co przydarzyło mu się w ciągu dnia — aby tylko ci, którzy nadal go czytali, wiedzieli, że jeszcze żyje.

Na razie to musiało wystarczyć.

Starał się nie zastanawiać zbyt długo nad tym, że za jakiś czas już nie będzie.

Chyba miał to powoli gdzieś.

O wyprowadzce z Baker Street pomyślał tylko raz — i to już w zupełności wystarczyło, aby nagle mgła przesłoniła mu oczy, a gardło zwęziło się w bolesny knot. Nie potrafił pozbyć się ostatniej cząstki Sherlocka — nie mógł znieść nawet myśli o opuszczeniu jedynego miejsca, gdzie istniały jeszcze pozostałości po jego niezwykłym detektywie.

Londyn wciąż huczał na temat zdrady swojego bohatera, lecz na tle pieczołowicie skonstruowanej przez Moriarty'iego tożsamości zaczynały pojawiać się rysy.

John zastanawiał się, czy od początku właśnie to było w planach tego szaleńca — uśmiercenie Sherlocka; oczernienie go i zmuszenie do popełnienia samobójstwa, sprawienie, aby miasto, któremu oddał duszę, odwróciło się do niego plecami, a prawda wypłynęła dopiero po tym, jak zginął. Nadomiar ci, którzy sprzeniewierzyli się kłamstwu, musieli teraz żyć w gorzkim przeświadczeniu, że przyczynili się do zniesławienia niewinnego człowieka.

Czyż istniała jeszcze wymyślniejsza rozrywka, niż skłócenie ze sobą całej stolicy?

John zwymiotował do zlewu w kuchni, po czym osunął się na kolana na zimne kafelki.

Świat rozpadał się na kawałki.

Nieważne. Wszystko inne to i tak tylko transport.


Mijające dni zaczęły przypominać niezidentyfikowany ciąg, a John pewnego dnia zdał sobie sprawę, że nie był w szpitalu od praktycznie półtora miesiąca. Nie pofatygował się nawet, by zadzwonić do Sarah i zapytać, czy w ogóle tam jeszcze pracuje.

Nie widział w tym sensu, gdyż na jego koncie, począwszy od dnia pogrzebu Sherlocka, wciąż widniała ta sama kwota.

John podejrzewał, że to robota Mycrofta.

Nie sprzeciwiał się temu, ani nie wysuwał w stosunku do niego nowych oskarżeń, uważając się dzięki temu za wyjątkowo hojnego. Kiedyś zapewne postąpiłby inaczej, lecz było to zanim ten drań dorzucił swoje trzy grosze do śmierci Sherlocka.

Dla Johna priorytetem było teraz to, że ma wystarczająco dużo pieniędzy, by robić swoje skromne zakupy i płacić Pani Hudson czynsz jak należy, mimo że wielokrotnie próbowała go zbyć.

Mycroft z kolei wziął na siebie przeprowadzenie modernizacji taryfy w telefonie Johna, która obejmowała od teraz możliwość pisania nielimitowanych wiadomości i nawet, gdy blondyn stanowczo domagał się zniesienia tej usługi, jedyne co usłyszał w zamian to, że wszystko jest pod kontrolą i John w dalszym ciągu będzie płacił wyłącznie za same rozmowy.

Spędził godzinę, wykłócając się z przedstawicielem sieci, lecz w końcu sfrustrowany dał za wygraną i rozłączył się.

Pierwsze co postanowił napisać do starszego Holmesa:

Weź się odwal z łaski swojej.

Pewnego dnia mi podziękujesz

MH

Mogę Ci niemal zagwarantować, że nie.

Odwrócił komórkę tak, aby nie było widać ekranu i położył na swoich kolanach. Przeczesał palcami krótko ostrzyżone włosy. Wziął kilka głębokich oddechów, po czym z powrotem wziął do ręki telefon i odszukał dawno nieużywany numer.

Napisał:

Nie mogę znieść świata, w którym Cię nie ma.

Jeśli byłaby taka rzecz, którą mógłbyś dla mnie zrobić, Sherlocku…

To wróć do domu.


John sypia, mimo to nigdy nie doświadcza ciepłego dotyku, który był z nim podczas tamtej nocy na cmentarzu. Budzi się z palącym bólem w klatce piersiowej, tłumiąc krzyk między zaciśniętymi zębami.

Chodzi do Elli raz w tygodniu, która na koniec każdego miesiąca daje mu receptę na nowe środki nasenne. Butelki pozostają nietknięte; John układa je równo obok siebie w szufladzie koło łóżka, tuż obok Browninga.

Zawsze był człowiekiem, który cenił sobie możliwość wyboru.

Czasem John dostrzega w oddali sylwetkę wysokiego, szczupłego mężczyzny i pozwala sobie wówczas na chwilę całkowitego szaleństwa, wierząc, że Sherlock jednak wrócił. Lecz wystarczy ułamek sekundy, aby wszystko znikło.

Napięty, przepełniony zmęczeniem uśmiech pojawia się na jego ustach za każdym razem, gdy tak się dzieje. Niegdyś podobne majaki przytrafiały mu się okazjonalnie, teraz zdawały się zwiększyć swoją częstotliwość.

Kiedy majstrował przy terminalu płatniczym w Primark, do którego poszedł, aby kupić Harry jakiś szalik na Boże Narodzenie, postanowił uparcie ignorować postać stojącą przed sklepem. Jej zarys był ulotny i widoczny jedynie kątem oka, ale to wystarczy.

John zacisnął usta, starając się nie myśleć o tym, jak łaskawy okazuje się być jego obłęd.


Dwudziestego grudnia John siedział w swoim fotelu i śledził doniesienia w telewizji na temat domniemanej apokalipsy, która ma mieć miejsce następnego dnia. Myślał o tym, jak to Sherlock byłby w stanie przewidzieć — niemal co do sekundy — ciąg wydarzeń, który by nastąpił, gdyby świat rzeczywiście chylił się ku końcowi.

Mike zaprosił go nawet na imprezę pod hasłem „Dzień Ostateczny", lecz John zbył go machnięciem dłoni i powiedział: — Może innym razem.

Takim więc sposobem utknął w mieszkaniu, oglądając wiadomości, gdzie mówiono o zamieszkach na ulicach i nawalonych w czub debilach, których celem było najwyraźniej rozniesienie wszystkiego w drobny mak, zanim jakakolwiek apokalipsa miałaby w ogóle szansę.

Pani Hudson oparła się o krawędź fotela ze szklaneczką brandy w dłoni, trącając go po chwili w ramię.

— Och, doprawdy nie rozumiem skąd to całe zamieszanie. Chyba nie wierzą, że świat się rzeczywiście skończy?

John wbił wzrok w swoją butelkę piwa, kciukiem pocierając etykietkę.

— A jeśli by tak było? — zapytał zduszonym głosem.

— Słucham cię, mój drogi?

— Jeśli świat miałby się jutro skończyć — sprecyzował, przyglądając się z uwagą swoim dłoniom. — Czy rzeczywiście byłoby to takie złe? — Jego usta rozciągnęły się w delikatnym grymasie, który miał początkowo uchodzić za uśmiech. — Nie wydaje mi się, abym specjalnie się tym przejął.

Twarz Pani Hudson przybrała ten sam wyraz, jaki miała w zwyczaju, gdy Sherlock powiedział coś wyjątkowo obraźliwego bądź ohydnego, lecz kobieta nie miała serca zbesztać go za to.

— Myśli pani, że spotkałbym go znowu, gdyby tak się stało? — wyszeptał John. — Ten cały koniec nie mógłby być taki zły, jeśli by to oznaczało, że mógłbym go zobaczyć.

Gospodyni przyciągnęła go mocno do siebie i przytuliła, a on nie odsunął się przez długi czas.


Harry pojawiła się na Baker Street rankiem w wigilię Bożego Narodzenia. Wyglądała na zmęczoną i skacowaną, lecz nie za sprawą alkoholu. Powiedziała Johnowi, że od dwóch miesięcy nie miała kropli w ustach. Blondyn zdawał sobie sprawę z tego, że szkody wyrządzone w ludzkim ciele przez regularne picie leczą się bardzo wolno. A pewne nie znikną wcale, jak chociażby niezdrowy odcień skóry, który było widać u jego siostry.

Mimo to w jego oczach Harry sprawiała wrażenie o wiele szczęśliwszej niż ostatnio.

Miała ze sobą pudełko, które zaniosła do salonu, a gdy John uniósł brwi w niemym pytaniu, postawiła je na podłodze, po czym razem obserwowali jak pakunek sam z siebie zaczyna dygotać. Po chwili wieczko uchyliło się, ukazując niuchający, mały i wilgotny nosek. Pudełko kołysało się jeszcze przez chwilę w jedną i drugą stronę, by koniec końców przewrócić się i zaprezentować drobną, pomarszczoną istotkę, która wypadła z niego wprost na podłogę w salonie.

Szczeniak Buldoga angielskiego z trudem stanął na łapki i poczłapał w ich stronę, by z zaciekawieniem obwąchać buty, które mieli na sobie.

Harry przyglądała się Johnowi z nerwowym oczekiwaniem, co widząc, blondyn uśmiechnął się i przykucnął, by pogłaskać pieska po grzbiecie. Zwierzę wtuliło pyszczek w jego dłoń, śliniąc ją swoim językiem, przez co uśmiech na twarzy Johna stał się odrobinę bardziej szczery.

— Jest twój, jeśli tylko chcesz — zaoferowała Harry, a John zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie oferty odrzucić, widząc jak szczenię przygląda mu się błagalnie swoimi wielkimi oczyma.

Blondyn tylko skinął twierdząco głową, zanurzając palce w fałdach pomarszczonej skóry i podnosząc pieska, aby umieścić go w swoich ramionach. Przyniósł siostrze szklankę lemoniady i słuchał jej wywodów na temat nowej pracy, Clary czy tego, jak to jest żyć bez popijania po kątach. Rzadko się odzywał, wydając tylko niezobowiązujące pomrukiwania i myśląc o tym, że chciałby zostać już sam.

Pani Hudson dołączyła do nich zaraz po tym, jak wróciła od Pani Turner, a w nowym lokatorze zakochała się niemal od pierwszego wejrzenia. Rozpoczęła razem z Harry dyskusję nad możliwymi imionami dla małej bestyjki, chrapiącej zawzięcie na kolanach Johna. Ten jednak nie podzielał ich entuzjazmu; miarowo gładził szczeniaka po krótkim futerku, zastanawiając się, co powiedziałby Sherlock, gdyby zobaczył pieska.

— Gladstone — odparł cicho i dość skrzekliwe za sprawą długiego milczenia.

Obie kobiety ucichły momentalnie, a Harry zmarszczyła brwi.

— Przepraszam cię, mój drogi? — zagadnęła gospodyni z charakterystyczną dla niej dozą cierpliwości.

— Gladstone. Jako imię. Po… — John przełknął, pocierając między palcami jedwabne uszko szczeniaka — chemiku z dziewiętnastego wieku.

Po minie Harry można było wnioskować, że nie wie, o co chodzi. Otworzyła usta, prawdopodobnie po to, by podważyć słowa brata, jednak Pani Hudson uśmiechnęła się smutno, a w jej oczach zaszkliły się łzy.

— Bardzo ładne. Sherlockowi na pewno by się spodobało.

Harry, rozumiejąc nagle wszystko, szybko zamknęła usta.

John kiwnął głową, po czym całą swoją uwagę skupił już tylko na zwierzątku, rozciągniętym na jego kolanach. Pani Hudson pożegnała Harry, lecz blondyn nie potrafił określić, kiedy dokładnie to się stało.


Gdy było już sporo po północy, a jedynym dźwiękiem, jaki dało się słyszeć, były miejskie odgłosy Londynu, John położył się na kanapie, kładąc sobie Gladstone'a na piersi. Szczenię lizało się po pyszczku z głośnymi mlasknięciami, krążąc wzrokiem po twarzy swojego pana.

— Sherlock by cię nie pokochał — wyszeptał John, drapiąc pieska po brzuchu. — Nie pojmował, czemu w ogóle ludzie trzymają zwierzęta. Prawdopodobnie obwiniałby cię o to, że zabierasz mu moją uwagę. Taki już był, co zrobić. — Ugryzł się w policzek, zaciskając usta. — Jednak nie wspomniałby nawet słowem, abym się ciebie pozbył. Pewnie skakałbyś koło niego i domagał się zainteresowania, ale udawałby, że tego nie widzi, gdybym ja był w zasięgu wzroku. Poczekałby, aż zostaniecie sami i dopiero wtedy okazałby ci jakiekolwiek uczucie.

Uśmiechnął się smutno do szczeniaka.

— Był taki szalony — westchnął, przekręcając lekko głowę na ramieniu sofy. — Tak niezwykły i błyskotliwy, ja…

Brew Gladstone'a drgnęła, wychwytując zachwianie w głosie Johna. Słowa, które pojawiły się potem, odeszły w nicość pogrążonej w mroku 221B niczym modlitwa, szeptana w odosobnieniu.

— Był… jest kochany.

Piesek milczał, najwyraźniej zapadając w drzemkę na piersi blondyna. W oczach Gladestone'a nie odbijał się osąd, a John czuł się niemal zmuszony, by wyjawić swoją tajemnicę otaczającej ich zewsząd ciemności.

— Kocham go.


Pewnego wieczoru z wizytą wpadł Lestrade. Jak się okazało po to, by zaprosić go na imprezę sylwestrową w Scotland Yardzie. John nie był tym specjalnie zainteresowany, jednak w oczach inspektora w dalszym ciągu można było dostrzec odcień rozpaczy, i chociaż blondyn wiedział, że jemu samemu nie da się już pomóc, to chciał przed tym losem uchronić przynajmniej innych.

Tak więc John zgodził się, a gdy twarz Lestrade'a niemal pojaśniała od nagłej ulgi, uśmiechnął się do niego łagodnie. Inspektor poklepał go po ramieniu (oczywiście po tym zranionym, niby po co ktokolwiek miałby pamiętać, że został, do cholery, w nie kiedyś postrzelony) i obiecał, że niebawem zadzwoni i przekaże mu wszystkie szczegóły.

Gladstone wiercił się na podłodze, poddrapując nogawki spodni Lestrade'a, co widząc mężczyzna uśmiechnął się i wziął szczeniaka na ręce. Piesek zaczął się wyrywać, co było akurat w jego zwyczaju, gdy trzymał go ktokolwiek poza Johnem.

Opuszki palców inspektora odnalazły jednak wrażliwy punkt pomiędzy uszami Gladstone'a, co spowodowało, że szczeniak odprężył się w mgnieniu oka.

Blondyn uśmiechnął się lekko, widząc to.

Greg posiedział jeszcze chwilę, prowadząc z Johnem niezobowiązującą rozmowę, którą w końcu przerwała dzwoniąca komórka. Inspektor posadził pieska na fotelu, starając się mówić przyciszonym głosem, co jednak tylko upewniło Johna, kto jest po drugiej stronie.

— Donovan? — zapytał, kiedy Lestrade już się rozłączył. Mężczyzna wyglądał, jakby czuł się winny. Kiwnął głową potwierdzająco.

Usta Johna utworzyły cienką linię, a ramiona napięły się nieprzyjemnie.

Nigdy nie wybaczy Donovan i Andersonowi.

— Przypuszczam, że ona również będzie na przyjęciu sylwestrowym.

— No cóż, raczej nie da się tego uniknąć, jeśli weźmiemy pod uwagę, że to impreza dla pracowników — odparł Lestrade, otrzepując spodnie z włosków, które zostawił po sobie Gladstone. — Będę robił co w mojej mocy, aby trzymać waszą dwójkę z daleka od siebie.

John pochylił głowę, a jego oczy pociemniały.

— Wiem.

Inspektor pożegnał się z nim i Panią Hudson, obiecując, że się odezwie. Mimo uśmiechu, jaki gościł na twarzy gospodyni, gdy ta odprowadzała wzrokiem Lestrade'a, John niemal czuł w jej oczach niepokój. Zamknęła za nim drzwi, po czym podeszła ostrożnie do blondyna, kładąc dłoń na jego, w dalszym ciągu napiętym, ramieniu.

— Wszystko w porządku, mój drogi? — zapytała zatroskana. John, słysząc przejęty głos kobiety, ochłonął nieco, przykrywając swoją dłonią jej delikatną rękę. — Wiem, jak ciężkie mogą być pierwsze święta po stracie bliskiej osoby. — Uśmiechnęła się nieznacznie. — Nawet jeśli Sherlock sprawiał, że przypominały one pole bitwy.

Blondyn ścisnął dłoń gospodyni, desperacko próbując zagłuszyć myśl o tym, że w tym roku nie dane im będzie usłyszeć detektywa grającego „ Auld Lang Syne"*


John w życiu by nie podejrzewał, że ze wszystkich ludzi, jakich udało mu się oszukać, to właśnie Molly Hooper uda się go rozgryźć. Podczas imprezy w Scotland Yardzie (ona również dostała zaproszenie od Grega) nieustannie wodziła za nim smutnym wzrokiem, mrugając zawzięcie za każdym razem, gdy znalazł się blisko niej. Widząc to, odwracał się ku niej, co jednak powodowało tylko, że oblewała się rumieńcem, zaczynała jąkać i salwowała się ucieczką w przeciwnym kierunku.

John miał świadomość, że od czasu śmierci Sherlocka nie należał do najprzyjemniejszych osób, z którymi chce się spędzać czas, ale akurat Molly wcale to nie przeszkadzało. Od chwili, gdy wyszła z kostnicy — taka blada, drobna, wyglądająca na zupełnie wykończoną — i spojrzała na Johna przeszklonymi oczyma, by w chwilę później wychrypieć, że Sherlock nie żyje.

Blondyn w sumie nie był zdziwiony jej zachowaniem.

Donovan i Anderson siedzieli w sporej odległości od niego — jak być powinno — więc można było powiedzieć, że ta noc mijała Johnowi bez większych zgrzytów. Właściwie to oprócz Lestrade'a nikt ze Scotland Yardu nie wiedział za bardzo, jak się z nim obchodzić. Nie winił ich za to, zwłaszcza, że ponad połowa osób z przyjęcia nie odstępowała na krok tej dwójki pajaców, którzy nadal dzielnie szargali dobre imię Sherlocka.

John nie był zainteresowany rozmową z kimkolwiek.

Szczerze mówiąc, jedyny powód, dla którego w ogóle pojawił się na tej imprezie, to myśl, że jeżeli zostanie w mieszkaniu, a tym samym odgrodzi się od społeczeństwa, jeszcze przez kilka dni, to Pani Hudson wygoni go stamtąd siłą.

Kiedy dziś rano zobaczyła jego nieogoloną twarz i to, co pozostało z jego dawnych książek do medycyny, które Gladstone porozrywał na strzępy i poroznosił po całym pokoju oraz kuchni, jej twarz ściągnęła się w smutku.

John przypomniał sobie, jak Sherlock był w stanie zabić za gospodynię, mimo że potrafił zajść jej za skórę, to sprzątał po sobie tylko po to, by zobaczyć na jej twarzy uśmiech.

Blondyn podejrzewał, że detektyw postąpiłby tak samo jak John, będąc na jego miejscu, byle tylko sprawić Pani Hudson radość.

Ten kretyn mógł mówić, że nie rozumie, czym jest przywiązanie, lecz w ciągu kilku ostatnich miesięcy przed śmiercią z całą pewnością postępował zgodnie z jego regułami.

John lubił myśleć, że stało się tak dzięki niemu.

Westchnął ciężko, po czym wstał, kierując się ze spuszczoną głową w stronę stołu, suto zastawionego alkoholem. Gdy sięgnął po butelkę z piwem, jego ramię zderzyło się z czyimiś plecami.

— Przepraszam — mruknął, przelotnie podnosząc wzrok.

Rozległ się dźwięk, sugerujący, że ktoś gwałtownie nabrał powietrza, po czym do jego uszu doleciały słowa:

— Cześć, John.

Dłoń, w której trzymał butelkę, zacisnęła się mimowolnie.

— Molly — Spojrzał jej w oczy i skinął głową. — Witaj.

Kobieta błądziła chwilę wzrokiem po jego twarzy, ostatecznie jednak uśmiechnęła się, lecz z wyraźnym trudem. John odsunął się nieznacznie, aby lepiej jej się przyjrzeć.

Molly Hooper w dalszym ciągu wyglądała pięknie, jednakże w jej oczach blondyn nie dostrzegał już zaciętości, którą widział jeszcze rok temu.

Trudno się dziwić — nie było już nikogo, komu chciałaby zaimponować.

Stali przez chwilę w całkowitej ciszy; John z wargami zaciśniętymi w tłumionym gniewie, wbijając wzrok w stół, a Molly przyglądając się na zmianę butelkom z alkoholem, które stały przed nimi i zapadniętym policzkom Johna.

Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć. Blondyn pamiętał, że za każdym razem, gdy widział ją, próbującą coś z siebie wydusić, przybierała taki właśnie wyraz twarzy — jak gdyby przetwarzała sobie w głowie cały tekst setki razy.

— John — zaczęła. John spojrzał na nią i zauważył, że ma ona na rzęsach ślady łez. Mężczyzna zmarszczył brwi. — Ja tylko…Ja… Nie widuję cię już w kostnicy i… ale to akurat bardzo dobrze! Wyśmienicie wręcz, biorąc pod uwagę wszystko, co się ostatnio dzieje. Chciałabym tylko, abyś wiedział, że — wzięła głęboki wdech, nie spuszczając z niego wzroku — jest mi naprawdę bardzo przykro. I przepraszam cię za… za wszystko. — Jej piersią wstrząsnął szloch.

John nie czuł nic.

— Tak mi źle — wykrztusiła. — John, tak mi źle z tym, co zrobiłam.

Blondyn przypuszczał, że chodzi jej o to, że to właśnie ona stwierdziła zgon Sherlocka; gdy on czekał na korytarzu, Molly podeszła do niego. Spojrzał w jej rozszerzone, zrozpaczone źrenice, a ona powiedziała mu, że detektyw odszedł.

Odszedłodszedłodszedłodszedł i nigdy już nie wróci…

— Molly — John przerwał jej, w dużej mierze dlatego, że nie był w stanie dłużej oglądać jej walki z własnymi emocjami, podczas gdy on sam nie czuł nawet, że jest głodny czy zmęczony. — Co ty na to, abyśmy strzelili sobie dziś kilka porządnych kielichów?

Z początku była zaskoczona jego propozycją, może też odrobinę zasmucona, mimo to sprawiała wrażenie bardziej rozluźnionej, niż jeszcze przed chwilą.

Kiwnęła potwierdzająco głową.

John złapał pierwszą butelkę whisky, jaka stała w zasięgu jego wzroku i rozlał ją — nie szczędząc specjalnie — do dwóch plastikowych kubeczków. Molly upiła delikatnie, krzywiąc się, gdy ciecz paliła ją w gardle. Z przerażeniem obserwowała jak gardło blondyna rytmicznie się porusza, gdy ten łapczywie wlewał w siebie kolejne porcje alkoholu.

Była to ostatnia rzecz, jaką John pamiętał z tamtego wieczoru.

Koniec rozdziału drugiego


* Aud Lang Syne ( tłum. Long, long ago) to bardzo popularna pieśń ludowa, śpiewana w krajach anglosaskich podczas Sylwestra, a także w czasie Hogmanay, co jest z kolei jego szkockim odpowiednikiem ;)